„Jerzy Kapłański – malarz natury”

Taki jest tytuł reportażu o wybitnym artyście-malarzu z podwrocławskiej wsi Brzezina, który można było obejrzeć w TVP Kultura w czwartek 23 września o g. 10.50.

Jerzy Kapłański jest absolwentem Wydziału Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Podczas jednego z ostatnich wernisaży opowiadał, jak to jego znajomy, profesor artystycznej uczelni, powiedział mu: słuchaj Jurek, właściwie to ja mógłbym coś o Tobie napisać w jednym z ważnych czasopism poświęconych sztuce, ale nie mogę, bo ty ciągle malujesz tak samo. Owszem twoje obrazy są rozpoznawalne w galeriach, na pewno mają swoje miejsce we współczesnej historii sztuki naszego regionu, ale nie ma w nich wiesz? …tego śladu swoistej rewolucyjności, która powoduje, że sztuka współczesna nieustannie się zmienia i pulsuje coraz to nowymi objawieniami twórczej techniki, odkrywczej formy, czy też może jednego i drugiego razem. Namaluj kilka „innych” obrazów, postaraj się zaszokować jakimś rodzajem techniki malarskiej, tajemniczej ekspresji, tak jak to robią „geniusze” nowej sztuki, a napiszę o twojej twórczości kilka stron tekstu w opiniotwórczym miesięczniku i…nikt się do mnie nie przyczepi, że lansuję klasyka – to taki trochę konfabulowany cytat z pamięci.
Nie znam się na sztuce, zwłaszcza na sztuce współczesnej. A kto się rzeczywiście na niej zna ? Co to znaczy znać się na sztuce ? Czy Theo znał się na sztuce swojego brata gdy kupował wszystkie jego obrazy ? Czy ten sławetny handlarz, który z wielką łaską kupował obrazy Vermeera znał się na sztuce ? Czy wystarczy być absolwentem jakiejś akademii sztuki żeby być znawcą sztuki ? Nie znam nikogo kto by lepiej i dosadniej pisał o sztuce malarstwa niż… Witkacy. Z reguły nie zostawiał suchej nitki na różnych znawcach i krytykach sztuki, którzy ferowali wyroki z nonszalanckim przekonaniem, że wiedzą lepiej od artysty i od innych kiedy dzieło…jest dziełem sztuki a kiedy nie jest.

Mam trochę książek o sztuce, niektóre przeczytałem. Mam coś Sterlinga, Starcky’ego, Nereta i sporo innych. Czy jest sens mnożyć nazwiska i tytuły? Albumy, opracowania, teksty krytyczne, trochę historii sztuki itd. Wszystko to cząstkowo zaledwie pomaga zrozumieć o co chodzi w sztuce plastycznej, w malarstwie czy w rzeźbie. Najlepsze opracowania jedynie podpowiadają na co warto zwrócić uwagę i z jakiego powodu. To wszystko. Miałem okazję być w najbardziej prestiżowych galeriach świata – w Paryżu, w Londynie, czy w Nowym Jorku. Spędziłem w nich dziesiątki godzin, przyglądając się setkom obrazów z różnych epok. Poznałem największe dzieła z bliska – o ile to było możliwe. Na przykład w Londynie obok obrazów w The National Gallery czy w Tate Britain i Tate Modern czy w wielkich Victoria and Albert Museum i British Museum są jeszcze do podziwiania „efekty” pracy twórczej w dziesiątkach innych mniejszych galerii. Znakomita jest rzadziej odwiedzana, choć „na Strandzie” wystawa w Courtauld Institute of Art Somerset House. Siedziałem godzinami, dosłownie, przed panoramicznymi nenufarami Moneta w The Museum of Modern Art.(MoMA) w Nowym Jorku, nie mogłem się nadziwić jak wielka jest siła ekspresji w kubistycznym obrazie Picassa "Panny z Awinionu". A jeszcze kolekcje zupełnie nadzwyczajne w The Metropolitan Museum Of Art, czy równie słynnym Guggenheim Museum. W swoim notatniku z podróży wpisałem dziesiątki nazw obrazów i rzeźb, które „studiowałem” z daleka i zupełnie z bliska. Teraz można je chyba wszystkie zobaczyć bez problemu w Internecie.

W każdym razie, wieloletnie amatorskie studiowanie malarstwa “tete a tete” uświadomiło mi tylko jedno, że w dalszym ciągu nie mam pojęcia co właściwie decyduje o tym, że obraz staje się dziełem sztuki, robi wrażenie na wszystkich, zyskuje na cenie i staje się jeszcze większym, nieraz bezcennym dziełem sztuki. Oczywiście historycy sztuki mają swoje teorie, wybrali dzieła – „kroki milowe w sztuce”, podzielili, zaszufladkowali, wtłoczyli w cezury czasowe i kropka.

Jeśli artysta-malarz współczesny, tak jak Jerzy Kapłański, jest urzeczony sztuką Rembrandta, Ingresa, Velasqueza, Van Gogha, Cezanne’a czy z „naszych” Malczewskiego, Kossaka i Matejki – i sam maluje trochę jak każdy z tych wielkich twórców – nie budzi zaufania współczesnych krytyków sztuki. Bo jest klasykiem, „realistą”, a kto dzisiaj „robi takie obrazy” ?  Jerzy Kapłański całe życie maluje z natury, utrzymuje się z tej pracy, jego obrazy wiszą na poczytnych miejscach w licznych galeriach krajowych i zagranicznych, ale też można je odnaleźć w wielu kościołach i instytucjach publicznych. Obrazy Jerzego Kapłańskiego niosą szczególny rodzaj prawdy o rzeczywistości. Tylko pozornie są realistyczne. Na pierwszy rzut oka, z daleka, autoportret artysty jest realistyczny. Dopiero z bliska widać jak jest technicznie odważny. Nie ma cyzelowania gładkiego, alabastrowego lica, portret w żadnym razie nie przypomina fotografii. Z bliska widać „duże ślady” pędzla i solidne porcje farby układane w kolorową mozaikę światłocieni. Tak wykorzystywali kolory ekspresjoniści. Portrety Kapłańskiego najbardziej przypominają portrety Halsa – skoro już podpierać się w opisie tej twórczości – jakimiś porównaniami. Martwe natury artysta komponuje z owoców, „zabytkowych” naczyń, przyborów kuchennych, warzyw, czasem różnych wypieków, chałek i chlebów. Układa te komponenty na jakimś lnianym „obrusie”. Zatrzymuje wybrane przedmioty w czasie, na płótnie obrazu, zanim ulegną naturalnej destrukcji, zanim zostaną wykorzystane w kuchni, powrócą na swoje miejsca na półkach pracowni czy po prostu znikną w koszu na śmieci. Realistyczna, kolorowa kompozycja zwykle umieszczona w ciemnym tle przesycona jest grą światła i fragmentami niezwykle dokładnie odzwierciedlonych niektórych detali, tak jak u starych mistrzów.

Kwiaty. Duży „problem” dla Jerzego Kapłańskiego. Dlaczego? Bo szybko więdną, a kwiatom opadają płatki. Kwiaty trzeba malować szybko. Kompozycja zmienia się niemal z godziny na godzinę, na drugi dzień to już nie jest to. Trzeba stawiać nowy bukiet albo uchwycić całą tę sytuację „zmarnienia”, naturalnego zburzenia kompozycji. Wszystkie obrazy Kapłańskiego są raczej duże, 120cm na 90cm i 130cm na 100 cm, to ulubione formaty artysty. Wypełnienie tak dużej płaszczyzny gęstwą różnobrawnych kwiatów, w różnej fazie kwitnienia i więdnięcia, wymusza stosowanie szybkiej techniki malowania. Znać to szczególnie wtedy gdy podejdzie się całkiem blisko do obrazu. Wszystko przesycone jest szczególnym napięciem chwili, delikatne rośliny są „rozedrgane” kolorystyczną dynamiką faktury. Nigdy nie jest tak, że Jerzy Kapłański maluje kwiaty z pamięci, zawsze musi je „mieć na wyciagnięcie ręki”. Podobnie jest z pejzażami, albo maluje je w plenerze albo w ogóle. Nie można też takiego tematu jak, „niezmierzona dal czy nieodgadniona przestrzeń”, zamykać w formie niewielkiego obrazka. Pejzaże maluje Kapłański ze szczególnym rozmachem. Lubi wychodzić ze sztalugą w plener na parę godzin o każdej porze roku. Problem jest z zimą. I nawet nie chodzi o mróz. Dzień jest zbyt krótki i szybko wszystko znika w ciemnościach. A malarstwo – to głównie światło. To światło buduje obraz a reszta zależy od tego jak je widzisz i jak potrafisz to pokazać wykorzystując choćby kilka podstawowych kolorów – mówi Jerzy Kapłański.

Jan Cezary Kędzierski

Czwarta władza, czyli z kogo się śmiejecie?

Czwarta władza zburzyła rzeczywisty obraz świata i trudno go będzie odbudować – twierdzi Jan Cezary Kędzierski. Traktujemy to jako nasz głos w dyskusji o dziennikarstwie po publikacji artykułu Piotra Bratkowskiego „Czwarta władza bufonów", zamieszczonym w tygodniku „Newsweek”.

Anarchizacja społeczeństwa, zaciekłe niszczenie wszelkich autorytetów, pogarda dla niemal wszystkich społecznych, zwłaszcza państwowotwórczych poczynań, to między innymi, skutki wieloletniego zachłyśnięcia się mediów zniesieniem cenzury. Od lat, w zależności od tego kto ma władzę i wpływy, ustawicznie i bezwzględnie dyskredytowana jest działalność środowisk prawicowych przez lewicowe i na odwrót. Związani z tym środowiskami, dziennikarze, komentatorzy radia i telewizji, wspierani i inspirowani przez różne grupy biznesu związane zwykle z partiami politycznymi nie przebierają w słowach by zniszczyć przeciwnika. Są twórcami języka pogardy i nienawiści, języka potępienia i burzenia. Zniknęły, odrzucone jako rzekomo źle odbierane w walce o czytelnika, czy widza, słowa tolerancji, porozumienia, zgody i budowania. Niektóre artykuły czy telewizyjne przekazy wręcz inspirują uliczne wystąpienia, są wyraźnie zainteresowane miejskimi zamieszkami różnych, politycznie marginalnych ugrupowań. Z ich organizatorów robią medialnych bohaterów. Nagle jakiś zbuntowany uczeń, gej lub dziennikarz rzucający butem, staje się bohaterem dnia, wygłasza buntowniczą opinię, uderzającą w rząd i potępiającą decyzje np. parlamentu. I ta opinia, wielokrotnie powtarzana przez wszystkie dzienniki, anarchizuje życie społeczne i w konsekwencji decyduje, między innymi, o frekwencji wyborczej. Mało istotne i godne jedynie lekceważenia stają się w mediach decyzje wypracowane przez sztaby ekspertów i polityków wybranych w demokratycznych wyborach. Dochodzi do tego, że media, obserwując na przykład sytuację w służbie zdrowia, niejako uczestniczą w procesie dochodzenia do sytuacji strajkowej, „podgrzewają atmosferę" i zapowiadają na antenie, że "tam i tam, o tej i o tej godzinie będzie strajk" – jakby namawiając innych do uczestniczenia w strajku – słusznym czy nie słusznym – to dla mediów nie ma specjalnego znaczenia. W protestach nauczycieli domagających się wreszcie większych pensji i wcześniejszej emerytury najważniejsze jest nagle to ile zarabia szef ZNP. I ta kwota nie schodzi z czołówek gazet, i „zapomina się" o istocie nauczycielskich żądań. Znaczenie ma "ruch w interesie" bo wtedy to się czyta, bo wtedy się to ogląda. Trudno wskazać teksty dziennikarzy rzeczywiście niezależnych…
 
Manowce niezależności
Odzyskana wolność słowa zaprowadziła na manowce niezależności wielu dziennikarzy prasy, radia i telewizji. Rozpowszechniane są tzw. brutalne prawdy.Nikt się nie liczy z nikim. Język bruku, potocznych wulgaryzmów, ironicznych epitetów panuje powszechnie. Wielu twórców, komentatorów życia w Polsce,do dzisiaj utożsamia wolność słowa z nieskrępowanym, niepohamowanym żadnymi regułami, żadnymi normami… wypowiadaniem się na tematy nawet te społecznie najważniejsze. Im bardziej „dosadnie" tym lepiej. Relacje telewizyjne, radiowe czy artykuły prasowe dają głównie do zrozumienia, że np. politycy to „źle ubrani durnie", partie polityczne to jedynie „grupy interesu, który nie ma nic wspólnego z interesem narodu", urzędnicy państwowi to „skorumpowani znajomi znajomych", sportowcy to „nieudacznicy zarabiający krocie", lekarze to łapówkarze, nauczyciele „są niedouczeni bo nie potrafili przygotować do matury", aktorzy „nadają się jedynie do głupich seriali" a rolnicy są zacofani i wiecznie płaczą, że im źle. Takie negatywne stereotypy o społeczeństwie polskim można mnożyć i jest to sprawka głównie mediów.
 
Szydercze komentarze
Informacje o najważniejszych wydarzeniach społecznych, politycznych, gospodarczych czy kulturalnych są skażone, czy nacechowane, negatywnym komentarzem ukrytym w ironicznych, szyderczych aluzjach i wszechobecnym krytycyzmem. Relacje reporterskie w programach informacyjnych zbyt często omijają istotę rzeczy skupiając się na sprawach, które mają jedynie wzbudzić sensacyjne skojarzenia, ośmieszyć i zdezawuować prezentowane wydarzenie. Podkreślają na każdym kroku „nieuzasadniony" cel jakiejś decyzji, „wydobywają" jej naganny, bo rzekomo polityczny charakter, specjalistów w jakiejś dziedzinie ustawicznie przyłapują na niewiedzy w innej dziedzinie tak jakby „szachiście wytykali nieudolność w sprincie", wyśmiewają ludzkie pomyłki a zwykłe przejęzyczenie „kładzie" każdego nawet najbardziej przygotowanego rozmówcę. Jeden z dziennikarzy radiowych pyta dwudziesto kilkuletniego eksperta, cyt. „słuchał pan wystąpienia premiera…czy miało w ogóle jakiś sens?" – wystąpienie, nad którym zapewne przez wiele dni pracował zespół rzeczywistych ekspertów w różnych dziedzinach polityki gospodarczej kraju! I to wystąpienie w tym wywiadzie radiowym jest zdeprecjonowane, jako nic nie warte, nie wnoszące nic nowego i właściwie kompromitujące rząd. „Młodociani" a już doświadczeni eksperci, zapraszani z uporem maniaka, do komentowania niemal wszystkich wydarzeń, od młodziutkiego absolwenta licencjackiej uczelni – znawcy operacji finansowych na giełdzie, po takiegoż wiekiem znawcy teatru itp. to zmora współczesnych mediów i szczególna oznaka infantylizmu w postrzeganiu i interpretacji „świata". Często, zbyt często jest tak, że sami reporterzy stawiają się w roli nieomylnych ekspertów lub podpierają swoje sądy wątpliwymi ekspertyzami czy sondami po to tylko, żeby uzasadnić swoją tezę lub co gorsza, tezę z góry przygotowaną w redakcji prasy, radia czy telewizji… związanej z określoną grupą polityczno-biznesową.
 
„Haczyki” oglądalności
Słynne potknięcie na schodach schorowanego staruszka Fidela Castro było i pewnie będzie tysiące razy powtarzane we wszystkich telewizjach świata. Ze szczytu państw G-8 zapamiętane będzie…"gówno" , które wypsnęło się byłemu prezydentowi Bushowi gdy mówił do byłego premiera Wielkiej Brytanii. W relacji z wystąpienia prezydenta Kaczyńskiego, było nie było prezydenta RP, wybija się na pierwszą stronę „sformułowania" najbardziej „zabawne" itd. Wszystkie pomyłki, sytuacyjne niezgrabności, wpadki gramatyczne ludzi wybranych w wyborach parlamentarnych do pełnienia funkcji państwowych, ludzi odpowiedzialnych za losy kraju są, jak to się mówi w języku dziennikarzy, świadomie podbijane, wielekroć powtarzane i wyszydzane w różnych innych programach, które więcej mają wspólnego z kabaretem niż z publicystyką czy informacją. Szydzenie ze wszystkiego i z wszystkich stało się „haczykiem" przyciągającym widzów. To się rzekomo podoba. Ludzie lubią jak komuś ze świecznika się przykłada,"dowala", jak mu się wytyka, że ma niestosowne buty, że krawat za krótki. Sprawy małostkowe rosną do rangi… dyskredytującej opinii. Bo przecież jakim ministrem może być facet, który nosi jasne skarpety do ciemnego garnituru. Na pewno nie podejmie dobrej decyzji. Co on może zrobić w takich śmiesznych skarpetach ? Nic ! Może tylko pogrążyć kraj w chaosie nieporozumień i złych, nieodpowiedzialnych decyzji. Co może zrobić facet, który nie ma nic wspólnego z mitycznym towarzyskim warszawskim „salonem" ? Nic. Co może zrobić ktoś z prowincji, czy może mieć pojęcie o rządzeniu państwem ? Już na starcie jest przegrany i wyszydzany… zanim jeszcze zdąży podjąć jakąkolwiek decyzję. Jako niesłychanie dziwna traktowana była wielka popularność w kraju premiera z Gorzowa. A teraz pamięta mu się medialnie głównie to „yes,yes,yes" a ostatnio młodziutką „narzeczoną". Salon „warszawsko-biznesowy" jest oburzony, gdy traci pozycję jedynego autorytetu w najważniejszych sprawach państwa. BCC nie może darować wsi, która „trzymając się kurczowo KRUS-u" rzekomo okrada kraj z miliardów złotych. Szermując hasłami wolności słowa „salon" wyśmiewa wszystko spoza zasięgu swoich wpływów. Zaraża tą szczególną wolnością niektórych dziennikarzy, ulegają jej tuzy dziennikarstwa, znani komentatorzy i nie pozostawiają suchej nitki nawet na najbardziej państwowotwórczych i dobrych inicjatywach. Są zaskoczeni gdy wyszydzany wcześniej polityk nagle w wywiadzie radiowym okazuje się kompetentnym, merytorycznie przygotowanym specjalistą w swojej dziedzinie i nawet parę razy zbija argumenty „komentatorskiej wydze".
 
Rzeczy ważne
Jesteśmy wszędzie tam gdzie dzieją się rzeczy ważne – to chyba najczęściej powtarzany slogan w programach informacyjnych. Tylko co z tego? Czy do czytelnika, widza czy słuchacza rzeczywiście docierają informacje o „rzeczach ważnych" ? Są to raczej powierzchowne półprawdy przyprawione dawką ironii i szyderstwa z tych „rzeczy ważnych". Dlatego informacja w mediach potrzebuje głębokich zmian. Potrzebuje innego spojrzenia, większego szacunku dla ludzi… uczestników relacjonowanych zdarzeń, spokojnego dystansu do informacyjnie kreowanych sytuacji społecznych, politycznych czy gospodarczych. Głosy krytyczne są potrzebne, ale nie można przecież, tak na zdrowy rozum, wszystkiego potępiać i non-stop wyśmiewać. Bo w końcu ktoś zapyta : „No i z kogo się śmiejecie… ?
 
Jan Cezary Kędzierski
 

Order Orła Białego dla Kardynała Henryka Gulbinowicza

Zwykle jest tak, że osoba wyróżniona jedzie do siedziby Prezydenta RP w Warszawie i tam jest odznaczana. Tym razem było inaczej. Prezydent RP Lech Kaczyński przyjechał do Wrocławia po to by, między innymi, odznaczyć Księdza Henryka Kardynała Gulbinowicza.
Szanowni Państwo Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński wyróżnił najwyższym odznaczeniem państwowym, Orderem Orła Białego, Jego Eminencję Księdza Henryka Kardynała Gulbinowicza. To wydarzenie ważne nie tylko dla Naszego Najdostojniejszego Księdza Kardynała i nie tylko dla wiernych Kościoła katolickiego, to wydarzenie ważne i historyczne dla wszystkich Dolnoślązaków"- tak, mniej więcej, rozpocząłem prowadzenie uroczystości w Operze Wrocławskiej, w dniu 24 lutego ok. godz. 13.20 . Wszystkich gości przywitała Ewa Michnik, dyrektor gościnnej Opery Wrocławskiej.
 
W Operze na zapleczu
 
Wjeżdżasz windą na v piętro, wszędzie słychać muzykę. Powariowali? Kto tak głośno słucha muzyki w pracy? Te dźwięki nie pochodziły jednak z radia. W dużej sali prób grała orkiestra. W rytmie melodii ze „Strasznego Dworu” wchodziłem do gabinetu dyrektor Ewy Michnik. Pierwsze i ostatnie ustalenia dotyczące przebiegu i organizacji tej historycznej uroczystości. Krótka, bardzo konkretna i miła rozmowa. Wyjaśnienie kilku spraw, które paraliżowały przygotowania. Była sobota 21. We wtorek, 24 lutego, gmach miał być pełen ludzi, z całego regionu i z kraju. Z Kurii Archidiecezji wysłano kilkaset zaproszeń. Później okazało się, że sporo miejsc tzw. vipów, było pustych, nie przyjechali, zatrzymały ich ważne sprawy państwowe, rodzinne itd. Po ceremonii odznaczenia, już poza Operą, Kardynał Gulbinowicz mówił, że zapraszano Jego przyjaciół, ludzi w większości z nim współpracujących, którym osobiście jako duchowny i opiekun wiernych na Dolnym Śląsku, wiele zawdzięcza, że gdyby mógł to by wszystkich ugościł herbatką i ciastkiem, ale w Operze pewnie by tyle filiżanek nie mieli… co zresztą potwierdziła dyrektor Ewa Michnik.
 
Najstarsze odznaczenie
 
Order Orła Białego to najstarsze i najwyższe polskie odznaczenie. Ustanowiony został w 1705 roku przez króla Augusta II.  W okresie międzywojennym XX wieku Order Orła Białego odebrało 33 monarchów i prezydentów. Na emigracji odznaczony nim został, między innymi, Władysław Sikorski. Oficjalnie Order Orła Białego został restytuowany dopiero w październiku 1998 roku… Pierwszymi osobami, które w wolnej Polsce zostały odznaczone tym orderem byli: Jan Paweł II i…król Szwecji Karol XVI Gustaw. Dotychczas spośród osób duchownych , obok Papieża Jana Pawła II-go, orderem Orła Białego odznaczeni zostali, między innymi, kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński i ksiądz arcybiskup Ignacy Tokarczuk. Zauważmy, że na Dolnym Śląsku od czasów II wojny światowej, to pierwsze takie wyróżnienie…
 
Medialne ruszenie
 
Na uroczystości odznaczenia Orderem Orła Białego Księdza Kardynała Henryka Gulbinowicza w Operze Wrocławskiej akredytowało się 115 dziennikarzy prasy, radia i telewizji. Pod budynkiem stanęły dwa wozy transmisyjne Telewizji Polskiej i TVN-24, kilka telewizyjnych ekip krążyło po korytarzach w poszukiwaniu „ciekawych setek, ciekawych ludzi” (setka to w żargonie telewizyjnych reporterów 100% dźwięku, czyli czyjaś wypowiedź). Bezpośrednią transmisję wydarzenia prowadziło wrocławskie, katolickie radio „Rodzina". Nikt nie zabronił fotoreporterom robienia zdjęć w czasie całej celebry. Lampy błyskowe co chwilę rozświetlały mrok operowej widowni. Dwie strojne szlachcianki pomogły Księdzu Kardynałowi …wejść i zejść ze sceny. Prezydent Lech Kaczyński wchodził i schodził ze sceny sam. Cała prasa cytowała Jego słowa  o bardzo spóźnionym odznaczeniu wybitnej postaci z Dolnego Śląska, bo dopiero pierwszy raz od czasów II wojny światowej. „To odznaczenie bardzo spóźnione, ale wiem na pewno, że trafia w godne ręce" mówił Pan Prezydent.
 
Wśród ludzi
 
Ksiądz Henryk Kardynał Gulbinowicz, wyróżniony został  Orderem Orła Białego 17 października 2008 roku. Dokładnie w dniu swoich urodzin, bowiem właśnie tego dnia 1923 roku urodził się w folwarku rodzinnym w Szukiszkach na Wileńszczyźnie. Tam też spędził młodość. Studiował w Metropolitalnym Wyższym Seminarium Duchownym w Wilnie. Doktorat z teologii moralnej i etyki uzyskał w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1970 roku, w Białymstoku , z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego otrzymał święcenia kapłańskie. W 1976 roku został mianowany arcybiskupem, metropolitą wrocławskim, po kardynale Bolesławie Kominku. Był inicjatorem i przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego 46 Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego we Wrocławiu w 1997roku z udziałem papieża Jana Pawła II. Kardynał Gulbinowicz wiek emerytalny osiągnął w 2004 roku, ale trudno powiedzieć, że jest na emeryturze. W tym samym czasie został Honorowym Obywatelem Dolnego Śląska. Z długiej listy nagród i wyróżnień:  uzyskał tytuł doktora honoris causa trzech wyższych uczelni Wrocławia, jest laureatem Dziecięcej Nagrody Serca i Kawalerem Orderu Uśmiechu. Dzięki działalności księdza kardynała Wrocław jest postrzegany jako miejsce tolerancji, przyjaźni i wzajemnego szacunku. Cierpliwie wspiera dialog i współpracę między wyznawcami różnych religii. Znana jest determinacja Księdza Kardynała w udzielaniu pomocy ludziom opozycyji, w tym działaczom Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność",  w czasach stanu wojennego. Wiemy z dostępnych już dzisiaj publikacji, że Ksiądz Kardynał był ustawicznie inwigilowany i latami nękany łącznie z groźbami utraty życia. Oczywiste stało się przyznanie Księdzu Kardynałowi statusu pokrzywdzonego. Autorytet i powszechny szacunek  zdobywał nie tylko w kościele, ale przede wszystkim wśród ludzi, w trosce o pokrzywdzonych i doświadczonych przez los. Wszyscy byliśmy świadkami jak bliskie relacje łączyły Księdza Kardynała z Janem Pawłem II, w czasie dwukrotnej wizyty Ojca Świętego na Dolnym Śląsku. Kardynał Gulbinowicz cieszy się prawdziwą miłością nie tylko wiernych Kościoła katolickiego, a dobroduszny humor, zabawne życiowe przypowieści i celne życiowe pointy, którymi sypie jak z rękawa… są po prostu uwielbiane.
 
Klucz do Wrocławia
 
Klucze do bram miasta wręczył Księdzu Kardynałowi prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Szczerze dziękował za wszystko… i opowiedział kilka anegdot z życia Szacownego Księdza, prawdziwie zabawnych, nawet jeśli dotyczyły igrania z bezpieką, w obronie opozycjonistów z Solidarności.
 
Strzeżonego Pan Bóg strzeże
 
Nie wiem kiedy ostatni raz w Operze było tylu policjantów i „żołnierzy" BOR-u? Dokładnie przetrząsnęli cały budynek. Do ostatniej chwili, olbrzymi wilczur obwąchiwał scenę, centymetr po centymetrze, czy nie ma tam jakiegoś ładunku wybuchowego, podobnie jakimiś czujnikami przetrząsano wszystkie fotele i falbaniaste tkaniny zdobiące złocone loże. Wszystko poszło dobrze, według scenariusza, bez zakłóceń.
 
W uzupełnieniu informacji:
 
Po pierwsze: Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył wysokimi odznaczeniami jeszcze 6 osób. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski  odznaczeni zostali: Marianna Duda, Stanisław Chrobot, Roman Pysko, Mieczysław Zlat, Andrzej Wiszniewski oraz pośmiertnie Pan Krzysztof Capała. Po drugie: na zakończenie uroczystości zaśpiewali soliści Opery Wrocławskiej – Rafał Bartmiński, Joanna Moskowicz, Łukasz Rosiak, Aleksandra Kubas, Jacek Jaskuła, akompaniowała na fortepianie – Justyna Skoczek.
 
Relacja: Jan Cezary Kędzierski