Monasterzyska we wspomnieniach

Zbigniew Żyromski, od wielu lat niestrudzony piewca i dokumentalista Kresów, sam monasterzyczanin, wydał właśnie kolejne „Wspomnienia Kresowianina z Monasterzysk”. Poza historią miejscowości zawierają one także opis wydarzeń, głownie z lat II wojny światowej, szczególnie tragiczne losy działaczy miejscowego podziemia patriotycznego, z których wielu zginęło z rąk siepaczy UPA.

 

Kresy to wielka miłość autora, interesuje go więc wszystko: ludzie, kultura, architektura. Bywało że jeździł w tamte strony kilkakrotnie w ciągu roku, odnajdując zachowane do dziś elementy kultury polskiej. Starczy powiedzieć, że samych zdjęć z całych Kresów Południowo-Wschodnich ma ponad 10 tysięcy! Dzięki pasji, jaką jest nieustannie ogarnięty, wydał już pięć bogato ilustrowanych książek o tamtych terenach i ludziach. Zawierają one oprócz opracowań historycznych i wspomnień także wiele zgromadzonych przez niego cennych starych zdjęć, niektórych z przełomu XIX i XX wieku, oraz dokumentów, map, insygniów. Każda z nich podkreśla wielką rolę Kresów w naszej historii, kulturze narodowej, walce o niepodległość.

Monasterzyska to druga co do wielkości miejscowość galicyjska w byłym powiecie Buczacz, na dawnych Kresach Południowo-Wschodnich. Miasto leżało na rozwidleniu szosy od granicy ZSRR i Rumunii na Lwów oraz Stanisławów. Założono je w roku 1454 – opowieść niesie, że pierwsza osada powstała w postaci drewnianego zamku i klasztoru, czyli monasteru, stąd nazwa. W latach 1772 do 1918 znajdowało się pod zaborem austriackim.

Największym obiektem była fabryka tytoniu, położona w centrum. Stanowiła ona główne miejsce pracy dla miejscowej ludności i źródło dochodów dla licznych plantatorów w całym regionie. W okresie międzywojennym było to miasto wielowyznaniowe (rzymskokatolickie, greckokatolickie, żydowskie, protestanckie) i wielonarodowościowe (Polacy, Rusini, Żydzi i w mniejszości Niemcy oraz Węgrzy). Na mocy porozumień jałtańskich Polska utraciła Kresy Wschodnie na rzecz Związku Radzieckiego, a zamieszkująca je ludność została ekspatriowana na tereny obecnej Polski. Od 1991 roku Monasterzyska są siedzibą rejonu (powiatu) na Ukrainie.

Pozdrowienia z Cisownicy

Mój mąż jest Waszym członkiem – Jan Kazimierz Sokołowski, był dziennikarzem publicystą. Lubił to zająecie i cenił.

Często ze wzruszeniem wspomina różne sytuacje z czasów dziennikarskiech. Dziś ma 93 lata i zdrowie już nie dopisuje, by podróżować samemu. Z radością by sam napisał ten list do Was, ale trudności mu sprawia czytanie i pisanie. Kiedy otrzymał od Was zaproszenie na Spotkanie Opłatkowe, ucieszył się. Chciałam go zawieźć , nie ma problemu. Ale mąż jest niedowidzący i niedosłyszący i to mu bardzo utrudnia komunikację. Skoro więc nie pojedziemy Mąż uznał, że skoro nie pojedziemy, to prześle swoje wiersze, które napisał podczas emerytury. Bardzo mu miło zadedykować swoje przemyślenia, odczucia, obserwacje Kolegom dziennikarzom.

Serecznie pozdrawiamy życząc wytrwałośći i odwagi w wykonywaniu swej dziennikarskiej pracy z satysfakcją.

Z poważaniem

Lidia i Jan Sokołowscy

Cisownica 24 listopada 2015

 

Jan Szatsznajder – kolega doskonały

Zawsze był dla mnie miły i koleżeński. Na zaproszenie do programu radiowego, głównie magazynu wojskowego „Na Spocznij”  –  odpowiadał krótko: „będę” i nigdy się nie spóźniał. Rzeczowy, konkretny, jakże trafny w swoich wypowiedziach, zawsze przygotowany do udziału w programach.

Był porucznikiem Wojska Polskiego, żołnierzem II Korpusu. Walczył pod Monte Cassino, ze swoim plutonem wyzwalał Bolonię. W swojej książce „Cichociemni. Z Polski do Polski”  – opisał drogę do Ojczyzny i losy polskich bohaterów w czasie II wojny światowej, którzy desantowani prowadzili walkę z niemieckim okupantem. Rozmowy z Jankiem zapisane na taśmach i jego szlachetne słowa skierowana pod adresem towarzyszy broni znajdują się w zbiorach archiwalnych Polskiego Radia we Wrocławiu. Także zapis wspomnień z jego pogrzebu, który odbył się w pełnej oprawie wojskowej.

 

Dziennikarz Jan Szatsznajder w słynnym Klubie Dziennikarza (vis a vis wrocławskiego PDT-u) przy ulicy Świdnickiej we Wrocławiu miał swój stolik. Kiedy my młodzi wchodziliśmy do klubu, to z wielką estymą patrzyliśmy w kierunku tego stolika. Siadywali tam tylko nasi mędrcy, nestorzy wrocławskiego dziennikarstwa m.in. redaktor Józef Wolny – z Polskiego Radia i redaktor Jan Szatsznajder – z Gazety Wrocławskiej. Józef był miłośnikiem piwa, Jan  zaś „ognistej wody”.

 

Kiedy uznał, że dorosłam już w zawodzie, przeszliśmy na Ty. Byłam tym faktem bardzo onieśmielona. Jego życzliwy stosunek do młodszych dziennikarzy był prawdziwy, przepełniony ojcowską troską – takim go właśnie zapamiętałam.

 

Ola Dankowiakowska-Korman, Polskie Radio Wrocław

Wolontariusze z Polski na kresowych cmentarzach

Zakończyła się 6 edycja akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. W akcji porządkowania zapomnianych i zaniedbanych kresowych nekropolii, na których spoczywają nasi przodkowie, uczestniczyli młodzi wolontariusze w Dolnego Śląska, w tym gimnazjaliści, uczniowie szkół średnich, studenci oraz osoby starsze. Głównym organizatorem przedsięwzięcia była Grażyna Orłowska Sondej, dziennikarka TVP Wrocław oraz członkini Zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.

— Jestem pełna podziwu dla młodych ludzi, którzy część wakacji poświęcili na ciężką pracę — mówi Grażyna Orłowska Sondej. — Pomimo dużego upału (temperatura często przekraczała 30 stopni C) wolontariusze pełni zapału pracowali przy wycince drzew i chaszczy, koszeniu traw i zielska oraz odnawianiu zdewastowanych i powywracanych pomników. Do naszej akcji włączyli się strażacy z Komendy Wojewódzkiej PSP z Wrocławiu i Ochotniczej Straży Pożarnej ze Strzegomia, motocykliści z Międzynarodowego Rajdu Katyńskiego, Strzelcy z Trzebnicy oraz wolontariusze z Krakowa i Opolszczyzny.

 

W Lisowcach nad Seretem

 

Jedna z grup, której niżej podpisany był uczestnikiem, pracowała na cmentarzu w Lisowcach (powiat Zaleszczyki) Było to dla mnie wielkie przeżycie. W miejscowości tej mam wielu krewnych, a na miejscowym cmentarzu spoczywają między innymi moi pradziadkowie i dziadkowie. W 1922 roku w Lisowcach urodził się mój ojciec Bazyli Mulek. W wieku 22 lat opuścił rodzinną wieś i wyruszył na front. Po zakończeniu działań wojennych nie mógł już wrócić na Podole. Dawne tereny Rzeczypospolitej zagarnięte zostały bowiem przez Związek Radziecki. Tato do końca życia mieszkał w Osiecznicy koło Bolesławca, ale przy każdej nadarzającej się okazji odwiedzał swoją wieś nad pięknym Seretem, w której mieszkała jego matka Anna oraz brat Taras z rodziną.

Zobacz Lisowce na mapie

Lisowce to także rodzinna miejscowość dr. Adolfa Juzwenki, dyrektora  Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, który odwiedził dolnośląskich wolontariuszy pracujących na miejscowym cmentarzu oraz pomógł w organizacji prac porządkowych.

 

— Przed II wojną światową Lisowce były typową wsią polsko–ukraińską — mówi Adolf Juzwenko. — Mieszkańcy żyli tu w zgodzie i nawzajem się szanowali. Nie rzadkością były mieszane polsko–ukraińskie małżeństwa. Nic więc dziwnego, że Polaków wyznania katolickiego bardzo często, a zwłaszcza podczas świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, można było spotkać w miejscowej cerkwi greko–katolickiej, a Ukraińców w kościele rzymskokatolickim. Obowiązywał także niepisany obyczaj, który nakazywał. by w rodzinach mieszanych córki chrzcić w świątyni matki, synów zaś w świątyni ojca.

 

W 1944 roku dobre stosunki sąsiedzkie zaczęły się jednak psuć. Do Lisowiec zaczęły docierać informacje o terrorze ukraińskich nacjonalistów spod znaku UPA. Banderowcy mordowali nie tylko Polaków, ale również Ukraińców sprzyjających naszym rodakom, a zwłaszcza tych, którzy bardzo często ukrywali Polaków w swoich domach. Rodzina Juzwenków w obawie o życie wyprowadziła się do Tłustego, niewielkiego miasteczka, oddalonego o 7 kilometrów od Lisowic, w którym stacjonowała jednostka sowiecka.

 

Na cmentarzu przypominającym afrykański busz

 

Na XIX-wiecznym cmentarzu w Lisowcach, obok Ukraińców, spoczywa wiele Polaków. Jest to bardzo zaniedbana nekropolia, pozarastana drzewami i chaszczami. W porządkowaniu starego cmentarza uczestniczyło 9 dolnośląskich wolontariusz, w tym: Jan Stefański – uczeń Liceum Sportowego we Wrocławiu, Agnieszka Zagrodna i Patrycja Karasiak – absolwentki Gimnazjum w Lubiatowie koło Legnicy, Martyna Haftarczyk – uczennica LO w Miliczu, Leokadia Kołodyńska – Zysk – nauczycielka z Bogatyni, Jacek Sadlik z Legnicy, Witold Zagrodny z Lubiatowa, Tomasz Janik z Ziębic oraz niżej podpisany.

 

— W sumie wykarczowaliśmy drzewa na obszarze około pół hektara — mówi Tomasz Janik, kierowca naszego busa, który zaprezentował się również jako doskonały operator piły spalinowej. — W pracach wspomagał nas Iwan Jurkiewicz, kuzyn dyrektora Adolfa Juzwenki, który użyczył nam piły spalinowej, tak bardzo przydatnej przy wycince drzew.

 

— To była wręcz harówka, wspomina Jan Stefański. — Nie żałuję jednak, że tutaj przyjechałem. Odwaliliśmy przecież kawał dobrej roboty, a przy okazji poznaliśmy wielu sympatycznych mieszkańców Lisowiec. Za rok ponownie chciałbym tutaj trafić. Do uporządkowania pozostała bowiem jeszcze spora część cmentarza. To będzie dług wdzięczności wobec mojej babci, która pochodziła z Kresów i przez wiele lat mieszkała w Hucie Bystrzyckiej, na terenie dzisiejszej Ukrainy.

 

Agnieszka Zagrodna, absolwentka Gimnazjum w Lubiatowie, od września uczennica LO nr 2 w Legnicy: — O akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia” dowiedziałam się oglądając program Studio Wschód, którego autorką jest redaktor Grażyna Orłowska Sondej. Miłość do Kresów zaszczepił we mnie również mój tato, którego mama, a moja babcia pochodziła z Zimnej Wody koło Lwowa, a jej mąż z miejscowości Borki Małe. Z Kresów pochodzą również dziadkowie mojej mamy , babcia ze Żnibrodów koło Buczacza, a dziadek z wsi Zastawie na Wołyniu. W tym roku już po raz trzeci wyjechałam na Ukrainę. W poprzednich latach brałam udział w porządkowaniu cmentarzy w Żytomierzu, Uszni, Obertynie i Połonnym. Najtrudniej było jednak w Lisowcach. Cmentarz był bowiem bardzo zaniedbany. W pracy dokuczał nam szczególnie żar lejący się z nieba. Nie żałuję jednak tego trudu. Dzięki naszej pracy wiele mogił uratowaliśmy od zapomnienia. W ubiegłym roku, ramach tej samej akcji, razem z koleżankami i kolegami z naszego Gimnazjum kwestowaliśmy na cmentarzach w Chojnowie i Legnicy.

 

Agnieszce w podróży na Podole towarzyszył tato Witold Zagrodny i wujek Jacek Sadlik.

 

 Jak wspomniała córka, nasza rodzina pochodzi w Kresów . Do dziś w Zimnej Wodzie koło Lwowa mieszkają nasi krewni, a Borkach Małych (powiat skałacki) na miejscowym cmentarzu spoczywa mój dziadek – mówi Witold Zagrodny. — W moim rodzinnym domu często mówiło się o Kresach. Jako mały chłopiec często więc słuchałem opowieści o Zimnej Wodzie, Lwowie oraz 40 Pułku Piechoty, który stacjonował w tym mieście. W tamtych latach nie wszystkie temat były dla mnie zrozumiałe, między innymi dlaczego nasze ziemie na wschodzie II Rzeczypospolitej, w konsekwencji decyzji mocarstw wielkiej trójki (Józef Stalin, Franklin D. Roosevelt i Winston Churchill) zapadłych na konferencji jałtańskiej, znalazły się w granicach USRR, a ludność polska została wysiedlona przez władze sowieckie. Z upływem lat co raz bardziej interesowałem się tym tematem. To z kolei zaowocowało tym, że w 2007 roku po raz pierwszy pojechałem na Ukrainę. Odwiedziłem wówczas między innymi Lwów, Kamieniec Podolski, Zbaraż, Chocim i Zimną Wodę, miejscowość w której na cmentarzu spoczywają moi przodkowie. Od tamtego czasu systematycznie studiuję publikacje poświęcone Kresom. Dzięki programowi Studio Wschód, emitowanemu przez Telewizję Wrocław, dowiedziałem się o akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. Natomiast tym roku wziąłem aktywny dział w tej akcji i razem z młodymi wolontariuszami z Dolnego Śląska porządkowałem zaniedbany cmentarz w Lisowcach. Była to ciężka praca, ale jednocześnie patriotyczna lekcja dla naszej młodzieży.

 

— Witek mnie również zaraził miłością do Kresów – twierdzi Jacek Sadlik z Legnicy, szwagier Witolda Zagrodnego. — Dlatego też długo nie musiał mnie namawiać, aby pojechać na Podole i wziąć udział w ratowania cmentarza w Lisowcach, na którym spoczywa wielu Polaków. Za rok prawdopodobnie znów tam pojadę. Do uporządkowania pozostał bowiem jeszcze spory obszar cmentarz. Poza tym uważam, że do akcji porządkowania polskich cmentarzy na Kresach powinny włączyć się również władze Polski

 

Patrycja Karasiak, absolwentka Gimnazjum w Lubiatowie, od września uczennica LO nr 2 w Legnicy: — Ja także, za rok chciałabym tutaj przyjechać i dokończyć to czego nie udało się nam w tym roku zrobić. W akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia” brałam udział po raz pierwszy. Namówiła mnie do tego moja serdeczna koleżanka Agnieszka Zagórna. Moi rodzice początkowo nie byli przychyli mojemu wyjazdowi. Bali się o moje bezpieczeństwo, ale bezpodstawnie. W Lisowcach i okolicach było bezpiecznie. Jedynie z telewizji mogliśmy się dowiedzieć o walkach toczących się na wschodzie Ukrainy.

 

Leokadia Kołodyńska – Zysk, nauczycielka z Bogatynia ma także kresowe korzenie. Jej tato, pochodzący z Wołynia, od dziecka małej Lodzi wpajał miłość do terenów II Rzeczypospolitej. W czasach PRL-u, nie mogąc odwiedzić ukochany Wołyń, wielokrotnie jeździł na cmentarze nad wschodnią granicą naszego kraju i tam zapalał znicze na grobach. W ten sposób chciał być bliżej miejsca, w którym się urodził i wychował. To zadecydowało, że i jego córka Leokadia zaczęła interesować się Kresami. Stała się również gorącą propagatorką akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia. W ubiegłym roku, wraz z grupą młodzieży z Gimnazjum nr 2 z Bogatyni porządkował cmentarz w Sokalu nad Bugiem.

 

— W Sokalu opieką otoczył nas miejscy ksiądz Andrzej Mihułko – wspomina Leokadia Kołodyńska–Zysk. — O naszej akcji sprzątania cmentarza mówiło się w kościele i na ulicach miasta. Dzięki niemu spotkaliśmy się z merem miasta oraz zwiedziliśmy wiele interesujących miejsc w mieście i okolicy.

 

— Po przyjeździe do Lisowic ogarnęło mnie przerażenie – dodaje Leokadia Kołodyńska–Zysk. — XIX-wieczna nekropolia wyglądał bowiem jak afrykański busz, przez który trudno było się przedrzeć. Sporo wysiłku kosztowało nas więc, aby odkryć zarośnięte mogiły. Nie kryliśmy łez wzruszenia, kiedy okazywało się, że większość napisów zniknęła z pomników i nie jesteśmy ich w stanie odtworzyć. Jest mi trochę przykro, że nie udało się nam uporządkować całego cmentarza. Sądzę, że przyszłym roku powinniśmy dokończyć wszystkie prace na cmentarzu, tym bardziej, że swoją pomoc zadeklarował miejscowa sołtys Maria Mokrzycka.

 

Był czas na zwiedzanie

 

Martyna Haftarczyk, uczennica LO w Miliczu należy do weteranek uczestniczących akcji „Mogiłę pradziada od zapomnienia”. W sprzątaniu polskich mogił na Kresach uczestniczyła już po raz czwarty, w tym w Połonnem (dwukrotnie), Żytomierzu, Uszni i Obertynie.

 

— Wyjazd na Ukrainę to nie tylko ciężka praca. To także okazja do zwiedzenia miejsc, które wiążą się z historią Polski. W ubiegłym roku miałam okazję podziwiać zamek Sobieskiego w Złoczowie – wspomina Martyna Haftarczyk. — Z kolei w tym roku, zwiedziliśmy twierdzę w Chocimiu, należącą do najstarszych i najważniejszych warowni Przydniestrza. Byliśmy również w Kamieńcu Podolskim, nad którym góruje zabytkowa twierdza, dawniej zwana przedmurzem chrześcijaństwa lub bramą do Polski.

 

W kamienieckiej twierdzy 27 sierpnia 1672 roku zginął pułkownik Wołodyjowski. Jak podaje portal kresy.wm.pl., Sienkiewicz wcale nie wymyślił pułkownika Wołodyjowskiego. Nieco tylko ubarwił życiorys prawdziwego Wołodyjowskiego. A ten urodził się w 1620 roku niedaleko Kamieńca Podolskiego. W sierpniu 1672 roku dowodził obroną zamku przed Turkami. Według Sienkiewicza Wołodyjowski wraz z Ketlingiem wysadzili się w powietrze nie mogąc ścierpieć poddania zamku Turkom. W rzeczywistości wybuch nastąpił albo przypadkowo, lub spowodował go dowodzący artylerią major Hekling. Sienkiewicz zmienił mu nie tylko nazwisko, ale i narodowość. Filmowy Kettling jest Szkotem, prawdziwy Hekling był kurlandzkim Niemcem. Tak czy inaczej prawdziwy Wołodyjowski zginął przypadkiem. Turcy pozwolili bowiem obrońcom twierdzy opuścić zamek. Wybuch nastąpił w momencie, kiedy Wołodyjowski razem z wojskiem przygotowywał się do wymarszu.

 

Wolontariusze z Dolnego Śląska w Kamieńcu Podolskim zwiedzili również XVI-wieczną polską katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz wiele innych zabytków tego pięknego i ponad 100-tysięcznego miasta.

 

W drodze powrotnej z Chocimia do Lisowic, wolontariusze zatrzymali się nad Dniestrem, u ujścia Zburcza. W 1692 roku w rejonie tym, zwanym Okopami Świętej Trócy, hetman Stanisław Jan Jabłoński rozpoczął budowę twierdzy bastionowej. Do 17 września 1939 roku, kiedy to Związek Radziecki napadł na Polskę, był to wówczas najdalej wysunięty na południowy wschód cypel II Rzeczypospolitej oraz styk granic Polski, Rumunii i Ukraińskiej SRR.

 

W centrum Lisowiec polscy wolontariusze odkryli dawny Dom Polski. Przed II wojną światową w budynku był dom kultury polskiej. W czasach władzy sowieckiej znajdowało się kino. Obecnie jest sklep. Kilka lat temu, Michaił Strufiński (właściciel sklepu) podczas remontu na fasadzie budynku, pod warstwą tynku, odkrył orła i napis Dom Polski w Lisowcach, a następnie odmalował i pozostawił w stanie oryginalnym, w takim jaki widzieli to nasi rodacy w II Rzeczypospolitej.

 

Wracając do kraju grupa, na kilka godzin, zatrzymała się również we Lwowie, w mieście, w którym na każdym kroku można spotkać ślady polskości.

 

Podsumowanie akcji

 

— W porządkowaniu cmentarzy uczestniczyło ponad 800 wolontariuszy – mówi Grażyna Orłowska Sondej. — Byliśmy na polskich mogiłach aż w 86 miejscowościach, znajdujących się na terenie województw: wołyńskiego, lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego. Udało się odnaleźć na pomnikach prawie 100 tysięcy polskich nazwisk. Wkrótce spis tych nagrobnych inskrypcji pojawi się na naszej stronie internetowej (http://www.studiowschod.pl/). Ułatwi to Kresowianom rozsianym po całym świecie odnalezienie mogił swoich bliskich.

 

Ryszard Mulek

 

Opisy do zdjęć

 


Uczestników akcji „Mogiłę dziada ocal od zapmnienia” wyjeżdzających na Ukrainę pożegał Cezary Przybylski, marszałek województwa dolnoślaskiego.

 


Z młodzieża pracującą na Cmentarzu w Lisowcach spotkał, się urodzony w tej miejscowości, dr Adof Juzwenko, dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu

 


XIX-wieczna nekropolia wyglądała jak afrykański busz, przez który trudno było się przedrzeć.

 


Patrycja Karasiak i Agnieszka Zagrodna nie ukrywają, że mocno napracowały się przy porządkowani cmentarza, ale za rok chcą ponownie tu wrócić, aby dokończyć swoje dzieło.

 


Trzeba było mięć dużo siły i samozaparcia, aby ustawić powywracane pomniki.

 


Jeden z pomników z 1858 roku.

 


Kolejna polska mogiła na cmentarzu w Lisowcach.

 


Bez piły spalinowej, którą użyczył nam Iwan Jurkiewicz, mieszkaniec Lisowiec mielibyśmy problemy z wycinką drzew na cmentarzu.

 


Wiele drzew musieliśmy wykarczować.

 


Powycinane drzewa i chaszcze paliliśmy na ognisku.

 


Chwila odpoczynku po ciężkiej pracy.

 


Uśmiechnięte miny po dobrze wykonanej pracy.

 


Maria Mokrzycka, sołtys Lisowiec zadeklarowała się, że w przyszłym roku polskim wolontariuszom udzieli wszechstronnej pomocy przy porządowaniu miejscowego cmentarza.

 


Na cmentarzu w Lisowcach wykarczowaliśmy drzewa i krzewy na obszarze około 05 hektara.

 


Na „odkrytych” mogiłach zapłonęły znicze.

 


Ostatnie pamiątkowe zdjęcie z mieszkańcami, którzy wspomagali wolontariuszy z Dolnego Śląska przy ratowaniu polskich i ukrainskich grobów.

 


W Lisowcach przed II wojną światową w tym budynku był Dom Polski.

 


Ryszard Mulek na tle twierdzy w Kamieńcu Podolskim.

 


Twierdza w Chocimiu.

 


Martyna Hartarczyk, Leokadia Kołodyńska – Zysk, Patrycja Karasiak i Agnieszka Zagrodna na tle chocimskiej twierdzy.

 


Chocimską twierdzę każdego roku zwiedza tysiące osób.

Ratuje kresowe mogiły od zapomnienia

Wrocławianin Zbigniew Żyromski to od wielu lat niestrudzony piewca i dokumentalista Kresów Południowo-Wschodnich. Sam urodzony na Podolu w Monasterzyskach, miasteczku w byłym powiecie buczackim, przemierzył – często piechotą – wszerz i wzdłuż ojczyste strony. Niewielu ma w tej chwili tak dużą wiedzę o tamtej krainie, ludziach, wydarzeniach.

Właśnie ukazała się jego monografia „Miasto kresowe Monasterzyska. Cmentarz katolicki” – wyczerpujący opis dziejów tej nekropolii, jednej z największych na Podolu, liczącej niegdyś około 2000 mogił.

Wydawnictwo to jest efektem wieloletniej pracy autora, licznych wyjazdów, rozmów, poszukiwań źródeł i dokumentów. Album zawiera, obok historii cmentarza, 250 kolorowych zdjęć i opisów zachowanych nagrobków wraz z inskrypcjami (najstarszy pochodzi z początku XIX wieku) oraz komentarze do niektórych postaci tego miasta.

Książką tą Zbigniew Żyromski wpisał się znakomicie w prowadzoną od kilku lat przez Ośrodek Telewizyjny we Wrocławiu akcję ratowania kresowych cmentarzy „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”, której koordynatorką jest red. Grażyna Orłowska-Sondej. Wyjeżdżał z nią zresztą wielokrotnie w tamte strony.

Zbigniew Żyromski, „Miasto kresowe Monasterzyska. Cmentarz katolicki”, współpraca: Cezary Żyromski, Mariusz Żyromski, wydawca: Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, 2013.

Bohema studenckiej enklawy

We wrocławskim Klubie Pałacyk bywali aktorzy, artyści, politycy, literaci i dziennikarze, odbywały się przedstawienia teatru Jerzego Grotowskiego i próba bicia rekordu świata w piciu wina marki „Wino”. Grający jazz amerykańscy muzycy z New York Jazz Quartet i estradowy blackout „Hitler” Leszka Niedzielskiego dla wizytacji z Komitetu Centralnego PZPR. Koncert Edwarda Stachury i bijatyka wrocławskich gangów. Dancingi bohemy przy szafie grającej i Jesienin w piwnicy. O to, by takiej rangi wydarzenia tworzące nie tak przecież tajną historię powojennego Wrocławia nie zostały zapomniane, walczą bywalcy wrocławskiego Pałacyku.

Ponieważ istniała poważna groźba zatarcia się faktów o miejscu, które sprawiło, że Wrocław zyskał miano miasta otwartego, młodego, kulturalnego, inteligentnego i wreszcie „oswojonego”, pałacykowicze wzięli sprawy we swoje ręce. 11 maja roku 2002 kilkuset byłych jego bywalców spotkało się w najpiękniejszej sali balowej Wrocławia. A to dopiero początek przywracania pamięci temu miejscu przez obecnych senatorów RP, prezesów wielkich firm, profesorów wyższych uczelni i rozsianych po świecie znakomitych artystów – bo tacy ludzie tworzyli niegdyś brać tutaj rządzącą. Na przedjubileuszowym balu, przygotowanym z okazji… 43 rocznicy powstania klubu studenckiego, ustalono, że 44 urodziny w 2003 roku będą jeszcze bardziej huczne, a o imprezie w 2004 roku z pewnością będzie głośno w całym świecie.

* * *

Powojenne dzieje budynku przy ulicy Kościuszki 34 są niezwykłe. Był siedzibą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i „squatem” repatrianckich rodzin wysiedlonych w 1959 przez działaczy Zrzeszenia Studentów Polskich, którzy za zgodą władz miejskich zaanektowali gmach. Stał się wtedy miejscem magicznym, enklawą bohemy i mekką artystów sztuk wszelakich. Ale potem był także „spsiałą placówką”, „czarną dziurą” oraz świadkiem umacniania przyjaźni NRD z PRL przez ministra sportu Aleksandra Kwaśniewskiego i Egona Krenza (w 1988 roku). W końcu stał się areną porachunków wrocławskich gangsterów, a dziś ma być Akademickim Domem Europejskim, przez który polscy studenci przedostawać się będą do Unii.

Nie wiadomo, czy Pałacyk wybije się na europejskość. Pewne jest tylko to, że bywalcy klubu z czasów jego świetności nigdy o nim nie zapomną.


Alfabet bywalców

Lista pałacykowiczów zaproszonych na bal jest imponująca. 550 nazwisk. Na A – m. in. małżeństwo Aleksiunów i Anioł Mika. Na B – Banaszak Hanna niedaleko reżysera Bromskiego. Pod C i D poseł Chaładaj Jan i Ciosek Stanisław (dopisek „Kancelaria Prezydenta RP”) sąsiadują z Cymankiem Januszem, a Dałkowska Ewa z Drozdą Tadeuszem. K to np. Kownacka Gabriela, Kozioł Urszula i Krzaklewski Jacek, muzyk Perfectu. Im dalej, tym ciekawiej. Okazuje się, że dziesiątki artystów, biznesmenów i polityków mieszkających czy to we wrocławskiej dzielnicy Fabryczna, czy to w RPA (jak Jerzy Pakulski, zwany „pałacykowym bogiem jazzu”), Kopenhadze (Włodzimierz Herman – reżyser) czy w Woodstock (Jan Sawka – twórca najsłynniejszych plakatów i najlepszych obscenicznych rysunków dla przyjaciół z Pałacyku, dziś światowej sławy grafik, malarz, scenograf i multimedialista) niespełna czterdzieści lat temu tworzyło tutaj radosne i wcale niezłe dzieła, a potem popijało tunezyjskie wino „Gellala”. Działo się to podczas jam session Jazzu nad Odrą, po jakimś artystycznym skandalu wywołanym przez happenerów ze szkoły plastycznej lub po spotkaniu z poetą Władysławem Broniewskim.


Sala balowa, czyli kto ukradł żyrandol

Oglądam na fotografii scenę z „Dziadów” Mickiewicza wystawionych po raz pierwszy we Wrocławiu w sali lustrzanej klubu przez teatr Jerzego Grotowskiego. Bogusław Klimsa, współtwórca słynnego niegdyś Kabaretu Ojców, wskazuje na wiszący nad aktorami „Laboratorium” ascetyczny żyrandol i mówi: – Następny, bogato zdobiony, zawieszony po przeprowadzonym remoncie, ktoś buchnął. Ponoć za wskazanie miejsca jego pobytu wyznaczono nagrodę w wysokości kilku skrzynek wódki.

Przez setki czarno-białych zdjęć, plakatów, programów, ulotek i innych pamiątek przewija się kalejdoskop postaci odpowiedzialnych za wrocławski boom kulturalny lat sześćdziesiątych. Jest Bogusław Litwiniec, dziś senator, którego teatr Kalambur święcił tu pierwsze triumfy i którego Festiwal Teatru Otwartego (wcześniej Międzynarodowy Festiwal Festiwali Teatrów Studenckich) sprawił, że klub był otwarty dla najsłynniejszych twórców kontrkulturowych z całego świata. Jest Czesław Stasiewicz, pierwszy dyrektor, który 20 listopada 1959 roku otworzył tu Klub Studencki Pałacyk i zaraz rozwarł podwoje przed jazzmenami („Errollem” Kosińskim, Andrzejem Ciążyńskim) i plastykami (Michałem Jędrzejewskim, Wiesławem Zajączkowskim, Zbigniewem Paluszakiem). Te mariaże owocowały przez całe następne dziesięciolecie, zwłaszcza podczas Nocy Jazzu i Poezji wymyślonych przez Włodzimierza Hermana. Wowa Herman debiutował w Pałacyku jako reżyser, aktor i organizator zachęcający do czytania wierszy Basię Noskiewicz, Edwarda Lubaszenkę i chudziutkiego chłopaczka Janusza Gajosa. Do wierszy Majakowskiego, do poezji Grochowiaka albo i do poematu „Ziemia jałowa” T.S. Eliota improwizowali Zbigniew Piotrowski, Jerzy Pakulski, Czesław „Mały” Bartkowski, Włodzimierz Plaskota. Na zdjęciach sprzed lat widać Piotra Wieczorka i Jurka Wojciechowskiego – w 1960 roku z grupą satyryków i poetów tworzących kabaret „Kalamburek” objęli oni we władanie piwnicę, której patronem stał się Edul Prymus. To tutaj już w 1961 roku Litwiniec przygotował „Skandal w piwnicy”, pierwszy pełny kabaretowy program. Nie można nawet napisać, że w Pałacyku lat 60.-70. było głośno, bo wiele można było osiągnąć gestem. Przecież o rezydującym tam przez lata Teatrze Pantomimy „Gest” (Sobieraj, Puzilewicz, Gołębiowski, Leparski, Niedzielski, Stankiewicz) było swego czasu głośniej w świecie niż o teatrze Henryka Tomaszewskiego.

I dalej, bo wyliczanka pałacykowych twórców chyba nie ma końca. Stanisław Lose, dziś wzięty architekt i jego pierwsze w Polsce psychodeliczne widowiska, Tadeusz Drozda, dziś Dyżurny Satyryk Kraju, happeningowo-plastyczny teatr „Trumna” Adama Rząsy, Teatr Deszczu Piotra Szczeniowskiego czy Teatr Instrumentalny Ryszarda Gwalberta Miśka. I jeszcze Teatr Poezji „Pandora” Danki Szopianki (wieloletniej prezeski klubu), Teatr Otwartej Sceny Romualda Szejda, Marka Koterskiego i Janusza Michalewicza, wreszcie Jerzy Grotowski, który z Teatrem 13 Rzędów wystawił po raz pierwszy we Wrocławiu „Siakuntalę”. Jego czołowy aktor Ryszard Cieślak, bywalec Pałacyku, był posiadaczem pierwszej w mieście płyty Beatlesów.

Bogusław Klimsa, twórca słynnego niegdyś Kabaretu Ojców (poza nim tworzyli go Marek Gołębiowski, Leszek Niedzielski, Lech Ignaszewski; ich pierwszy program „Idylla, słodka idylla” powstał w 1965 roku, kolejne to „Robotnicy robotnikom” i „Wyklep kosę”) i dziesiątki innych wrocławian, których ten klub wciągnął, mówią zgodnie, że było to wówczas rozsiewające w całym mieście intelektualny ferment siedlisko malarzy, poetów, kabareciarzy i innych artystów „fikających czy ryczących”, po prostu naturalne środowisko artystyczne, a pałacykowiczów nie można utożsamiać tylko z działaczami ZSP. Pałacyk przyciągał głównie twórczością i młodością, nie polityką, natomiast działacze organizowali i załatwiali pieniądze, za które artyści tworzyli i bawili się – często wspólnie.


Samo życie pod Edulem

Schodzę do pałacykowej piwnicy. Od dziesięciu lat mieści się tu klub „Samo życie”. Na początku lat dziewięćdziesiątych była tu scena rockowa – grywali na niej Leszek Cichoński, Martyna Jakubowicz, Jurek Styczyński. Później był trudny okres, bo opiekunowie dyskoteki pobierali od właścicieli haracze.

W latach sześćdziesiątych „haracze” otrzymywali goście. Poczas happeningów Adam Rząsa, pałacykowy plastyk znany z niekonwencjonalnych inicjatyw, prowadzał między stolikami kozę i przy kim beknęła, ten otrzymywał „haracz” – nagrodę. To właśnie „Pod Edulem”, później przemianowanym na „Arkę”, Kazik Tylicki, student ekonomii, recytował wiersze Jesienina. – Dziś wyglądałoby to jak surrealistyczny film – mówi Klimsa. – Tawerna portowa, bo tak o trzeciej w nocy wyglądała „Arka”, poeci i muzycy pijący niezapomnianego grzańca, a tu na beczkę (zastępowały one stoliki) wchodzi facet i recytuje wiersze. I wszyscy przyjmują go z entuzjazmem.

W apogeum świetności Pałacyku działały cztery bary, zaś artyści sztuk wszelakich spotykali się na każdym z pięter przygotowując lub „podsumowując” kolejne imprezy artystyczne. Czasami urządzali nawet zawody: – Pamiętam, jak pobiłem wtedy rekord świata w piciu wina marki „Wino”, 19 sekund, ale nie wiem, czy przetrwał dłużej niż dwa tygodnie – opowiada Stanisław Szelc, dziś aktor kabaretu „Elita”. W podziemiach, poza „Edulem”, gnieździli się turyści i grotołazi, jazzmani i fotograficy oraz akustycy. To była rzeczywiście republika wolności artystycznej.

Ryszard Sławiński, szef Pałacyku w roku 1968, późniejszy senator SLD z Wielkopolski, napisał, że nie zapomni pałacykowych koncertów grupy „Romuald i Roman”, działającego tutaj „w literaturze” Lothara Herbsta, wreszcie tego, że śpiewając tu z Krystyną Kotlińską, zakwalifikował się do Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie (był rok 1964). Jeśli o piosence mowa, Wojciechowi Popkiewiczowi (twórcy studia piosenki „Ad Libitum”, dziś znanemu autorowi programów telewizyjnych) do tej pory wypominają, że tak uparcie słuchał z jedynej w mieście stojącej tu szafy grającej utworu Kate Kearby i że potem napisał przebój „Kocham świat”, którym Joanna Rawik wygrała festiwal w Opolu. W Pałacyku działało zresztą kilka „studiów piosenki” prowadzonych m. in. przez Ryszarda Uklańskiego, Andrzeja Kuryłę i Bogusława Klimsę. Dzięki nim powstało wiele utworów wykonywanych m.in. przez Teresę Tutinas, Marię Alaszewicz, Krystynę Krotoską, Ewę Sadowską, Krystynę Tkacz czy Teresę Iwaniszewską.

Swoją wielką pałacykową kartę mają też kluby jazzowe prowadzone przez Wojciecha Siwka czy Krzysztofa Pileckiego. W 1959 roku podczas otwarcia Pałacyku zagrał zespół Tadeusza „Errolla” Kosińskiego (Edmund Kalus, Henryk Sęk, Janusz Łoś), jazz nowoczesny grał tu później FAR Quartet – przez ten zespół przewinęło się wielu znakomitych muzyków, m.in. Jerzy Pakulski, Zbigniew Piotrowski, Janusz Kozłowski, Czesław Bartkowski, Aleksander Jamka, Włodzimierz Plaskota, Marian Tomas, Stefan Stadnicki, Jerzy Grosman i Jerzy Śnieżawski. W Pałacyku zadomowieni byli także kabareciarze (m.in. Henryk Jagodziński, Krzysztof Piasecki czy kabaret BABA Jacka Zwoźniaka, Jana Jakuba Wenzla i Marka Ferdka), poeci (Tymoteusz Karpowicz, Jacek Łukasiewicz, Henryk Gała, Rafał Wojaczek, a turnieje poetyckie O Laur „Arki” dynamizowały środowisko młodoliterackie), miłośnicy filmu (słynny Dyskusyjny Klub Filmowy ZSP prowadzili niezapomniany Czesław Stasiewicz, Ryszard Uklański i Cezary Żyromski, który był jednocześnie sekretarzem Rady Klubu Pałacyk), czy artyści fotografii (od 1965 r. działał Fotoklub „Pałacyk”, którzy utworzyli m.in. Jerzy Olek i Kazimierz Helebrandt, a od 1972 grupa „Format” Czesława Chwiszczuka i Marka Łopaty).


Sted na pięterku

Drugie piętro Pałacyku. W salce kina „Oskar”, gdzie dziś Piotr Weiss zapędza ambitnych widzów, kiedyś śpiewał Edward Stachura. – Przyszliśmy z Wojtkiem Bellonem na spotkanie z legendarnym już wówczas Stedem – wspomina Wacław Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, który w Pałacyku zagrał „ze 100 koncertów”. – Śpiewał głównie piosenki własne, a znaliśmy go tej pory jako wykonawcę kompozycji Jerzego Satanowskiego. Pamiętam, że załamaliśmy się wtedy, gdy usłyszeliśmy, jak gra i śpiewa.

Stachurę przynajmniej do Pałacyku wpuszczono, a kiedyś na własne spotkanie nie mógł wejść spóźniony Zbigniew Cybulski. Legendarny portier Józef Bihun uznał, że to nazwisko nic mu nie mówi. To właśnie dziadek Bihun dokonywał zawsze pierwszej selekcji gości, bowiem jak nie każdy mógł tu wystąpić na scenie, tak i nie każdy mógł tu wejść. Inna legenda – Franciszek Pukas, mieszkający na poddaszu opiekun budynku, zwany gospodarzem, uwielbiał grać na akordeonie. Grywał najczęściej późną nocą, zwykle po kieliszku, kiedy nachodziła go wena. Rzępolił tak, że budzili się przysypiający, podchmieleni pałacykowicze uciekając gdzie pieprz rośnie.

Dla Juszczyszyna, wówczas studenta politechniki, Pałacyk był mekką rodzącego się bigbitu. Chodziło się przede wszystkim na występy grup „Elar 5”, „Dogmaty” i „Romuald i Roman”. Koncerty RR były psychodeliczno-multimedialne, dzięki plastycznym wizjom Stanisława Losego.

W Pałacyku raz po raz wybuchały artystyczne skandale, prowokowane przez plastyków czy poetów. – Pamiętam jak Jacek Zwoźniak występował na happeningu zatytułowanym „Poezją między oczy”. Akcja trwała tak długo, że Jacek dał widzom poezją między oczy przewracając całą scenografię – wspomina Juszczyszyn.


Partia baluje ze studentami

„Największa sala balowa w mieście” – wielka reklama kłuje w oczy. Tu się akurat nic nie zmieniło. Sława pałacykowych bali była tak wielka, że kiedyś, gdy całe Biuro Polityczne przyjechało do Wrocławia na obchody 25-lecia PRL, po uroczystej akademii – zamiast udać się na bankiet w Śląskim Okręgu Wojskowym – bonzowie z KC postanowili pobawić się ze studentami. – Pamiętam, że byli wszyscy poza Gomułką. Siedziałem wtedy przy stoliku z Kliszką i dyskutowaliśmy o Norwidzie, Moczar dogorywał w innej części sali – śmieje się Stanisław Szelc. Klimsa dodaje, że pojechał na prośbę Ludwika Bukowskiego, ówczesnego szefa Rady Okręgowej ZSP, po „Niedziela” (Leszka Niedzielskiego). Aktor Teatru Pantomimy „Gest”, lekko zmęczony, dał m.in. swój popisowy, ale prywatny numer – parodię Hitlera. Wszyscy modlili się, by na bis nie dał „Gomułki”. Skandalu nie było, mimo iż artyści przypomnieli jeszcze politykom, że nie zapłacili za koniak. KC po kilku dniach uregulowało rachunek.

Stanisław Szelc wspomina, że Pałacyk był wtedy republiką wolności, w której mówiło się i robiło rzeczy, o których gdzie indziej nawet nie śniono. Był też matecznikiem bohemy, gdzie plastycy (jak dosłownie mieszkający w Pałacyku Jan Sawka) ściśle współpracowali z poetami i bigbitowcami, twórcy teatralni z grotołazami, a dzisiejszy kompozytor „Elity” Włodzimierz Plaskota szalał na kontrabasie w jazzowej grupie FAR Quartet. Towarzystwo tworzyli lekarze, naukowcy oraz zwyczajne zawadiaki dobrze czujące się wśród twórczych studentów. – Nasze spotkanie ma pokazać, że tamto pokolenie nie jest jeszcze stracone dla świata i nie dało się przygnieść tym, co się teraz w kraju dzieje – deklaruje Bogusław Klimsa. Jego opowieści co chwilę przerywa telefon. Kolejni pałacykowicze dzwonią z różnych stron świata i pytają, co się dzieje z innymi… Czasem słychać: „Nie będzie go, niestety, już nie żyje”, albo: „Nie można go odnaleźć, nikt nie wie, gdzie jest”. Ktoś deklaruje, że nie ma ochoty na bale w takim towarzystwie. O kimś mówi się, że był w SB, o innym, że jak pił, tak pije, albo że nie radzi sobie w trudnych dzisiejszych czasach. I nie ma już nawet wiecznych studentów.

Awers i rewers medalu pamiątkowego Budowniczemu Akademickiego Centrum Kultury Pałacyk wybitego w 1984 roku (jedynie 20 egz.) z okazji 25-lecia klubu.


Od rezydencji do Bractwa Pałacyk

Budynek powstał w 1890 roku, kiedy to hrabia Hans Ulrich Gothard von Schaffgotsch przebudował stojącą tu willę i urządził sobie okazałą rezydencję. W 1915 roku pałac otrzymała parafia ewangelicka. Po wojnie urzędowały tu różne instytucje (m.in. TPPR i wojsko), w 1956 po wykwaterowaniu dzikich lokatorów miasto przekazało obiekt Zrzeszeniu Studentów Polskich. Klub Studencki Pałacyk otwarto w 1959 roku. Stał się on centrum kulturalnym, w którym skupiły się środowiska studenckiego teatru i kabaretu, jazzmani i poeci, piosenkarze i plastycy, twórcy i miłośnicy filmu, fotografii, wreszcie turyści, koniarze, żeglarze, grotołazi czy alpiniści. Do najsłynniejszych wrocławskich pałacykowiczów tamtych czasów należeli m.in. Bogusław Litwiniec, Włodzimierz Herman, Jerzy Pakulski, Tadeusz „Erroll” Kosiński, Adam Rząsa, Eugeniusz Get-Stankiewicz, Jan Sawka, Henryk Gała, Marek Gołębiowski oraz aktorzy teatrów Kalambur, CzłoWiekXX, Pantomimy „Gest”, Kabaretu Ojców, scen piosenki „Pałacyk” i „Ad Libitum”. Trudno by było zmieścić czy nawet wymienić postaci, które tutaj gościły. Bywali tu: Ryszard Kapuściński, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Zbigniew Cybulski, Jerzy Waldorff, Wojciech Giełżyński, Wojciech Siemion, Edward Lubaszenko, a nawet minister Adam Rapacki, który był w trakcie wymyślania planu Rapackiego. Po kilkuletnim remoncie w latach siedemdziesiątych Pałacyk nie odzyskał pełni dawnego blasku, w latach osiemdziesiątych jego działalność niemal zamarła, a w dziewięćdziesiątych imprezy kulturalne były tylko incydentalne. Od początku XXI wieku ZSP zapowiadało rozwinięcie skrzydeł Pałacyku, ze wsparciem pałacykowiczów zarówno indywidualnych, jak i nieformalnej „obywatelskiej” grupy towarzyskiej Bractwo Pałacyk, która stara się łączyć wszystkich starych i młodych bywalców klubu, choćby przez ideę organizacji corocznych jubileuszy.

Jacek Antczak
Wrocław, 2004
(Na podstawie tekstu archiwalnego ze „Słowa Polskiego”)

****

W podwórzu – za Pałacykiem…

Na stronach „Plus Minus” Rzeczpospolitej z 19–20 kwietnia 2008 r. ukazała się obszerna rozmowa przeprowadzona przez Stanisława Beresia z Bolesławem Nowickim – artystą plastykiem, tłumaczem, bywalcem Pałacyku, kolegą Rafała Wojaczka, mieszkającym obecnie stale we Francji.

Dzień w dzień z Wojaczkiem” – „Rzeczpospolita”

 

Wspomnienia pałacykowiczów (2)

List z antypodów – Grzegorz „Adelajda” Koterski

Bardzo żałuję, że nie mogę uczestniczyć osobiście w kolejnym spotkaniu byłych pałacykowiczów. Jestem z Wami całym sercem, ale dzieli mnie od Was ponad dwadzieścia tysięcy kilometrów i prawie dwadzieścia pięć godzin lotu z dalekiej Australii, gdzie od paru lat mieszkam. Ale o Australii za chwilę. Byłem, jak wiesz, w Polsce w lipcu/sierpniu 2003 roku i następnym razem wybiorę się chyba dopiero za dwa, trzy lata.

Zamiast podróży przeglądam więc po raz „enty” specjalne wydanie KONFRONTACJI z maja 2003 roku. Hej, łza się w oku kręci! Odżywają wspomnienia, wyłaniają się z mroków zawodnej już czasem pamięci współtwórcy i uczestnicy tego niepowtarzalnego fenomenu kulturowego, jakim był Pałacyk. Z licznych fotografii spoglądają na mnie poważni panowie i czasem trudno uwierzyć, że to te same oszołomy, które „rządziły” kiedyś w Pałacyku. No cóż, trzeba spojrzeć w lustro i pogodzić się z tym, że ząb czasu ponadgryzał trochę nasze fizyczne powłoki, ale duch – zaprawiony w starych, dobrych, pałacykowych czasach – nie poddaje się. „Zaprawiony” to brzmi bardzo wieloznacznie, ale też różnie z tym duchem bywało. Jak to było pięknie powiedziane w tytule jednej ze sztuk teatralnych: „Drzewa umierają stojąc”. Wielu z nas odeszło do „Krainy wiecznych łowów”, jak powiadali starożytni Indianie, ale ci, co pozostali, robią swoje i robią to bardzo dobrze. Sukcesy moich kolegów po fachu, dziś światowej sławy, Janka Sawki i Geta Stankiewicza (podobnie jak oni zaczynałem od studiowania architektury) mogą przyprawić o zawrót głowy. Trudno się czasem powstrzymać od niechlubnego uczucia zawodowej zazdrości, ale trudno, nie każdemu Bozia dała po równo i bardzo dobrze. Zawsze cieszy, że to jedni z nas.

W Pałacyku bywałem „gościnnie” jeszcze jako student architektury, ale do ściślejszej współpracy wciągnął mnie, nieżyjący już niestety, Stasiu Kors, kiedy studiowaliśmy razem we wrocławskiej ASP. Przepraszam, w tamtych czasach była to PWSSP. Chyba tylko najstarsi pałacykowicze pamiętają, że nasze KONFRONTACJE ukazywały się kiedyś w miarę regularnie, parę razy w roku, a przez pewien czas ostatnią stronę tego poczytnego (przepraszam za wyrażenie) organu stanowił specjalny dodatek pt. „Mały paszkwilant niedzielny”. Działo się to pod koniec lat sześćdziesiątych, a redaktorem naczelnym i odpowiedzialnym KONFRONTACJI był nieodżałowanej pamięci Janusz Zaporowski. W redakcji był wtedy chyba Piotr Załuski, Jurek Olek, Grzegorz Flejter, oczywiście Ty, Cezarze – nasza wtyczka w RSW „Prasa”, i wielu innych, których nazwisk niestety nie pamiętam.

Tworzyliśmy tę ostatnią stronę razem ze Staszkiem Korsem. Robiliśmy sobie jaja ze wszystkiego, co się dało, starając się przechytrzyć cenzurę, co nie było takie łatwe. Pamiętasz zapewne, jak po wydarzeniach marcowych 1968 roku na uczelniach pojawili się tak zwani docenci mianowani. Machnęliśmy ze Staszkiem opowiadanko, którego bohaterem był pan docent Włodzimierz Marsowy. Uradziliśmy, że w czasie przygotowywania ołowianego składu drukarskiego uderzysz czymś twardym w czcionkę „s”, tak aby zasugerować, że jest to niedodrukowane „c” (składu komputerowego jeszcze wtedy nie znano). Ale dyżurny cenzor był czujny. Po przeczytaniu tekstu powiedział: puszczę to, ale żadnych numerów z nazwiskiem!

Stałą rubryka „Paszkwilanta” były złote myśli, które nazywaliśmy chyba „Myśli pozłacane”. Podkpiwaliśmy tam sobie z twórczości Henia Jagodzińskiego, barwnej postaci wrocławskiego życia kulturalnego i klubowego, chociaż dokładniej byłoby wymienić to w odwrotnej kolejności. Nie zachowały się niestety u mnie egzemplarze z tych lat, ale pamiętam jeszcze dwie takie „pozłacane myśli”:

Człowiek – to brzmi dumnie, w trzcinie.

Zapalniczka nigdy nie zastąpi zapałek. Nie można nią dłubać w zębach.

Janek Sawka ilustrował nasze teksty hecnymi rysunkami, a na łamach „Paszkwilanta” produkowali się czasem gościnnie różni, znani obecnie twórcy. Mój młodszy brat Marek, twórca kultowego już chyba filmu „Dzień świra”, zamieścił u nas kiedyś znakomitą parodię poezji „awangardowej”.

Niejako kontynuacją takiego satyrycznego dodatku do poważnego wydawnictwa był „Mały dezinformator kulturalny”, kilka ostatnich stron wydawanego przez wrocławski OKiS „Informatora kulturalnego”. Pisaliśmy to wspólnie ze Staszkiem Szelcem (oczywiście pałacykowicz), a graficznie udzielali się (oprócz mojej skromnej osoby) Sawka, Getas, Janek Aleksiun, Nicole Naskov i inni. Działo się to w latach siedemdziesiątych, a redaktorem „Informatora” była „wrocławska Margaret Thatcher” – Krystyna Szerenkowska-Kutz, a później Danusia Dziedzic.

Ale zaczęło się w Pałacyku!

* * *

Piszę ten list, jako się rzekło, z Australii, w lutym, i mamy tu właśnie środek lata, +36 stopni w cieniu, co nie jest tu niczym szczególnym, bo w lecie potrafi być ponad +40. Australia gdzie leży, każdy mniej więcej wie, ale co drugi Polak uważa, że jej stolicą jest Sydney. Spieszę więc donieść, że Sydney to największe australijskie miasto (prawie pięć milionów mieszkańców), ale stolicą jest Canberra (około 350 tysięcy), miasto zbudowane całkowicie od podstaw nad sztucznym jeziorem. Australia, która liczy około dwudziestu milionów mieszkańców, składa się z siedmiu stanów. Mieszkam w Adelajdzie (Adelaide), która jest stolicą Południowej Australii (SA). Stan ten zajmuje obszar trzy razy większy od Polski, a mieszka tu niecałe półtora miliona ludzi, z czego 982 tysiące w stolicy.

Adelajda pod względem liczby mieszkańców porównywalna jest do Wrocławia, ale zajmuje trzy razy większą powierzchnię, ponieważ prawie cała zabudowa, z wyjątkiem wysokiego city, jest parterowa. Miasto jest pięknie położone nad Wielką Zatoką Australijską Oceanu Indyjskiego i otoczone górkami wielkości naszej poczciwej Ślęży.

W Australii wszystko jest trochę inne. Jest oczywiście, na wzór angielski, lewostronny ruch uliczny. Słońce wschodzi tak jak we Wrocławiu na wschodzie, ale w ciągu dnia przesuwa się ku zachodowi od strony prawej nieboskłonu do lewej(!) i w samo południe wskazuje kierunek… północny. Poza tym jest tutaj bardzo pięknie i – poza Wrocławiem – jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie mogę mieszkać. Działam tutaj twórczo, wystawiam, jestem członkiem elitarnego The Royal South Australian Society of Arts (rok założenia 1856!) i w ogóle udzielam się. O sobie nie wypada mi za dużo pisać, więc załączam trochę materiałów i zdjęć. Wykorzystaj z tego, Cezarze, co uznasz za stosowne w ramach upowszechniania działalności wrocławian na świecie. [Wykorzystaliśmy! 12 III 2004 r. w „Słowie Polskim • Gazecie Wrocławskiej” ukazał się – na eksponowanym miejscu, str. 3, w rubryce „Zbliżenia” – tekst pt. „Artysta w Australii”].

Poza mną mieszka w Adelajdzie jeszcze jeden były pałacykowicz, mój przyjaciel, Staszek Seroczyński „Dziadek”, muzyk działający w latach sześćdziesiątych w Kabarecie Ojców. Ostatnio spotkałem w Sydney innego pałacykowicza, Bogusia Kocę. Ma się dobrze, prowadzi własny teatr w centrum miasta, pisze sztuki teatralne (po angielsku!) i wystawia.

Wrocławianie są wszędzie!

Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy mnie jeszcze pamiętają, a Tobie, Cezarze, życzę Szerokiej Szpalty.

Grzegorz „Adelajda” Koterski
* Adresatem listu jest Cezary Żyromski, działacz Pałacyku od pierwszych dni istnienia tego klubu oraz sekretarz redakcji studenckich KONFRONTACJI.

Wtedy i teraz – Jerzy Olek

Zaczęło się od spotkań na politechnice, wszak na początku wszyscy byliśmy jej studentami. Choć chcąc oddać prawdę, należałoby rzec, że zaczęło się od indywidualnego fotografowania. Dość szybko jednak pojawiła się potrzeba spotkań z podobnymi sobie, wzajemnego uczenia się. Tak powstało koło fotoreporterów studenckich, działające przy Radzie Uczelnianej ZSP. Fotografowaliśmy to, co nas interesowało i w czym sami uczestniczyliśmy. Głównie imprezy kulturalne (teatr, jazz, życie klubowe, kabaret) oraz turystyczne (rajdy, wspinaczki, eskapady konne, penetrowanie jaskiń).

Ale z czasem ambicje i aspiracje rosły. Chcieliśmy być, tzn. każdy z nas z osobna, nie dokumentalistami, lecz artystami. Po pierwsze, przenieśliśmy się z naszymi spotkaniami do Mekki Kultury Studenckiej na ul. Kościuszki. Po drugie założyliśmy – Zenon Harasym, Kazimierz Helebrandt, Waldemar Niezgoda, Jacek Samotus, Kryspin Sawicz, niżej podpisany i kilka innych osób – Fotoklub „Pałacyk”. Był rok 1965, kiedy z fotoklubu wyłoniła się (aspiracje, ale i możliwości rosły) grupa twórcza Odra 65.

Premierowa wystawa grupy miała się odbyć w Pałacyku. Nie mogliśmy się jednak w tej mierze porozumieć z Tereniuszem Nawrockim – ówczesnym dyrektorem, więc wzięliśmy fotografie pod pachę i poszliśmy z nimi do Stefana Placka. W ten sposób pierwsza prezentacja grupy dokonała się w Klubie Muzyki i Literatury. O artystycznych poczynaniach Odry 65 obszernie napisał do „itd” Jerzy Hankiewicz.

Z dzisiejszej perspektywy inaczej widzę to, co wówczas ledwo rozpoczęliśmy. Część z nas poświęciła fotografii wyjątkowo dużo energii i czasu. Sądzę, że właśnie wtedy miały swój początek – jeszcze nieuświadamiane sobie – ważne dla przyszłości fotografii wrocławskiej decyzje. Były to: twórcze ożywienie na tym polu młodoartystycznego środowiska, stworzenie nowych formuł aktywności (niekonwencjonalne akcje i happeningi), uruchomienie stałej galerii, wprowadzenie ambitnej tematyki z dziedziny fotografii na łamy prasy (z „Konfrontacjami” na czele), podejmowanie systematycznych inicjatyw dydaktycznych. Przez wiele następnych lat grono to, w sposób mniej czy bardziej zawodowy, raz oryginalnie, to znów konwencjonalnie, parało się fotografią jako dziedziną sztuki, pomysłem na życie, metodą zdobywania pieniędzy, czy pochłaniającym bez reszty hobby. Niektórych z nas fotografia trzyma w objęciach do dziś.

Jerzy Olek

 

Dom, który miałem – Wojtek Siwek

Byłem w 11. klasie ogólniaka, kiedy w moim życiu pojawił się Pałacyk. Kolega, którego brat był uznanym plastykiem – to było wówczas ważne – namówił mnie do pójścia na koncert jazzowy do Pałacu. Pamiętam jak dzisiaj. Gienek Rzewuski, do niedawna polski konsul generalny w Tanzanii i innych republikach zbliżonych do źródeł jazzu, wyciągnął mnie na Kościuszki. Podszyłem się pod studenta (bo tylko oni mieli prawo wstępu do klubu) i udało się. Wchodzimy na koncert i słuchamy. Gra FAR QUARTET. Zbyszek, Jurek, Czesiu, Janusz… Następnego dnia w II liceum byliśmy bardzo ważni, bo wczoraj byliśmy w Pałacu i był jazz.

Jazz nad Odrą pamiętam od momentu, kiedy Karol Maskos wciągnął mnie do społecznej pracy (dzisiaj to się nazywa wolontariat). Stanąłem na bramce dla artystów, bo wiedziałem już, kto jest kim w polskim jazzie i mogłem właściwe osoby wpuszczać lub nie, specjalnym wejściem. Najbardziej zapamiętałem stremowaną Zdzisławę Sośnicką. Zajęła 5. miejsce. Nahorny był spokojny, wygrał. Niedługo potem tekst „dom, który mam” mogłem powiedzieć o Pałacyku.

Artystów przejeżdżających z chałturami przez Wrocław ściągaliśmy na Kościuszki bez trudu. Spontaniczne śpiewania i grzane wino grzane do rana w Arce, a potem jeszcze na kwaterach prywatnych. Pałacyk i Jazz był magnesem nie lada: Młynarski, Kofta, Pietrzak, Urbaniak, Dudziak, Cybulski, Połomski swój pobyt we Wrocławiu kończyli w Związkach albo w Pałacyku. Inni też niezwykli, również stanowili o klimacie klubu. Zegarmistrz Światła Woźniak (Tadeusz brał tu ślub z kalamburową Zytą), Wojaczek lądował na parkiecie, Jurek Taczalski zostawił w Pałacu swoje piętno na wszystkim, Teresa Tutinas dumnie wkroczyła do kawiarni po wygranej na Festiwalu w Opolu i powiedziała: …no i co, k…wa, chłopaki, gramy w kości? (bo wtedy namiętnie w kości na forsę wszyscy w Pałacu grywaliśmy).

Jam Session z Rolandem Kirkiem przeszło do historii, kto wtedy był, pamiętać będzie do końca swoich jazzowych dni. Gdy wielki artysta zagrał z Włodkiem Wińskim i College Jazz Band (kapela tradycyjna z Wrocławia) Wszystkich Świętych, a podśpiewywał Georgie Fame (ten, który wylansował piosenkę Bonnie and Clyde), szliśmy do nieba wszyscy, choć nie święci.

Jan Hammer jr (ten od MAHAVISHNU ORCHESTRA) w Pałacyku zagrał w 67 roku, dopiero potem pojechał do Ameryki, bo już mu dali paszport (u nas był na wkładkę).

Pałacyk wprawdzie nie stoi dokładnie nad Odrą, ale Jazz nad Odrą narodził się właśnie tu. Wymyślili go Karol Maskos i Andrzej Żurek, dzisiaj zagraniczni profesorowie (Karol, jak na rasowego jazzmana przystało, mieszka i pracuje w Nowym Orleanie). Wymyślili go w idealnym dla polskiego jazzu czasie. Muzyków i jazzowych kapel było mnóstwo, grały rewelacyjnie we wszelkich możliwych miejscach.

Te najbardziej możliwe to kluby studenckie. Znalazł się klub studencki, który skrzyknął wszystkich „amatorów” jazzu. To był PAŁACYK. W 1964 roku na JAZZ NAD ODRĄ przyjechało 13 zespołów, w następnym 21, w kolejnym 33. W 67 roku mieliśmy 44 zgłoszenia, a potem był rok 68. Same magiczne cyfry. Magiczne, bo przez lata ten Festiwal był magiczny. Żeby go wygrać, Zbigniew Seifert startował trzy razy, a Sami Swoi pięć. W 78 roku Krzesimir Dębski przegrał z Krzyśkiem Ścierańskim, Zaucha dostał tylko II nagrodę w 69.

Mimo że gwiazd formatu amerykańskiego nie mieliśmy (na ich koncerty jeździliśmy razem do Warszawy na Jamboree), to aby liczyć się w jazzowym, polskim świecie koniecznie trzeba było wystąpić, a jeśli nie, to przynajmniej być w marcu we Wrocławiu. Jeśli ktoś z „jazzowych” nie pojawiał się na pałacykowym jazzie, to był tego roku na marginesie. JnO był głównie konkursem, czyli imprezą dla wschodzących młodych muzyków, dorośli byli zapraszani w charakterze gwiazd. Nie wszyscy mogli zagrać.

Zbyszek Namysłowski (bezsprzecznie naj… polski jazzman) zagrał na Pierwszym JnO. Potem po latach przyjechał jako osoba prywatna, chyba w 67 roku i zapytał mnie, a jeszcze się prywatnie nie znaliśmy, czy może zagrać na jamie albo w ogóle.Nogi się pode mną ugięły, Zbyszek był moim jazzowym idolem. Zagrał.

Szturm na bramy Pałacyku, jaki odbywał się przy okazji JnO, był niesamowity i dopiero niektóre spektakle Festiwalu Litwińca przeżywały coś podobnego. Dużą satysfakcję sprawił mi kiedyś wywiad z Gabrielą Kownacką, która wspominała, jak będąc uczennicą liceum we Wrocławiu, w tłoku wielkim starała się dostać na jam session JnO. Szkoda, że nie trafiła wtedy do mnie – na pewno bym ją wpuścił… bez biletu.

Gdy Pałacyk szedł do remontu… stanowił wspaniałe biuro festiwalowe. Działalności oficjalnej nie było, w kawiarni była recepcja festiwalowa. Atmosfera była lepsza niż podczas tzw. normalnej działalności. W biurach pałacykowego ZSP Marek Karewicz z Jankiem Dębkiem tłukli na ścianach karaluchy i tworzyli jazzowe anegdoty. Aby się do nich (anegdot) dostać, trzeba było redakcję biuletynu w odpowiednich procentach przekonać. Tak wyglądała praca niezależnego naprawdę Biura Prasowego Festiwalu (Karewicz, Kuryło, Sawka, Klimsa, Getas, Szecówka, Hankiewicz, Gucewicz, Henkel, Michalski, Brodowski, Butrym… reszta sama się przyzna), każdy się prześcigał, aby coś napisać i żeby jeszcze zamieścili. Cenzura była scedowana na któregoś z odpowiedzialnych działaczy ZSP i dopuszczała dziwne teksty, choć potem odpowiedzialny działacz ZSP musiał się w Komitecie tłumaczyć za nieodpowiedzialne frazy jazzmanów.

Moje jazzowe wspomnienia to również Pałacyk na Ofiar… Janusz Strobel i Heniu Alber grający na ladzie bufetu Lobosa, Bizeta, Yepesa (atmosfera obecnych koncertów gitarowych w ART HOTELU to małe piwo przed śniadaniem).

Kiedy przenieśliśmy się na Ofiar, miało być gorzej. Było, ale my nie byliśmy gorsi.

W kanciapie przy WC mieliśmy biuro jazzu, pałacyku i sztuki wszelkiej. Niektórych artystów angażowaliśmy „wygrywając” ich koncert w pokera. Jak ja wygrałem, to mogłem zaprosić jazzmanów, jak wygrał Taczal, to musiała być poezja śpiewana, ale tylko przez dziewczyny, jak Kuryło to Sipińska, jak Jezier to mógł zaprojektować plakat, rockandrolle interesowały wszystkich, ale Klimsa preferował piano.

Do odbudowanego PAŁACYKU na Kościuszki zaglądaliśmy czasami. Jednak to właśnie w ARCE powstało wrocławskie Polskie Stowarzyszenie Jazzowe, na koncert CRASH PO RAZ PIERWSZY W POLSCE przyszły setki. Tutaj też zadebiutowała w przedwojennych szmoncesach Hanka Banaszak.

Potem jazzmani i inni artyści przenieśli się do RURY na Łazienną.

Wojtek Siwek

Magia teatru – Janusz Potężny

Teatry studenckie to legenda Wrocławia, ba, to zjawisko magiczne, wciąż nieopisane. A i w naszej Encyklopedii poświęcono temu hasłu zaledwie kilka zdań. No cóż, Wrocław, niczym wyrodna matka, nie zawsze przytulał własne dzieci.

Nigdzie w Polsce nie doszło do takiej eksplozji artystycznej wskutek zatrucia teatralnym bakcylem. Zazdrościł nam tego dostojnie zmurszały Krakówek, zawsze lojalna wobec partii Łódź i rozpromieniona władzą Warszawa. W stolicy, hojnie dotowanych klubach – Stodoła, Riviera-Remont, Hybrydy – działała tylko jedna grupa nieformalna, Akademia Ruchu. Pomijam STS, był to raczej teatr zawodowy. Natomiast we Wrocławiu, w samym Pałacyku, takich zespołów bywało jednocześnie co najmniej sześć, siedem. O niektórych chciałbym wspomnieć przy okazji jubileuszu tej starej budy, która niejednemu zamąciła w głowie, na dobre i na złe. Nie sposób pisać o wszystkich teatrach, zabrakłoby papieru i pamięć dziurawa. Nie zamierzam też analizować, oceniać czy różnicować, jako że sam tkwiłem w tym stadzie, a to tak, jakby ptaka przepytywać z ornitologii.

To pewne, że ci tam, w Pałacyku, którzy „odmieniali” świat, byli zgrają szaleńców. Stanley Ścierski mawiał, że szaleniec to taki nieszczęśliwy facet, który pragnie wyskoczyć oknem, a siedzi na bruku. Litwiniec o wrocławskich teatrach studenckich mawiał, że to „biologiczny taszyzm”. Zresztą od Litwińca się zaczęło, od piwnicy Pod Edulem. Najpierw trza było wypędzić z niej prawowitych mieszkańców, szczury i pająki, potem rozjaśnić ściany, które z czasem pokryły autografy Polańskiego, Kobieli, Waldorffa… Z piwnicznej nory wzbijał się ku niebu, płosząc gołębie i gwiazdy, kalamburowy hymn „O, Edulu, tyś prymusem gębą całą! Ty się karmisz spirytusem, a my chałą!”

Z Pałacyku Kalambur wyruszył na podbój Europy. Niedługo po nim wyruszył Gest, studencki teatr pantomimy. Gołębiowski, Leparski, Stankiewicz i kilka pokoleń artystów! Nigdy nie zapomnę „Psów” Ghelderode’a. Gest był nawet popularniejszy od Tomaszewskiego, którego częściej oglądały zachodnie stolice niż Wrocław. Z „geściarzami” można było się nieźle ubawić, bo gdy popili w miarę, wymyślali na poczekaniu mimiczne etiudy między stolikami, wiara pękała ze śmiechu. A jeszcze między nimi był Teatr Ostatniej Sceny z Januszem Michalewiczem i Romualdem Szejdem.

Opuszczoną przez Kalambur piwnicę, późniejszą Arkę, ogrzewaną winem, przejął Olek Gierczak ze swoim Karłem. Wspomagał go Staszek Lose, prekursor wrocławskich happeningów w stylu „światło-dźwięk” i inni. Był to teatr iście „kaskaderski”, dosłownie i w przenośni. Tak było w „węźle grzewczym”, w Arce, podczas gdy na ostatnim piętrze, hen pod strychem, inny szaleniec, Tadek Drozd, rozsnuwał pajęczynę „Łagodnej” Dostojewskiego z Teatrem Miejscowym. Tadeusz miał w sobie niezłomnego ducha, który go wciąż pchał, na przekór otaczającej miernocie, w objęcia Melpomeny, on bez teatru nie mógł żyć…

Drozd mistycyzował, Piotr Szczeniowski estetyzował. Jego Teatr Deszczu był jedną cudowną metaforą – czuło się powiew wiatru, srebrzystość rosy, szum ulewy. Piotr był wiecznym marzycielem, jak my wszyscy. „Małego księcia”, którego zrealizował z dziećmi, uważam za majstersztyk. Z kolei Gwalbert Misiek – deflorował. Na jakimś spotkaniu Misiek powiedział, że swoim Teatrem Instrumentalnym „Freedom”… defloruje. Ktoś spytał: co lub kogo? A on, że wszystko. Kiedyś dyrektor Rudzka zapobiegła defloracji fortepianu. Ale Misiek miał licznych fanów, sprzyjał mu także nieodżałowany Tadeusz Burzyński, szczery pasjonat teatralnych wybryków młodych. Hej, a trzeba było widzieć Miśka i jego ludzi w pochodzie pierwszomajowym, przebranych w mnisie habity!

Był jeszcze Piotr Bielawski ze swoją VII Grupą Profesora Sztajmeca. Był renomowany TSU Nawias, który wprawdzie rezydował w Szklanym Domu, ale oni – Kraczek, Kucharski, Orlicz… – przyłazili na Kościuszki „podyskutować”. I ja także, gdy zakładałem Misterium, pierwsze spotkania organizowałem w Pałacyku, by potem wynieść się pomiędzy latarnie gazowe Ostrowa Tumskiego.

W Warszawie do dzisiaj istnieje, posiwiała i zgrzybiała, Akademia Ruchu. We Wrocławiu nie ma już nic. Magia! „Trzymasz coś w ręku, a to nagle znika”, jak pisał Singer. Ale dlaczego? „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”, cytowali za Borowskim w „Akropolis” aktorzy Laboratorium. I tyle zostało.

Janusz Potężny

 

Arka poezji – Andrzej Saj

Pałacyk dla mnie (a może także dla innych) był wtedy Arką poezji, w której schowaliśmy się przed potopem naszej „durnej” młodości – gdy wokół szalały burze namiętności i napory hormonów, gdy lało się z nieba wino grzane z goździkami, a bywało – padało „patykiem pisane”, a nawet momentami kołysało mocniejszą…

W tej Arce brnęliśmy całkiem znośnie przez oceaniczny bezmiar ówczesnej peerelowskiej szarzyzny – z aurą, która, jak się dzisiaj na to spogląda, była niezwykle pomocna w grupowym rozpływaniu się we mgle niedomówień, półsłówek, aluzji i słynnych politycznych dowcipów. Ale była to pogoda bardzo dobra dla bogatych duchem, dla rzeszy poezjozjadaczy – a na dobrą sprawę wtedy „wszystko było poezją” (jak twierdził E. Stachura). To w tej Arce toczyły się boje o Laur Arki, choć niegdysiejsi zwycięzcy dzisiaj toczą potyczki na całkiem innych polach. To było także miejsce pyszne dla widzenia: słynne ścienne malunki Sawki, Geta, Czerniawskiego, ich plakaty i plakietki. Wkład w polską szkołę plakatu – niepodważalny.

Tak więc tamten Pałacyk stał się ostoją zjawiska już dzisiaj niepowtarzalnego i chyba niemożliwego – kultury studenckiej; choć ta kultura była także swoistą „arką przymierza” między niepokorną młodzieżą a władzą pilnie przypatrującą się poczynaniom niesfornych, choć gubiącą się w wielości zdarzeń i zwariowanych propozycji.

Dzisiaj już wiemy, że nasza Arka płynęła ku górze wolności, która okazała się być najeżoną skałami kapitalizmu, górze, którą trzeba dopiero oswoić i uprzystępnić ludziom i ich kulturze. A to nie jest takie proste. I choć zachłystujemy się wolnością, a szarzyznę i mgły niedomówień zastąpiła krzykliwa reklama, kolorowe czasopisma i wszechwładna konsumpcja, to gdzieś „w dnie” pamięci otwiera się ten lufcik, który zwiemy milczeniem. „Bo gdy się milczy, milczy, milczy to apetyt rośnie wilczy” – jak śpiewał Jonasz Kofta – na poezję, której nie ma już…

Kiedyś Pałacyk ze swoją Arką był miejscem swoistego luksusu i chyba namiastką wolności, dziś jest zrujnowanym obiektem jakby symbolizującym naszą młodość; i trochę szkoda, że nie może (albo nie chce) być znów taką „arką schronienia” przed rozbujanymi falami dzisiejszej rzeczywistości z jej popularną kulturą, której tubą jest komercyjna TV i płytka rozrywka.

PS. Już po napisaniu tego tekstu zastanowiłem się, kto mógłby pełnić funkcję Noego – tego starego przewodnika po morzu naszego „młodopałacykowego” gaszenia pragnień. Ale wszystko płynie, wszyscy zmieniliśmy się… no, może tylko Rysiu Uklański, którego – gdy spotykam niezmienionego od ponad trzydziestu lat – to myślę… [Tekst pisany w roku 2002 – 24 czerwca 2004 Rysiek wybrał się na drugi brzeg].

Andrzej Saj

Pałac i jazz – Krzysztof Pilecki

Jazz tak szybko zadomowił się w studenckim Pałacyku, jak big-beat i rock w otwartym rok później Klubie Młodzieży Pracującej ZMS Piwnica Świdnicka. Zespoły jazzowe, które nawet tam zaczynały, szybko przenosiły się do mekki jazzu. Podobnie rzecz się miała z klubem jazzowym oraz jego działaczami.

Muzyczną stylistykę wyznaczały audycje radiowe American Forces Network, a z czasem wrocławskie koncerty gwiazd jazzu m.in. Orkiestry Glenna Millera (kwiecień 1957), Dave Brubeck Quartet (marzec 1958) oraz The New York Jazz Quartet (marzec 1960 w Pałacyku).

Zespoły jazzowe

Pierwszym zespołem pałacykowego Jazz Clubu był Quintet Tadeusza Errolla Kosińskiego (leader – p., Edmund Kalus – fl, Henryk Sęk – as, Janusz Łoś – b, Jerzy Grossman – dr), który 20 listopada 1959 wystąpił na otwarciu Pałacyku, a w marcu 1960 w Filharmonii Narodowej w Warszawie. W 1960, po podpisaniu przez RO ZSP umowy z FAR Quintetem, zespół Errolla przeniósł się do Piwnicy Świdnickiej.

W 1959 powstał przy WDK pierwszy wrocławski zespół jazzu nowoczesnego – FAR Quartet/Quintet, założony przez studentów Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (Jerzy Pakulski i Zbigniew Piotrowski) i Państwowej Szkoły Muzycznej II Stopnia (Edmund Kalus – fl, Aleksander Jamka – b i Jerzy Śnieżawski – dr). Rok później zespół przeniósł się do Pałacyku, gdzie do 1966 stanowił główną reprezentację Hot-Clubu Pałacyk. W 1960 w Konkursie Zespołów Jazzowych CRZZ zdobył I Nagrodę ex aequo z Quintetem Tadeusza Errolla Kosińskiego. Nagrodą były dwudziestominutowe nagrania każdego z laureatów w Polskim Radiu Wrocław (dla programu ogólnopolskiego), dokonywane raz na dwa tygodnie. Podstawowy skład Quartetu tworzyli: Jerzy Pakulski – p, Zbigniew Piotrowski – as, Janusz Lala Kozłowski – b, Czesław Mały Bartkowski – dr. Skład Quintetu uzupełniał Marian Tomas – tp.

W 1965 powstało Trio Jerzego Pakulskiego (Jerzy Pakulski – p, Włodzimierz Plaskota – b, Jerzy Grossman – dr), które w 1966 występowało regularnie dwa razy w tygodniu w pałacykowym Night Jazz Clubie, zorganizowanym przez WKJ, a do 1968 było stałą sekcją akompaniującą zaproszonym gwiazdom (m.in. Janowi Ptaszynowi Wróblewskiemu).

W połowie lat 60. do młodych pałacykowych zespołów należały: Kwartet Jana Wilkoszewskiego, Jazz Friends Antoniego Finke, Ragtime Boys oraz Royal Garden Jazz Band Stanisława Bergera, Dixieland Jazz Band Jana Kleinwechtera, Kwartet Macieja Rostkowskiego. Do Pałacyku przeniosło się Trio Czesława Gładkowskiego, które wcześniej związane było z Piwnicą Świdnicką.

Kolejnym sztandarowym zespołem WKJ byli od 1969 Sami Swoi Julka Kurzawy. W 1970, razem ze Spiskiem Sześciu Włodzimierza Wińskiego oraz przy udziale innych muzyków, stworzyli Big Band WKJ Wrocław, istniejący do 1976. Po Włodzimierzu Plaskocie wieloletnim bandleaderem został Zbigniew Piotrowski, zwany przez muzyków Komendantem. Krajowe i międzynarodowe sukcesy obu zespołów są nie do przecenienia. Orkiestrą opiekował się najpierw PPIA Impart, a później RU SZSP Politechniki Wrocławskiej. Okazjonalnie, z ogromnym powodzeniem, występowała też od 1972 Kupa WKJ – miniwersja big bandu.

W latach 70. do najważniejszych zespołów pałacykowych należały: Jumbo Jazz Band, Jazz Day Orchestra założony przez Tadeusza Nestorowicza, Dixieland Vocal Quartet, Jazzgot Piotra Barona, Jazz Vox Jerzego Kaczmarka, Duo z Rurą (Dominik Witt i Andrzej Mizgalski), ASWJ Kwartet Wojtka Konikiewicza, Ore, Night Jazz Orchestra, River Rag, Taxi Combi, Żelazny Gustaw, Cuby oraz High Live.

Teatr Instrumentalny Ryszarda Gwalberta Miśka, działający pod opieką Politechniki Wrocławskiej, związany był z Pałacykiem w latach 1975 – 1980. W tym czasie powstały Duch nie zstąpi bez pieśni (1976), Preludia portretowe (1977) oraz Sonata widm (1978). W latach 1977 – 1978 teatr był organizatorem Ogólnopolskiego Seminarium Teatru Instrumentalnego, które odbyło się w Pałacyku i Filharmonii Wrocławskiej.

W latach 80. do najważniejszych tzw. grup twórczych Pałacyku należały: Spirituals Singers Band Włodzimierza Szomańskiego, Jazz Day Orchestra (laureat Złotej Tarki), Funk Factory, Trio/Kwartet Andrzeja Mizgalskiego, Duet Gitarowy Kulczyński – Treliński oraz Poszukiwacze zaginionej Arki. Kilkoma z nich opiekowała się agencja Alma-Art.

Pałacykowe kluby jazzowe

Pierwszym pałacykowym klubem jazzowym był Jazz Club. Kierował nim Andrzej Ciążyński, wcześniej w 1958 założyciel Wrocławskiego Jazz Clubu przy Studenckim Klubie Od Nowa. Kierownikiem sekcji muzycznej został Tadeusz Erroll Kosiński, a sekcji organizacyjno-propagandowej Krzysztof Saraczyński. W 1961 powstał Hot-Club Pałacyk, którego prezesem był Karol Maskos, podczas gdy w Piwnicy Świdnickiej działał Dolnośląski Klub Jazzowy, założony przez Tadeusza Errolla Kosińskiego. W 1965 doszło do połączenia obu i powstania Wrocławskiego Klubu Jazzowego (WKJ). Szefem WKJ został Karol Maskos, a Radę Artystyczną tworzyli: Zbigniew Piotrowski, Włodzimierz Plaskota (z Pałacyku) oraz Tadeusz Erroll Kosiński i Czesław Gładkowski (z Piwnicy). Przy WKJ powstała Sekcja Muzyki Rytmicznej, skupiająca najlepsze wrocławskie zespoły mocnego uderzenia: Romuald i Roman, Pakt i Elar. W 1965 Wojewódzki Dom Kultury podpisał porozumienie o współpracy z WKJ, której celem było stworzenie warunków do upowszechniania jazzu w placówkach kulturalno-oświatowych. Klub został dwukrotnie wyróżniony przez Polską Federację Jazzową jako najaktywniejszy w Polsce. Studencka Rada Jazzu powierzyła WKJ wydawanie kwartalnika Biuletyn Jazzowy. W 1967 przewodniczącym WKJ został Wojtek Siwek, a zastępcą Zbigniew Piotrowski. Powodzenie Studenckiego Festiwalu Jazz nad Odrą oraz indywidualne sukcesy wrocławskich zespołów jazzowych doprowadziły stopniowo do zaniku działalności klubowej na początku lat 70.

Potrzeba profesjonalizacji życia muzycznego doprowadziła w 1975 do powstania w Pałacyku Klubu Jazzowego Jazz nad Odrą, którego prezesem został Zbigniew Piotrowski, a urzędującym sekretarzem Piotr Kowalczuk. Klub stanowił naturalny pomost do powstania w 1977 Oddziału PSJ we Wrocławiu. Pierwszym jego prezesem wybrano Wojtka Siwka. Do Pałacyku powróciły wprawdzie regularne wtorki jazzowe, lecz PSJ szybko znalazł nową siedzibę przy ul. Łaziennej. Powstałą pustkę w pałacykowej Arce w latach 1978 – 80 starał się wypełnić Wrocławski Klub Jazzowy, którego prezesem został Krzysztof Pilecki. Kolejnym był powstały w 1981 Arka Jazz Club, kierowany przez Marka Dudka. Klub został współorganizatorem Festiwalu Jazz nad Odrą, odnawiając jego formułę. Był też inicjatorem szeregu nowych akcji muzycznych m.in. Musik Attack.

Umiędzynarodowienie festiwalu, wycofanie się PSJ z jego współorganizacji oraz narastający kryzys w SZSP doprowadziły w 1988 do tego, że nie odbył się jubileuszowy XXV Festiwal. Życie jazzowe w Pałacyku, zamierające stopniowo od 1985, praktycznie przestało istnieć. Organizatorzy oraz muzycy przenieśli się stopniowo do PSJ i do Klubu Jazzowego Rura. Dopiero w 1992, w miejscu legendarnej Arki, Adam Lang oraz Wiesiek Śliwa założyli komercyjny Klub Muzyczny Samo Życie.

Krzysztof Pilecki

Pałacykiada – Andrzej Baranowski

Pałacyk poznałem przed otwarciem, siedząc na niewykończonym parkiecie kawiarni i słuchając wykładu Bogusia Litwińca na temat ruchu studenckiego. Wykład został wygłoszony, a ja zostałem przyjęty do teatru Kalambur. Parkiet był brudny i zaśmiecony, a Boguś coraz bardziej zachwycony własnym głosem.

Uroczystego otwarcia za bardzo nie pamiętam. Pamiętam tylko, że pierwszy dyrektor, cudowny Czesio Stasiewicz, z zatroskaną zadumą na drugi dzień pytał mnie i jeszcze kilku kalamburzystów, czy wiemy, jak szkodliwe jest picie podłego gatunkowo alkoholu… Wiedział, co mówi.

W 1960 roku objęliśmy we władanie piwnicę nazwaną natychmiast imieniem naszego mitycznego patrona – Edula Prymusa. W niej graliśmy najpierw jakieś składanki satyryczno-poetyckie, a w roku 1961 powstał program kabaretowy „Skandal w piwnicy”.

To nie był skandal, to był nieustający ciąg skandali. Ale nic dziwnego, skoro w „przedpiwnicy”, w barku, serwowane było obficie grzane wino, którym radośnie raczyli się zarówno wykonawcy, jak i widzowie. Tak że prawdziwy kabaret zaczynał się po przerwie, kiedy i jedni, i drudzy mieli w sobie grzańca po… metalowy kurek Edula!

Kto tam bywał, kto starał się o bilety, których zawsze brakowało! I studenci, i prominenci, i partyjni, i wysokopartyjni. I docenci, i profesorowie. Ale najlepiej bawiła się grupa stałych bywalców, która bywała na każdym programie i najlepiej wiedziała, co nowego aktorzy wymyślili. Po spektaklu wszyscy zgodnie szli do sali balowej, gdzie co sobotę odbywał się albo jakiś bal, albo ubaw. Zawsze przygrywał znakomity zespół jazzowy – najpierw Errolla Kosińskiego, a potem Jurka Pakulskiego. Nawet w czasie sesji egzaminacyjnej tłok był ogromny, bo jak można było nie bywać w Pałacyku? W owych czasach w środowisku studenckim bywanie w Pałacyku nobilitowało. Łatwiej było poderwać dziewczynę, zapraszając ją na tańce właśnie tu, niż do któregoś z innych klubów studenckich.

A do tego kultura studencka… Bim-Bom, STS, Pstrąg, Cytryna, Kalambur – o tych teatrach wiedzieli wszyscy. A Pałacyk? Tu była „kwatera główna” Kalambura do momentu otrzymania sali na Kuźniczej, tu odbywały się nie tylko słynne bale plastyków, ale też noce jazzu i poezji, jam-sessions, gorące dyskusje, wystawy. Tu po raz pierwszy wystąpił Teatr 13 Rzędów, który w sali balowej wystawił „Siakuntalę” według Kalidasy. Kto wie, czy nie gorące przyjęcie sprawiło, że Jerzy Grotowski zaczął się zastanawiać nad przeprowadzką zespołu do Wrocławia. Co zresztą wkrótce nastąpiło, a nić przyjaźni, zadzierzgnięta w owych czasach z Grotowskim, Flaszenem i całym zespołem, przetrwała zwycięsko próbę czasu. To właśnie Ryszard Cieślak przywiózł pierwszą płytę Beatlesów. Słuchało się jej godzinami.

Pałacyk tętnił życiem i twórczością od ranka do… rana. Tu zdobywały użytkowy warsztat twórczy kolejne pokolenia wrocławskich plastyków, których bale przeszły do historii jako najbardziej wyrafinowane i pomysłowe. Na takim to balu przebierańców pewien młodzieniec przyszedł ubrany w najbardziej kosztowny strój – cały, jak mumia, owinięty… papierem toaletowym. W pewnej chwili niebacznie zapalił papierosa i ledwie go ugasiliśmy. Tu odbył się pierwszy we Wrocławiu autentyczny bal autentycznych Murzynów, który skończył się jednak zgrzytem. Po wypiciu paru głębszych w Murzynach obudził się rasizm i jeden drugiego lał w mordę, bo ten drugi jest… czarny!

Do Pałacyku wkraczał majestatycznie najbardziej kolorowo i modnie ubrany, uwielbiany przez dziewczyny, wieczny student KABA, który płakał na mojej piersi, kiedy wreszcie po iluś tam latach nieopatrznie skończył studia i musiał wracać: – Andzieju – do tej dzicy! Kaba miał duszę handlarza i już podczas studiów stał się bogatym człowiekiem. Za odpowiednią cenę Kaba przywoził z Berlina Zachodniego wszystko! A dziewczynom najbardziej wyszukane szpilki.

Tu Wowa Herman i Boguś Litwiniec zdobywali pierwsze doświadczenia reżyserskie; Wowa wymyślając i inscenizując Noce poezji i jazzu, a Bogdan tworząc programy kabaretowe i wspólnie wielkie widowiska poetyckie – „Cieniom” Witolda Wirpszy.

W Pałacyku rozwijali skrzydła do lotu Piotr Wieczorek i Jerzy Jerych – późniejsi scenografowie. Tu szlifowali swój talent i Jerzy Pakulski, i Zbigniew Piotrowski, „Mały” Czesio Bartkowski, Plaskota, Kozłowski.

Sam nie wiem, jak to było możliwe, ale to właśnie w Pałacyku koncertował i grał do tańca przez jakieś dwa miesiące słynny New York Jazz Quartet.

Przez cały ten czas siedziała i słuchała ich, ucząc się „na żywo” jazzu, Kasia Gaertner. Tu miał recital brazylijski aktor i piosenkarz Nilton Castro, ten sam, który grał śmierć w „Czarnym Orfeuszu”, a gdy śpiewał piosenkę z tego filmu – wszystkie dziewczyny płakały.

W Pałacyku często występowały warszawskie Hybrydy, Egida, tu szalał często i to dosłownie Kabaret Ojców, tu… Tu była zamontowana i używana non stop jedna z pierwszych we Wrocławiu szaf grających. Przy niej godzinami stał znany dzisiaj twórca i słuchał nagrania Kate Kearby do momentu, kiedy nie napisał do tegoż polskich słów i nagle okazało się, że to on do muzyki Chopina stworzył utwór „Kocham świat”. Nawet szafa grająca inspirowała w Pałacyku do tworzenia „dzieł wiekopomnych". Łza się w oku kręci! Tu było autentyczne centrum młodej, awangardowej kultury, tu bywali wielcy i wykluwali się wielcy.

Tu byli kolejni dyrektorzy, którzy życzliwym okiem patrzyli na szaleństwa kolejnych pokoleń młodzieży i jeśli im nawet w tych szaleństwach nie pomagali, to na pewno nie utrudniali. A czasem kierowali we właściwą stronę. A potem powoli, z braku sił, środków i chęci ta wspaniała atmosfera gdzieś się powoli ulatniała, szarzała, bladła i… I komu to przeszkadzało?

Andrzej Baranowsk

W grudniu 1962 roku, w Piwnicy pod Edulem – Barbara Folta

Lata 60. były we Wrocławiu bardzo twórcze. Wtedy dojrzał i wykiełkował jak nowalijka projekt uruchomienia ośrodka telewizyjnego. Na konferencjach prasowych i na ulicach miasta pojawili się operatorzy z kamerami z napisem TELEWIZJA. Pierwszy był brzuchaty i z fajką Roman Kozakiewicz, a następnie pracujący na zlecenie operatorzy Polskiej Kroniki Filmowej Jerzy Pyrkosz i Tadeusz Zieliński. Potężne urządzenia (nie było jeszcze arifleksów, kupiono je dopiero dla programów naukowych za pieniądze UNESCO) były ciężkie i musiały się opierać się na statywach.

Moja praca reporterki radiowej w Rozgłośni Polskiego Radia była dla mnie wielką frajdą, ale t e l e w i z j a – to było objawienie nowego świata, nowych wspaniałych możliwości. Czesław Stasiewicz, który po trudach odbudowy Pałacyku, na antenie Polskiego Radia roztaczał wizje działającego centrum kultury przy ul. Kościuszki, zaraził mnie sympatią do tej studenckiej oazy.

W tym też czasie za pieniądze społeczne wybudowano maszt i nadajnik na szczycie Ślęży, a w miejscowej prasie ogłoszono, że przyszłym naczelnym redaktorem Telewizji Wrocław będzie Leszek Bajer. Naczelny wrocławskiego radia Borys Mokrzyszewski oddał przyszłej rodzącej się konkurentce trzy pokoje redakcyjne, a także część sutereny dla zorganizowania działu technicznego. Królewskim darem był nowiutki wóz transmisyjny z pełnym zagranicznym wyposażeniem do nadawania reportaży z Dolnego Śląska.

Był grudzień 1962 roku. W oparach tytoniowego dymu powstawała koncepcja scenariusza pierwszego ogólnopolskiego programu, a tematem miała być kultura studencka i zjawiskowy – znany w kraju i w świecie – Studencki Teatr Kalambur. Wszystkie dziewczyny z Kalambura były tak śliczne, że mnie zazdrość brała. Pamiętam śpiewającą „intymny mały świat” Marię Alaszewicz, pamiętam Halinę Litwiniec, kiedy nie była jeszcze Żoną Senatora, ale czarującą studentką polonistyki. A ja się zgłosiłam na ochotnika do prowadzenia programu „na wizji”, tak się wtedy mówiło, i to właśnie z Pałacyku.

Zaletą debiutu jest nieświadomość skutków – szczęśliwie program był na żywo, a ampex do rejestracji zapisów znało tylko wojsko, bo używało go do celów specjalnych. Kalamburowcy wypadli świetnie, o kulturze studenckiej mówili z ogniem w oczach studenccy działacze Jerzy Kwiatek i Ryszard Stemplowski, a potem wszyscy chórem śpiewaliśmy hymn „O Edulu, tyś prymusem gębą całą”, aż trzęsły się ściany zatłoczonej piwnicy Pałacyku i ktoś nam nawet kupił kilka butelek szampana. Pamiętam jeszcze, że kamery telewizyjne po raz pierwszy z pałacykowej piwnicy kierowali Julian Tycholis, Wojtek Szpotakowski i Leszek Kaufhold, który namalował dla TELEWIZJI WROCŁAW pierwszą planszę z sylwetką wrocławskiej iglicy.

Barbara Folta

Alternatywni – Witold Liszkowski

W latach 70., będąc studentem PWSSP Wrocław (obecnie ASP), działałem wraz z innymi młodymi twórcami w ACK Pałacyk. W 1976 r. rozpoczęła swoją działalność grupa „Sztuka i Teoria”, w której skład wchodzili studenci ostatnich lat malarstwa i grafiki: Maria Zmarz-Koczanowicz, Witold Liszkowski, Andrzej Sapija. Tworząc grupę twórczą, a zarazem koło naukowe, skupili oni wokół siebie grono osób o różnych zainteresowaniach: artystów, estetyków, filozofów i psychologów.

Płaszczyzną porozumienia i działania było przekonanie o konieczności głębokiej i wieloaspektowej refleksji nad sztuką. Działania grupy przejawiały się zarówno w postaci propozycji artystycznych (rysunek, fotografia, zapisy filmowe i video, happeningi i performance), manifestów, rozpraw teoretycznych i artykułów polemicznych (wydawanych w zeszytach Sztuka i Teoria), jak i organizowanych spotkaniach, dyskusjach i seminariach. Grupa preferowała działalność integrującą refleksję teoretyczną z praktyką artystyczną, wychodząc z założenia o równoważności tworzenia przedmiotów sztuki i indywidualnej pracy twórczej nad swoją artystyczną świadomością.

W trakcie swojego istnienia grupa „Sztuka i Teoria” w latach 1976–1980 wydała siedem zeszytów artystyczno-teoretycznych, w których zamieścili swoje teksty teoretycy i artyści: Dariusz Aleksandrowicz, Andrzej Czarnecki, Bogusław Jasiński, Grzegorz Dziamski, Jan Kurowicki, Natalia LL, Andrzej Lachowicz, Anna Kutera, Romuald Kutera, Stanisław Urbański, Andrzej Sapija, Witold Liszkowski, Lech Mrożek, Lech Poniżnik. W tym okresie członkowie grupy prezentowali swoje prace w trakcie imprez zbiorowych w Galerii Sztuki Najnowszej (Wrocław), Galerii Foto-Medium-Art (Wrocław), Galerii Studio (Warszawa), Galerii Format (Kraków), BWA w Szczecinie, Sopocie, Bydgoszczy, Poznaniu i Łodzi oraz podczas Międzynarodowego Biennale Grafiki w Krakowie.

W 1980 roku Witold Liszkowski, Lech Mrożek i Wiesław Misiek powołali w Pałacyku Centrum Sztuki Współczesnej, które organizowało krajowe i międzynarodowe prezentacje sztuki nowych mediów oraz uliczne akcje parateatralne, między innymi w trakcie Festiwalu Teatru Otwartego oraz Festiwali Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze.

Także w Pałacyku powstała w 1972 grupa fotograficzna „Format”, którą stworzyli Czesław Chwiszczuk, Marek Łopata i Wacław Ropiecki, a w różnych okresach z grupą współpracowali: Ryszard Kopczyński, Jacek Lalak, Janusz Wróbel. Dokonania „Formatu” to między innymi: happening fotograficzny w Domu Towarowym „Renoma” (październik 1973, 1974) oraz akcja dokumentująca poszczególne etapy montażu Międzynarodowego Triennale Rysunku we Wrocławiu (1974).Ostatnim przedsięwzięciem „Formatu” była zrealizowana w Pałacyku Kreacja Józefa (marzec 1976) w trakcie festiwalu Jazz nad Odrą.

W 1974 roku powstaje w Pałacyku Galeria Sztuki Najnowszej, którą utworzyli: Romuald Kutera, Anna Kutera, Lech Mrożek, Piotr Olszański, Stanisław Antosz. Po rocznej i bogatej w artystyczne propozycje działalności galeria zaczyna realizować opracowany przez Jana Świdzińskiego program „Sztuki Kontekstualnej”. Kontekstualiści stwierdzali równouprawnienie wszystkich mediów podporządkowanych idei i przesłaniu dzieła artystycznego. Przejawem takiej artystycznej działalności były (zrealizowane w 1977 roku) Działania na Kurpiach. Było to swoiste badanie wzajemnych relacji i kontekstów przenikających się kultur: wiejskiej, szlacheckiej i mieszczańskiej. Działalność galerii zamiera w 1980 roku.

W marcu 1981 artyści związani z „Formatem” i „Plastyczną Sceną Spektaklu Autorskiego Ryszarda Piegzy” tworzą „Przestrzeń Współistnienia – Ambalangua”. Do wymienionych wcześniej twórców dołączają: Anna Baranek, Wanda Małysa, Jerzy Ropiecki i Lech Twardowski.

Grupy twórcze i galerie działające w latach 70. i 80. w Pałacyku wpisały się znacząco w kontekst tzw. kultury alternatywnej, a także znalazły swe miejsce pośród całej gamy galerii autorskich, takich jak m. in. „Remont”, „Repassage”, „Akumulatory”, pracownia „Dziekanka”, „Labirynt” czy „Znaki”.

Witold Liszkowski

Coraz mniej nas, pałacykowiczów

Andrzej Grzebyk (1946–2008)
Kajetan Mojzesowicz (1936–2008)
Andrzej Baranowski (1937–2008)
Jan Mazur (1947-2008)
Bogdan Parkoła (1932-2007)
Andrzej Pluszcz (1948 – 2005)
Marian Pulina (1936 – 2005)
Kazimierz Głazek (1939-2005)
Włodzimierz Plaskota (1933 – 2005)
Jerzy Pakulski (1932 – 2004)
Ryszard Uklański (1932 – 2004)
Tereniusz Nawrocki (1936 – 2003)
Jerzy Jankowski (1937 – 2002)
Stanisław Kors (1935 – 2002)
Felicja Szyndler (1938 – 2001)
Lothar Herbst (1940-2000)
Janusz Hejnowicz (1938 – 2000)
Henryk Jagodziński (1928 – 2000)
Czesław Stasiewicz (1931 – 1991)
Jerzy Taczalski (1943–1990)
Jan J. Dębek (1946–1984)
Jan Czopik-Leżachowski (1938–1977)