Archiwum kategorii: Wspomnienia

W POLSCE LUDOWEJ PROWINCJONALNEGO ŻURNALISTY PRZYPADKI

Janusz Dobrzański

Początek lat 70. ubiegłego wieku, początek gierkowskiej prosperity. Taka scenka: górnik, powiedzmy, że Kowalski, wrócił z porannej szychty w kopalni miedzi „Lubin”. Wbił się w kapcie, zjadł obiad, przejrzał wiadomości sportowe w codziennej gazecie, odpalił telewizor. Świeży nabytek. „Rubin 707”, pokazujący świat w kolorze. Egzemplarz wyprodukowany już w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych, na radzieckiej licencji i z radzieckich części. Cudo z wyjątkową cechą: łatwo się przegrzewa. A wówczas albo się zapala, albo wybucha. Za to z rzadka coś pokazuje w kolorze, bo po stronie nadawcy sygnału „tiwi” wciąż więcej czerni i bieli niż palety barw. Ale jest okej, a ma być lepiej! 

Czytaj dalej

ŻURNALISTA W PRL, CZYLI JAK ZOSTAŁEM SABOTAŻYSTĄ I DYWERSANTEM

Janusz Dobrzański

W domowym archiwum przechowuję wyjątkowy relikt PRL-owskiej przeszłości, książkę „W kolorze miedzi”. Nie jest to dzieło literackie, a raczej typowy produkt początków dekady Gierka. Licząca ponad sto stron książeczka w eleganckiej płóciennej oprawie (niezwykła rzadkość w tamtych czasach), wydrukowana na półkredowym papierze, wydana nakładem Zakładów Górniczych „Lubin”, jest wydawnictwem okazjonalnym. Warto zaznaczyć, że oprawę graficzną opracowało Wydawnictwo Artystyczno – Graficzne RSW „Prasa-Książka-Ruch” we Wrocławiu, a druk wykonały Prasowe Zakłady Graficzne RSW „Prasa-Książa-Ruch” też we Wrocławiu. Książka powstała w roku 1974 dla upamiętnienia ważnego wydarzenia w historii budowy Zagłębia Miedziowego: przyśpieszenia o osiem miesięcy osiągnięcia przez Zakłady Górnicze „Lubin” pełnej zdolności produkcyjnej.

Jak to było naprawdę z tym przyśpieszeniem, to zupełnie inna historia. W każdym razie działo się to w czasach gwałtownego rozwoju przemysłu miedziowego na Dolnym Śląsku, którego oczkiem w głowie lokalnej społeczności no i władz, ze szczególnym uwzględnieniem tych politycznych, była budowa pierwszej kopalni miedzi, czyli Zakładów Górniczych „Lubin”.

Czytaj dalej

40-LECIE SDRP

Wspomnienia

Z okazji utworzenia przed 40 laty obecnego Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, w regionalnych oddziałach tej organizacji odbywają się spotkania jubileuszowe. Podobne odbyło się 30 marca 2022 roku także we Wrocławiu – piszemy o tym szczegółowo w poprzedniej wiadomości na tej witrynie. Spotkanie było także okazją do podzielenia się wieloletnimi doświadczeniami przez dziennikarzy, którzy towarzyszą SDRP od samego początku. 

Część z nich złożyła również – często obszerne – pisemne wspomnienia z lat swojej pracy. Zamieszczamy je w dalszym ciągu tej informacji.

Czytaj dalej

TRUDNA DROGA DO CELU

Andrzej Polak w polskim mundurze górniczym

Andrzeja Polaka znają chyba wszyscy przedstawiciele naszej Polonii, którzy biorą czynny udział w jej życiu. Nie ma bowiem żadnej poważniejszej uroczystości czy wydarzenia na terenie całych Węgier, gdzie by się nie zjawił ze swoją nieodłączną kamerą. 

Od 25 lat bowiem jego materiały filmowe z życia Polonii węgierskiej emitowane są systematycznie w TV Polonia, dla której pracował najpierw przez pięć lat jako korespondent honorowy, a dopiero w 2000 r. uzyskał status pełnoprawnego korespondenta. 

To dzięki jego żmudnej i wytrwałej pracy wszyscy odbiorcy TV Polonia na całym świecie mogli, i wciąż mogą, bardzo dużo dowiedzieć się o życiu i działalności naszej, chociaż niewielkiej, ale prężnie działającej Polonii.

Czytaj dalej:

WYRÓŻNIENIA DLA PRACOWNIKÓW BYŁEJ TELEWIZJI ECHO

Spotkanie z Prezydentem Wrocławia Jackiem Sutrykiem

Osoby urodzone w XXI wieku nie wyobrażają sobie życia bez dostępu do informacji z różnych niezależnych źródeł. Niezwykle trudno im uwierzyć, że kiedyś była tylko jedna państwowa telewizja i radio. Dziś telewizja i radio walczą o odbiorców z Internetem, który zdobywa w wyścigu o tempo przekazywania informacji coraz częściej pierwsze miejsce. Właśnie dlatego warto przypomnieć, nie tylko najmłodszemu pokoleniu, że przełamywanie państwowego monopolu na informacje rozpoczęło się we Wrocławiu już w lutym 1990 roku. Wtedy nadawać swój program zaczęła Prywatna Telewizja Echo.

Telewizja Echo stanowiła na początku lat 90. swego rodzaju fenomen, a jej powstaniem interesowały się stacje telewizyjne z całego świata (NHK, DW, BBC, NBCS itp.) Dla nich bowiem powstanie pierwszej, niezależnej telewizji w całym rozpadającym się po 1989 roku „bloku postkomunistycznym” stanowiło sygnał, że obok przemian politycznych rozpoczyna się także demonopolizacja w dziedzinie mediów i dostępu do informacji bez cenzury. Warto w tym miejscu przypomnieć, jak to się stało, że jeszcze przed uchwaleniem w grudniu 1992 roku Ustawy o radiofonii i telewizji, we Wrocławiu powstała i funkcjonowała niemal przez pięć lat Prywatna Telewizja Echo.

Czytaj dalej

20 rocznica

wejścia Polski do NATO i wchodzenia NATO do Polski – przez Wrocław

Z ppłk. rez. dr. Witoldem Rynkiewiczem, skarbnikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, byłym dziennikarzem „Żołnierskiej Rzeczy” oraz byłym rzecznikiem prasowym Śląskiego Okręgu Wojskowego rozmawiają Maciej Sas i Artur Domański.

Źródło: Wrocław Nieoczywisty 

Z pamiętnika żurnalisty:

„Polska droga do NATO” – Cooperative Bridge Biedrusko 1994

My, korespondenci wojenni, widzieliśmy wiele, a wtedy nasze oczy i uszy były szeroko otwarte na rodzącą się nową rzeczywistość. Reprezentowałam jako dziennikarz Polskie Radio Wrocław i moim zadaniem było pokazać światu, że Polska i polscy żołnierze dorośli do NATO.

W Biedrusku byłam razem z koleżanką, dziś już śp. red. Ewą Stramską, też wrocławskim radiowcem.

Biedrusko 1994 było dla mnie wyzwaniem. Nigdy przedtem, a przecież gościłam na niejednym poligonie, nie widziałam takiej żołnierskiej potęgi i z tylu państw. Poza Polakami i Amerykanami, wspólne zadania przygotowujące do operacji pokojowych ONZ i misji humanitarnych realizowali żołnierze m.in. z Włoch, Bułgarii, Wielkiej Brytanii, Czech, Niemiec, Litwy i Francji. Pamiętam ten wyjątkowy apel trzynastu armii, armii, które jeszcze do niedawna stały po przeciwnych stronach, a teraz, u schyłku XX wieku, w nowej już Europie, miały stanowić jedną rodzinę. Ćwiczeniem Cooperative Bridge (Most Współpracy) kierowali Amerykanin gen. mjr William G. Carter – dowódca 1 amerykańskiej dywizji pancernej i Polak gen. bryg. Zygmunt Sadowski – szef sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego.

Nagrać meldunek i być pierwszymi, które prześlą go w świat – ta myśl nierozerwalnie towarzyszyła mnie i Ewie. Ale jak to zrobić, przecież nie wpuszczą nas w sukienkach na płytę boiska, gdzie w szeregach stali żołnierze. Zresztą komicznie by to wyglądało. I wtedy jeden z kolegów wpadł na genialny pomysł. Przebierzemy jedną z Was w mundur. Ten zaszczyt przypadł Ewie. Był mundur, były też dystynkcje. I tak Ewa stała się kapralem Wojska Polskiego. Jak mówiła później – to było moje życiowe pięć minut. 

Ewa, z mikrofonem Polskiego Radia, stojąc blisko dwóch generałów, nagrała meldunek. Wzruszający, historyczny moment. Pierwszy takiej rangi po transformacji ustrojowej w III RP.

Moim zadaniem było szybko przekazać ten meldunek i informacje w świat. Za chwilę miał wylądować premier Waldemar Pawlak. Było bardzo mało czasu. Otóż jakieś niecałe 10 metrów od głównej trybuny na jednej ze ścian budynku służby specjalne umieściły wiszący aparat telefoniczny. Posiadając akredytację, upoważniającą do poruszania się po całym obszarze ćwiczenia, miałam ułatwione zadanie. Podeszłam do tego aparatu i wykręciłam numer telefonu do wrocławskiej amplifikatorni radiowej, a tam koledzy wiedzieli już, co mają robić. Połączyli mnie ze studiem. Program prowadził redaktor Jerzy Tomaszewski. 

To była dla mnie wielka przyjemność, a zarazem niesamowite przeżycie. Sprawozdawałam o rozpoczętych na polskim terytorium pierwszych wojskowych ćwiczeniach. Mówiłam o wzruszeniu żołnierzy. To była prawdziwa polska droga do NATO. Nadałam relację z tej historycznej uroczystości, poszedł nagrany przez Ewę meldunek i byłyśmy pierwsze przed zachodnimi agencjami, które przekazały tę wiadomość. 

W tym przypadku sprawdziło się powiedzenie, że „gdzie diabeł nie może, tam babę pośle…”.

Aleksandra Dankowiakowska-Korman
Polskie Radio Wrocław

Seks od kuchni, czyli… gdy miłość jest w lesie

Temat odwieczny i aktualny tak długo, jak długo będzie istniał człowiek. Przepraszam, seks uprawiają również i zwierzęta, ale mam na myśli seks rozumny, czyli ten, który uprawia posiadający rozum człowiek. Znowu przepraszam. Podobno nie zawsze, i nie każdy człowiek jest rozumny, uściślając więc rzecz – chodzi o świadomego człowieka, który w momencie seksualnej inicjacji, wie co czyni (potem, wiadomo, może być różnie). Ale tak postawiony temat staje się nudny, wszak zapisano już tysiące stron o seksualnych wyczynach homo sapiens!

Pora jednak skończyć te przydługie nieco wstępne rozważania, bo tekstu przybywa, a temat, którym się miałem zająć, jest praktycznie w lesie…

O, właśnie! Seks w lesie. Seks w lesie – często spotykany, znam nawet takich, którzy specjalnie wybierają się do lasu, by podglądać „seksiarzy”. Podobno przeżywają oni wtedy emocje zbliżone do prawdziwych erotycznych wzruszeń. Biedacy, czyż nie prościej umówić się z seksowną towarzyską agentką? No, może i prościej, ale na pewno drożej.

Prawdziwy seks w lesie rodzi się albo spontanicznie, albo z wyrachowania, gdy np. pora jest letnia, a o pójściu z obiektem pożądań do mieszkania z różnych powodów (żona, brak mieszkania) nie ma co marzyć. Opowiadał mi kolega, jak to przed laty w trakcie artystycznych plenerów w dolnośląskiej Osetnicy tak upodobał sobie atrakcyjną plastyczkę, że po zapadnięciu zmroku namówił ją na zwiedzanie pobliskiego lasu. Wyprawa skończyła się na leśnym poszyciu. Prawdopodobnie nadmiar wrażeń związanych z leśną wyprawą powalił plastyczkę z nóg… Ponieważ zaś punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (w tym wypadku właściwsze określenie byłoby „leżenia”) ocena owej seks-wyprawy diametralnie się różni, w zależności od tego, czy o wydarzeniu opowiada plastyczka, czy też mój kolega. W opinii malarki wyprawa była horrorem: podłoże, czyli runo leśne, podmokłe, do tego sosnowe igły wbijały się w co intymniejsze części ciała, niwecząc oczekiwane rozkosze. Na dodatek w trakcie działania (po łacinie ew.: in statu nascendi) przypomniała sobie, że przecież w pobliżu ma wolny domek campingowy do wyłącznej dyspozycji. Odmiennie wydarzenie oceniał kolega. Było – powiadał – ciepło, miło i niezobowiązująco, do tego dyskretnie. Niewątpliwie kolega w tej sytuacji, choć brzmi to trochę dwuznacznie, gdy partnerka czuła się dołowana, górował nad plastyczką (i to nie tylko emocjonalnie – dosłownie też!).

Nie ma lasu bez leśniczówki. Podobno w jej wnętrzach też dochodzi do seksownych sytuacji, czego najlepszym dowodem mogą być spotykane w tych leśnych obiektach poroża zdobiące ściany leśniczówek – milczący świadkowie zarówno miłosnych uniesień, jak i wyrosłych z owych sytuacji późniejszych konsekwencji – w postaci wspomnianych rogów (niestety, przeważnie męskich). Znam jednak i jasną stronę leśniczówek. Myślę tu o córce leśniczego, Krysi. Nie znacie? I chyba już nie poznacie, bo dziewczę urodzone było w 1907 roku, a rozsławił je pochodzący z Budapesztu a zmarły we Wrocławiu maestro Georg Jarno, twórca wiedeńskiej w stylu, sentymentalnej operetki „Krysia Leśniczanka“, chętnie grywanej w cesarsko – królewskim… Krakowie. To urokliwe muzycznie dziełko, rzadko już dziś wystawiane, sławi dobroć cesarza, jednocześnie zaś ukazuje, jak to nadobna Krysia, która koło leśniczówki przypadkowo spotkała polującego incognito – nie na nią, oczywiście – cesarza, zrobiła dzięki cesarskiej protekcji karierę i stała się … nadleśniczą. To były inne czasy, ale płynąca z tej historii nauka, że będąc w lesie, a szczególnie w pobliżu leśniczówki, warto zwracać uwagę, kto się koło niej kręci – nie straciła nic ze swej aktualności! Krysia nie miała wprawdzie seksu z cesarzem, choć tak niosła fama dworska, ale ze swym ułaskawionym przez cesarza zabójcą – wybrankiem, i owszem. Tak więc, leśniczówka w całej tej historii odegrała rolę podstawową!

Zostawmy jednak zarówno kuchenne plotki, jak i opowieści dam dworu (dawały na dworze?) i skupmy się lepiej na seksie od strony kuchni. Nie chodzi tu o receptę na udany orgazm, ani tym bardziej przepis na poderwanie kucharki. Jak bowiem można sprawdzić prawie w każdym sklepie spożywczym, dziś dla wielu życiową przyprawą jest nie kucharka, a „Kucharek“ – i to często z małej litery i bez cudzysłowu. To jednak inny temat, wróćmy więc „ad rem“. Abonenci odpowiednich kanałów telewizyjnych wiedzą i widzą, że seks w kuchni od lat jest aż do znudzenia eksponowany w filmach erotycznych. To już klisza, rutyna, dziesiąta woda po kisielu, czyli nic nowego – „nihil novi“.

A jednak, gdy pamięcią sięgam, od kuchni, w kuchenny seks, przypomina mi się nietypowa, wcale pikantna historia, z omawianym tematem związana. Była połowa lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kolega – student biorący udział w wakacyjnym obozie wędrownym wylądował wieczorową porą w Złotym Stoku. Kwatera mieściła się w zamienionej na dom noclegowy szkole. Traf chciał, iż gasząc po męczącym dniu przed snem pragnienie w miejscowym restauracyjnym barze wpadła mu w oko atrakcyjna blondyna, wywołując pragnienie całkiem innej natury. W koledze odezwały się zdrowe instynkty, tym zdrowsze, że nowo poznany obiekt okazał się być z zawodu pielęgniarką. I tak od słowa do słowa kontynuując rozpoczęty w lokalu zbliżeniowy dialog, w poszukiwaniu ustronnego miejsca wylądowali późnym wieczorem… w szkolnej kuchni. I – jakby powiedział poeta – „drzwi od Europy zatrzasnęli hałasów”. Dokładnie, drzwi zatrzasnęły się same, a klamki od strony kuchni, zwyczajnie, nie było! U poety na tym etapie kończą się liryczno-polityczne refleksje, życie jest jednak często bardziej zaskakujące niż literatura, przeto wraz z zatrzaśnięciem drzwi wejściowo-wyjściowych do kuchni, dla kolegi i jego kuchennej niewolnicy otworzyły się wrota do raju! Z opresji (?) wybawiły przeżywającą nocne romantyczne uniesienia parę kucharki, które rano przyszły do pracy i normalnie otworzyły drzwi od strony korytarza. Kuchennym noclegownikom udało się niepostrzeżenie wydostać z gotowalni dzięki temu, że ukryli się za skrzydłem otwieranych wrót, po czym, gdy kucharki poszły się przebierać, niezauważeni opuścili pomieszczenie.

Jakie z tych rozważań wynikają wnioski? Oczywiste! Po pierwsze: nieważne „gdzie”, bo może się to zdarzyć wszędzie. Po drugie: nieważne „jak”! Dajmy się zaskoczyć matce naturze – ona wie lepiej. Po trzecie: niestety, czy chcemy, czy nie chcemy, nawet najlepszy seks i tak kiedyś będzie dla nas „ex”! Czyli – umiejmy cieszyć się życiem.

Wojciech W. Zaborowski

Jan Akielaszek zapowiedział, że wszyscy chętni mogą mu nadsyłać swoje… ex wspomnienia (1800 znaków). Autorzy najciekawszych mogą liczyć m.in. na honorarium (100 zł) oraz biesiadę z okazji  wydania za rok książki.

Święto E. Wedla d. 22 Lipca

Staraniem zespołu „Odrodzonego Słowa Polskiego” kolejna impreza towarzysko-wspomnieniową miała miejsce w wigilię dawnego święta „22 Lipca”, nazywanego przez władze PRL „Świętem Odrodzenia”, przez opozycję zaś „świętem zniewolenia”, jako że czczono de facto oddanie Polski w ramiona importowanego i narzuconego przez ZSRR komunistycznego rządu. Czytaj dalej Święto E. Wedla d. 22 Lipca

„Róbmy swoje” już bez Wojciecha Młynarskiego

Wojciech Młynarski, mimo iż był wybitnym, twórcą: literatem, tłumaczem. reżyserem i aktorem w jednej osobie, nazywał siebie skromnie „tekściarzem”.

A jednak jego śpiewane, czy nieraz tylko parlandowane, tak charakterystyczne dla piosenki aktorskiej formy, okreśono nazwą „śpiewanych felietonów”. A dobry felieton jest wyższą formą dziennikarskich umiejętności. Felieton śpiewany – to już małe dzieło sztuki. Dlatego też odejście Wojciecha Młynarskiego to niepowetowana strata dla kultury polskiej, literatury, estrady, teatru, ale i dla naszego dziennikarskiego środowiska.

Wojciech Młynarski (1941 – 2017) za życia stał się legendą. Na jego utworach, bo przecież nie były to wyłącznie piosenki, wychowywały się pokolenia. Już w latach sześćdziesiątych ub. wieku na archaicznych dziś winylowych płytach słuchaliśmy jego pierwszych śpiewanych komentarzy o życiu w ówczesnej Polski, z ironią, ale i sympatią ukazywał obyczaje, przywary i codzienność bytowania rodaków w PRL-u. Do końca życia pozostał też niezrównanym satyryczno-poetyckim komentatorem naszej powojennej rzeczywistości.

Przypadek sprawił, że obaj nosimy to samo imię, obaj kończyliśmy polonistykę i w pewnym okresie naszego życia otarliśmy się o Operetkę Warszawską. Już to zobowiązuje mnie, by uzupełnić tak liczne wspomnienia i komentarze, jakie pojawiły się po śmierci Wojciecha Młynarskiego o parę refleksji. Byłem bowiem zawsze, jak wielu, pod urokiem kunsztu i treściowej zawartości tego, co spod jego pióra pochodziło.

Powstawały zaś nie tylko „śpiewane felietony”, ale również teksty kabaretowe. Wszyscy wspominają studencki klub „Hybrydy”, z którym w początkach swej kariery związany był Wojciech Młynarski. Kto jednak dziś pamięta znakomity, ostry w wymowie kabaret „Owca” Jerzego Dobrowolskiego, prowadzony przez redaktora naczelnego „Szpilek”? Raz w tygodniu w redakcji satyrycznego tygodnika przy pl. Trzech Krzyży w Warszawie prezentował on dla stuosobowej widowni (połowa biletow była zrezerwowana dla pracowników wiadomych służb!) spektakl będący kpiną z ówczesnej rzeczywistości, a wygłaszane przez aktorów monologi w wielu wypadkach były autorstwa młodego wówczas Wojciecha Młynarskiego. Podobnie mało kto pamięta dziś kabaret „U Lopka” prowadzony przez Kazimierz Krukowskiego, gwiazdę przedwojenych kabaretów, wykonawcę i autora tekstów, po powrocie z emigracji w 1956 roku wieloletniego aktora Teatru Syrena przy ul. Litewskiej w Warszawie. Nazwisko Wojciecha Młynarskiego związane jest również z tym kabaretem. Pamiętny kabaret Edwarda Dziewońskiego „Dudek” grający przez dlugie lata w nieistniejącej już kawiarni „Nowy Świat” w Warszawie u zbiegu Nowego Światu i Świętokrzyskiej również bawił gości tekstami Wojciecha Młynarskiego (m.in. „W Polskę idziemy” w wykonaniu Wiesława Gołasa).

Związki Wojciecha Młynarskiego z kabaretami i teatrami muzycznymi (w większości warszawskimi) z natury rzeczy są mniej znane, niż działalność estradowa. Warto jednak o nich pamiętać, bo choć nie tak znane, jak słuchane już przez kolejne pokolenia piosenki, zajmują trwałe miejsce w historii polskiego kabaretu i historii teatru muzycznego. Mam tu na myśli nie znakomite w zamyśle i świetnie wyreżyserowane spektakle Wojciecha Młynarskiego w Teatrze Ateneum na warszawskim Powiślu poświęcone wybitnym postaciom ze świata teatralno-muzyczno-literackiego („Brel”, „Hemar”, „Ordonka”, „Wysocki”), ale pisane przez niego libretta do wodewili, operetek i oper.

Ten dorobek twórcy czeka jeszcze na dokładniejsze opracowanie. Większego rozgłosu, dzięki radiowym przekazom, doczekała się operetka „Butterfly – cha – cha”, powstała w 1968 roku, do której zabawne libretto oparte… na operze G. Pucciniego „Madama Butterfly” napisał Wojciech Młynarski, a muzykę skomponował Marek Sart. Również wodewile, opery, czy raczej śpiewogry z zarania dziejów polskiego teatru – czasów Wojciecha Bogusławskiego (m.in. „Henryk VI na łowach”) doczekały się renowacji i aktualizacji pod piórem mistrza słowa, jakim niewątpliwie był Wojciech Młynarski.

Za dyrekcji Stanisławy Stanisławskiej w czerwcu 1973 roku Operetka Warszawska wystawiła dzieło Jacquesa Offenbacha „Życie paryskie” („La Vie Parisienne“). Libretto na motywach farsy Ludvica Meilhaca i Henry Halevy`ego napisał Wojciech Młynarski. Oglądałem ten spektakl wielokrotnie, choć z librettem w wersji pisanej mogłem zapoznać się dopiero w trakcie mego krótkiego okresu pełnienia w tym teatrze funkcji kierownika literackiego za dyrekcji Ryszarda Pietruskiego. To trzecie już libretto w języku polskim nie tylko zachwyca od strony językowej, ale też pozwala wnikliwemu i wrażliwemu widzowi lepiej zrozumieć fenomen Młynarskiego. „Niech mnie porwie w zachwycie, i marzenia me wszystkie spełni życie, to życie paryskie!”

Nie o Paryż chodzi i nie o „światowe życie”! W każdym utworze Wojciecha Młynarskiego można się doszukać tego zachwytu nad urodą życia. Gdyby tak udało się spełnić marzenia nad Wisłą i Odrą, gdzie „światowe życie” to była „niedziela na Głównym” i neon mlecznego baru? Młynarski nie był naiwny. Zmienił się ustrój, nie człowiek. Ludzkie ułomności rządzących i rządzonych sprawiają, że, jak pisał „niejedną jeszcze paranoję przyjdzie nam przeżyć…”

Dlatego też pointa piosenki brzmi, jak testament: „Róbmy swoje!”- by spełniły się nasze marzenia i by można było w pełni zachwycić się życiem. Po prostu: róbmy swoje!

Wojciech W. Zaborowski