Seks od kuchni, czyli… gdy miłość jest w lesie

Temat odwieczny i aktualny tak długo, jak długo będzie istniał człowiek. Przepraszam, seks uprawiają również i zwierzęta, ale mam na myśli seks rozumny, czyli ten, który uprawia posiadający rozum człowiek. Znowu przepraszam. Podobno nie zawsze, i nie każdy człowiek jest rozumny, uściślając więc rzecz – chodzi o świadomego człowieka, który w momencie seksualnej inicjacji, wie co czyni (potem, wiadomo, może być różnie). Ale tak postawiony temat staje się nudny, wszak zapisano już tysiące stron o seksualnych wyczynach homo sapiens!

Pora jednak skończyć te przydługie nieco wstępne rozważania, bo tekstu przybywa, a temat, którym się miałem zająć, jest praktycznie w lesie…

O, właśnie! Seks w lesie. Seks w lesie – często spotykany, znam nawet takich, którzy specjalnie wybierają się do lasu, by podglądać „seksiarzy”. Podobno przeżywają oni wtedy emocje zbliżone do prawdziwych erotycznych wzruszeń. Biedacy, czyż nie prościej umówić się z seksowną towarzyską agentką? No, może i prościej, ale na pewno drożej.

Prawdziwy seks w lesie rodzi się albo spontanicznie, albo z wyrachowania, gdy np. pora jest letnia, a o pójściu z obiektem pożądań do mieszkania z różnych powodów (żona, brak mieszkania) nie ma co marzyć. Opowiadał mi kolega, jak to przed laty w trakcie artystycznych plenerów w dolnośląskiej Osetnicy tak upodobał sobie atrakcyjną plastyczkę, że po zapadnięciu zmroku namówił ją na zwiedzanie pobliskiego lasu. Wyprawa skończyła się na leśnym poszyciu. Prawdopodobnie nadmiar wrażeń związanych z leśną wyprawą powalił plastyczkę z nóg… Ponieważ zaś punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (w tym wypadku właściwsze określenie byłoby „leżenia”) ocena owej seks-wyprawy diametralnie się różni, w zależności od tego, czy o wydarzeniu opowiada plastyczka, czy też mój kolega. W opinii malarki wyprawa była horrorem: podłoże, czyli runo leśne, podmokłe, do tego sosnowe igły wbijały się w co intymniejsze części ciała, niwecząc oczekiwane rozkosze. Na dodatek w trakcie działania (po łacinie ew.: in statu nascendi) przypomniała sobie, że przecież w pobliżu ma wolny domek campingowy do wyłącznej dyspozycji. Odmiennie wydarzenie oceniał kolega. Było – powiadał – ciepło, miło i niezobowiązująco, do tego dyskretnie. Niewątpliwie kolega w tej sytuacji, choć brzmi to trochę dwuznacznie, gdy partnerka czuła się dołowana, górował nad plastyczką (i to nie tylko emocjonalnie – dosłownie też!).

Nie ma lasu bez leśniczówki. Podobno w jej wnętrzach też dochodzi do seksownych sytuacji, czego najlepszym dowodem mogą być spotykane w tych leśnych obiektach poroża zdobiące ściany leśniczówek – milczący świadkowie zarówno miłosnych uniesień, jak i wyrosłych z owych sytuacji późniejszych konsekwencji – w postaci wspomnianych rogów (niestety, przeważnie męskich). Znam jednak i jasną stronę leśniczówek. Myślę tu o córce leśniczego, Krysi. Nie znacie? I chyba już nie poznacie, bo dziewczę urodzone było w 1907 roku, a rozsławił je pochodzący z Budapesztu a zmarły we Wrocławiu maestro Georg Jarno, twórca wiedeńskiej w stylu, sentymentalnej operetki „Krysia Leśniczanka“, chętnie grywanej w cesarsko – królewskim… Krakowie. To urokliwe muzycznie dziełko, rzadko już dziś wystawiane, sławi dobroć cesarza, jednocześnie zaś ukazuje, jak to nadobna Krysia, która koło leśniczówki przypadkowo spotkała polującego incognito – nie na nią, oczywiście – cesarza, zrobiła dzięki cesarskiej protekcji karierę i stała się … nadleśniczą. To były inne czasy, ale płynąca z tej historii nauka, że będąc w lesie, a szczególnie w pobliżu leśniczówki, warto zwracać uwagę, kto się koło niej kręci – nie straciła nic ze swej aktualności! Krysia nie miała wprawdzie seksu z cesarzem, choć tak niosła fama dworska, ale ze swym ułaskawionym przez cesarza zabójcą – wybrankiem, i owszem. Tak więc, leśniczówka w całej tej historii odegrała rolę podstawową!

Zostawmy jednak zarówno kuchenne plotki, jak i opowieści dam dworu (dawały na dworze?) i skupmy się lepiej na seksie od strony kuchni. Nie chodzi tu o receptę na udany orgazm, ani tym bardziej przepis na poderwanie kucharki. Jak bowiem można sprawdzić prawie w każdym sklepie spożywczym, dziś dla wielu życiową przyprawą jest nie kucharka, a „Kucharek“ – i to często z małej litery i bez cudzysłowu. To jednak inny temat, wróćmy więc „ad rem“. Abonenci odpowiednich kanałów telewizyjnych wiedzą i widzą, że seks w kuchni od lat jest aż do znudzenia eksponowany w filmach erotycznych. To już klisza, rutyna, dziesiąta woda po kisielu, czyli nic nowego – „nihil novi“.

A jednak, gdy pamięcią sięgam, od kuchni, w kuchenny seks, przypomina mi się nietypowa, wcale pikantna historia, z omawianym tematem związana. Była połowa lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kolega – student biorący udział w wakacyjnym obozie wędrownym wylądował wieczorową porą w Złotym Stoku. Kwatera mieściła się w zamienionej na dom noclegowy szkole. Traf chciał, iż gasząc po męczącym dniu przed snem pragnienie w miejscowym restauracyjnym barze wpadła mu w oko atrakcyjna blondyna, wywołując pragnienie całkiem innej natury. W koledze odezwały się zdrowe instynkty, tym zdrowsze, że nowo poznany obiekt okazał się być z zawodu pielęgniarką. I tak od słowa do słowa kontynuując rozpoczęty w lokalu zbliżeniowy dialog, w poszukiwaniu ustronnego miejsca wylądowali późnym wieczorem… w szkolnej kuchni. I – jakby powiedział poeta – „drzwi od Europy zatrzasnęli hałasów”. Dokładnie, drzwi zatrzasnęły się same, a klamki od strony kuchni, zwyczajnie, nie było! U poety na tym etapie kończą się liryczno-polityczne refleksje, życie jest jednak często bardziej zaskakujące niż literatura, przeto wraz z zatrzaśnięciem drzwi wejściowo-wyjściowych do kuchni, dla kolegi i jego kuchennej niewolnicy otworzyły się wrota do raju! Z opresji (?) wybawiły przeżywającą nocne romantyczne uniesienia parę kucharki, które rano przyszły do pracy i normalnie otworzyły drzwi od strony korytarza. Kuchennym noclegownikom udało się niepostrzeżenie wydostać z gotowalni dzięki temu, że ukryli się za skrzydłem otwieranych wrót, po czym, gdy kucharki poszły się przebierać, niezauważeni opuścili pomieszczenie.

Jakie z tych rozważań wynikają wnioski? Oczywiste! Po pierwsze: nieważne „gdzie”, bo może się to zdarzyć wszędzie. Po drugie: nieważne „jak”! Dajmy się zaskoczyć matce naturze – ona wie lepiej. Po trzecie: niestety, czy chcemy, czy nie chcemy, nawet najlepszy seks i tak kiedyś będzie dla nas „ex”! Czyli – umiejmy cieszyć się życiem.

Wojciech W. Zaborowski

Jan Akielaszek zapowiedział, że wszyscy chętni mogą mu nadsyłać swoje… ex wspomnienia (1800 znaków). Autorzy najciekawszych mogą liczyć m.in. na honorarium (100 zł) oraz biesiadę z okazji  wydania za rok książki.

By powstało coś nowego, stare musi zniknąć

Nie należę ani do architektów, ani budowniczych europejskiego domu zwanego Unią Europejską. Jako lokator i użytkownik jednego z unijnych apartamentów poprzestaję, na równi z innymi lokatorami (czytaj obywatelami państw Unię tworzących), na byciu raczej biernym obserwatorem poczynań gremium sprawującego w Unii władzę ustawodawczą i wykonawczą.
Od kilku miesięcy blok, w którym mieszkam, poddawany jest wraz z pozostałymi budynkami tworzącymi zwarte osiedle, czynnościom modernizacyjnym. Dziewięciopiętrowe gmaszysko noszące już na sobie wyraźne ślady kilkudziesięcioletniej egzystencji, postanowieniem władz spółdzielni mieszkaniowej GWH (jako że rzecz dzieje się we Frankfurcie nad Menem) ma stać się nowoczesnym obiektem mieszkalnym z udogodnieniami na miarę XXI wieku. Co oczywiście z jednej strony satysfakcjonuje lokatorów, z drugiej zaś budzi uzasadnione obawy natury egzystencjalnej, jako że koszty owej modernizacji powodują znaczne podniesienie czynszu. Ale na to lokatorzy nie mają wpływu, podobnie, jak i wcześniej nikt ich nie pytał, czy takiej właśnie modernizacji pragną.

Nie ta prosta analogia do dyskutowanej reformy Unii Europejskiej skłoniła mnie do rozmyślań na remontowo-polityczne tematy. Zainteresowanie moje wzbudziło bowiem nie to, „co” ma być remontowane, lecz „jak”! I tu – eureka! – dostrzegłem receptę na udaną przebudowę unijnego gmachu. Jak bowiem wyglądał roboczy plan dostosowania mego bloku do oczekiwań? Otóż wiele miesięcy przed rozpoczęciem modernizacji wszyscy dostali dokładny opis, co i kiedy będzie wymieniane. A wymianie podlegały istotne części budynków: dach, okna, ściany frontowe, drzwi, centralne ogrzewanie. Oczywiście, poszczególne prace przeprowadzały różne ekipy, harmonogram był jednak tak ułożony, by większość czynności można było przeprowadzić u poszczególnych lokatorów w ciągu jednego dnia. Utrudnienia związane z koniecznością usuwania mebli, firan, żaluzji, opróżnianie balkonów, itp. nie należały do przyjemności, wszystko jednak przebiegało sprawnie i planowo.
By powstało coś nowego, stare musi zniknąć. I tak rozebrano cienką szczytową ścianę dzielącą pokój od balkonu, wymontowano wejściowe drzwi wraz z framugą, zdemontowano grzejniki centralnego ogrzewania, by wstawić nowe dźwiękoszczelne okna, przeciwwłamaniowe i przeciwpożarowe drzwi oraz wolno stojące grzejniki. A większość tych zaplanowanych przez niemieckie firmy prac w mieszkaniu Polaka wykonała… rosyjska brygada.
Typowy obrazek z życia osiedla, powiecie. Otóż, nie! Wg mnie jest to symboliczny, wręcz wizjonerski obraz, jak powinien wyglądać harmonogram modernizacji Unii Europejskiej. Dokładność w planowaniu, odpowiedzialność tych, którzy gotowy program realizują i pełna świadomość celów owej modernizacji. Jak na razie – tylko pobożne życzenie. Ale wierzę, że tak jak doczekałem chwili, gdy nowoczesnym i funkcjonalnym stał się mój mieszkalny blok, doczekam również czasów, gdy Niemiec, Polak, oby i Rosjanin wspólnie będą planować i modernizować nasz europejski dom, choć oczywiste, że koszty poniesiemy wszyscy.

Wojciech W. Zaborowski

„Kardynał Henryk Gulbinowicz. Starałem się zrozumieć człowieka”

Główną postacią, której obecność ściągnęła na wyspę prominentnych gości, był oczywiście arcybiskup metropolita wrocławski-senior, ks. kardynał Henryk Gulbinowicz, który mimo iż parę dni później rozpoczynał już 95 rok życia, swą kondycją fizyczną mógł budzić zazdrość co poniektórych o wiele młodszych uczestników spotkania. Ale to nie urodziny lubianego i popularnego Hierarchy były naczelnym powodem zgromadzenia.


Fot. Wojciech W. Zaborowski

Główną przyczyną spotkania była promocja książki red. Waldemara Niedźwieckiego o byłym metropolicie wrocławskim. Bogato ilustrowana historycznymi już zdjęciami i uzupełniona kopiami dokumentów z życia Jego Eminencji praca zatytułowana „Kardynał Henryk Gulbinowicz. Starałem się zrozumieć człowieka” wzbudziła uznanie już samą szatą graficzną, starannością wydania jak i – co warte podkreślenia – nietypową koncepcją prezentacji treści ukazujących wyjątkowość opisywanej przez Waldka postaci. To sprawiło, że obok Kardynała zrozumiałe zainteresowanie budzili autor książki Waldek Niedźwiecki oraz reprezentujący Dom Wydawniczy Orbis Pictus, sponsor i również nasz kolega po piórze Janusz Cymanek.

Tu warto przypomnieć, że w roku 2008 ukazała się tematycznie podobna pozycja, zatytułowana „Z Wilna do Wrocławia” będąca zapisem rozmowy Rafała Bubnickiego z kardynałem Gulbinowiczem. Nic nie ujmując wspomnianej pracy, nie można jednak nie zauważyć, że książka Waldemara Niedźwieckiego jest jednak dużo atrakcyjniejsza od strony edytorskiej, jak również bogatsza treściowo. Po lekturze blisko 160 stron liczącej opowieści o Kardynale, czytelnik może stworzyć sobie własny obraz Hierarchy, gdyż Waldek niczego czytelnikowi nie narzuca. To nie jest biografia. Raczej barwne puzzle, których ułożenie pozwala zrozumieć niezwykłość Purpurata – i to zarówno w aspekcie religijno-kościelnym, jak i czysto ludzkim. Bo nie tylko biskupie hasło widniejące w herbie Kardynała, „Patientia et Caritas”, ale również autentyczna wrażliwość na człowieka oraz chęć niesienia pomocy i zrozumienia motywacji ludzkiego postępowania towarzyszą na co dzień życiu Kardynała Gulbinowicza. Końcowe zdanie w epilogu, gdy Waldek przytacza słowa Kardynała, że Kościół powołał Go do służby, „więc trzeba być na zawołanie” jest logiczną pointą i wyjaśnia, dlaczego posługa Kardynała cieszy się tak dużym uznaniem osób zarówno bliskich Kościołowi, jak i nieraz daleko od niego stojących.

W trakcie prezentacji książki głos zabrał m.in. ścigany wraz z Władysławem Frasyniukiem w stanie wojennym przez SB listem gończym wybitny działacz „Solidarności”, późniejszy prezydent Wrocławia (2001-2002), Stanisław Huskowski. Odżyły we wspomnieniach dawne lata osiemdziesiąte i słynna sprawa przyjęcia przez Kardynała w depozyt, na przechowanie, 80 milionów dolnośląskiej „Solidarności”. To jeden z wielu przykładów zaangażowania Kardynała, który swą działalnością wpisuje się w historię i współczesność Dolnego Śląska i jego metropolii.

Wśród przybyłych na spotkanie z Kardynałem i prezentację książki Waldemara Niedźwieckiego nie mogło zabraknąć obecnego metropolity wrocławskiego, ks. arcybiskupa Józefa Kupnego. Byli przedstawiciele władz samorządowych, młodzież wdzięczna Kardynałowi za wsparcie akcji „Mogiłę dziada ocal od zapomnienia” i oczywiście licznie przybyli dziennikarze Nie zabrakło nawet okolicznościowego tortu, ani pełnego humoru wystąpienia Kardynała, który nawiązując do swego wieku przypomniał, że cała jego rodzina była długowieczna, a ponieważ wszyscy…urodzili się jesienią, więc zachęca obecnych, by chcąc swemu przyszłemu potomstwu również zapewnić długie lata życia – naśladowali w tej sprawie jego przodków!

Serdecznie żegnany przez obecnych, Kardynał po pracowitym składaniu autografów opuścił zgromadzonych odprowadzany przez dyrektora hotelu ks. dra Krzysztofa Janiaka.

I choć formalnie spotkanie dobiegło końca, w wąskim dziennikarskim gronie długo jeszcze wraz z Waldkiem Niedźwieckim rozmawialiśmy o tym, jak doszło do powstania książki oraz o fascynującej osobie jej bohatera. Do następnego spotkania!

Wojciech W. Zaborowski

„Kardynał Henryk Gulbinowicz. Starałem się zrozumieć człowieka” Waldemar Niedźwiecki Wydawnictwo TUM Wrocław 2017 ISBN: 978-83-63974-19-0 format: 200x260, stron: 160, oprawa: twarda

Zaduszki 2017

Zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, wspólnie z Panem Zbyszkiem Kawalcem, byłym dyrektorem Oddziału Dolnośląskiego RSW, zapraszają członków i przyjaciół naszej organizacji, a także czynnych i byłych pracowników środowiska prasowego, radia i telewizji na ZADUSZKOWE SPOTKANIE, podczas którego wspominać będziemy koleżanki i kolegów pełniących dziennikarską służbę w niebiańskich redakcjach. Spotkanie odbędzie się 6 listopada 2017 roku, w godzinach 16.30 – 20.00, w restauracji Kaczka Dziwaczka przy Podwalu 62.

Zgłoszenie oraz wpisowe (20 zł) przyjmujemy do 3 listopada 2017 roku (piątek) w biurze SD RP Dolny Śląsk przy Podwalu 62. Swój udział w spotkaniu można zgłosić także telefonicznie (71 341 87 60, kom. 660 724 754) lub e-mailem (sdrp.wroc@interia.pl), ale wówczas wpisowe (do 3 listopada) proszę przelać na konto SD RP D. Śl.: ING Bank Śląski 65 1050 1575 1000 0023 3494 8722. Podczas spotkania zaprezentowana zostanie również książka pt. „Kardynał Henryk Gulbinowicz. Starałem się zrozumieć człowieka”, autorstwa naszego kolegi Waldemara NIEDŹWIECKIEGO. Na miejscu będzie możliwość nabycia książki. (RM)

Wspomnienia prawie rodzinne

W listopadowe popołudnie tradycyjnie rokrocznie przywołujemy pamięcią serdeczną nasze Koleżanki i Kolegów, którzy przed laty wraz z nami zapełniali barwny świat mediów, usiłując przekazać, na ile to było możliwe w czasach omnipotentnej cenzury, prawdę o otaczającym nas świecie. Grona coraz mniej licznego – z dawnej 50-osobowej grupy dziennikarzy”Słowa Polskiego” z lat siedemdziesiątych pozostała zaledwie ok. jedna piąta dawnego zespołu! Chcemy cofnąć czas, by przez te kilka godzin, ci którzy odeszli, byli znów z nami, choćby tylko we wspomnieniach.

Tymi wspomnieniami dzielimy się również z naszymi młodszymi Koleżankami i Kolegami po piórze, mikrofonie i kamerze, z towarzyszami sztuki drukarskiej, wszystkimi, którzy nie mieli okazji poznać współtwórców dawnych wrocławskich mediów. To coraz rzadsza już okazja, by od nas, żywych świadków historii wrocławskiej prasy, usłyszeć jeszcze zabawną dykteryjkę, barwne wspomnienia o nietypowych sytuacjach, jakie towarzyszyły codziennej pracy naszych nieżyjących Kolegów. Jesteśmy im winni pamięć, ale też i jest naszym obowiązkiem, aby pamięć o nich przekazywać naszym następcom.

Temu służy m.in. to spotkanie i dlatego do oficjalnego zaproszenia wystosowanego przez organizatorów, jako jeden ze starszych już dziennikarzy, dołączam swą osobistą prośbę – przyjdźcie na nasze wspomnieniowo-rodzinne spotkanie, taka okazja zdarza się raz na rok!

Wojciech W. Zaborowski

Odezwa do Koleżanek i Kolegów!

Znowu poczłapię ja po tym trapie.
W tym wieku! Po co? W głowę się drapię.
Odpowiedź prosta i wszystkim znana,
Bo czeka nimfa z Odry – GOPLANA!

Ma jasne włosy, uśmiech gwiazdy z kina,
Nie Słowackiego to Balladyna.
Przyjdźcie Koledzy! Najwyższy czas,
Za rok niektórych nie będzie już z nas!

Zjemy kiełbaski, zatańczymy walca,
By w przytomności Zbigniewa Kawalca*
Stwierdzić: szczęśliwa to jednak godzina,
że może się znów spotkać medialna rodzina!

Koleżanko! Kolego! Weź męża, kobitę
I przybądź na statek. Venite! Venite!

W podzięce już teraz ślę Wam uśmiech boski

Wielbiciel GOPLANY
W. W. Zaborowski

* i  Zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk (dopisek B.S)

Jak Zbigniew Kawalec czas cofnął

Właściwie miałem nic nie napisać o naszym tegorocznym spotkaniu. Rok w rok to samo… Stop. Jednak nie, bo każde nasze spotkanie pobudza do refleksji, wywołuje wspomnienia. I proszę bardzo, mimo iż mija już prawie miesiąc od czasu, gdy na zaproszenie dyr. Zbigniewa Kawalca zeszliśmy się w przyjaznej tego typu zebraniom „Galicji”, trudno wyzwolić się od powracających reminiscencji. Dyrektor Kawalec…

Tym razem będzie osobiście!

Znów spotkaliśmy się „sieroty po RSW”, jak nazywa zgromadzonych na tym swoistym wieczorze wspomnień dziennikarzy, towarzyszy sztuki drukarskiej i pracowników administracji dawnego giganta prasowego były dyrektor medialnego koncernu kol. Zbigniew Kawalec. Majowe spotkanie było podobne do wielu poprzednich, nawet miejsce, w którym się odbywało – restauracja „Galicja” przy hotelu „Polonia” – wpisało się już uprzednio w naszą pamięć. Pozwolę sobie przeto tym razem zrezygnować z tzw. protokołu, czyli wymieniania gości (niestety, z upływem lat przychodzi ich coraz mniej) i zatrzymać się na swoistym cudzie, którego twórcą jest główny, obok SD RP Dolny Śląsk, organizator spotkań, dyr. Zbigniew Kawalec.

Ten człowiek zatrzymał czas! Więcej, potrafił go cofnąć, w moim przypadku o dobre lat czterdzieści i pięć i na te kilka godzin w nastrojowych wnętrzach secesyjnej restauracji przywrócić nam młodość.

Była to początek lat siedemdziesiątych ub. wieku, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z obecnym Kolegą Kawalcem. Jako nowo przyjęty dziennikarz przez red. Zygmunta Paprotnego do redakcji „Słowa Polskiego” powinienem zasiąść za biurkiem… I tu powstał problem, bo żaden mebel nie był nieobsadzony, jedyne pozornie wolne biurko, które stało na korytarzu, należało również do kol. Wójcik, współpracującej z redakcją graficzki. Decyzja odpowiedzialnego za komfort naszej pracy dyr. Kawalca była jasna i krótka. „To biurko proszę dać red. Zaborowskiemu”. Mebel otrzymałem… i jednocześnie zyskałem pierwszą niezbyt mi życzliwą osobę w zespole!

Pełen energii, choć również już nie najmłodszy Zbigniew Kawalec. Oby jak najdłużej przywoływał nam naszą młodość! Znów patrząc na niego widzę siebie w tych dawnych latach siedemdziesiątych, gdy jednocześnie pracowałem w „Słowie Polskim” i w pobliskim IX Liceum im. Juliusza Słowackiego ucząc języka polskiego i wychowania muzycznego. To była nie tylko elitarna szkoła (uczniami byli m.in. Różewicz, Sąsiadek, Waligórski, Dzieduszycki, Skała, Czekański), ale też i mocno związana z prasą (i nie siebie mam tu na myśli). Do stolika, przy którym siedziałem w „Galicji”, podszedł dojrzały mężczyzna o interesującej brodzie i spojrzawszy na mnie rzucił: „Nieźle się pan trzyma Wojciechu Z.”. „Kto to” – spytałem siedzącego obok kolegę. „Syn Seweryna Wrońskiego, depeszowca z redakcji nocnej Słowa Polskiego” – odpowiedział. Zamurowało mnie. Przecież uczyłem go właśnie w IX Liceum, miał wtedy 16, może 17 lat! „Ale to było ponad czterdzieści lat temu – mruknął kolega – ludzie się zmieniają!

Wszystko się zmienia na tym świecie, wszystko jest w nieustannym ruchu – pisał już o tym Heraklit z Efezu! Na szczęście, ów ruch jest również twórczy, co najlepiej dostrzec obserwując niestrudzonego Zbigniewa Kawalca, któremu słusznie należał się napisany przez koleżankę Gizelę Żukowską rymowany i drukiem wydany panegiryk ku czci Dyrektora. Sto lat Zbyniu – w zdrowiu i dotychczasowej energii. I do zobaczenia za rok!

Wojciech W. Zaborowski

OSP: Mijają lata, mijają piosenki…

Dla wielu Opole – to w pierwszym rzędzie stolica polskiej piosenki. Nie bez racji – przypomina Wojciech W. Zaborowski w najnowszym wydaniu „Odrodzonego Słowa Polskiego”.

Turysta, który wysiądzie na odrestaurowanym Dworcu Głównym PKP (niestety, bez dawnej, czynnej całą noc restauracji!)  i  uda się główną ulicą Krakowską, w latach pięćdziesiątych ub. wieku – ul. J. Stalina, do Miejskiej Informacji Turystycznej na Rynku, otrzyma oprócz planu centrum miasta również prospekt „Odkryj Opole – Trasa Festiwalowa”. Znajdzie w nim opis siedmiu miejsc szczególnie związanych z  Krajowym Festiwalem Polskiej Piosenki, najstarszym tego typu w  Europie po San Remo (festiwalowy hejnał zabrzmiał w Opolu po raz pierwszy 19 czerwca 1963 roku). (…)

Jak wiadomo, „mijają lata, mijają piosenki”, przeto i otoczenie owych miejsc, jak i wygląd samych związanych z festiwalem obiektów, uległo w czasie dziesięcioleci zmianie. Patrząc na dzisiejsze Opole, ten, kto pamięta je z  lat dawnych, nie może oprzeć się pokusie porównawczych wspomnień.  (…)

Wspomnienia budzi też elegancki „Hotel Mercure” na początku ul. Krakowskiej. Jako „Hotel Opole” (uprzednio „Hotel Dworcowy”) był on przed laty w cierpiącym na niedostatek bazy noclegowej mieście głównym miejscem pobytu festiwalowych wykonawców, a towarzyskiemu życiu nadawali w nim ton m.in. Maryla Rodowicz, Zbigniew Wodecki, Mieczysław Wojnicki. Z festiwalem związany jest oczywiście Amfiteatr na wyspie Pasiece, Muzeun Polskiej Piosenki,
które powstało na terenie Amfiteatru, Aleja Gwiazd Polskiej Piosenki w  pobliżu Rynku wraz ze znajdującym się nieopodal pomnikiem Karola Musioła projektu Wita Pichurskiego. K. Musioł był przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej w  Opolu w  latach 1952–1963 i inicjatorem budowy Amfiteatru na Ostrówku. W pobliżu Amfiteatru Tysiąclecia odsłonięto też 19 kwietnia 2013 roku pomnik upamiętniający pomysłodawców festiwalu, Jerzego Grygolunasa i Mateusza Święcickiego, dziennikarzy radiowej Trójki.  Dla przypomnienia: festiwal, w którym wzięło udział 102 wykonawców, zorganizowano w cztery miesiące!

Czytaj w „Odrodzonym Słowie Polskim” – nie tylko o Opolu.