Boguś? Sam ty jesteś Boguś!

Bogdana Daleszaka, wrocławskiego dziennikarza, m.in. „Wieczoru Wrocławia", wspomina Andrzej Bułat.

Bogdana poznałem pod koniec lat 60. Ja zacząłem stawiać w zawodzie pierwsze kroki, on już chadzał własnymi ścieżkami. Zdarzyło się tak, że akurat sposobił się do ożenku i wynajmowaną kawalerkę na Świdnickiej zamieniał na M3 na Krzykach. Potrzebował pomocy przy przeprowadzce. Starszemu koledze się nie odmawia. Przynajmniej tak było kiedyś, kiedy do zawodu dziennikarskiego trafiało się mniej więcej co pół pokolenia.

Tak trafił Bogdan tuż po studiach polonistycznych na początku lat 60., tak trafiłem ja pod koniec tamtej dekady. Żeby było zabawniej, obaj zaczynaliśmy w „Kolumnie Studenckiej", którą szczyciła się wówczas „Gazeta Robotnicza". Tym bardziej więc nie wypadało odmawiać starszemu koledze, choć jego „Kolumna" miała bodaj tylko 2 szpalty, a moja, zgodnie z nazwą, zajmowała już całą stronę.

W czasie przeprowadzki poznałem trwałą wizytówkę Bogdana, którą był niespotykany powszechnie, żelazny uścisk dłoni i usłyszałem zdanie, które już na zawsze kojarzyć mi się będzie z Bogdanem.

Bogdan, Boguś, Bodzio – niby jakie znaczenie mają te niewielkie różnice? W końcu przecież chodzi o to samo imię. No, prawie. Kiedy więc, odezwawszy się do Bogdana per Boguś, usłyszałem: – Sam ty jesteś Boguś! – nie ukrywam, że byłem zdziwiony. Ponieważ jednak za każdym „Bogusiem" było tak samo, poza tym pamiętałem o uścisku dłoni i co tu dużo mówić, sile starszego kolegi, na „Bogusia" pozwalałem sobie tylko w chwilach dobrego humoru Bogdana. Na Bodzia już prawie wcale.

Zaczynał Bogdan swoje dziennikarstwo od „Kolumny Studenckiej", szybko jednak zaczął chadzać własnymi drogami. Najpierw zwyczajnie. Po ulicach, placach, jeszcze ruinach i mało znanych zakamarkach Wrocławia. Z tych wędrówek narodził się pierwszy „druk zwarty" Bogdana, jego pierwsza książka „Bedeker wrocławski". Wprawdzie przyniosła mu ona sporą popularność, ale przecież została wydana po 2 czy 3 latach od złożenia maszynopisu w wydawnictwie i Bogdan już dawno przestał chodzić po Wrocławiu, po jakim chodzili wszyscy, bowiem, jakkolwiek dziwnie to brzmi, zszedł do Wrocławia podziemi.

I właściwie od tamtej pory całą następną drogę zawodową Bogdana zdominowało owo drugie życie najpierw Wrocławia, potem stopniowo całego Dolnego Śląska. Zbrodnie, przekręty, fałszerstwa, oszustwa, drobiazgowe śledztwa, wreszcie wyroki mniej lub bardziej sprawiedliwe stanowiły specyficzną niszę, w której skrył się Bogdan.

Dzisiaj, kiedy niemal w każdej gazecie jest „krew na pierwszej stronie", może to trudno zrozumieć. Wtedy nikt nawet nie ośmielił się powiedzieć: „dajcie sensację na pierwszą stronę". A na kryminałki Bogdana zapotrzebowanie było duże. W latach 70. z pewnością to Bogdan należał do najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy „Gazety". Trudno było sobie wyobrazić, zresztą redaktorzy ani nie bardzo chcieli, ani nie musieli, żeby magazynowe wydanie obyło się bez kryminałków Daleszaka, przez złośliwców nazywanych „daleszałkami".

Wkrótce wycieczki po podziemnym Wrocławiu i Dolnym Śląsku zaowocowały dwiema książkami. Pierwszą, wydaną w 1973 roku, były „Strzały w Małpim Gaju (Pitaval dolnośląski)" i następną, w 1975, „Proszę wprowadzić podejrzanego". „Strzały" to zbiór reportaży o największych przestępstwach i o tym, co za przestępstwa było wówczas uznawane z pierwszych 20 lat powojennego Wrocławia, „Podejrzany" to relacje oficerów służby kryminalnej ze śledztw i dochodzeń prowadzonych już w latach 70.

Szybko się okazało, że kryminałki już nie satysfakcjonują Bogdana. Owszem, nie przestawał dostarczać ich „Gazecie" na każde zamówienie, ale postanowił także pokusić się o zdecydowanie większe formy. I tak w ciągu następnych lat powstało kilka powieści kryminalnych, wydanych przez Iskry w serii „Srebrnego kluczyka", cieszącej się olbrzymią popularnością.

Miał Bogdan swoją kryminalną niszę, ale przecież miał też inne namiętności. Uwielbiał grać. Nierzadko spotykałem go w pokoju redakcyjnych kierowców, kiedy siedział z jednym czy drugim Antkiem nad szachownicą, którą zawsze targał ze sobą. Kiedy nie miał szachownicy, zawsze znajdowały się jakieś karty, kiedy brakowało kart, udawało mu się namówić kilku kolegów na grę na automatach (flippery) w piwnicach Teatru Lalek. Bogdan kochał wygrywać. Obojętnie w jakiej grze, nieważne w jakiej konkurencji.

W latach 80. Bogdan przestał być kolegą z tej samej redakcji. Ale: – Cześć, Boguś! – Sam ty jesteś Boguś! – pozostawało. Bogdan zagnieździł się w „Sprawach i Ludziach", w których w dalszym ciągu robił to, co robił dotąd. Pisał kryminałki i kryminały.

Kiedy na początku lat 90. skończyła się prasa w dotychczasowych ramach i kształcie, Bogdan postanowił sam zmierzyć się z nową rzeczywistością. I powołał do życia własne pismo detektywistyczne. Trochę się udało, trochę nie, w końcu tytuł został sprzedany, a Bogdan wrócił, tym razem do „Wieczoru Wrocławia", gdzie prowadził dział sensacji. Już było można.

Nie dane mu jednak było długo cieszyć się nowym zajęciem. Coraz groźniej dawało o sobie znać serce Bogdana. W końcu, po kilku zawałach, zdecydowano o przeszczepie. „Bogdan ma nowe serce" – wkrótce ta wiadomość rozeszła się po środowisku. Czy to jeszcze ten sam Bogdan? Nie wiem, jak wielu kolegów zadawało sobie to pytanie, z pewnością ja je sobie zadawałem. I kiedy pierwszy raz po przeszczepie spotkałem Bogdana, kiedy jego uścisk dłoni nie był już tak żelazny, jak kiedyś (w ogóle to był jakiś delikatny), przyznam, że zwątpiłem.

– Cześć, Boguś!

– Sam ty jesteś Boguś!

Więc jednak aż tak Bogdan się nie zmienił… Zdecydowanie jednak musiał zmienić swój dotychczasowy sposób i tryb życia. Jeszcze pisał, jeszcze nie zniknął z pola widzenia, ale stawał się coraz mniej widoczny. Nowe serce działało bez zarzutu, jednak inne choroby dopadały Bogdana.

Kiedy w zeszłym tygodniu wraz z grupą znajomych i przyjaciół wracaliśmy po pogrzebie Bogdana z cmentarza przy ul. Bujwida, miałem ogromną ochotę odwrócić się i zawołać: – Cześć, Boguś! Żeby raz jeszcze usłyszeć: – Sam ty jesteś Boguś! Ale nie zawołałem. Cześć, Bogdan!

Polska. Gazeta Wrocławska"

Wieczór Wrocławia

Nr 142, 19 VIII 2011

Zbyszek był człowiekiem wyjątkowym

Przyjęło się mówić i pisać o zmarłym – tuż po jego śmierci – głównie same dobre rzeczy albo taktownie milczeć. Ale są ludzie, o których dobrze, bardzo dobrze, nie sposób nie mówić za życia – za ich życzliwość względem innych, nieustającą chęć niesienia pomocy, za pogodę ducha, okazywaną w każdych okolicznościach przyjaźń. I właśnie do takich ludzi należał Zbyszek.

Poznaliśmy się wiele lat temu, nie pomnę już, w jakich okolicznościach. Wiem natomiast, iż od razu się polubiliśmy i – mam nadzieję – tak pozostało do ostatnich dni „Umana” na matce ziemi.

Na Zbycha zawsze można było liczyć, tak w kwestiach zawodowych (Jego dziennikarstwo cechowały odpowiedzialność i rzetelność, ale także profesjonalizm), stowarzyszeniowych, jak i prywatnych. Optymizmem oraz pogodą ducha zarażał wszystkich, wszystkim imponował, mimo że od wielu lat (chyba ponad dziesięciu) walczył z wyniszczającą fizycznie i psychicznie chorobą. W domowym archiwum zachowałem kilka zdjęć z sympatycznej kolacji z okazji 75-lecia urodzin Zbycha. Czułem się zaszczycony, bowiem zostałem zaproszony na nią jako jeden z nielicznych – obok Krzysia Kucharskiego – nieco młodszych przyjaciół Zbyszka, wywodzących się z naszego środowiska. Na jednej z fotek Zbyszek, już wówczas toczący od kilku lat heroiczny wręcz bój z chorobą nowotworową, stuka się ze mną kieliszkiem, a na Jego twarzy widać promienny uśmiech. I takim Go zapamiętam.

75 urodziny Zbyszka Umańskiego w restauracji "Lwowskiej" we Wrocławiu.
 
Wrócę jeszcze do wydarzenia z początków tego stulecia. Kiedy ówczesny metropolita wrocławski, kardynał Henryk Gulbinowicz, poprosił mnie, bym wytypował pierwszych ze środowiska dziennikarskiego laureatów do przyznawanego przez Niego pierścienia, wykonanego dla upamiętnienia 1000-lecia Biskupstwa Wrocławskiego, nie miałem wątpliwości. Wskazałem na red. Umańskiego (i red. Lenę Kaletową), jako najbardziej godnego tego zaszczytu. Bo Zbyszek na to szczególne wyróżnienie w pełni zasługiwał.
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, choć miał za sobą kolejny pobyt w szpitalu, kolejną kurację (chemii zaliczył co niemiara) starał się nie okazywać cierpienia. Tylko On sam i Jego najbliżsi – zwłaszcza ukochana żona Gizela – wiedzieli, ile Go to kosztuje. My, Jego przyjaciele, mogliśmy się tego jedynie domyślać. Ale byliśmy z nim w cierpieniu, modliliśmy się za w miarę łagodny przebieg choroby, w ostatnich zwłaszcza miesiącach, kiedy nie opuszczał już mieszkania, teraz zaś pozostaje modlić się za spokój duszy Zbyszka Umańskiego. I zachować w żywej pamięci. Będzie Go nam – i nie jest to tylko wyświechtany slogan – bardzo brakowało.
Waldek Niedźwiecki
 

Henryk Pacha – wspomnienia

Nasz Kolega, dziennikarz z pasją, twórca programów popularno-naukowych, powszechnie lubiany i szanowany. Od 1970 roku pracował we wrocławskim oddziale  Telewizji Polskiej.

Niezwykle kompetentny – szybko awansował na stanowisko kierownika Redakcji II Programu. Jednocześnie realizował swoje programy. Za cykl „Ludzie nauki” został nagrodzony „złotym ekranem”. Programy te emitowane były na antenie ogólnopolskiej, prezentowały sylwetki i osiągnięcia naukowe czołówki  polskich badaczy w latach siedemdziesiątych. Wystąpili, między innymi, sławny wrocławski matematyk prof. Kazimierz Urbanik, prof. Zofia Trzebiatowska, prof. Witold Starewicz, znany wrocławski kardiolog prof. Antoni Falkiewicz,  a także profesorowie Kazimierz Kordylewski, Stefan Ślopek i doktor Jan Wyżykowski, wówczas określany, jako odkrywca Polskiej Miedzi.

W latach 1973 do 1977 red.  Henryk Pacha współredagował „Magazyn Lotniczy” emitowany w II programie Telewizji Polskiej. Ale prawdziwą pasją Henryka były krótkofalarstwo. Próbował łączyć się z „całym światem” za pomocą fal radiowych już jako młody chłopak. Później został członkiem Klubu Krótkofalowców. Przeprowadził pierwszą transmisję telewizyjną za pomocą krótkofalówek. Do końca utrzymywał kontakty z kolegami z klubu. Henryk był bardzo aktywnym dziennikarzem i współtwórcą pierwszej w Polsce prywatnej Telewizji ECHO i jej Naczelnym Redaktorem, niezależnym producentem i właścicielem studia VIDEOEXPRES we Wrocławiu. Po przejściu na emeryturę w dalszym ciągu wykonywał różne, ważne społecznie filmy i reportaże.

Rodzina, bliscy, przyjaciele

– wszyscy pożegnamy Henryka w czwartek, 3 marca, o godzinie 11.00 – na cmentarzu przy ul. Bardzkiej we Wrocławiu

Koleżanki i Koledzy

ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk

 

Przyjaciele wspominają Henryka

Polski Związek Krótkofalowców, Dolnoślaski Oddział Terenowy we Wrocławiu

SP6ARR – Henryk Pacha

Od roku 1967 licencjonowany nadawca  i członek  PZK. Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Od kiedy został nadawcą, wykonywany zawód pozwolił mu aktywnie promować w mediach krótkofalarstwo i radioamatorów. Autor bardzo popularnego w telewizji publicznej latach 1970/1980 programu  KRÓTKOFALOWCY. W roku 1993 otrzymał Odznakę Honorową PZK. Dokumentuje na filmach wiele wydarzeń i imprez krótkofalarskich. Jeden z animatorów Europejskiego Centrum Radiokomunikacji Amatorskiej na Chełmcu k/Wałbrzycha. Twórca internetowego programu KRÓTKOFALOWCY-BIS . Współpraca medialna w przygotowaniu misji kosmicznej z udziałem krótkofalowców – kosmonautów w laboratorium Europejskiej Agencji Kosmicznej  COLUMBUS na ISS ALFA. Entuzjasta nowych technik ATV.

I.Ś.R: SP6ARR – Henryk Pacha SK
Dział: I.Ś.R – Wydarzenia, informacje KF/UKF

26.02.2011r. ok. godz. 14 zmarł Henryk Pacha SP6ARR, członek Dolnośląskiego Oddziału Terenowego PZK. Henryk redagował cykliczny programu "Krótkofalowcy" emitowany w telewizji publicznej, a później był redaktorem i wydawcą programu Krótkofalowcy Bis dostępnego w telewizji internetowej oraz TV satelitarnej EDUSAT. Współpracował także z redakcją ŚR, która na bieżąco informowała o jego programach. Za swoją działalność został odznaczony Złotą Odznaką Honorową PZK oraz niedawno  Medalem Braci Odyńców.

Cześć Jego Pamięci!

[^][^]SP6ARR Henryk Pacha Silent Key[^][^]Żal i smutek …...

 

Wspomnienie o Zdzisławie Swędziole: Graniczna rzeka Styks

Tyle razy spotykaliśmy się ze Zdzichem nad rzekami. We Wrocławiu była nią oczywiście Odra. Gdy odwiedzał  Niemcy, we  Frankfurcie (Hesja) prowadziliśmy często długie rozmowy, spacerując nad Menem. A gdy wielokrotnie  razem przemierzaliśmy trasę Wrocław – Frankfurt n. Menem, mijaliśmy oczywiście graniczną Nysę Łużycką.

I tylko jednej rzeki przez dziesięciolecia naszej znajomości nie tylko nie mijaliśmy, ale i nie wspominali w naszych rozmowach, wręcz wykreśliliśmy ją ze świadomości: Styks, mitologiczna rzeka graniczna, oddzielająca krainę bytów doczesnych od  krainy pośmiertnej, do której – chcąc nie chcąc – od urodzenia dążymy.
Dopiero, możliwe do przewidzenia, choć za wczesne dla bliskich i przyjaciół,  nagłe odpłynięcie Zdzisława Swędzioła łodzią Charona na niewidoczny dla śmiertelników brzeg przypomniało ponownie, że wszyscy nad tą symboliczno-mityczną rzeką stoimy.
Nie mam w kieszeni przygotowanego obola, którym trzeba zapłacić synowi Nocy za przewóz. Stoję jeszcze po tej stronie rzeki, ale choć Cię Zdzichu nie widzę, przypominają mi Ciebie animowane obrazy z przeszłości, krótko zwane wspomnieniem. One pozostaną ze mną aż do czasu, gdy w wiadomym tylko Stwórcy terminie przepłynę te rzeki, które łączą się ze Styksem, a które Ty już za życia przepłynąłeś: Acheront (rzekę boleści) – gdy tak często w ostatnich latach musiałeś zmieniać bezpieczny dom rodzinny na szpitalną salę, Kokytos (rzekę płaczu) – gdy zatroskany myślałeś czasami o nieuchronnym rozstaniu z bliskimi i na końcu Lete (rzekę zapomnienia) – gdy wspomnieniami obejmowałeś tylko  radosne chwile swej życiowej pielgrzymki, w niepamięć puszczając zgotowane przez los i współbraci w ludzkości momenty przykre, a czasem i niebezpieczne. Nikt od nich nie jest wolny, Ty byłeś narażony na nie w sposób szczególny. Jako prawnik, dziennikarz – że tylko te powody wspomnę.
Byłeś człowiekiem o wielostronnych zainteresowaniach, barwną renesansową postacią, która na stałe wpisała się w wizerunek nadodrzańskiej metropolii. Poznaliśmy się w czasie jednego z wyjazdów w tzw. dolnośląski teren w pierwszych latach siódmej dekady ubiegłego wieku. Minąć musiało lat parędziesiąt (!) nim spotkaliśmy się ponownie po drugiej stronie Odry i tak znajomość przerodziła się w przyjaźń, spotkania zaś po obu stronach granicy stały się regułą na całe kolejne dwadzieścia lat. Pamiętasz? Te niezapomniane godziny spędzane na dyskusjach w gronie bliskich nam kolegów i przyjaciół w Klubie Dziennikarza, w dawnym redakcyjnym bufecie przy Podwalu, w„kultowych" lokalach Wrocławia, w pobliżu Twego miejsca zamieszkania, jak również w naszych rodzinnych gronach. Byłeś człowiekiem otwartym na innych i stąd też w gronie Twoim znajdowała się nie tylko palestra czy koledzy po piórze. Ujmowałeś mnie głębokim szacunkiem dla życia rodzinnego, co wyrażało się stałą troską o materialną, ale i tę  prywatną jakość życia najbliższych. Nie wyobrażałeś sobie innego modelu życia.
A gdy spełniły się Twe marzenia o domku z ogródkiem, a jednocześnie stan zdrowia zaczął budzić coraz bardziej uzasadnione obawy, gdy kroki Twe częściej prowadziły do sobóckiego kościoła  niż pod wrocławski Ratusz, raz jeszcze udało nam się spotkać nad Odrą. I wtedy zapytałeś mnie, czy naprawdę wierzę, że istnieje coś po śmierci. Nie zdążyłem Ci na to pytanie odpowiedzieć. Teraz Ty wiesz, my możemy tylko wierzyć.
Wierzę, że kiedyś się spotkamy, ale dziś brak nam tu Ciebie. Czy musiałeś w ten fatalny piątek nosić ze sobą obola dla Charona…?
 
Wojciech W. Zaborowski
 

Henryk Jagodziński (1928 – 2000) Król cyganerii

Urodził się 30 września 1928 roku w Łodzi. Zmarł 1 stycznia roku 2000 we Wrocławiu. Był dziennikarzem, nauczycielem, literatem satyrykiem, żeglarzem, kierownikiem literackim kabaretów, kierownikiem programowo-artystycznym klubów, bywalcem, jeśli nawet nie pałaców, to na pewno Pałacyku, odtwórcą własnych tekstów na wszystkich chyba scenach i scenkach Dolnego Śląska – i nie tylko, współpracownikiem przeszło 50 pism w kraju i za granicą, drukujących Jego fraszki i aforyzmy, autorem przeszło kilkudziesięciu tysięcy skrzydlatych myśli, nade wszystko zaś człowiekiem o otwartym sercu i umyśle.

On – Henryk Jagodziński, nasz przyjaciel i mistrz językowych form krótkich (“sens musi być treściwy” – powiadał), niekoronowany przywódca cyganerii wrocławskiej drugiego półwiecza ubiegłego wieku.
 
To byłoby chyba najkrótsze wspomnienie. Byłoby, gdyby nie to, że Henio pozostał na zawsze nie tylko w naszej pamięci, ale stanowi zarazem cząstkę Wrocławia, jego historii. Na szarym tle politycznych dziejów miasta lat siedemdziesiątych jawi się jako prawdziwy artystyczny cygan indywidualista, który lśni do dziś pełnią blasku szlachetnego kamienia.
 
Byliśmy przyjaciółmi. Jest moją powinnością oddać w słowie tę niepowtarzalną postać. Przybliżyć tym, którzy nie mieli szczęścia Go poznać, przypomnieć żyjącym, którym czas nieubłagany, nowe sprawy przynoszący, dawnych kolegów i przyjaciół w niebyt zapomnienia oddala.
 
 
Ci, którzy Henryka Jagodzińskiego pamiętają, wiedzą, że przyciągał uwagę już samym swym wyglądem. Z rozwianą niesfornie brodą, długimi, gładko do tyłu zaczesanymi włosami, był postacią, którą dnia każdego można było spotkać w jednym z licznych w owych latach klubów i lokali. Najczęściej, oczywiście, w Klubie Dziennikarza na rogu Podwala i Świdnickiej, w Klubie Związków Twórczych w Rynku lub Pałacyku przy Kościuszki. To były miejsca pracy Henia. Zawsze z nieodłącznym notesem i długopisem, czy raczej wiecznym piórem, uwieczniał w miarę upływu godzin przychodzące Mu do głowy refleksje. I tak, gdy wieczorem normalni bywalcy klubów opuszczali lokal ubożsi w portfelu i z szumem w głowie, Henio wychodził bogatszy o własne przemyślenia i z materiałem literackim w postaci nowych aforyzmów i fraszek. Wielu zresztą chętnie dosiadało się do mistrza, nie żałując nawet grosza na napoje, byle uczestniczyć w akcie tworzenia i oczyma profana śledzić, jak powstaje sztuka! Niektórzy tylko krzywili się nieco, gdy po owym zauroczeniu sięgali do portfela i stwierdzali znaczące ubytki. Tych jednak – jak wspomina Tadeusz Zimoch, również dawny bywalec klubów i zarazem sympatyczny brydżowy kumpel – pocieszał Henio dobrotliwie: „Nie martwcie się, kto ze mną traci, ten i tak zyskuje”.
 
Taki właśnie był Henio. Na serio zafrasowany życiem i tym, co się wokół działo, a zarazem na dużym towarzyskim luzie, gdy rzecz dotyczyła Jego osoby. Praca Henia polegała nie na pisaniu – to był efekt pracy – a na myśleniu. Dlatego, bacznie obserwując rzeczywistość, mógł na niezorientowanych sprawiać wrażenie boskiego leniucha, co to nie sieje i nie orze. W notce biograficznej o sobie, zamieszczonej w roczniku magazynu satyrycznego Karuzeli za rok 1971 napisał:
 
Urodziłem się, więc jestem, jestem, więc myślę. Wielu myśli, że myśli, ale nic więcej. Ja myślę, że myślę więcej, bo mi za to płacą; niewiele wprawdzie – jako że myślenie wciąż ma ogromną przyszłość, ale nie ma żadnej teraźniejszości – zawsze jednak. Jestem małomówny, ale daję dużo do myślenia. Szanuję czas czytelników, oszczędzam papier i nie przemęczam się”.
Z ulicy Brzozowskiego w Łodzi przeprowadził się Henryk Jagodziński do Wrocławia w roku 1952. Z urodzenia łodzianin, stał się w ten sposób już na całe życie z wyboru wrocławianinem. Nie żałował tego nigdy.
 
Studiował na wydziale matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. Później przez trzy lata uczył matematyki w szkole średniej. I na studiach, i w szkole nie obyło się bez kłopotów. Niekonwencjonalny był Henio zarówno jako student, jak też jako pedagog. W prasie studenckiej krytykowano Jego bujny zarost, dobrotliwie podając adres najbliższego fryzjera. Henio pozostał nieugięty, budząc już w tamtych latach swym strojem i wyglądem posądzenia o chęć walki… z ustrojem. Zamieściło ową krytykę Życie Uniwersytetu w nr 13 w październiku 1953 roku. W szkole jako belfer naraził się zaś zasuszonemu gronu pedagogicznemu obroną ucznia, któremu obniżano stopnie z przedmiotów, bo nosił… długie włosy! Po latach były pedagog opowiadał mi co prawda inną wersję wydarzeń. Opuścił szkołę, gdyż Jego dowód na podobieństwo trójkątów nie bardzo przypominał klasyczny wywód na ten temat. “Tu jest równo, tam jest równo, dlaczego nie miałyby być podobne?” – miał stwierdzić Jagodziński przy osłupiałym wizytatorze. Znając Henia, przypuszczam, że obie wersje są bliskie prawdy. Miłość do matematyki, jak również i posądzenia o kpiny z najlepszego z ustrojów miały mu odtąd towarzyszyć przez całe życie.
 
W 1975 roku przybywa do niego z Łodzi matka i aforysta przeprowadza się wraz z nią z ulicy Mieleckiej na Drukarską 22, gdzie zamieszkiwać będzie aż do śmierci. To właśnie w początku lat siedemdziesiątych poznałem Henryka osobiście i znajomość zmieniła się wnet w przyjaźń. W mroźny dzień Nowego Roku, po sylwestrze, który Henryk spędził jako konferansjer i wodzirej na noworocznej zabawie w dawnym PDT przy ul. Świdnickiej, ja zaś na sylwestrowym koncercie jako konferansjer, umówieni byliśmy na Dworcu Głównym o godzinie… piątej rano, by pojechać na tzw. spotkanie z twórcą, kameralny wieczór klubowy, do Międzylesia nad czeską granicę. Henio jako twórca, ja jako dziennikarz prowadzący spotkanie. Nikt z nas, rzecz jasna, nie wierzył, że ten drugi – po tak intensywnej nocy – przybędzie… Ale poczucie obowiązku nakazywało się stawić.
 
Jakież było zaskoczenie nas obu, gdy na pustym przydworcowym placu spotkaliśmy się w ów mroźny poranek. Od tej pory wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Różnie potem potoczyły się nasze losy, ale nigdy się na Heniu nie zawiodłem. Mimo iż z biegiem lat był coraz bardziej chory, potrzebował wypoczynku i po wypadku ulicznym – gdy na przejściu dla pieszych, przy zielonym świetle, potrąciło go auto – miał kłopoty z poruszaniem się, dom Jego był gościnnie otwarty dla przyjaciół o każdej porze dnia, a dla mnie, gdy wpadałem po latach z miejscowości o setki kilometrów oddalonych – nawet w nocy.
 
Rozmawiałem z prof. drem hab. Joachimem Glenskiem z Instytutu Nauk Społecznych, kierownikiem Katedry Komunikacji Społecznej i Dziennikarstwa Uniwersytetu Opolskiego. Jest on autorem imponującej Wielkiej encyklopedii aforyzmów, w której nie zabrakło też miejsca dla Henia Jagodzińskiego. Wysoko ocenił dorobek Henia, żałował, że nie zdążył poznać Go osobiście. Ale dotarłem też do wcześniejszej pracy prof. Glenska, Współczesnej aforystyki polskiej – antologii 1945-1984, wydanej w 1986 roku przez Wydawnictwo Łódzkie. Prezentując wybór aforyzmów H. Jagodzińskiego na podstawie pism Karuzela (gdzie Henio debiutował w 1956 roku), Szpilki, Sigma, Sprawy i Ludzie, Kalendarza Wrocławskiego, oprócz notki biograficznej, w obszernym wstępie przedstawiającym dzieje aforyzmu i ludzi aforyzmy tworzących, na str. 21 napisał: “Odnotowujemy powstanie wrocławskiej szkoły aforystycznej pod egidą Henryka Jagodzińskiego, szczycącej się już kilku zbiorowymi nagrodami”.
 
Z tej szkoły, powstałej w 1972 roku, Henio był szczególnie dumny. Pamiętam te zajęcia. Każdy dostawał kajecik i temat do opracowania. Na określone hasło należało ułożyć możliwie wiele sentencji, skojarzeń, złotych myśli czy też, jak to nazywał Henio – “przebłysków”. Po prostu – aforyzmów. Praca była umysłowo mordercza, bo dopiero, gdy już coś powstało i każdy dumnie prezentował swój intelektualny dorobek, zaczynała się katorga. Wszystko trzeba było cyzelować, poprawiać, przerabiać, a w wielu wypadkach na koniec wrzucić do kosza! Ale trud się opłacał. Kilku z Jego uczniów stało się cenionymi aforystami.
 
Przez lata też mistrz wraz z uczniami organizował Kwietnicę Satyryczną. Były to prezentacje dorobku aforystycznego. Nie obyło się w ich trakcie bez akcentów społecznych. Przyznawano mianowicie nagrody za bubel roku. Tak uhonorowano kiedyś m.in. słynne przejście podziemne, zbudowane  w z d ł u ż  ulicy Świdnickiej, a nie w poprzek, jak nakazywałaby logika. Do owego przejścia miał zresztą Henio szczególnie emocjonalny stosunek. On, który w owym czasie nie miał jeszcze żony – Krystynę poznał o wiele później – ujął się za ciężką dolą matek. Kobiety te w żaden sposób schodów do przejścia prowadzących pokonać nie mogły, gdyż zapomniano wybudować… prowadnic dla wózków! Planował nawet Henio w “czynie społecznym” z okazji 1 kwietnia samemu takie prowadnice wmurować, ale życzliwi odradzili Mu ten czyn. I bez tego miał sporo kłopotów z ówczesną rzeczywistością.
 
Jego pisanie budziło, rzec można, uczucia ambiwalentne. Chyba dlatego szybciej doczekał się fraszkopisarz odznaki Zasłużony Pracownik Morza, niż uznania za trud literacki. A znał doskonale wartość tego, co tworzył. Dumny był, gdy osiągnięcia Jego zostawały zauważane i doceniane, jak było choćby w wypadku zdobycia pierwszego miejsca na turnieju w Bogatyni, co wiązało się z otrzymaniem zaszczytnego tytułu “króla łgarzy”. Wielokrotnie również spotykały Henryka wyróżnienia na legnickim Satyrykonie, tradycyjnym festiwalu satyry. Sukcesy towarzyszyły gościnnym występom w kabarecie Elita u boku Andrzeja Waligórskiego, czy też prezentacjom kabaretu literackiego My, którego był literackim kierownikiem i z którym to, jak mi donosił radośnie w liście z 14 listopada 1989 roku, występował w wielu miejscowościach Polski. Mniej szczęścia miał do oficjalnych, urzędowych odznaczeń. Nagroda resortowa prezesa RSW Prasa-Książka-Ruch “Za zasługi dla rozwoju satyry na Dolnym Śląsku” stanowi tu zaszczytny wyjątek.
 
Również i wydawnictwa nie rozpieszczały Henryka. Dopiero w 1991 roku oficyna Żywe Słowo wydała pod redakcją Zdzisława Swędzioła w nakładzie 20 tys. egz. tom aforyzmów H. Jagodzińskiego Przebłyski wyborne, wybór ok. 6000 skrzydlatych myśli. W planie wydawniczym wspomnianego edytora był następny tom Fraszki i takie inne –niestety, nie zdążył się ukazać. Sympatycy twórczości Henryka mają okazję zetknąć się z Jego fraszkami w antologii Fraszki polskie autorstwa Józefa Bułatowicza, literata aforysty i fraszkopisarza. Wydany w 2003 roku zbiór zawiera 24 fraszki pióra Henia.
Tylko wyjątkowo cierpliwi i pilni mogą dotrzeć do archiwalnych numerów Słowa Polskiego, w którym to dzienniku przez lat 40 drukował swe myśli nieżyjący już autor. Efemerydą jest wydany z okazji 30-lecia Klubu Dziennikarza we Wrocławiu Merkuriusz Klubowy Extraordynaryjny, bogato zdobiony fraszkami Henryka. Również wydawnictwo specjalne na 50-lecie Słowa Polskiego (rok 1995) zawiera prawie na każdej stronie Jego “przebłyski” przygotowane specjalnie na tę okazję.
 
Za osobistą zasługę poczytuję sobie, że mogłem przed laty zwrócić uwagę wydawców gazety Samo Życie, dwutygodnika (wcześniej miesięcznika) wydawanego w języku polskim w Niemczech, na twórczość Henia. Od 1997 roku aż do śmierci stał się lubianym i cenionym współpracownikiem tej gazety, a Jego “myśl miesiąca” zdobiła winietę każdego numeru. Podobnie trafił też Henryk “pod strzechy” dzięki red. Lesławowi Millerowi, dyrektorowi Agencji Wydawniczo-Reklamowej “Prasa-Radio-Telewizja” we Wrocławiu, który pozyskał Henryka do współpracy z wydawanymi na Dolnym Śląsku gazetami gminnymi.
 
Henryk Jagodziński był, jak by to dzisiaj określono, postacią medialną. Znakomicie prezentował się na estradzie i na scenie, błyskawicznie nawiązując kontakt z publicznością. Potrafił a vista stworzyć aforyzm na temat rzucony z sali. I potrafił też dowcipnie odpowiedzieć, nie obrażając przy tym nikogo, nawet jeśli pytanie do najmądrzejszych nie należało. No bo co można było odpowiedzieć na pytanie: “Jak się pisze aforyzm?”. “Bierze się długopis, kartkę papieru, siada przy stole i… zapisuje mądrą myśl” – tłumaczył spokojnie Henio. “A skąd się bierze mądra myśl?”. “A, to już pytanie nie do mnie, ja tylko tłumaczę, jak powstaje aforyzm” – replikował z uśmiechem satyryk.
Nieśmiertelne myśli miały bardzo ziemską genezę. Wyrastały z sytuacji, stanowiły komentarz do aktualnych wydarzeń. Stąd też i wspomniane kłopoty mistrza aluzji z ówczesną cenzurą. Bo jak można przypuszczać, iż władza się nie obrazi, gdy w odpowiedzi na wszechobecną wtedy w mediach “propagandę sukcesu” Henryk skromnie napisał: “Dwa razy dwa już jest cztery, a będzie jeszcze lepiej”. Albo gdy do peanów na cześć agenta PRL, kapitana Czechowicza, który nie za bardzo tajne informacje z rozgłośni polskiej radia Wolna Europa zbierał dla służb specjalnych, wysmażył Henryk następujący komentarz: “Rozszyfrowano asa, okazał się dupkiem żołędnym”. Nie wspomnę już o czytelnym dla wszystkich: “W pewnym kraju na ministra spraw wewnętrznych powołano internistę – ustrój niedomagał”. Zabawnie wyszło, bo ministra wnet zmieniono, a Henio pozostał, choć w czasie stanu wojennego nie mógł już swobodnie myśleć, tzn. pracować; zamknięto go, przepraszam –  z a t r u d n i o n o  w portierni wydawnictwa prasowego, by wydawał klucze spieszącym do pracy dziennikarzom. Miał więc, bądź co bądź, stanowisko kluczowe. Podejrzewam jednak, że nie o taką karierę mu chodziło! Usiłowano Henia wkomponować w ustrój. “Panie Henryku, cenimy pana satyrę, ale chcemy, by od dziś tworzył pan satyrę pozytywną” – usłyszał raz od jednego z decydentów. “Ha, ha – uśmiał się Henio – to z pana jest lepszy satyryk, niż ze mnie”. I pozostał takim, jakim był, do końca życia.
 
 
Kochał świat i ludzi. Widział wady i słabości. Dobrotliwie z nich kpił, starając się w ten sposób udoskonalić świat i człowieka. Bo w gruncie rzeczy był idealistą. Patrzę na jedno z ostatnich oficjalnych zdjęć Henia zrobione w czasie spotkania opłatkowego dziennikarzy seniorów z ks. kard. Henrykiem Gulbinowiczem. Wymowne jest spojrzenie Henia, baczne, bez śladu uśmiechu. Obok siebie stanęli, mimo różnicy w sposobach głoszenia swych prawd o człowieku, dwaj moraliści.
 
Wracam raz jeszcze do tomu Współczesna aforystyka polska. Znajduję dwa aforyzmy: “Patrzysz – człowiek. Myślisz – kto to? A to człowiek!” To tekst pióra Henia Jagodzińskiego. Drugi brzmi: “Chrońmy się pogardy dla kogokolwiek, nawet dla najgorszego, bo to jest  j e s z c z e  człowiek, aż… człowiek”. To słowa prymasa ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. I tak to Henio prześmiewca dołączył do długiego szeregu myślicieli i moralistów. Bo właśnie z wrażliwości na los człowieka, z zadumy nad jego przeznaczeniem, filozofowie i moraliści stali się aforystami. Do nich należał i Henryk Jagodziński. Takim pozostanie dla potomnych.
 
Wojciech W. Zaborowski
* * *
Rok 2000 był dla Henryka datą magiczną. Bardzo chciał go doczekać. I stało się – zmarł 1 stycznia tegoż. Spoczywa na cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu.
 
 

10 lat bez Henryka Jagodzińskiego

Z nowym tysiącleciem, tysiące nowych nadziei, ale cóż – termin”. Te słowa, to jeden z dwóch ostatnich aforyzmów (zwanych przez autora „ przebłyskami”), które napisał Henryk Jagodziński, twórca wrocławskiej szkoły aforystów, a jednocześnie współpracownik Słowa Polskiego, 30 grudnia 1999 roku, dwa dni przed śmiercią.

Umysłowo jak zawsze błyskotliwy, choć fizycznie bardzo już słaby Henio, lękał się magicznej dla niego daty 2000 roku i jakby przeczuwał, że już jej nie przeżyje. Dane mu jednak było, choć jeden tylko dzień, cieszyć się radością Nowego Roku. Tego samego dnia napisał też Henio, poruszony śmiercią Jerzego Waldorffa : „Pan Bóg robiąc remanent tysiąclecia powołał Jerzego Waldorffa jako konsultanta spraw polskich”. Jeśli Waldorff, walczący zawsze o właściwe miejsce w życiu narodu dla muzyki i szerzej – polskiej kultury – jest od tych spraw boskim konsultantem, to Henio z pewnością został w zaświatach doradcą od słowa polskiego. Tego w cudzysłowie , jako że 40 lat publikował swe „przebłyski”, fraszki i felietony w dolnośląskim „Słowie Polskim”, jak też i tego normalnego słowa. Swymi filozoficzymi, dobrotliwie ironicznymi aforyzmami na temat człowieka i czasów, w których mu przyszło żyć, uczynił je nieśmiertelnym. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak słowo pod piórem Henia stawało się aforyzmem, wpisywanym natychmiast do notesu, z którym Henio nigdy się nie rozstawał.

Jak słusznie stwierdza we wstępie do antologii „Współczesna aforystyka polska” wybitny badacz dziejów aforyzmu prof. Joachim Glensk, aforyzm, mimo iż swą genezą sięga starożytności, należy do najmniej zbadanych form literackich. „Aforyzm – zwięzłe zdanie wyrażające jakąś myśl filozoficzną, moralną lub regułę życiową”, jak głosi definicja w słownikach języka polskiego, nie cieszy się nadmiernim zainteresowaniem ani teoretyków literatury, ani też jej historyków. Stosunkowo najwięcej uwagi poświęca mu jeszcze krytyka literacka, ale raczej w aspekcie przedstawiania biografi twórców, niż badania zawartości utworów. Czyżby winni byli sami autorzy? Jeśli bowiem Henryk Jagodziński stwierdza żartobliwie, że „gdy aforysta się streszcza, nie ma właściwie już nic do powiedzenia”, to co tu badać? Szczególnie, gdy i w innym miejscu twórca powiada: „Aforyzm – utwór, w którym pointa leży na początku, a dalszego ciągu w ogóle nie ma”.

Niestety, nie tylko krytyka niepoważnie traktowała owe finezyjne, przewrotne nieraz, zawsze jednak pełne mądrości, literackie słowne cacka. Przez długi czas wstrzymywano się przed przyjęciem Henia w szeregi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Związku Literatów Polskich. „Co to za utwory, jedno zdanie” – z lekceważeniem odnoszono się do tej najmniejszej formy literackiej. „Ale jakie!” – odparowywał autor. „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się – to też tylko jedno zdanie, a chyba nie powiecie, że bez znaczenia”. Nie powiedzieli, i w ten sposób Henio, stał się nie tylko bywalcem klubów, ale i członkiem stowarzyszeń twórczych.

Bogactwo duchowe mistrza nie zmieniało się jednak niestety w nadmierne dobra materialne. Wynaleziony przez Fenicjan pieniądz bardzo niechętnie wędrował do kieszeni twórcy. Powód był prosty. Aforymy Henryka niektórzy naczelni redaktorzy skłonni byli wyceniać w … centymetrach kwadratowych zajmowanej w gazecie powierzchni, a nie jak produkt literacki. Finansowe efekty podobnej kalkulacji były dla Henia opłakane. A bywały takie chwile, że wisiał nad nim i zakaz publikacji. Bo jak można niebezpiecznie ośmieszać sługi aparatu bezpieczeństwa rządzącej wówczas partii (dla przypomnienia – PZPR) i w aforyźmie pt. „O pewnym donosicielu” wprost stwierdzić: „raz nie doniósł, zesrał się po drodze”.

Twórczość Henryka Jagodzińskiego to kontynuacja dokonań znakomitego satyryka i liryka Stanisława Jerzego Leca, którego aforyzmy znane są daleko poza granicami Polski, podobnie jak i Wiesława Brudzińskiego. Pilni szperacze tej formy literackiej doszukają się aforyzmopodobnych sentencji w twórczości romantyków polskich A. Mickiewicza, J. Słowackiego, Z. Krasińskiego. Mało kto też wie, że i we Frankfurcie nad Menem ukazała się w 1974 roku antologia polskich aforyzmów z ub. wieku pod literacką redakcją satyryków J. A. Marianowicza i R. M. Grońskiego zatytułowana „Denkspiele. Polnische Aphorismen des 20. Jahrhunders”.

Ok. 60 tys. aforyzmów Henryka Jagodzińskiego wydrukowanych w ciągu przeszło pięćdziesięciu lat pracy w ponad 50 czasopismach krajowych i zagranicznych stanowi trwały dorobek w dziejach polskiej aforystyki. Dwa miasta mogą być szczególnie dumne z osoby Henia. Pierwsze to Łódź, w której się urodził 30 września 1928 roku i której to satyryczny dwutygodnik „Karuzela” przez lata ubogacał swymi fraszkami i aforyzmami. Drugie to ukochany przez niego Wrocław, do którego przeniósł się w 1952 roku. Tu też po studiach na Wydziale Matematycznym Uniwersytetu Wrocławskiego przez kilka lat nauczał młodzież szkół średnich. Był niekonwencjonalnym zarówno studentem, jak i nauczycielem. Jako student zbierał cięgi w prasie komunizujących studentów za zbyt bujny zarost. Jako nauczyciel zaskoczył wizytatora niezwykłym, jak na matematyka, dowodem na podobieństwo trojkątów: „ Tu jest równo, tam jest równo, czemu by nie miały być podobne?”

Zaskakiwał do końca życia. Najbardziej, gdy dziesięć lat temu, 1 stycznia 2000 roku nagle przeszedł do nieśmiertelności.”..Tysiące nowych nadziei, ale coż termin!

Henryk Jagodziński – Król Cyganerii. Wspomnienie

Tekst: Wojciech W. Zaborowski

Nie ma Bogusia

Wiadomość o śmierci Bogusia dotarła do mnie 13 maja w południe. Dzwoniła Joanna, starsza córka – Tata nie żyje, zmarł wczoraj nagle. Zawał serca. Pierwsza myśl – to nie może tak być. Przecież umawiałam się z Nim miesiąc wcześniej, kiedy wyjeżdżałam po świętach wielkanocnych z Kudowy-Jakubowic – że niedługo znów tu będę. Czekamy – usłyszałam. Przecież jeszcze poprzedniego dnia rozmawiałam w Stowarzyszeniu o tradycyjnej wycieczce dziennikarzy-emerytów, zaplanowanej na czerwiec…
 
Pamiętam Bogusia jeszcze z Klubu Dziennikarza. Ile to już lat – dobrze ponad dwadzieścia, jak zostawił Wrocław i przeniósł się z Ziutką, z małymi córkami, do Ośrodka Wczasowego Dziennikarzy u podnóża Karkonoskiego Parku Narodowego. Gospodarzył tam pięknie, dbał o to, by goście (często-gęsto kapryśni) czuli się jak w rodzinie. Ile razy widziałam Go w kuchni – jak dosmaczał jakąś zupę czy doprawiał sos, żeby był jeszcze lepszy. Ile razy patrzyłam, jak wczesnym rankiem wyjeżdża – żebyśmy mieli świeże bułki na śniadanie. I jeszcze miał czas, by usiąśc w barze i pogadać.
 
Gospodarzył z kilkuletnią przerwą, od Niego niezależną. Ale wrócił. I znów w Jakubowicach zrobiło się miło. Choc ośrodek nie był już całkiem nasz, nadal byliśmy tam serdecznie witani. Nadal na każde święta czekały na dziennikarzy-emerytów bezpłatne miejsca, tradycyjnie dwa razy do roku ośrodek gościł autokarową wycieczkę ze Stowarzyszenia, a gdy pojawiał się ktoś „z branży", mógł liczyc na zniżkę. Pozostała nazwa „Nest", no i był Boguś, który witał gości z wielką serdecznością. A potem, jakby nie dośc miał zajęc, wymyślał – a to ognisko, a to grillowanie, a to tańce i śpiewy…
 
Często jest tak, że gdy zabraknie Człowieka, coś bezpowrotnie mija. Kto teraz powie gościom, że szlakiem do „Błędnych Skałek" idzie się z ośrodka tylko 45 minut?! No i gdy się okaże, że wyprawa trwa o wiele, wiele dłużej, odpowie z rozbrajającym uśmiechem – „Bo ja tam nigdy nie chodziłem"…
Elżbieta Gonet
 

Zdzisław Zieliński (1927–2009)

Odszedł z naszego dziennikarskiego grona Zdzisław Zieliński. 1 stycznia 2009 roku skończył osiemdziesiąt dwa lata, a trzynaście dni później zmarł po ciężkiej chorobie. Zdzicho był dobrym kolegą i uczynnym człowiekiem. Będzie nam Go bardzo brakować.

Red. Zdzisław Zieliński po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim rozpoczął pracę dziennikarską w „Słowie Polskim”. Z niedużą przerwą na pełnienie funkcji redaktora naczelnego „Nowej Miedzi” w Lubinie z początkiem lat siedemdziesiątych, przez całe zawodowe życie był dziennikarzem „Słowa Polskiego”. Pracował m.in. w działach miejskim i ekonomicznym, był uczniem wielkich sław dziennikarskich – Bronisława Winnickiego, Wacława Drozdowskiego, Michała Żywienia, Mieczysława Zawadowskiego.

* * *

Pogrzeb red. Zdzisława Zielińskiego odbył się 20 stycznia 2009 roku na cmentarzu parafialnym przy ul. Zabrodzkiej we Wrocławiu.

Romek był dobrym, wrażliwym człowiekiem

W sobotę 11 października 2008 roku we wrocławskim szpitalu, w wieku 60 lat, zmarł Roman Pawlak (1948-2008) operator milickiej kablówki, twórca wielu filmów o ziemi milickiej. — To wielka strata dla nas i dla Milicza. Był dobrym, wrażliwym człowiekiem i zawsze gotowym do pomocy. My pierwszego listopada, będąc na cmentarzach na Kresach, zapaliliśmy symboliczny znicz, właśnie dla Romka – mówi Grażyna Orłowska-Sondej.

Choć był wrocławianinem, swoje życie i pracę zawodową związał na stale z Miliczem. Właśnie tu, w Miliczu, od wielu lat był operatorem kablówki TVMIL-Sat. Okiem kamery śledził najważniejsze wydarzenia z życia miasta i powiatu, które były emitowane dwa razy w tygodniu: we wtorki i piątki. Na szklanym ekranie miliczanie mogli oglądać m.in. relacje z sesji gminy Milicz i powiatu. Na stałe w programie milickiej kablówki wpisał się „Kurier Milicza” – program, w którym Roman Pawlak przedstawiał trudne sprawy społeczne, jakie dotykały zwykłych ludzi. Były tez emitowane filmy, których był twórcą m.in. „Lasy milickie”, „W Dolinie Baryczy” czy tez „W krainie ciszy”. Razem z redaktorem telewizji wrocławskiej Piotrem Kasprzyckim nakręcił pięcioodcinkowy film „Podróże magiczne” ukazujący historię Milicza od epoki brązu po średniowiecze. – Z Romciem kilka lat temu poznaliśmy się w Cieszkowie na Herodiadzie, gdzie byłem jurorem. I tak zaczęła się nasza znajomość i współpraca. Dzięki niej powstał cykliczny program „Podróże magiczne”, który miał być kontynuacją opowieści o Miliczu. Takie mieliśmy plany. Podczas odwiedzin w szpitalu niejednokrotnie w rozmowach wracaliśmy do naszych planów – opowiada Piotr Kasprzycki i dodaje: – Romek miał ciekawą, nawet zagadkową osobowość. Lubiłem mieć z nim styczność. Był bardzo koleżeński. Nie będę ukrywał, że jego śmierć bardzo mnie poruszyła.

Roman Pawlak od lat współpracował również z redaktor Grażyną Orłowską-Sondej z TV Wrocław, z którą na naszym terenie organizował zbiorki darów dla polskich rodzin żyjących na Ukrainie. Widzowie mogli później oglądać relacje z tych wyjazdów na Kresy w milickiej kablówce. O śmierci Romana Pawlaka redaktor Grażyna Orłowska-Sondej dowiaduje się od nas. Kilka dni temu wróciła z Kresów. W rozmowie telefonicznej z nami nie kryje smutku. – Po raz pierwszy na Kresy Romek wyjechał z nami w 2003 roku. Razem byliśmy wtedy w Kołomyi i we Lwowie. Pojechały też z nami dzieciaki z Krośnic, Ziębic i Sobótki. Pojechały na ziemie swoich dziadków i właśnie tam Romek po raz pierwszy robił obserwację kamerą i zrobił pierwszy reportaż. Od tamtej pory zawsze spieszył z pomocą. Nawet nie musiałam do niego dzwonić. Po prostu, kiedy wyjeżdżaliśmy ponownie na Kresy, on zawsze na czas przywoził do nas, do telewizji, dary zebrane na terenie Milicza. Właśnie prowadziłam akcję zbierania zniczy na kresowe groby i tak naprawdę nie miałam do kogo się zwrócić, jeżeli chodzi o organizację zbiórki na waszym terenie, bo Romek zachorował – mówi i dodaje: – Powiem szczerze, Romek chorował od kilku miesięcy. Wierzyłam, że z tego wyjdzie, że da radę. Niestety, nie udało mu się. Myślę, że Romka nikt nie zastąpi. To wielka strata dla nas i dla Milicza. Był dobrym, wrażliwym człowiekiem i zawsze gotowym do pomocy. My pierwszego listopada, będąc na cmentarzach na Kresach, zapaliliśmy symboliczny znicz, właśnie dla Romka – mówi Grażyna Orłowska-Sondej.

Roman Pawlak współpracował też z Polskim Radiem Wrocław i z telewizją TVN. Był członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.

We wtorek 14 października 2008 roku na cmentarzu komunalnym w Miliczu Romana Pawlaka pożegnała rodzina i przyjaciele.

Beata Iwaszkiewicz-Bugajska
Panorama Milicka