Seks od kuchni, czyli… gdy miłość jest w lesie

Temat odwieczny i aktualny tak długo, jak długo będzie istniał człowiek. Przepraszam, seks uprawiają również i zwierzęta, ale mam na myśli seks rozumny, czyli ten, który uprawia posiadający rozum człowiek. Znowu przepraszam. Podobno nie zawsze, i nie każdy człowiek jest rozumny, uściślając więc rzecz – chodzi o świadomego człowieka, który w momencie seksualnej inicjacji, wie co czyni (potem, wiadomo, może być różnie). Ale tak postawiony temat staje się nudny, wszak zapisano już tysiące stron o seksualnych wyczynach homo sapiens!

Pora jednak skończyć te przydługie nieco wstępne rozważania, bo tekstu przybywa, a temat, którym się miałem zająć, jest praktycznie w lesie…

O, właśnie! Seks w lesie. Seks w lesie – często spotykany, znam nawet takich, którzy specjalnie wybierają się do lasu, by podglądać „seksiarzy”. Podobno przeżywają oni wtedy emocje zbliżone do prawdziwych erotycznych wzruszeń. Biedacy, czyż nie prościej umówić się z seksowną towarzyską agentką? No, może i prościej, ale na pewno drożej.

Prawdziwy seks w lesie rodzi się albo spontanicznie, albo z wyrachowania, gdy np. pora jest letnia, a o pójściu z obiektem pożądań do mieszkania z różnych powodów (żona, brak mieszkania) nie ma co marzyć. Opowiadał mi kolega, jak to przed laty w trakcie artystycznych plenerów w dolnośląskiej Osetnicy tak upodobał sobie atrakcyjną plastyczkę, że po zapadnięciu zmroku namówił ją na zwiedzanie pobliskiego lasu. Wyprawa skończyła się na leśnym poszyciu. Prawdopodobnie nadmiar wrażeń związanych z leśną wyprawą powalił plastyczkę z nóg… Ponieważ zaś punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (w tym wypadku właściwsze określenie byłoby „leżenia”) ocena owej seks-wyprawy diametralnie się różni, w zależności od tego, czy o wydarzeniu opowiada plastyczka, czy też mój kolega. W opinii malarki wyprawa była horrorem: podłoże, czyli runo leśne, podmokłe, do tego sosnowe igły wbijały się w co intymniejsze części ciała, niwecząc oczekiwane rozkosze. Na dodatek w trakcie działania (po łacinie ew.: in statu nascendi) przypomniała sobie, że przecież w pobliżu ma wolny domek campingowy do wyłącznej dyspozycji. Odmiennie wydarzenie oceniał kolega. Było – powiadał – ciepło, miło i niezobowiązująco, do tego dyskretnie. Niewątpliwie kolega w tej sytuacji, choć brzmi to trochę dwuznacznie, gdy partnerka czuła się dołowana, górował nad plastyczką (i to nie tylko emocjonalnie – dosłownie też!).

Nie ma lasu bez leśniczówki. Podobno w jej wnętrzach też dochodzi do seksownych sytuacji, czego najlepszym dowodem mogą być spotykane w tych leśnych obiektach poroża zdobiące ściany leśniczówek – milczący świadkowie zarówno miłosnych uniesień, jak i wyrosłych z owych sytuacji późniejszych konsekwencji – w postaci wspomnianych rogów (niestety, przeważnie męskich). Znam jednak i jasną stronę leśniczówek. Myślę tu o córce leśniczego, Krysi. Nie znacie? I chyba już nie poznacie, bo dziewczę urodzone było w 1907 roku, a rozsławił je pochodzący z Budapesztu a zmarły we Wrocławiu maestro Georg Jarno, twórca wiedeńskiej w stylu, sentymentalnej operetki „Krysia Leśniczanka“, chętnie grywanej w cesarsko – królewskim… Krakowie. To urokliwe muzycznie dziełko, rzadko już dziś wystawiane, sławi dobroć cesarza, jednocześnie zaś ukazuje, jak to nadobna Krysia, która koło leśniczówki przypadkowo spotkała polującego incognito – nie na nią, oczywiście – cesarza, zrobiła dzięki cesarskiej protekcji karierę i stała się … nadleśniczą. To były inne czasy, ale płynąca z tej historii nauka, że będąc w lesie, a szczególnie w pobliżu leśniczówki, warto zwracać uwagę, kto się koło niej kręci – nie straciła nic ze swej aktualności! Krysia nie miała wprawdzie seksu z cesarzem, choć tak niosła fama dworska, ale ze swym ułaskawionym przez cesarza zabójcą – wybrankiem, i owszem. Tak więc, leśniczówka w całej tej historii odegrała rolę podstawową!

Zostawmy jednak zarówno kuchenne plotki, jak i opowieści dam dworu (dawały na dworze?) i skupmy się lepiej na seksie od strony kuchni. Nie chodzi tu o receptę na udany orgazm, ani tym bardziej przepis na poderwanie kucharki. Jak bowiem można sprawdzić prawie w każdym sklepie spożywczym, dziś dla wielu życiową przyprawą jest nie kucharka, a „Kucharek“ – i to często z małej litery i bez cudzysłowu. To jednak inny temat, wróćmy więc „ad rem“. Abonenci odpowiednich kanałów telewizyjnych wiedzą i widzą, że seks w kuchni od lat jest aż do znudzenia eksponowany w filmach erotycznych. To już klisza, rutyna, dziesiąta woda po kisielu, czyli nic nowego – „nihil novi“.

A jednak, gdy pamięcią sięgam, od kuchni, w kuchenny seks, przypomina mi się nietypowa, wcale pikantna historia, z omawianym tematem związana. Była połowa lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kolega – student biorący udział w wakacyjnym obozie wędrownym wylądował wieczorową porą w Złotym Stoku. Kwatera mieściła się w zamienionej na dom noclegowy szkole. Traf chciał, iż gasząc po męczącym dniu przed snem pragnienie w miejscowym restauracyjnym barze wpadła mu w oko atrakcyjna blondyna, wywołując pragnienie całkiem innej natury. W koledze odezwały się zdrowe instynkty, tym zdrowsze, że nowo poznany obiekt okazał się być z zawodu pielęgniarką. I tak od słowa do słowa kontynuując rozpoczęty w lokalu zbliżeniowy dialog, w poszukiwaniu ustronnego miejsca wylądowali późnym wieczorem… w szkolnej kuchni. I – jakby powiedział poeta – „drzwi od Europy zatrzasnęli hałasów”. Dokładnie, drzwi zatrzasnęły się same, a klamki od strony kuchni, zwyczajnie, nie było! U poety na tym etapie kończą się liryczno-polityczne refleksje, życie jest jednak często bardziej zaskakujące niż literatura, przeto wraz z zatrzaśnięciem drzwi wejściowo-wyjściowych do kuchni, dla kolegi i jego kuchennej niewolnicy otworzyły się wrota do raju! Z opresji (?) wybawiły przeżywającą nocne romantyczne uniesienia parę kucharki, które rano przyszły do pracy i normalnie otworzyły drzwi od strony korytarza. Kuchennym noclegownikom udało się niepostrzeżenie wydostać z gotowalni dzięki temu, że ukryli się za skrzydłem otwieranych wrót, po czym, gdy kucharki poszły się przebierać, niezauważeni opuścili pomieszczenie.

Jakie z tych rozważań wynikają wnioski? Oczywiste! Po pierwsze: nieważne „gdzie”, bo może się to zdarzyć wszędzie. Po drugie: nieważne „jak”! Dajmy się zaskoczyć matce naturze – ona wie lepiej. Po trzecie: niestety, czy chcemy, czy nie chcemy, nawet najlepszy seks i tak kiedyś będzie dla nas „ex”! Czyli – umiejmy cieszyć się życiem.

Wojciech W. Zaborowski

Jan Akielaszek zapowiedział, że wszyscy chętni mogą mu nadsyłać swoje… ex wspomnienia (1800 znaków). Autorzy najciekawszych mogą liczyć m.in. na honorarium (100 zł) oraz biesiadę z okazji  wydania za rok książki.

„Róbmy swoje” już bez Wojciecha Młynarskiego

Wojciech Młynarski, mimo iż był wybitnym, twórcą: literatem, tłumaczem. reżyserem i aktorem w jednej osobie, nazywał siebie skromnie „tekściarzem”.

A jednak jego śpiewane, czy nieraz tylko parlandowane, tak charakterystyczne dla piosenki aktorskiej formy, okreśono nazwą „śpiewanych felietonów”. A dobry felieton jest wyższą formą dziennikarskich umiejętności. Felieton śpiewany – to już małe dzieło sztuki. Dlatego też odejście Wojciecha Młynarskiego to niepowetowana strata dla kultury polskiej, literatury, estrady, teatru, ale i dla naszego dziennikarskiego środowiska.

Wojciech Młynarski (1941 – 2017) za życia stał się legendą. Na jego utworach, bo przecież nie były to wyłącznie piosenki, wychowywały się pokolenia. Już w latach sześćdziesiątych ub. wieku na archaicznych dziś winylowych płytach słuchaliśmy jego pierwszych śpiewanych komentarzy o życiu w ówczesnej Polski, z ironią, ale i sympatią ukazywał obyczaje, przywary i codzienność bytowania rodaków w PRL-u. Do końca życia pozostał też niezrównanym satyryczno-poetyckim komentatorem naszej powojennej rzeczywistości.

Przypadek sprawił, że obaj nosimy to samo imię, obaj kończyliśmy polonistykę i w pewnym okresie naszego życia otarliśmy się o Operetkę Warszawską. Już to zobowiązuje mnie, by uzupełnić tak liczne wspomnienia i komentarze, jakie pojawiły się po śmierci Wojciecha Młynarskiego o parę refleksji. Byłem bowiem zawsze, jak wielu, pod urokiem kunsztu i treściowej zawartości tego, co spod jego pióra pochodziło.

Powstawały zaś nie tylko „śpiewane felietony”, ale również teksty kabaretowe. Wszyscy wspominają studencki klub „Hybrydy”, z którym w początkach swej kariery związany był Wojciech Młynarski. Kto jednak dziś pamięta znakomity, ostry w wymowie kabaret „Owca” Jerzego Dobrowolskiego, prowadzony przez redaktora naczelnego „Szpilek”? Raz w tygodniu w redakcji satyrycznego tygodnika przy pl. Trzech Krzyży w Warszawie prezentował on dla stuosobowej widowni (połowa biletow była zrezerwowana dla pracowników wiadomych służb!) spektakl będący kpiną z ówczesnej rzeczywistości, a wygłaszane przez aktorów monologi w wielu wypadkach były autorstwa młodego wówczas Wojciecha Młynarskiego. Podobnie mało kto pamięta dziś kabaret „U Lopka” prowadzony przez Kazimierz Krukowskiego, gwiazdę przedwojenych kabaretów, wykonawcę i autora tekstów, po powrocie z emigracji w 1956 roku wieloletniego aktora Teatru Syrena przy ul. Litewskiej w Warszawie. Nazwisko Wojciecha Młynarskiego związane jest również z tym kabaretem. Pamiętny kabaret Edwarda Dziewońskiego „Dudek” grający przez dlugie lata w nieistniejącej już kawiarni „Nowy Świat” w Warszawie u zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej również bawił gości tekstami Wojciecha Młynarskiego (m.in. „W Polskę idziemy” w wykonaniu Wiesława Gołasa).

Związki Wojciecha Młynarskiego z kabaretami i teatrami muzycznymi (w większości warszawskimi) z natury rzeczy są mniej znane, niż działalność estradowa. Warto jednak o nich pamiętać, bo choć nie tak znane, jak słuchane już przez kolejne pokolenia piosenki, zajmują trwałe miejsce w historii polskiego kabaretu i historii teatru muzycznego. Mam tu na myśli nie znakomite w zamyśle i świetnie wyreżyserowane spektakle Wojciecha Młynarskiego w Teatrze Ateneum na warszawskim Powiślu poświęcone wybitnym postaciom ze świata teatralno-muzyczno-literackiego („Brel”, „Hemar”, „Ordonka”, „Wysocki”), ale pisane przez niego libretta do wodewili, operetek i oper.

Ten dorobek twórcy czeka jeszcze na dokładniejsze opracowanie. Większego rozgłosu, dzięki radiowym przekazom, doczekała się operetka „Butterfly – cha – cha”, powstała w 1968 roku, do której zabawne libretto oparte… na operze G. Pucciniego „Madama Butterfly” napisał Wojciech Młynarski, a muzykę skomponował Marek Sart. Również wodewile, opery, czy raczej śpiewogry z zarania dziejów polskiego teatru – czasów Wojciecha Bogusławskiego (m.in. „Henryk VI na łowach”) doczekały się renowacji i aktualizacji pod piórem mistrza słowa, jakim niewątpliwie był Wojciech Młynarski.

Za dyrekcji Stanisławy Stanisławskiej w czerwcu 1973 roku Operetka Warszawska wystawiła dzieło Jacquesa Offenbacha „Życie paryskie” („La Vie Parisienne“). Libretto na motywach farsy Ludvica Meilhaca i Henry Halevy`ego napisał Wojciech Młynarski. Oglądałem ten spektakl wielokrotnie, choć z librettem w wersji pisanej mogłem zapoznać się dopiero w trakcie mego krótkiego okresu pełnienia w tym teatrze funkcji kierownika literackiego za dyrekcji Ryszarda Pietruskiego. To trzecie już libretto w języku polskim nie tylko zachwyca od strony językowej, ale też pozwala wnikliwemu i wrażliwemu widzowi lepiej zrozumieć fenomen Młynarskiego. „Niech mnie porwie w zachwycie, i marzenia me wszystkie spełni życie, to życie paryskie!”

Nie o Paryż chodzi i nie o „światowe życie”! W każdym utworze Wojciecha Młynarskiego można się doszukać tego zachwytu nad urodą życia. Gdyby tak udało się spełnić marzenia nad Wisłą i Odrą, gdzie „światowe życie” to była „niedziela na Głównym” i neon mlecznego baru? Młynarski nie był naiwny. Zmienił się ustrój, nie człowiek. Ludzkie ułomności rządzących i rządzonych sprawiają, że, jak pisał „niejedną jeszcze paranoję przyjdzie nam przeżyć…”

Dlatego też pointa piosenki brzmi, jak testament: „Róbmy swoje!”- by spełniły się nasze marzenia i by można było w pełni zachwycić się życiem. Po prostu: róbmy swoje!

Wojciech W. Zaborowski

Kardynał Henryk Gulbinowicz: Ojciec Święty mnie pobłogosławił

— 2016 – jaki to był rok dla Ks. Kardynała?

— Bardzo ważny, z kilku powodów. 17 października rozpocząłem 94. rok życia. Niewielu w mojej rodzinie doczekało takiego wieku, choć tata umarł mając 93 lata, dziadek 97 wiosen (zmarł w 1945 roku, kiedy studiowałem w białostockim seminarium duchownym), a pradziadek, który w 1812 r. jako 13-letni chłopiec witał w Wilkińcach Napoleona, odszedł z tego świata mając aż 107 lat. Ile Pan Bóg mi da – zobaczymy, ale chciałbym dociągnąć do wieku mojego dziadka, od którego otrzymałem błogosławieństwo. Taki bowiem był zwyczaj w mojej rodzinie, że po akcie bierzmowania należało prosić dziadka właśnie o błogosławieństwo. Położył ręce na mojej głowie i powiedział: „Jesteś jasny, świećże jaśniej, albo niech cię piorun trzaśnie!” Ponieważ nie zrozumiałem tego przesłania, dziadek wytłumaczył: „Otrzymałeś dar Ducha Świętego, to świećże jaśniej i nie splam naszego nazwiska, a jeśli masz wieść żywot człowieka nieuczciwego, niech cię piorun trzaśnie”.

— Ale jak wspomniał Ks. Kardynał na wstępie, to nie jedyny powód, dla którego Eminencja uznał mijający rok za ważny.

— 28 maja spotkałem Ojca Świętego na Jasnej Górze. Zatrzymałem papieża Franciszka w drodze do helikoptera (został o tym uprzedzony) i powiedziałem: „Proszę Waszą Świątobliwość, by pobłogosławił starego kapłana, któremu minęło 66 lat kapłaństwa, 46 lat od otrzymania sakry biskupiej oraz 31 lat kardynalatu, bo niedługo zapewne umrę”. Ojciec Święty uśmiechnął się i rzekł: „Nie widać jeszcze znaku śmierci, ale oczywiście pobłogosławię”. I udzielił mi błogosławieństwa. Oczywiście, miałem okazję już w tym roku, na wiosnę spotkać się w Rzymie z papieżem Franciszkiem na prywatnej audiencji, ale tamto spotkanie nie miało takiej wymowy, jak to w Częstochowie. Dlatego uważam je za wydarzenie wielkiej wagi. Takowym był także pogrzeb kardynała Franciszka Macharskiego, wieloletniego ordynariusza archidiecezji krakowskiej, z którym łączyły mnie więzi autentycznej przyjaźni. Poza tym życie starego emeryta układa się szczęśliwie. Mam spokój, ciepło, prąd, opiekę należytą – czegóż chcieć więcej. To najlepsze podsumowanie mijającego roku.

— Choć mógłby Ks. Kardynał wieść spokojny żywot emeryta, pozostaje ciągle bardzo aktywny.

— Tak ludzie mówią, ale tak naprawdę moja aktywność objawia się przede wszystkim w modlitwie. Już kiedyś panu wspominałem, że po objęciu przeze mnie archidiecezji wrocławskiej, mniej więcej dwa lata po śmierci kard. Kominka, przyśnił mi się ten wielki kapłan i powiedział: „Ty śpisz, a tu na Ciebie czeka mnóstwo pracy. Idź do kaplicy się modlić”. I ile razy jestem w domu, tyle razy ok. północy idę do kaplicy na adorację Najświętszego Sakramentu i polecam wszystkich chorych oraz czekających na przyjście na świat, by urodzili się szczęśliwie, bo Panu Bogu są potrzebni.

— A co Eminencja planuje na najbliższe święta?

— Zanim do nich dojdzie, mam nadzieję na tradycyjne spotkanie opłatkowe z dziennikarzami ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, o ile mnie zaproszą, tak jak to uczynili po raz pierwszy przed dwudziestoma laty, i od tego czasu jestem regularnie na wigilii ludzi mediów (m.in. z tym zaproszeniem pojawiłem się u Ks. Kardynała – W.N.). Jeśli będę zdrowy, przyjdę. A co do świąt Bożego Narodzenia, nie mam jeszcze sprecyzowanych planów. Może przyjdzie mi spędzić je samotnie, choć zapewne gdzieś starego zaproszą.

— Czego Eminencja oczekuje po r. 2017?

— To także będzie bardzo ważny rok. Wszak obchodzić będziemy 20-lecie Kongresu Eucharystycznego. Ogromnie jestem wdzięczny świętemu Janowi Pawłowi II, że w r. 1997 nie Kraków, nie Warszawę, nie Poznań, a Wrocław wybrał jako miejsce 46. Międzynarodowego Kongresu Eucharystycznego. To było duże wyzwanie, bo zjechało mnóstwo ludzi i tłum notabli kościelnych. Wszystko udało się znakomicie dzięki gigantycznej pracy wielu osób – zarówno Kościoła, jak i świeckich.

— Przyznanie Wrocławiowi MKE to dowód uznania dla Ks. Kardynała ze strony Jana Pawła II.

— Tego nie mogę potwierdzić. Sądzę raczej, że Ojcu Świętemu chodziło o pokazanie światu, że te ziemie należą do Polski. Już na zawsze.

— A czego życzyć Eminencji na 2017 rok?

— Zdrowia i żebym nadal spotykał dobrych ludzi na mojej drodze.

Waldemar Niedźwiecki

 

Jego Eminencja

Kardynał Henryk Roman Gulbinowicz

Czcigodny Księże Kardynale!

W tym roku mija 20 lat, od kiedy Eminencja zaszczyca nas swoją obecnością na tradycyjnych spotkaniach opłatkowych dziennikarskich emerytów i rencistów oraz wdów po dziennikarzach. Nasze Stowarzyszenie bardzo wysoko ceni sobie ten fakt, bo trudno o godniejszego Gościa, którego sympatią i szacunkiem darzą nawet ludzie będący dość daleko od Kościoła. Z satysfakcją przyjmujemy zapewnienia Księdza kardynała o tym, iż spotyka się z ludźmi mediów – często już bardzo wiekowych, w nie najlepszej kondycji fizycznej – z radością. Mamy nadzieję, że tak będzie również w następnych latach. Za to, co dotąd, za życzenia i modlitwę serdeczne Bóg zapłać! My ze swej strony życzymy Eminencji obfitości łask Bożych, nade wszystko zdrowia oraz możliwości służenia Bogu i ludziom jeszcze przez wiele, wiele lat.

 

Wrocław, 14 grudnia 2016

Ars longa, vita brevis…

4 listopada spotkamy się, by wspominać tych, którzy opuścili czas teraźniejszy, ale pozostali w naszych wspomnieniach, jak i w zbiorowej pamięci.

Pozostali w swych tekstach, nagraniach, pamiętnikach, i innych artystycznych dokonaniach. Im dłużej żyjemy, tym więcej mamy takich wspomnień, bo jak pisał Henryk Jagodziński:

„Dla każdego przewidziany jest jego prywatny koniec świata”

I właśnie z powodu Wspomnień o tych, wśród których my jeszcze nie jesteśmy, a którzy, być może, duchowo potrafią być z nami, zachęcam Koleżanki i Kolegów do przybycia na nasz wspomnieniowy wieczór. W innym wymiarze, ale znowu będziemy razem.

Henio Jagodziński, mój serdeczny przyjaciel, o którym chciałbym słów parę na listopadowym wieczorze powiedzieć, zapisał kiedyś wśród „Przebłysków wybornych” i taką myśl:

„A gdy i grabarze stracą pamięć, któż wspomni o wspaniałych pogrzebach?”

Nie traćmy wspomnień! Wojciech W. Zaborowski

 

Naprzód młodzieży świata!

Przelewająca się przez Polskę fala roześmianej, rożnojęzycznej i wielobarwnej młodzieży, która nawiedziła Kraków podczas Światowych Dni Młodzieży, pozostawiła po sobie jak najbardziej sympatyczne wspomnienia. Goszczący w Polsce młodzi ludzie w większości odnieśli zapewne pozytywne wrażenie o Polsce i jej mieszkańcach, stając się przy okazji ambasadorami naszego kraju.

Moje pokolenie już raz przeżywało podobne uniesienia, przeszło 60 lat temu, w 1955 roku. Nie w Krakowie, a w Warszawie, i nie Kościół był ich organizatorem, a zajadle go zwalczająca ówczesna władza. Jako młody mieszkaniec stolicy, wraz z rówieśnikami chłonęliśmy światowe spotkanie (festiwal) młodzieży demokratycznej, biegaliśmy z notesami, by zbierać od egzotycznych często gości autografy. Festiwal odbywał się pod hasłem obrony pokoju, zagrożonego podobno przez światowy imperializm, a bronić go miały postępowe siły całego świata pod przewodem Związku Radzieckiego, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży, którą na pierwszą linię owej walki wypychano, wmawiając jednocześnie, że to od niej losy pokoju zależą.

„Naprzód młodzieży świata!” – śpiewaliśmy w szkołach na każdym porannym apelu, by zakończyć hymn światowej młodzieży słowami: „Hej, kto młody, pójdź z nami i walcz!”. Zarówno dekoracje zakrywające w Warszawie wojenne ruiny, jak i odpowiednio dobrane hasła o umiłowaniu pokoju, nawiązywały do owej walki, więc i uczestnicy festiwalu często obok autografu dorysowywali wypożyczonego od Pablo Picassa gołąbka – ówczesny symbol walki o pokój.

Tamten festiwal pozostawił materialne ślady międzynarodowej młodzieżowej więzi: po naszym żoliborskim podwórku niebawem biegały przy boku paru białych samotnych mamuś kolorowe dzieci, przypominające udział w festiwalu, broniącej pokoju, młodzieży z Azj i Afryki. Festiwal się skończył, a walka nadal była zacięta… „Bije już walki godzina”, jak to wtedy śpiewano. Niestety, tym razem akcja „W” nie oznaczała walki o wyzwolenie, a … zwalczanie chorób wenerycznych.

Jan Pietrzak pytał w jednym ze swych kabaretowych wystąpień, wspominając cytowany hymn Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej zwrócił uwagę na pewną niedorzeczność: „Jak można naprzód, skoro nie wiadomo w jakim kierunku?”. A Jan Kaczmarek z kabretu „Elita” prezentując opowieść o wędrującej do słonka biedronce, kończył, że – co prawda – nigdy nie dojdzie do celu, ale istotny jest nie cel, a nieustanne… maszerowanie.

Pisząc o młodzieży poganianej do marszu naprzód, wspomnieć muszę o spotkaniu „trzeciego stopnia”, jakże różnym od opisanych uprzednio, a zorganizowanym tym razem przez charyzmatycznego społecznika, Jurka Owsiaka. W tym roku, po raz drugi już uczestniczyłem w kostrzyńskim festiwalu rockowym. W małym nadodrzańskim mieście liczącym na codzień niespełna 20 tys. mieszkańców, przez kilka dni i nocy bawiło się ok. pół miliona młodych (nawet starsi uczestnicy byli wyraźnie młodzi duchem). Był to doskonale zorganizowany międzynarodowy festiwal. Nie trzeba było głosić żadnych propagandowych haseł, ani zachęcać do jakichkolwiek marszów. Młodzież, i to nie tylko europejska, po raz już 22 spontanicznie wybrała kierunek na Kostrzyń. I – wbrew powtarzanym co roku obawom – obyło się bez poważniejszych incydentów. Okazuje się, że młodzież potrafi.

Historia ukazuje różnorodne modele aktywności młodzieży i jej uczestnictwa w życiu społecznym. Życzliwe towarzyszenie jej we właściwym wyborze, to zadanie nie tylko dla rodziców, pedagogów, polityków, ale również i dla mediów, czyli nas – dziennikarzy. Nie wystarczy bowiem powiedzieć: „naprzód!”. Niestety, wielokrotnie taki właśnie program usiłowano narzucać młodzieży (i nie tylko jej).

Wojciech W. Zaborowski

O wielkim twórcy małych form

Data w kalendarzu przypomina, że od lat piętnastu z górą nie ma już wśród nas Henryka Jagodzińskiego (1928–2000). Sięgnięcie na półkę z książkami po jego „Przebłyski wyborne”, przewertowanie stron archiwalnych gazet, a nade wszystko wspomnienia z lat, gdy łączyła nas przyjaźń, uświadamiają, że zaklęty w aforyzmach dorobek myślowy Henia zapewnił mu nieśmiertelność na kartach polskiej literatury i trwałe miejsce w sercach jego przyjaciół, kolegów i Czytelników.


Henryk Jagodziński. Fot. Tadeusz Szwed

Z pewnością nie o sobie myślał Henryk Jagodziński, gdy pod jego piórem formułowała się następująca myśl: „Aforyzm jest dziedzictwem ludzi myślących”. Wśród kilkudziesięciu tysięcy zapisanych przez Henryka myśli – aforyzmów, sentencji i fraszek, które drukowane były w ponad 50 pismach, m.in. w krakowskim „Przekroju”, wydawanym w Łodzi satyrycznym magazynie „Karuzela”, wrocławskim „Słowie Polskim”, jak również w polonijnym „Samym Życiu”, te na temat własny i twórczości zajmują zaledwie parę stron. Henio twierdził żartobliwie, że aforyzmem zajął się dlatego, iż nie wymaga od strony technicznej zbyt dużego wkładu pracy. Po prostu, gdy się już coś wymyśli, wystarczy skrawek papieru, długopis i w parę sekund powstaje gotowe dzieło. A ileż czasu potrzebuje pisarz, nim stworzy powieść, lub teatralną sztukę!

 

Henio, mistrz w używaniu słowa, potrafił nieraz zmylić czujność rozmówcy swym poważnym stylem mówienia. Wielu (nie podejrzewając, że padli ofiarą żartu) nie wiedziało, co sądzić o wypowiedziach tak niepasujących do wyglądu mistrza. A dostojny wygląd Henia budził respekt, wyglądał Jagodziński jak ikonograficzne skrzyżowanie Boga Ojca z Matejką: długa broda i takoweż włosy, gładko zaczesane do tyłu.

 

By nie być gołosłownym. We wczesnych godzinach nocnych (lub też późnym wieczorem) wracaliśmy z Klubu Związków Twórczych we Wrocławiu. Tradycyjnie w tamtych czasach nie obyło się bez spotkania milicjanta, który wziął do ręki dowód osobisty Henia i widząc porwane kartki dokumentu, nie omieszkał zapytać: „W jakim stanie, obywatelu, znajduje się wasz dowód?” Jagodziński bez mrugnięcia powieką, spokojnie, nawet z szacunkiem i pewną troską w głosie, odpowiedział: „A w jakim ma być stanie, jeśli co chwila jakiś idiota każe mi go pokazywać?”. Ten szacunek w sposobie odpowiedzi i poważna mina uchroniły chyba Henia przed konsekwencjami. Milicjantowi do głowy nie przyszło, że słowo „idiota” miało bardzo konkretnego adresata!

 

Henio potrafił zachować się w każdej sytuacji. Gdy pewnego razu, po spotkaniu z czytelnikami w nadgranicznym Międzylesiu, odpoczywał w oczekiwaniu na pociąg w gospodzie nieopodal dworca, zaczepił go osobnik o chwiejnych ruchach, stwierdzając za to pewnie, choć krótko: „Ja panu muszę dać po mordzie!”. Pogrążony akurat w lekturze „Słowa Polskiego” Henio z pewnym zdziwieniem spojrzał na osobnika, złożył gazetę, po czym spokojnie poprosił o wyjaśnienie: „Ależ proszę pana, po mordzie może mi dać byle cham, ale czemu akurat pan!”. Nie wierzyłem własnym oczom, osobnik zastanowił się chwilę, skłonił, przeprosił – i odszedł!

 

Mniej wyrozumiali okazywali się w tamtych zamierzchłych (dla dzisiejszej młodzieży) latach siedemdziesiątych ub. wieku, ówcześni prasowi kontrolerzy, czyli partyjny nadzór na prawomyślnością pisanych tekstów. Malutki aforyzm na temat tajniaka: „Raz nie doniósł, zesrał się po drodze” wywołał burzę, która mało co, a poskutkowałaby dla Henia zakazem pisania. Podobnie nieżyczliwe komentarze wywołała odpowiedź Henia na polecenie redaktora naczelnego, by Henio tworzył „satyrę pozytywną”. Henio szarpnął się za brodę, ryknął śmiechem i rzuciwszy naczelnemu w twarz: „To z pana jest lepszy satyryk niż ze mnie!” – wyszedł z gabinetu.

 

Małe formy literackie wymagały, wbrew pozorom, wiele pracy. Czas pracy Henia to były godziny spędzane na rozmowach z ludźmi, obserwacji życia i myślenia na temat tego, co widział, słyszał i czytał. Nie rozstawał się z notatnikiem, do którego wpisywał swe przemyślenia, nieraz jeszcze robocze. Stworzył we Wrocławiu Koło Aforystów, którego uczestnikom zdradzał technikę pracy umysłowej i już czysto literackiej. Brałem udział w tych spotkaniach. Henio rozdzielał tematy-hasła, wokół których miała się koncentrować uwaga młodych twórców. Po parogodzinnych próbach tworzenia odbywała się dyskusja na temat efektów tej pracy Kilka osób z tego wąskiego, bezinteresownie przez Henia prowadzonego konwersatorium, zyskało potem krajowy rozgłos.


Henio w czasie spotkania opłatkowego dziennikarzy z kard. Henrykiem Gulbinowiczem. Fot. Lesław Miller

Niewątpliwie był człowiekiem bezinteresownym, można powiedzieć nawet więcej, nie przykładał wagi do tego, za czym większość goni: pieniędzy i poklasku. Znał swoją wartość, i to do niego się zwracano, by uświetnił swą obecnością spotkania towarzyskie, akademie, czy kabaretowe spektakle.

 

Jego czytane co tydzień aforyzmy, które nazywał „Przebłyskami”, budziły furorę, stawały się często we Wrocławiu obiegowe, żyły później własnym życiem. Henio w jednym zdaniu umiał trafnie przedstawić zarówno bolączki społeczne, jak i istotę państwa, w którym przyszło nam wtedy żyć. Jasne, że nie wszystkim się to podobało. „Czasami staje się w pierwszym szeregu, by hamować ruch następnych”. Wiele z aforyzmów miało swą genezę w konkretnych sytuacjach życiowych. „Nawet w urzędzie śledczym nauka nie odpowiada na wszystkie pytania” ten aforyzm był reakcją na przesłuchanie Henia w wiadomym urzędzie. Na stwierdzenie przesłuchującego: „Mówcie prawdę, my i tak wszystko wiemy”, Henio nie odpowiedział aforyzmem. Popatrzył dobrotliwie i rzekł: „Jak wszystko wiecie, to piszcie encyklopedię”.

 

Brakuje Henia. Jego spostrzeżenia są wciąż aktualne. Czytam: „Problem ekonomiczny – jak wszystkim ująć, aby każdemu dołożyć?”. Twoje „przebłyski” Heniu, wciąż błyszczą!

 

Wojciech W. Zaborowski

Monasterzyska we wspomnieniach

Zbigniew Żyromski, od wielu lat niestrudzony piewca i dokumentalista Kresów, sam monasterzyczanin, wydał właśnie kolejne „Wspomnienia Kresowianina z Monasterzysk”. Poza historią miejscowości zawierają one także opis wydarzeń, głownie z lat II wojny światowej, szczególnie tragiczne losy działaczy miejscowego podziemia patriotycznego, z których wielu zginęło z rąk siepaczy UPA.

 

Kresy to wielka miłość autora, interesuje go więc wszystko: ludzie, kultura, architektura. Bywało że jeździł w tamte strony kilkakrotnie w ciągu roku, odnajdując zachowane do dziś elementy kultury polskiej. Starczy powiedzieć, że samych zdjęć z całych Kresów Południowo-Wschodnich ma ponad 10 tysięcy! Dzięki pasji, jaką jest nieustannie ogarnięty, wydał już pięć bogato ilustrowanych książek o tamtych terenach i ludziach. Zawierają one oprócz opracowań historycznych i wspomnień także wiele zgromadzonych przez niego cennych starych zdjęć, niektórych z przełomu XIX i XX wieku, oraz dokumentów, map, insygniów. Każda z nich podkreśla wielką rolę Kresów w naszej historii, kulturze narodowej, walce o niepodległość.

Monasterzyska to druga co do wielkości miejscowość galicyjska w byłym powiecie Buczacz, na dawnych Kresach Południowo-Wschodnich. Miasto leżało na rozwidleniu szosy od granicy ZSRR i Rumunii na Lwów oraz Stanisławów. Założono je w roku 1454 – opowieść niesie, że pierwsza osada powstała w postaci drewnianego zamku i klasztoru, czyli monasteru, stąd nazwa. W latach 1772 do 1918 znajdowało się pod zaborem austriackim.

Największym obiektem była fabryka tytoniu, położona w centrum. Stanowiła ona główne miejsce pracy dla miejscowej ludności i źródło dochodów dla licznych plantatorów w całym regionie. W okresie międzywojennym było to miasto wielowyznaniowe (rzymskokatolickie, greckokatolickie, żydowskie, protestanckie) i wielonarodowościowe (Polacy, Rusini, Żydzi i w mniejszości Niemcy oraz Węgrzy). Na mocy porozumień jałtańskich Polska utraciła Kresy Wschodnie na rzecz Związku Radzieckiego, a zamieszkująca je ludność została ekspatriowana na tereny obecnej Polski. Od 1991 roku Monasterzyska są siedzibą rejonu (powiatu) na Ukrainie.

Pozdrowienia z Cisownicy

Mój mąż jest Waszym członkiem – Jan Kazimierz Sokołowski, był dziennikarzem publicystą. Lubił to zająecie i cenił.

Często ze wzruszeniem wspomina różne sytuacje z czasów dziennikarskiech. Dziś ma 93 lata i zdrowie już nie dopisuje, by podróżować samemu. Z radością by sam napisał ten list do Was, ale trudności mu sprawia czytanie i pisanie. Kiedy otrzymał od Was zaproszenie na Spotkanie Opłatkowe, ucieszył się. Chciałam go zawieźć , nie ma problemu. Ale mąż jest niedowidzący i niedosłyszący i to mu bardzo utrudnia komunikację. Skoro więc nie pojedziemy Mąż uznał, że skoro nie pojedziemy, to prześle swoje wiersze, które napisał podczas emerytury. Bardzo mu miło zadedykować swoje przemyślenia, odczucia, obserwacje Kolegom dziennikarzom.

Serecznie pozdrawiamy życząc wytrwałośći i odwagi w wykonywaniu swej dziennikarskiej pracy z satysfakcją.

Z poważaniem

Lidia i Jan Sokołowscy

Cisownica 24 listopada 2015