Wspomnienia pałacykowiczów (1)

Podwójne drzwi – Henryk Gała

Zadałem się z nim na samym początku, jego początku, ale jak to było, już nie wiem. Pewne, że musiał w tym maczać palce Jurek Jankowski, który szefował (a na pewno działał) wtedy w kulturze (tak się mówiło) w jednej z organizacji studenckich z ulicy Wita Stwosza, dokąd nas, żądnych sławy poetów z grupy artystycznej „Dlaczego Nie”, przyciągała redakcja „Poglądów” (w końcu 59. już zarżniętych) i, co pewien czas, redagowanie kolejnej jednodniówki literackiej.

Zadałem się z nim na samym początku, jego początku, ale jak to było, już nie wiem. Pewne, że musiał w tym maczać palce Jurek Jankowski, który szefował (a na pewno działał) wtedy w kulturze (tak się mówiło) w jednej z organizacji studenckich z ulicy Wita Stwosza, dokąd nas, żądnych sławy poetów z grupy artystycznej „Dlaczego Nie”, przyciągała redakcja „Poglądów” (w końcu 59. już zarżniętych) i, co pewien czas, redagowanie kolejnej jednodniówki literackiej.

Trudno dzisiaj rozczesywać ten strumień zdarzeń i energii, który tworzył nas i pochłaniał, ale jedno można powiedzieć: chcieliśmy, aby to, co robimy, miało nasz stempel nowości i chociaż trochę zależało od nas. Oczywiście, ci, którzy sterowali realnie, mieli swój „klub” gdzie indziej, nad Odrą, przy katedrze fizyki uniwersyteckiej (sublokatorsko, jak złośliwie mawiałem, a jednego ze sterników, tego od propagandy, zapisałem potem jako cynicznego aforystę w „Akademii poetów”). Oni wiedzieli, że w miejscu takim jak Pałacyk łatwiej upuszczać pary ze studenckiego kociołka, jakby jednak nie oceniać tego ideowego cynizmu, to rachuby jego wyznawców były tylko częściowo trafne. Pałacyk miał być miejscem reprezentacji, odpowiednio ideolostrzyżonej i strzeżonej, wrocławskiej kultury studenckiej. I kiedy trzeba było, to bywał, ale przede wszystkim stał się miejscem zbierającym ludzi tworzących nową, własną sztukę i, co nie mniej ważne, miejscem rodzenia się i sprawdzania talentów organizacyjnych. Od dawna, są to banalne oczywistości, dzisiaj zestandaryzowane i oprawione rutyną, ale wtedy to było coś zupełnie spoza rutyny partyjnych funkcyjnych, odpowiedzialnych za pion (poziom był z góry zadany) studenckiej kultury.

No więc przyciągał i skupiał Pałacyk gromady różnych, niespokojnych. A było ich niemało, choćby w tak różnych miejscach, jak „Hades” i „Od nowa” – nałogowo i tłumnie używanych. „Hades”, w podziemiach TPPR-u* (proszę redaktora o załączenie słowniczka terminów i skrótów ówczesnej mowy-trawy), firmowany przez studencki ZMS**, i „Od nowa”, na Podwalu, w podwórzu, w świetlicy (był to zwykły barak) jakiegoś przedsiębiorstwa, budowlanego chyba. „Hades” poza tym, że wymalowany w abstrakcyjne (najpierw przez Gienia Wójcika, a potem przez Rychlickiego/?/) demonizmy, był miejscem stałych prezentacji poezji i jazzu (niezapomniany „Erroll” Kosiński) i miał w bufecie panią Józię, o miękkim sercu (na prośby o „krechę” albo podanie wiadomo czego po godzinach, z zaplecza), na dodatek funkcjonował o godzinę dłużej niż miejskie kawiarnie, stał się więc wrocławskim „ściekiem” dla aktorów, filmowców i niektórych prywaciarzy.

W „Od nowie” szalał Teatrzyk Egzystencjalistów „Co Nie Co” Hanki Jarosz i Józia Drosika oraz gromada jazzmenów z Jurkami: Pakulskim i Grossmanem. Dżemseszeny zaczynały się po dziesiątej wieczorem i mogły trwać do wczesnych godzin rannych, bo wtedy wokół nie było jeszcze prywatnych lokatorów, ale i tak próby Jurka Grossmana, od rana walącego w bębny (sypiał w klubie, nie on jeden zresztą), wielokrotnie wywoływały groźby przepędzenia studenterii nie pozwalającej pracować umysłowym budowlańcom w pobliskich biurach.

Jeśli idzie o ten adres, muszę wspomnieć o pierwszej ulicznej manifestacji, nielegalnej jak najbardziej, której organizatorką i jedyną uczestniczką była Hanka Jarosz. Otóż ta zajadła feministka i bezceremonialna bluzgaczka słowna, na wiadomość, że szachinszach Iranu rozwiódł się, czyli wywalił z pałacu szachinszachową Sorayę z powodu braku potomstwa, zaprotestowała maszerując na bosaka Podwalem z własnoręcznie wypisanym transparentem: NIKT SORAYI NIE UYAI! Ilekroć teraz słyszę Hankę w „radiu kierowców” recenzującą przydrożne knajpy, chichocze słonecznie moje stare serce. Całuję cię, Hanka, za niechrzczoną krwawą Mary w „Schronie” i pierwszy w życiu chłodnik litewski twojej roboty, który zjadłem do spółki z podbaranami krakowskimi, których ukryłaś przed wylegitymowaniem przez wiadome organa, kiedy okazało się, że występ ich kabarée nie ma imprimatur cenzury. Mieszkałaś wtedy w jakiejś suterenie, gdzieś na zapleczu słynnej knajpy KDM. No dobrze, ale ma być o Pałacu. Ależ właśnie jest o nim, bo nie byłby tym, czym stał się, bez tego, co było przed nim.

No więc był przy Kościuszki ten pałacyk, niczym niepodobny do dotychczasowych miejsc, w których bawiliśmy się w życie, po swojemu próbowaliśmy układać swoje recepty na świat. Były to zabawy, cholernie poważne niekiedy, ale zawsze podszyte przekorą i nonkonformizmem. Co prawda pożegnaliśmy już, w rzeczywistości zrobiono to za nas, październikowy „rozumny szał”, ale nie „dojrzeliśmy” jeszcze do cynizmu. Metryki oszczędziły nam losu kolumbów, choć każdy miał u siebie w domu (jeśli ocaleli) nieźle poharatanych, również po wojnie już, najbliższych krewniaków. Mówiąc potocznie – nie my braliśmy w dupę, więc żywiliśmy (to dobre w tym miejscu, zamierzchłe już słowo) w sobie mniej niż nadzieję, przeczucia, że można i trzeba inaczej urządzać ten świat. A na pewno należy mówić o tym, pisać, pokazywać, jeśli i jak tylko się da.

Nam (z)dawało się przez teatr. Nam, to znaczy Jurkowi Jankowskiemu i mnie. Jurek zawsze był (od kilku lat nie można już dodać – i jest) nieco tajemniczy. Odkąd go pamiętam, to znaczy od jesiennego wieczoru w jego sublokatorce przy Jedności Narodowej, dokąd zaproszony zostałem na spotkanie przez ludzi z „Dlaczego Nie” w celu inkorporacji do ich grona. Otóż kiedy przeżyłem już emocje bezlitosnego, jak czułem, wybebeszania moich wierszy przez każdego z obecnych i, mimo to, nakłaniania, abym przeczytał jakieś nowe, odezwał się Jurek: Przepisz na maszynie i daj mi, będziemy drukować naszą kolumnę, potem zza tapczanu czy spod łóżka wyciągnął kilka butelek wina i zanim je ktoś pootwierał i rozlał do czego się dało to „płynne złoto polskich sadów”, odczytał wpięte już do skoroszytu pismo od poznańskiego „Wierzbaka”, zapraszające nas (nas, bo byłem już przyjęty do Grupy) na „Listopad poetycki”. Taki był Jurek – porządkował, organizował, „prowadził papierki”, starał się ogarnąć każdy żywioł, zbierał i dokumentował.

Kilka lat temu, kiedy wykryłem go pracującego na jednej z wrocławskich uczelni, w której studiowała moja córka, po odwiedzinach w jego mieszkaniu, podarował mi program teatralny z premiery mojej debiutanckiej jednoaktówki, którego, oczywiście, nie miałem. Zaskoczył mnie, podobnie jak wtedy, kiedy przed oficjalnym jeszcze otwarciem Pałacyku zaproponował mi wspólne założenie teatru, który by tam działał. Wiedział, że mnie „znosi” w teatr, nie tylko z moich wierszy, pisania, ale i pomysłu „teatru gruzów”, dość obłąkańczej idei grania spektakli poetyckich w „żywych”, ciepłych jeszcze wrocławskich gruzach otaczających targowisko przy placu Nankiera.

Był już Kalambur, ścigający się, nie bez powodzenia, z coraz sławniejszą krajową czołówką studenckich scen satyrycznych, ale nam marzył się teatr inny, równie nowatorski, ale serio, bardzo serio. Tylu autorów, tyle tekstów ze świata miało wtedy swoje polskie debiuty, słyszało się tyle o nowym w europejskich teatrach, a co najważniejsze, nas samych wypełniało palące pragnienie wypowiedzenia tego, co zdawało się nam prawdą pierwszą, jedyną i konieczną o życiu i świecie, której nikt (poza nami) nie miał odwagi wypowiadać. Długo licytowaliśmy się w pomysłach i kłócili o to, jak nazwać taki teatr, aż w końcu zgodziliśmy się na nazwę CZŁOWIEK XX, przy czym słowo człowiek pisane było w dwóch linijkach CZŁO/WIEK, a oba iksy na wysokość tego dwuwiersza. Wszystko powinno być jasne – człowiek XX wieku, podwójnie anonimowy i zapisany w nieco kalamburowej postaci.

Jurek zgłosił gdzie trzeba było powstanie teatru, napisał odpowiednie urzędowe pisma, zlecił wykonanie pieczątek i wydrukowanie legitymacji (bez tego wtedy się nie istniało), skrzyknęliśmy gromadkę chętnych, o których wiedzieliśmy, że scena ich ciągnie, Rada Okręgowa ZSP dała pieniądze i już świąteczno-noworoczną przerwę spędziliśmy w schronisku pod Sobótką, na pierwszych sprawdzianach. Możliwości aktorskie czy choćby wykonawcze próbowała oceniać i korygować Małgosia z krakowskiej wyższej teatralnej (wkrótce ceniona wsród krytyków teatralnych) a my, w trójkę, z Jankiem Czopikiem, próbowaliśmy z potopu lektur i własnych, niespokojnych pomysłów, pisać spektakle. Było tego tyle, że po kilku miesiącach musieliśmy przygotować, w tym samym prawie terminie, dwie premiery.

Pierwszą była „Druga szkoła filozoficzna”, której tytuł wzięliśmy z rozprawki Tadeusza Różewicza, a pewne jej fragmenty oraz opowiadanie Andrejewa, „12 powieszonych” bodajże i jednoaktówka „Jest tam kto?” Saroyana, stanowiły kanwę spektaklu o ludziach skazanych na śmierć w różnych sytuacjach i z różnych przyczyn. Rzecz dzieje się wszędzie, gdzie żyją ludzie pozbawieni wolności – obwieszczał w akustycznym prologu, przy całkowicie wyciemnionej scence i widowni, męski głos (może nawet mój) w dudniącym korytarzu, przytrzaskiwany łomotem żelaznych drzwi, z fragmentami Ravelowskiego Bolera w tle. A więc jasno, choć ogólnoludzko, mówiliśmy, o co nam chodzi. Nawet dziś chyba jest to czytelne, choć coraz trudniej definiować pojęcie wolności, a ci, czy to, co ją nam odbiera, przynajmniej tu i teraz, ma bezosobową postać, jeśli w ogóle ma jakąś.

Tytułu drugiej premiery nie pamiętam, może dlatego, że nie ja ją realizowałem, tylko Wowa Herman, a nie mogę już zadzwonić do Jurka, żeby zapytać, a ten na pewno, od razu, jeśli nie przeczytałby z pamięci całego afisza, to po chwili wygrzebałby z prywatnego archiwum. I tak ruszył teatr CzłoWiekXX, albo Teatr Ksy Ksy, jak przezwali nas szydercy, których nie brakowało wśród kibiców tego, co działo się w Pałacu. Nie budziliśmy entuzjazmu publiczności, niezbyt licznej zresztą, ani krytyki, najwyżej zainteresowanie tym, co też wymyślimy, jakie teksty znajdziemy, a może napiszemy, żeby nękać wyznawców większej i mniejszej stabilizacji, drażnić partyjnych stróżów ówczesnej political correction.

Zagraliśmy jeszcze, w mojej realizacji, „Suitę radioaktywną” z tekstów o lotnikach, którzy zrzucali bombę A na Hiroszimę i o japońskich rybakach napromieniowanych w czasie amerykańskich prób jądrowych na Pacyfiku i „Niech zbudzi się drwal” według P. Nerudy. W „Suicie” próbowałem znaleźć, stworzyć własnego pomysłu ruch sceniczny, gest ciała aktorów, które miały być instrumentami, a nie ilustrować teksty. Przy „Drwalu…” poznałem Witka Stankiewicza, szefa wrocławskiej cenzury (kto go pamięta, ten wie, że dla ludzi sztuki zawsze był Witkiem), który za żadne skarby nie chciał puścić fragmentu poematu poświęconego Stalinowi. Miałem na ten ustęp reżyserski pomysł, aby wykonawca nie mówił (bo mówiliśmy tę poezję z prostotą potocznej opowieści), ale recytował tekst z emfazą radzieckiego piereżywanka, co miałoby wiadomy wyraz, nie tylko artystyczny, jednak cenzor nie ustąpił. Dał mi nawet, nad ranem następnego dnia, postrzelać z tetetki do drzew na Wzgórzu Partyzantów. Mieszkał nad biurami WUKPPiW*** przy Nowej, był zaledwie świt, strzelaliśmy po dwa razy tylko, ale i tak zabawa w obłaskawianie poety skończyła się szybką wizytą milicji. Bez żadnych złych skutków, ale zgody na Stalina nie dał.

Przez te prawie trzy lata, kiedy prowadziłem teatr (Jurek Jankowski, po pierwszych premierach, skupił się bardziej na działalności zetespowskiej i – chyba już wtedy – rodzinnej), dołączyłem do tych, dla których prawdziwym domem był Pałac. Studiowałem jeszcze, bo po chemii poniosło mnie na filozofię, pisałem intensywnie, Ossolineum przyjęło mój debiutancki tom wierszy, a nawet wywojowałem przydział mieszkaniowy (i to gdzie! Pl. Teatralny 4a, II p., lokal 1,7×4,5×3,5 m), musiałem zarabiać na życie, ale prawdziwe, istotne życiowe sprawy były pod adresem: Kościuszki 34. Nie tylko dla mnie. Od początku, do końca działalności teatru, również po moim odejściu, scenografię robił Mieczysław „Sacha” Brzezicki, dzisiaj amerykański artysta Sacha Beres. Mordował się, na wiele sposobów, bo ze spektaklami wyniesiono nas do sali lustrzanej, zwanej balową, bo w „naszej” piwnicy zamieszkał, ku radości wielu, Edul, kalamburowy prześmiewca. Dźwięk i nie mniej niż scenografia ważną muzykę z taśm, a także fotosy, robił Zbyszek Lachowicz, którego unikalna i charakterystyczna twarz przydawała się na scenie nie tylko CzłoWiekaXX, ale i później; kiedy pracował w telewizji, grywał epizody w spektaklach i filmach.

A wykonawcy, aktorzy naszego teatru? Wszyscy uczyliśmy się wszystkiego – od dykcji i ruchu, przez wszechstronną, historycznoliteracką i filologiczną analizę tekstów (pamiętam fascynujące zajęcia Feliksa Przybylaka o poezji niemieckiej) aż do sprzedawania biletów i uprzątania sali po przedstawieniach. Zabierało to wiele czasu, wymagało więc umiejętności skupiania się i rygoru, dyscypliny, co uczyniło ze mnie, w oczach nie tylko „moich ludzi”, budzącego popłoch satrapę. Wypomniała mi to publicznie, przed kilku laty, na obchodach pogrzebowych Kalambura, Halina Woźniczka, która choć uwiedziona w małżeństwo przez Bogusia Litwińca, w naszym teatrze wytrwała od początku do końca. To także pierwsza dyplomowana aktorka z IksIksa, drugą, zdaje się, była Asja Łamtiugina, najpiękniej mówiąca Rilkego, także poetka, pisarka, i – co dodaję jako ustępstwo potrzebie i skłonnościom plotkarskim – matka Olafa Lubaszenki, aktora i reżysera filmowego. Poza tym ten okropnie (świadoma dwuznaczność, biorę ojcowską odpowiedzialność) serio teatr rozkręcił aktorsko dwóch chłopaków dla teatru muzycznego: Krzysztofa Tysnarzewskiego i Janusza Michalewicza (ciągle przystojny i urodziwy!).

Czy moglibyśmy robić to samo czy też tak samo mówić publicznie, gdyby Pałacyku nie było? Pytanie retoryczne, ale warto pomyśleć, dlaczego odpowiedź na nie wydaje się tak oczywista. Studenckość była bowiem dla twórczej swobody znakiem azylu i choć jedynie w tzw. ramach tolerancji, to jednak te ramy dawało się rozciągać, po swojemu rozginać. Wtedy, i długo jeszcze, wszyscy żyliśmy pod panowaniem kolektywizmu (tak, jak dzisiaj żyjemy, już nie w ramach, ale pod jedną kreską – forsy), ale nie chciało nam się uciekać od tego, co jest (tzn. było), ale próbować zobaczyć, jaki jest kosmos innych ludzi, inne światy, przepływać rzeki podziemne, choćby płynęły (nie tylko z butelek) w pałacykowej piwnicy grotołazów, drukować swoje wiersze (dzisiaj to prostsze niż zatemperowanie ołówka) ulatujące w noce poezji i jazzu, i robić to w przekonaniu, że ma to sens, bo musi, choćby trochę, zmienić nasze życie.

I tak było, w ogromnym natężeniu wyobraźni i ambicji, bo przecież ci, którzy „robili”, budowali ten klub, to była gromada nielichych ambitusów, drażliwców zainfekowanych niepokornością. Nawet ci, którzy firmowali nasze pomysły wobec władzy (wtedy władza była czymś innym niż jakiekolwiek władze), czyli działacze zetespowscy, robili swoje, nawet jeśli było to wyłącznie dążenie do kariery, podporządkowując się wyścigowi wiedzy, chęci działania i nieortodoksyjnego pragmatyzmu, indywidualizmu, niewyzbytego jednak „obłoczka” ideowości. To nie był wyścig szczurów. Dlatego bardzo ucieszyłem się wiadomością o powstaniu Ordynackiej i z rozbawieniem przyglądam się, jak ci, którzy ponoć już od maleńkości nie chcieli kolaborować z reżimem (a najczęściej nie nadawali się do niczego, czego demonstracji doświadczamy od kilkunastu lat), wpadają w panikę, bojąc się działań stowarzyszenia zetespowskich liderów.

Ja to rozumiem, bo jest czego. Chętnie „zapisałbym się” do Ordynackich, ale nigdy nie aspirowałem do warszawskich adresów, central ani redakcji (Polskę robi się w powiecie, nie na Nowym Świecie – wymyśliłem bardzo dawno temu), choć na ulicy Ordynackiej, jak i Mokotowskiej („Hybrydy”) bywałem często. Kiedyś nawet wezwano mnie do Warszawy nazajutrz, telegramem z Rady Naczelnej, po Medal 1000-lecia PP. Dziewczyny z Pałacyku odnalazły mnie, dały bilet i adres, więc pojechałem kompletnie zdezorientowany tą wiadomością (dlaczego medal i to przed trzydziestką, jak jakiemuś weteranowi?) i przesiedziałem pod wskazanym adresem na międzyuczelnianej naradzie geologów, ale medalu nie dali.

Z pewną ulgą, ale i kafkowskimi skojarzeniami, wróciłem do Wrocławia, gdzie następnego dnia nasłuchałem się od Gienia Adamczaka (szefa RO ZSP), jaki to jestem „artysta”, co lekceważy taką poważną sprawę. Przy czym cudzysłów precyzowany był przy pomocy kilku złośliwych epitetów. Nie pamiętam już, czemu w Warszawie trafiłem pod niewłaściwy adres, ale pierwszy błąd polegał na tym, że z dworca trzeba było pojechać na Ordynacką. Tam wszystko się zaczynało i skupiało. O medal oczywiście nie upomniałem się, bo śmieszyło mnie zawsze podstawianie piersi. Ale było to już chyba pod koniec mojego drugiego pałacykowego wejścia.

Jak poszedłem w etat do Pałacyku, nie pomnę. Zajmowałem się programem artystycznym klubu. Całością rządziła Danka Szopianka – polonistka z przeszłością recytatorską i teatralną, na szczęście bez ciągot do przedłużania artystycznego gwiazdorstwa jedynie teatralnego, za to z intelektualnym polotem, pracowita i konsekwentna, błyskotliwa i złośliwa. Niczego sobie partnerka do pałacykowej orki. Jazz nad Odrą, Noce poezji i jazzu z turniejami jednego wiersza o jedyną Wielką Nagrodę Braw Publiczności, regularne spektakle różnych krajowych scen (pierwsza chyba we Wrocławiu wizyta „13 rzędów” Jerzego Grotowskiego), turnieje kabaretów studenckich, wrocławski off-Teatr Otwartej Sceny (do którego powstania dołożyłem ojcowskiej ręki) Rom(uald)ka Szejda (od lat teatr „Prezentacje” w Warszawie), fantastyczne bale (nie tylko sylwestrowe czy półmetkowe) – to już kanon wspominania pałacykowego programu z tamtych lat, ale czy można nie przypomnieć otwartych dla każdego kursów języków obcych pod hasłem „Koledzy, nie momotać” (za tygodnikiem „Polityka” – „Polaku, nie jąkaj się”), czy mającego fantastyczne powodzenie cyklu odczytów „Miłość i małżeństwo w XX wieku”? Nie pamiętam nazwiska pomysłodawcy, asystenta z Akademii Medycznej, ale wykłady trwały przez cały rok i prowadzili je świetni specjaliści z różnych dziedzin, nie tylko medycznych, również spoza Wrocławia. Publiczność płaciła za wstęp i waliła tak, że już drugi wykład musieliśmy przenieść do sali lustrzanej. W następnym miesiącu konieczna była przedsprzedaż biletów i mordęga gospodarza klubu, pana Franciszka Pukasa, z odprawianiem chętnych w dniu odczytu.

Jak każdy klub, poza współ- i pracownikami, miał Pałacyk kilka orbit satelitów, wśród których niemałą grupę stanowili besserwisserzy obchodzący codziennie główne kluby miasta. Zaczynali od kawy w Empiku, w którym właściwie rezydowali, zaglądali do Pałacu, wpadali na coś drobnego do „Centralnej” (bar, nie kawiarnia), może przysiedli w Klubie Dziennikarza, jeśli nie mieli „spalonej” karty wstępu, bo rygorystyczny szef, red. Lucjan Socha, bezwzględnie tępił wszelkie wybryki, szczególnie obcych, tj. nieżurnalistów, a kulawy cerber-szatniarz-portier, o którym mówiono, że był ubekiem, nieustępliwie egzekwował wszelkie zakazy (stąd pewnie wziął się epitet „Klub Chamów”), w przez wiele lat najbardziej modnym i snobistycznym klubie we Wrocławiu. Potem ewentualnie jeszcze raz do Pałacu – nie, żeby obejrzeć jakąś imprezę, ale pokazać się i mieć o czym mówić jutro, albo jeszcze tego samego wieczoru, w Związkach na Rynku, gdzie kończyła się zwyczajna, codzienna trasa. Była to bardzo elitarna orbita (odnajduję na niej zaledwie trzech satelitów), mająca jednak wpływ na potoczne opinie środowiska. Inną orbitę tworzyli ludzie niezwiązani organizacyjnie (już, a najczęściej nie byli to studenci), różnych umiejętności, zajęć, pasji i potrzeb, którzy prawie codziennie kręcili się po klubie, szukając okazji włączenia się, pomocy przy czymś, zarobienia paru groszy, a przede wszystkim bycia wśród, między i w czymś, co wydawało się być im lepsze od każdego innego sposobu spędzania własnego czasu. To także ludzie Pałacyku, choć ich nazwisk brak na archiwalnych szpargałach.

Piszę to, aby z tekstu nie wyłonił się egocentryczny obraz, że było to miejsce jedynie dzięki nam i dla nas. Choć oczywiście bez nas byłoby inne, ale też by było, i cała moja radość z tego, że trochę swojego życia tam nie zmarnotrawiłem. Takich klubów było w Polsce kilka, wydaje mi się że trzy, może cztery – Stodoła i Hybrydy w Warszawie, gdański Żak, krakowskie Jaszczury, ale były i inne, bo żadne większe środowisko studenckie, a bardziej chyba zetespowscy działacze, nie chciało być „sroce spod ogona”. Chcąc nie chcąc, a na dobrą sprawę, nie rozumiejąc, że nie chcieć może mieć sens, braliśmy wszyscy udział we współzawodnictwie. Tym bardziej, że na festiwalach kultury studenckiej pojawiła się konkurencja klubów i trzeba było jakoś wypaść.

Nie mogę wygrzebać z pamięci, w którym to było roku (pewne drzazgi pamięci bardzo osobistej podsuwają mi rok 1967), ale to nieważne, bo wygraliśmy z całą Polską, i to w Warszawie. Pamiętam za to, że poza pałacykowymi pewniakami, jak jazzowy kwartet Jurka Pakulskiego, pantomimiczny „Gest” Marka Gołębiowskiego i galeria plastyków (Jurek Jerych i Inga Glądała), zakasowaliśmy festiwalową publiczność i jury, fotograficzną (było też chyba coś drukiem) prezentacją autorstwa Jerzego Olka, podziwiam w tym momencie swoją pamięć! – konwersatorium topologicznym Hugona Steinhausa, z udziałem młodych wrocławskich matematyków (Mioduszewski, Nitka i kto jeszcze? Co dzisiaj znaczy „wrocławska szkoła matematyki”?). No więc byliśmy najlepsi w całej studenckiej Polsce.

Z czasu, kiedy miałem pieczątkę: z-ca dyr.d/s. progr.-art. Klubu Pałacyk, muszę wspomnieć o„Arce”. I to bardziej jako znaku trwałości idei czy też utrafionej nazwy, niż z powodu wielkich dokonań. Wtedy, to jest z końcem 1964 roku, Kalambur dorobił się budynku przy Kuźniczej i liryczny szyderca Edul z piwnicznej scenki w Pałacu wyniósł się do „prawdziwego” teatru (co, jak pamiętam, jego humorowi nie wyszło na zdrowie), mieliśmy więc do użytku kawałek przestrzeni, i to ustronnej, w dwóch salkach, na końcu korytarza, za grotołazami, ale głośne przeszłością. Trzeba było znaleźć coś odpowiedniego. Personalnie najbardziej na tym miejscu wydawał mi się Noe, jako symbol chronienia przed gwałtownym przyborem, a właściwie zamuleniem. I choć potop nie nastąpił (dzięki równowadze strachu na świecie), to w połowie lat 60. wyraźnie przybierała beznadzieja, a mała, wredna „normalność” zapuszczała w ludzi zęby. Azylem miała być „Arka”. Pełna nazwa – Klub Młodzieży Artystycznej ARKA, już nie studencki, bośmy wszyscy jakoś bardzo szybko wyrastali ze studenckich legitymacji.

W barku „Arki” grzany z korzeniami sikacz, początkowo podawany przez Marka Gołębiowskiego, świetnego mima, pianistę komponującego piosenki i śpiewającego je, kompletnego, jak się dziś mawia, aktora estradowego. W salce ze scenką ruszył Teatr Otwartej Sceny, grający małe formy teatralne z nowej dramaturgii angielskiej i amerykańskiej. Zapał nierozładowanych na scenie Polskiego młodych aktorów był tak wielki, że po kilku pierwszych przedstawieniach (którejś z jednoaktówek Albeego) Romek Szejd przyszedł do mnie na skargę, że grający z nim Zyzio Bielawski nie markuje bójki; pokazywał siniaki, musiałem więc budzić między nimi ducha koncyliacji. Koncerty Jazzowego Hot Klubu Pałacyk i występy Sceny Piosenki często były wydarzeniami sezonu. W kącie salki barowej był też stolik z maszyną do pisania i papier maszynowy, żeby, kto zechce, mógł, co mu się podoba, napisać i „opublikować” na desce przymocowanej do ściany. Wybory tej (i innej) twórczości ukazywać się miały w wydawnictwach „Arki”. Wyszedł jeden tomik, w podtytule określany skromnie jako informator klubu literackiego (widać termin almanach jeszcze się wtedy nie do końca zużył), a otwierał go wiersz Krzysztofa Coriolana Dochodzenie dna, w którym tylko tytuł był aluzją do rzeczywistości, bo sam wiersz mówił o nurkowaniu, za to Stanisław Dróżdż, którego z podziwem oglądałem wśród jego Alea… na weneckim Biennale, pisał w jednym z wierszy: List otrzymałem / nadawca znany / korespondencja regularna / nie otwieram koperty / wiem co napisane / ale chowam z nadzieją / może coś innego / i długo noszę list nowego pusty / zanim otworzę / „U mnie wszystko po staremu… / Napisz co u ciebie.” / i odpisuję / „U mnie wszystko po staremu… / Napisz co u ciebie.” rzadko otrzymujemy list niespodziewany A nam chodziło właśnie o rzeczy niespodziewane, a przynajmniej inne od tych, które zalewały wszystkich.

Niemało nas było, ale naprawdę wielu było arkowiczów. Najbardziej jednak zdumiało mnie to, że kiedy po latach przyszedłem do Pałacyku w lokalu zastępczym, przy ul.Ofiar Oświęcimskich (w pomieszczeniach po „pantomineciarzach”, jak mawiał A. Słonimski, teatrze Henryka Tomaszewskiego), w absolutnie parterowej sali wydzielony był kącik z szyldem „Piwnica Arka”. Wtedy poczułem się naprawdę dumny – moja idea była silniejsza od biurokratów, trwalsza niż księga adresowa, stała się cząstką historii miasta.

I basta.

Henryk Gała

Ps. Dlaczego „Podwójne drzwi”? Są w Pałacyku między salą lustrzaną a pokojem od frontu przesuwane drzwi z obu pomieszczeń, na szerokość bardzo grubej ściany. Zwykle były tam różne rupiecie, uporządkowane na ogół, niepotrzebne codziennie rzeczy, ale było tam dość miejsca, aby ukryć się, zamknąć z kimś albo po prostu przechować. Nierzadko można było tam wypić w skrytości jedną czy kilka buteleczek w nadzwyczaj miłym, dobranym, a nielicznym towarzystwie. I inne, piękne wspomnienia z tego miejsca ma niemało osób, na ogół wpadających tam parami.

Taki ukryty, mały, intymny pałac.

Między drzwiami

Rezydenci i bywalcy – Andrzej Łapieński

Co wieczór przed wejściem do Pałacyku identyczny obrazek: kilkudziesięcioosobowa grupa młodych ludzi wciskająca się przez uchylone jedno skrzydło wielgachnych drzwi do przedsionka, za którym – po sforsowaniu jeszcze trzech schodków, biletera za stolikiem i bramkarzy – rozciąga się władztwo codziennego (prócz poniedziałków) karnawału – pląsów, muzyki żywej i z grajszafy, wesołości wspomaganej „Gellalą” i innymi znakomitymi markami win, odszukiwania w tłumie bliższych i dalszych znajomych (najlepiej z bardziej zasobną kasą), wypatrywania kandydatek na podryw, samych podrywów wreszcie, rozmów, gwarów, śmiechów mądrych i głupich, słowem atmosfery hałaśliwej, rozluźnionej, choć nie pozbawionej lekkiego napięcia, oczekiwania, że zdarzy się COŚ…

Tak zapamiętałem Klub Studencki Pałacyk przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i później, bez wątpienia dekady najlepszej w jego historii. To był zresztą znakomity czas dla najrozmaitszych ruchów studenckich w ogóle, a „klubowania” w szczególności. Gdański Żak, krakowskie Jaszczury, łódzka Cytryna, wspaniałe warszawskie Hybrydy z Mokotowskiej, Stodoła – wszystkie one i wiele innych, mniej znanych, kształtowały inny niż ZMP-owski model młodego inteligenta, biorąc z natrętnej, niemądrej ideologii obowiązującej w PRL tyle tylko, ile było potrzebne dla zachowania możliwie maksymalnej w ówczesnych warunkach niezależności. Bo jeszcze Gomułka nie całkiem zdurniał, bo jeszcze nie przebrzmiały echa Odwilży z Października ’56, już socrealizm diabli wzięli, a Marzec ’68 był daleko…

Dla dzisiejszych zagonionych, zakuwających do wyczerpania, ścigających się o materialny sukces w najbliższej przyszłości studentów, tamte czasy to historia i pewnie nigdy nie będą w stanie pojąć, jak można było przejść przez studia tanecznym krokiem, bawiąc się jednocześnie w kabarety, teatry, nałogowo chodząc w góry czy jaskinie, pisząc i śpiewając wcale niegłupie piosenki, włócząc się po festiwalach, przeglądach, rajdach, dyskutując o poezji, egzystencjalizmie, Butorze, Faulknerze, Erenburgu, rżnąc nocami w brydża (a nierzadko i w pokerka), nieźle popijając, słowem – nieustannie goniąc króliczka i jeszcze „wyjść na ludzi”. Bo zdecydowanej większości to się udało.

Pałacyk stanowił własność ZSP i tam też miała siedzibę Rada Okręgowa zrzeszenia. Studenccy działacze zajmowali trzy czy cztery pokoje na parterze i – co oczywiste – byli również klubowiczami. Tworzyli grupę trochę osobną, łatwą do identyfikacji, bo z reguły odzianą w garniturki i krawaty, a sale raczej przebiegali niż przechodzili, rzadko prywatnie uczestnicząc w wieczornych zabawach, widać uznając, że to nie przystoi powadze ich urzędów. Ale też nie przeszkadzali, nie pouczali ani nakazywali i w efekcie końcowym, przy bliższym poznaniu, okazywali się całkiem sympatycznymi facetami. Rzeczywiście byli zajęci, bo ZSP w bardzo nikłym stopniu wypełniało funkcje polityczne, skupiając się raczej na działalności bratniackiej i korporacyjnej, firmując i wspierając dziesiątki przedsięwzięć, za które z pewnością studencka społeczność owego czasu jest do tej pory wdzięczna.

Ich przeciwieństwem była „złota młodzież”, nie wiedzieć dlaczego zwana bananowcami, też towarzystwo dość hermetyczne, głównie studenci architektury pochodzący z dobrych, a z pewnością dobrze sytuowanych rodzin. W markowych dżinsach, swetrach i kurtkach, a jeśli w marynarkach to koniecznie zamszowych, stanowili obiekt szczególnego zainteresowania pięknych dziewczyn, nie bez powodu liczących na zimowy wypad do Zakopca czy letni do Sopotu, a przynajmniej na zaproszenie do Klubu Związków Twórczych czy Dziennikarzy. Bo ci chłopcy mieli wszędzie „wejścia”, plus skutery lambretta, niektórzy samochody, w tym jednego jaguara. Ale jak się było artystą, człowiekiem dowcipnym i niebanalnym, to owe piękności zdecydowanie miękły. A artystów w Pałacyku nigdy nie brakowało.

Teatry i literaci

Bo koniec lat pięćdziesiątych to nieprawdopodobny rozkwit studenckich teatrów i kabaretów, czas odreagowywania socrealizmu, nadganiania Zachodu przynajmniej na polu kultury, wyjazdów za żelazną kurtynę, które – choć ściśle reglamentowane – dawały choćby złudzenie przynależności do innego, normalnego świata.

W każdym akademiku pojawiały się ansamble i… znikały najczęściej po pierwszym, no może po trzecim „spektaklu”. Ich miejsce zajmowały nowe. Był ruch, był ferment, była świetna, wyrabiająca smak i poszerzająca tak zwane horyzonty, zabawa. Wielu to nie wystarczało i ci trafiali do zespołów bardziej profesjonalnych.

Takim był Kalambur funkcjonujący w Pałacyku do momentu otrzymania własnej siedziby przy ulicy Kuźniczej w roku 1963. Ile osób się przez niego przewinęło, zapamiętał chyba tylko jego szef Boguś Litwiniec, bo w końcu to senatorska głowa. Kilkudziesięcioletnia działalność teatru została gruntownie opisana i zdokumentowana, znane są fakty, daty i wydarzenia. Ale kalamburowscy artyści to była również konfraternia niestroniąca od zabawy, mądrego wygłupu, wesołej popijawy, bratająca się z ludźmi spoza „branży”, oczywiście przede wszystkim w Pałacyku.

W towarzystwie Edzia Lubaszenki (obdarzonego szaliapinowskim głosem), Januszka Hejnowicza (bodaj najlepszego aktora w zespole), Piotrka Załuskiego (reżysera i dziennikarza), Ryśka Wojtyłły (aktora i tekściarza), Jurka Wojciechowskiego (pianisty i mistrza szpady) czy Piotrka Wieczorka (scenografa) nie sposób było się nudzić. Wowka Herman, popychający Kalambur w stronę bardziej poetycką (reżyser pięknych małych form – „Pieśń nad pieśniami”, „Inge Bartsch”, „Niobe”), nieustannie zabiegany w poszukiwaniu nowych talentów scenicznych, w chwilach luzu bezbłędną ruszczyzną opowiadał pieprzne i polityczne dowcipy.

To Herman właśnie współorganizował świetne Noce poezji i jazzu, na które przychodziło się nie tylko dla doznań artystycznych, ale i dla atmosfery: przyćmione światła sali lustrzanej, punktowe reflektory na recytatorów i muzyków, papierosowy dym, wino. Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi…

Podobny, półtowarzyski charakter miały Turnieje jednego wiersza, gdzie o nagrodę pieniężną rywalizowali głównie młodzi poeci, a bywało, iż w jury zasiadali wybitni krytycy, m.in. Sandauer, Bieńkowski czy Kubikowski, których werdykty zazwyczaj szanowano. Aliści pewnego razu niezadowolony krakowski twórca Wicek Faber wygłosił coś na kształt manifestu, rugając dostojne grono grubym słowem, po czym zszedł piętro niżej, by kontynuować to, co znacznie wcześniej zaczął, czyli… propinację.

Sympatyczną gromadkę stanowili młodzi adepci literatury, którzy co prawda publikowali niezbyt często, ale każdy, jak sami mawiali, „druk” wywoływał u nich pragnienie możliwe do zaspokojenia jedynie przez płyny otrzymywane w zamian za honorarium. Szczebel wyżej na pałacykowym parnasiku stali autorzy z dorobkiem książkowym – tomików poezji czy powieści, tym samym pasowani na prawdziwych literatów. Zaś autentyczną nobilitacją była przynależność do ZLP, dająca już konkretne profity; stypendia, wyższe stawki honorariów, płatne wieczory autorskie, a nawet wyjazdy zagraniczne. Tych ostatnich w kręgu Pałacyku było niewielu.

Krąglutki Janek Czopik, wiecznie pomieszkujący kątem u życzliwych przyjaciół i ciągnący za sobą wielkie paki z książkami, przebiegał klubowe sale w poszukiwaniu rosłych blondynek siedzących z jakimiś znajomymi. Przysiadał się bez skrupułów i rozpoczynał tokowanie. Zalane potokiem słów blondynki kompletnie traciły rozum i dawały się wyprowadzić z lokalu. Niestety, Jasio nie dysponował chatą, rzecz więc kończyła się odprowadzeniem otumanionej pod jej rodzinny dom czy akademik i szarmanckim pożegnaniem. Występował w postaci klasycznego psa ogrodnika. Ale był to pies bez wątpienia inteligentny, sympatyczny, czujny, wspaniale merdający ogonem, choć niecałkiem rasowy.

Brodaty i niewielki Krzyś Coriolan zamęczał słuchaczy opowieściami o swojej wędkarskiej pasji, lekkoatletycznych biegach i literaturze amerykańskiej – osobliwie Faulknerze. Pozował nieco na guru wobec młodszych i początkujących. Miał sporą bibliotekę w przedwojennym dużym mieszkaniu, do którego przychodziło się na mądre, choć raczej nudnawe, literackie dyskusje i piekielnie mocną herbatę, osobiście i ceremonialnie parzoną przez gospodarza. Kiedy jednak naturalną koleją rzeczy przechodziło się do spożywania cieczy jeszcze mocniejszych, Coriolan popadał w pridumku i zaczynał bulgotać, przeraźliwie zgrzytając zębami. Ta niesamowita umiejętność dziś dałaby mu z pewnością wpis do księgi Guinnessa.

Henio Gała uprawiał poezję awangardową i takiż dramat. Swoje jednoaktówki wystawiał we własnym teatrze „CzłoWiekXX”, oczywiście we własnej reżyserii. Było to interesujące przedsięwzięcie intelektualne, funkcjonujące około dwóch lat, bo na tyle – jak się zdaje – wystarczyło repertuaru. Na domiar złego najlepszą aktorkę podebrał mu Litwiniec i na wszelki wypadek wziął z nią ślub. Halinka Litwińcowa została damską podporą Kalambura, do dziś żoną, matką dorosłego syna i właścicielką stylowej, artystyczno-literackiej kawiarni „Pod Kalamburem”. Henio zaś prowadził życie poety-filozofa, składające się jak wiadomo z wina, kobiet i śpiewu, do której to działalności Pałacyk nadawał się wyjątkowo. Śpiewał nie najlepiej, ale do reszty nikt nie mógł mieć zastrzeżeń.

Teatr „Plama” błysnął nie tyle jedynym spektaklem w swojej historii, co zdecydowanym odporem na publicznie i mocno wyrażoną wątpliwość co do wartości przedstawienia i artystycznych kompetencji jego twórcy. Twórca – Olgierd Łotoczko, student historii sztuki z całkiem uzasadnionymi ambicjami literackimi, wystawił czteroosobową, mistyczno-demoniczną, awangardową w swoim czasie jednoaktową ramotkę Michela de Ghelderode pt. „Escurial”, sposobami i siłami bardzo amatorskimi. Rzecz całą niemiłosiernie zjechał kolega Ola ze studiów Jacek Ciechanowicz w recenzji zamieszczonej bodaj w „Gazecie Robotniczej”, a złośliwie zatytułowanej „Plama na honorze”, wywołując furię całej trupy. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem i chytrze podprowadzony pod jedno ze skrzydeł Pałacyku nieszczęsny krytyk dostał po pysku i kilka kuksańców. Jacek, młodzieniec postury raczej mikrej, w typie wzorowego ucznia dobrego angielskiego college’u, najpierw narobił wrzasku, a potem polazł na milicję, ta zaś słusznie uznała, że kiedy artyści biorą się za łby, to nie trzeba im przeszkadzać. Sprawa jednak nabrała rozgłosu i jakiś czas potem, w sali kominkowej, odbył się sąd koleżeński nad biednym Olem i resztą napastników. Przewodniczył Boguś Litwiniec. Ola solidnie opieprzono, nakazano przeprosić Jacusia, zaś teatr rozwiązano.

Krótkotrwałym zjawiskiem był również całkowicie autorski, makabryczno-surrealistyczny teatr „Trumna” Adasia Rząsy, przez kilka lat etatowego plastyka Pałacyku. Adaś, człowiek obdarzony inteligencją w ilości odwrotnie proporcjonalnej do wzrostu, miłośnik kiczu i częstochowskich rymów, napisał teksty, które wygłaszał ze śmiertelną(!) powagą, wywołując konwulsje śmiechu u widzów. W takiej samej, nieco „toporowskiej”, konwencji sporządził scenografię. Rzecz cała, pomyślana jako totalny, bezpretensjonalny wygłup, nieoczekiwanie stała się całkiem sensownym, awangardowym happeningiem, przysparzając autorowi zasłużonego uznania i jeszcze więcej gości w pracowience nad estradą w sali lustrzanej. Zdarzało się, że Adaś przez kilka dni z niej nie wychodził, i to nie za przyczyną nawału plastycznych zleceń…

Bywalcy i goście specjalni

Postacią równie popularną był Marek Gołębiowski, wieloletni student architektury, muzyk, aktor, mim w teatrze „Gest”, człowiek o wyrazistej twarzy białego clowna, facecjonista, gospodarz i barman w piwnicy „Arka”. Marek podawał za umiarkowaną cenę (a często i bez!) glühwein, czyli grzańca osobiście sporządzanego na bazie wina patykiem pisanego, cynamonu i goździków, a być może z dodatkiem kwasu solnego. Trunek ten nazajutrz wywoływał potężnego kaca, ale za to spożywało się go w dobrym towarzystwie. Do „Arki” schodzili po występach goszczący w Pałacyku artyści, jeszcze o mało znanych choć już cenionych nazwiskach i tam często-gęsto następował ciąg dalszy koncertu – najzupełniej prywatny i niecenzuralny w jak najszerszym znaczeniu tego słowa. Pamiętam dwudniowy, a właściwie dwuwieczorny, maraton Janka Pietrzaka i Jonasza Kofty z „Hybryd” śpiewających przy własnym gitarowym akompaniamencie utwory, również po rosyjsku, nadające się wyłącznie dla męskich uszu i absolutnie nienadające się dla uszu przedstawicieli przewodniej siły narodu. Bywał również w „Arce” Wojtek Młynarski czy Leszek Długosz, którego „Gołąb” darzył estymą szczególną. Na znak uwielbienia przyklękał i całując po dłoniach szeptał – Mistrzu! Do tej pory nie wiem czy była to zgrywa, czy serio. Myślę, że Marek też tego nie wie…

Przychodzili do Pałacyku ludzie znani i rozpoznawalni – m.in. Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, a raz(?) nawet pojawił się Roman Polański. Wkroczył do sali na parterze w asyście grona akolitów, po czym zamówił w biurze telefoniczną rozmowę z Tokio, gdzie kręciła film jego żona Barbara Kwiatkowska. Polański był już po „Nożu w wodzie”, który dzięki fatalnym oficjalnym recenzjom, okolicznościom towarzyszącym jego realizacji i opinii niepokornego skandalisty, zyskał rozgłos nie tylko w tzw. środowisku, ale znacznie szerszy. Ponieważ do rozmowy z Tokio chyba nie doszło, a reżyser szybko się z klubu wyniósł, nie zawierając z nikim bliższej znajomości, któryś z zawiedzionych stwierdził: trzeba było na pocztę!

Cybulski – jak wiadomo – zawierał przyjaźnie w sposób spontaniczny i w ilościach hurtowych. W Pałacyku miał przynajmniej kilkunastu kumpli. Pamiętał ich imiona i nazwiska nawet po dłuższym niewidzeniu, ci zaś nie traktowali go jak gwiazdora, tylko jak fajnego, wesołego koleżkę. Był po prostu swój. Zupełnie inaczej niż w Związkach Twórczych, gdzie byle cinkciarz poklepywał go po plecach i usiłował stawiać wódkę. Podobnym typem człowieka był Kobiela.

Nie sposób nie pamiętać Czesia Smoleńskiego, cudownego gadułę, absolutnego ulubieńca pań w każdym wieku, które komplementował ku ich ukontentowaniu z wdziękiem starego, mądrego świntucha Rabelais’go, choć był jeszcze młodzieńcem. Utalentowany grafik i malarz, znawca heraldyki i sfragistyki, miłośnik starożytnej Grecji i Rzymu twierdzący, iż jest… poganinem, erudyta totalny, obdarzony na dodatek męską urodą i poczuciem humoru, niestroniący od wysokoprocentowych napojów, choć rzadko przekraczający miarę, trochę literat i poeta, wymyślacz a vista arcyciekawych, nieprawdopodobnych historyjek, słowem – błyszcząca dusza towarzystwa w najlepszym tych słów znaczeniu. Przez długi czas przychodził do Pałacyku ubrany jak landlord – jaskółka, sztuczkowe spodnie, lakierki, białe getry, czarna dyplomatka, parasol i… melonik. Skąd on to, cholera, wziął? Choć przyjaźniliśmy się do ostatnich lat jego życia, nigdy się tego nie dowiedziałem.

Byli jeszcze bywalcy trochę „drugiego szeregu”, niestudenci, chłopcy raczej nieskomplikowani, ale znakomicie przystosowujący się do pałacykowych obyczajów i studenckiej atmosfery. Byli, z małymi wyjątkami, akceptowani. Rzadko znani z nazwisk, mieli swoje ksywki: Agrafka, Ali, Siniak, Wagabunda, Strzelba, Azjata, Lord, Dżof, Geniusz. Nie bardzo wiem, co się z nimi dziś dzieje.

Napisałem o ludziach, których znałem, lubiłem, z niektórymi chyba przyjaźniłem. Z nimi przede wszystkim kojarzy mi się Pałacyk. Mój Pałacyk. Innym „wspominaczom” będą się z pewnością kojarzyć inni znajomi i przyjaciele. Ale ci wszyscy wspominani i wspominający stanowili jakąś niezwyczajną wspólnotę młodości, zabawy, twórczych porywów, świadomości uczestnictwa w czymś, co zdarzyć się może tylko raz w życiu. Wielu już nie ma wśród nas…

Wypijmy za nich!

Andrzej Łapieński

 

Szopianka w Pałacyku – Danka Szopianka-Strumpf

Ostatnie muśnięcia żelazkiem sukni ze złotej lamy. Spiker zapowiada noworoczną szopkę wrocławską Studia 202. Po słowach Narratora: „A oto bieży muza młodzieży!” – aktorka, Łucja Burzyńska, jest mną, czyli prezesem klubu studenckiego Pałacyk. Pamiętny Sylwester 1963/64. Kryształowe lustra w sali Balowej odbijają się w nieskończoność. Tę niesamowitą dekorację wyczarował pan Stanisław Piątek, elektryk z Teatru Polskiego. Artysta. Korowód tancerzy przepływa przez sale, w których na co dzień dzieje się wiele. Spotkania z luminarzami kultury i sztuki (m. in. z Jerzym Andrzejewskim, Zbigniewem Bieńkowskim, Jerzym S. Sitą, Franciszkiem Starowieyskim), wystawy prac plastycznych, choćby wybitnego Tomka Łowickiego – malarza i grafika, odbywają się spektakle Teatru Kalambur, Teatrzyku Trumna Adasia Rząsy i Heńka Gały, mojego Teatru Poezji Pandora i Teatru Jednego Aktora Romka Szejda. Gra wyśmienity kwartet Jurka Pakulskiego, śpiewają Teresa Tutinas, Marysia Alaszewicz, Edek Lubaszenko i występują młodzi instrumentaliści z ruchu Pro Musica. Króluje jazz, ze słynnymi Nocami Jazzu i Poezji Wowki Hermana, czarują słowami Baśka Noskiewicz i Halina WoŹniczka. Odbywają się lekcje tańca towarzyskiego. Studenci pierwszych lat różnych uczelni przeżywają otrzęsiny, młodzi poeci walczą o Wawrzyn Pałacyku.

Prezesem Klubu Studenckiego Pałacyk zostałam po okresie bezkrólewia. Obowiązki dyrektora pełnił przede mną ekonomista, Zbyszek Rohan, póŹniej moja prawa ręka. Czarek Żyromski, wspaniały gawędziarz, chodząca encyklopedia i zarazem kronika Pałacyku, był sekretarzem, Ela Danielczykowa królowała w kasie, oddanymi gospodarzami budynku byli panowie Franciszek Pukas i Józef Bihun. Bramki, czyli wejścia, pilnowali m.in. Zbyszek Lachowicz, Jacek Wenzel i Krzysiek Tenerowicz.

Już na początku pracy przyjęłam zasadę „coś za coś”, która przy permanentnym braku pieniędzy pozwalała prowadzić ożywioną działalność klubową. Plastycy – Kazik Jasiński-Szela, Adam Rząsa, Jurek Jerych – dekorowali klub, malowali plakaty i afisze reklamujące nasze imprezy w domach studenckich. Romek Szejd oddał przywiezione z Paryża płyty do pierwszej we Wrocławiu szafy grającej. W zamian mógł występować w piwnicznej salce. Lidka Panasiewicz i Dzidek Kowalski, młodzi architekci, wymyślili nowy wystrój kawiarni Π-nesca tylko za satysfakcję ze zrealizowania projektu. Studentom I roku PWSSP oddałam do dyspozycji ściany biura klubu – po jednym metrze kwadratowym. I tak powstała klubowa pinakoteka.

Wiele imprez artystycznych i akcji społecznych wymyśliłam z Heńkiem Gałą. To ja – przewrotnie – skusiłam fraszkopisarza i autora wielu złotych myśli, Heńka Jagodzińskiego, do poprowadzenia akcji antyalkoholowej w środowisku studenckim. Biedny Henio propagując kefiry wytrwał dzielnie w abstynencji. Wygraliśmy konkurs i sporą sumę na dalszą działalność.

Pisał o nas często w „Słowie Polskim” red. Michał Żywień, odwiedził nasz klub Jacek Kalabiński i napisał reportaż wydrukowany w czasopiśmie „France-Pologne”. Najkrócej ujął to Andrzej Waligórski, który na spotkaniu autorskim powiedział:

Szopianka w Pałacyku?
Bój się Boga, chłopie!
To raczej – Pałacykówna w szopie!

Powoli udało mi się wprowadzić snobizm na bywanie w Pałacyku nie tylko na wieczorkach. Obowiązywała karta klubowa. Do dobrego tonu należało bywanie w kawiarence językowej (cykl spotkań pod hasłem: „Koledzy, nie momotać” – sparafrazowana akcja „Polityki” pod nazwą „Obywatele, nie jąkać się”), albo w Klubie Globtrotera, w którym dzielono się wrażeniami z podróży po świecie. Po cyklu spotkań z władzami sąsiednich województw, które oferowały u siebie pracę absolwentom wyższych uczelni, klub przemianował się na Klub Studenta i Absolwenta Pałacyk. Skorzystało na tym i środowisko studenckie, i absolwenci.

Włączaliśmy się aktywnie w życie kulturalne miasta. Na Festiwalu Sztuk Współczesnych w 1963 r. opiekowaliśmy się Teatrem Ateneum, który przywiózł z Warszawy spektakl Jarosława Abramowa i Andrzeja Jareckiego „Duże jasne” w reżyserii Jerzego Markuszewskiego.

Podczas końcowej owacji, wraz z koszami kwiatów, wtoczono beczkę piwa, wybito szpunt i podano w halbach pieniące się małe jasne. Potem balowaliśmy w Pałacyku aż do rana.
Danka Szopianka-Strumpf
Prezes klubu 1962 – 1965

Jeszcze o Pałacyku. I nie tylko – Ludwik Bukowski

Artykuł red. Jacka Antczaka o Pałacyku pt. „Bohema studenckiej enklawy” zamieszczony na stronie SD RP Dolny Śląsk przeczytałem z przyjemnością. Łza się kręci w oku na wspomnienie osób, wydarzeń, klimatu panującego w klubie (a byłem z nim związany przez całą niemal dekadę lat sześćdziesiątych). Autor nie obrazi się zapewne, jeżeli dorzucę garść dodatkowych informacji. Zabrakło mi w tekście nazwisk kilku wspaniałych twórców, jak choćby Staszka Korsa – artysty plastyka, który podobnie jak Jan Sawka zyskał światową sławę, czy Jerzego Hankiewicza od fotografii, Marka Dyżewskiego – twórcy i wieloletniego animatora Dni Muzyki Starych Mistrzów, „Elity” z Jankiem Kaczmarkiem, wspaniałego zespołu „Sami Swoi” z Hanną Banaszak. Trzeba też wspomnieć Tereniusza Nawrockiego, który podobnie jak Szopianka czy Rudzka, przez kilka lat był dyrektorem Pałacyku, czy choćby codziennych niemal bywalców klubu – redaktorów Tadeusza Burzyńskiego z „Gazety” i Michała Żywienia ze „Słowa”. Mam świadomość, że nie sposób wymienić wszystkich, którzy zostawili swój ślad w Pałacyku i pozostali w naszej pamięci i że Jacek Antczak świetnie przekazał te informacje, które uzyskał od swoich rozmówców.

Słowo „bohema” jednoznacznie określa profil artykułu, ale gwoli prawdy pragnę nieco szerzej spojrzeć na działalność i rolę klubu. Wprawdzie Pałacyk pomyślany był jako Centrum Kultury Studenckiej, ale był przecież domem nie tylko dla twórców i artystów, ale i dla wielu grup hobbistów i różnych zapaleńców, które miały swój znaczny udział w tworzeniu dorobku, atmosfery i historii klubu. Zasada działania Rady Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich zarządzającej Pałacykiem była bowiem prosta – otwierać podwoje przed wszystkimi, którzy pragną tu rozwijać swoje zainteresowania, zdolności, ambicje niekoniecznie związane ze sferą kultury. Stąd mnogość formalnych i nieformalnych zespołów, grup twórczych, klubów zainteresowań, sekcji, studiów itd.

Warto więc przypomnieć, że w Pałacyku miał siedzibę (i przez pewien okres własną Salę Kominkową) Akademicki Klub Turystyczny im. Mieczysława Orłowicza z Kołem Przewodników i Sekcją Grotołazów. Członkowie Sekcji w 1962 roku odkryli w Tatrach jaskinię nazwaną przez odkrywców Czarną, uznaną podówczas za najdłuższą w Polsce (tak, tak! To dopiero była sensacja!) i mieli swój znaczący udział w odkryciu i zagospodarowaniu Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie na ziemi kłodzkiej. Wystawy fotograficzne z kolejnych wypraw podziemnych były w Pałacyku kilkakrotnie eksponowane. Z AKT wywodziła się Ola Domańska, wieloletnia szefowa schroniska studenckiego Domek Myśliwski, a później Strzechy Akademickiej. W Pałacyku częstym gościem była niezapomniana Wanda Rutkiewicz, sympatyczka AKT, najbardziej chyba znana wrocławianka na świecie. To AKT był organizatorem wielu popularnych studenckich wypraw i imprez turystycznych tradycyjnie kończących się przemarszem z Dworca Głównego do Rynku i dekorowaniem pomnika Fredry kolorową chustą. Warto wspomnieć jedną z wyjątkowych imprez – organizowaną wspólnie z Kalamburem Noc Jazzu i Poezji na zamku Chojnik.

Prezesami AKT byli między innymi Janek Klamut ps. Fafik (dzisiaj profesor fizyki i dyrektor Instytutu Niskich Temperatur), Janusz Czerwiński (znawca turystyki, wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Legnicy, autor wielu przewodników po Dolnym Śląsku i Wrocławiu), Staszek Anioł (jeden z najlepszych obecnie w kraju specjalistów od wyciągów i kolei górskich, właściciel Stacji Narciarskiej Kamienica). Na marginesie warto wspomnieć, że AKT-owcy do dnia dzisiejszego, raz do roku, zjeżdżają z całego kraju do Strzechy Akademickiej na 2-3-dniowe spotkania towarzyskie. Spotkaniom przez wiele lat „dyrektorował” Jacek Rejman.

W Pałacyku prowadziło działalność studenckie Biuro Podróży „Almatur”, z którego wywodziła się późniejsza czołowa kadra profesjonalnej turystyki wrocławskiej, a w którym przez wiele lat nieformalną, ale jakże skuteczną szefową była Mika Anioł. Osobne rozdziały to Akademicki Klub Jeździecki, czyli grono zapalonych „koniarzy” z jego twórcami Henrykiem Geringerem (dzisiaj profesor na Uniwersytecie Przyrodniczym) oraz Stanisławem Lorancem (AKJ utworzył w podwrocławskich Świniarach własny ośrodek jeździecki z kilkunastoma końmi!), Akademicki Klub Płetwonurków z Norbertem Pospiesznym (dzisiaj także profesor Uniwersytetu Przyrodniczego) czy Akademicki Klub Narciarski, którego współtwórcą był Wojtek Jonak, wspaniały narciarz, GOPR-owiec, potem lekarz wielu wypraw wysokogórskich. Można by tu jeszcze dodać Klub Pilotów Zagranicznych z Tomkiem Kwiatkowskim czy SSP ONZ (Studenckie Stowarzyszenie Przyjaciół ONZ) z Walerym Pańko (późniejszym szefem NIK) i Jankiem Sadlakiem (pracownikiem struktur oenzetowskich).

Pałacyk to także siedziba Rady Okręgowej ZSP. Jej liczne komisje i sekcje zajmowały się rozwiązywaniem codziennych problemów środowiska studenckiego, dbały o właściwy podział funduszy stypendialnych, o żywienie studentów w stołówkach, o sprawne funkcjonowanie akademików, studenckiej służby zdrowia czy spółdzielni studenckiej „Robot”, o sprawny przebieg toku studiów, o studentów pracujących. To tu organizowane były studenckie koła naukowe i obozy dla ich uczestników, konkursy na najlepszego studenta „Primus Inter Pares”, MHS-y (wakacyjne międzynarodowe hotele studenckie). Tu rodziły się koncepcje działalności klubów na uczelniach, pracy samorządów w domach studenckich, ważniejszych przedsięwzięć kulturalnych. Tu działało biuro kwater studenckich „Pokoik dla żaka” czy punkty porad prawnych dla studentów.

Swoją działalność w Radzie Okręgowej i wiele dni spędzonych w Pałacyku pamiętają zapewne do dzisiaj setki wspaniałych ludzi. Są wśród nich i ci, którzy zajmowali się sprawami ekonomicznymi (bytowymi) studentów, że wymienię tylko Zbyszka Kawalca, Jerzego Kosika, Pawła Chocholaka i Wojtka Witkiewicza (obecnie profesor nauk medycznych, dyrektor dużego szpitala), i animatorzy studenckiej kultury jak Włodek Sandecki, Janusz Zaporowski czy Maciek Kosiński, którzy później przez lata kierowali ważnymi centralnymi placówkami kulturalnymi, i działacze pionu nauki, a wśród nich Michał Sachanbiński (profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, dziś rektor Szkoły Wyższej Rzemiosł Artystycznych i Zarządzania), i Staszek Janik (późniejszy wicewojewoda dolnośląski). W RO zrodziła się koncepcja gazety studenckiej „Konfrontacje”, której pierwszym naczelnym był Rysiek Stemplowski (późniejszy szef Kancelarii Sejmu, były ambasador RP w Londynie i dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych). Jak mowa o gazecie, to nie sposób pominąć Czarka Żyromskiego, który był z prawdziwego zdarzenia fachowcem wśród entuzjastów-amatorów. To przez jego ręce przez wiele lat przechodziły wszystkie wydawnictwa i druki Pałacyku i Rady Okręgowej, on był w sprawach edytorskich kompetentnym doradcą i niezawodnym realizatorem (Bóg raczy wiedzieć, jak on to robił w tamtych czasach, kiedy nie było papieru, limitów, farby, mocy przerobowych itd.).

Wreszcie w RO działały komórki odpowiedzialne za zapewnienie odpowiedniej „kasy”, także dla Pałacyku i wszystkich jego grup twórczych, za pomnażanie skromnych środków otrzymywanych na działalność (dotacja stanowiła jedynie 30% budżetu, reszta to środki z działalności i sponsoring) oraz za skrupulatne rozliczanie każdej wydanej złotówki. Szczególną bezwzględnością w pilnowaniu społecznego grosza i w egzekwowaniu dyscypliny budżetowej wyróżniał się główny księgowy RO Tadeusz Olejarz (zaimportowany zresztą z Krakowa). Jego następcy, Andrzej Remiś i Janina Stawna, kontynuowali metody wypracowane przez poprzednika. Było to niezbędne. Przecież niemal wszyscy bywalcy Pałacyku, nie wyłączając tych wymienionych z nazwiska, byli studentami, mieli niewiele ponad dwadzieścia lat, wielki zapał do działalności, ale zero doświadczenia i dość luźny stosunek do pieniądza. Trzymanie tego towarzystwa „za twarz” w sprawach finansowych było niezbędne. Z tych samych powodów konieczne było przestrzeganie ustalonego i w Pałacyku, i w Radzie ładu organizacyjnego. Czuwali nad tym sekretarze RO, m.in. niezawodni Janusz Stankowski, Kajtek Mojzesowicz, Andrzej Miśkiewicz, Platon Wysoczański.

Warto także wspomnieć o sprawie, która nie jest chyba powszechnie znana. Zarządzająca nieruchomością Rada Okręgowa ZSP przez przypadek, a może powodowana wyobraźnią, podjęła starania o uregulowanie spraw własnościowych budynku. Było to na początku lat sześćdziesiątych, kiedy wszystkim wszystko wydawało się stabilne i niepodważalne. Odpowiednie zabiegi ówczesnego przewodniczącego Rady Gienka Adamczaka (późniejszego dyrektora Ossolineum i Wydawnictw Kartograficznych) i prawniczemu doświadczeniu radcy prawnego mec. Zenona Marmaja (karierę zakończył jako sędzia Sądu Najwyższego) uzyskano wpis do księgi wieczystej ustanawiający prawo do nieruchomości. W efekcie Pałacyk jako jedyny wśród sztandarowych klubów studenckich w kraju pozostał własnością ZSP, czyli studentów (jak działa obecnie, to już inna sprawa). Inne tego typu placówki jak „Od Nowa” w Poznaniu, „Pod Siódemkami” w Łodzi, „Jaszczury” w Krakowie, „Żak” w Gdańsku, w okresie przekształceń w kraju zmieniły właściciela, zarządcę i – niestety – użytkowników. A szkoda!

Nawiążę jeszcze raz do wspomnianego artykułu, a właściwie do jego nadtytułu. Faktycznie w klubie obok tysięcy młodzieży bywali często ludzie świata kultury, nauki, polityki, życia gospodarczego, w tym najwybitniejsze w owych czasach indywidualności. Ważne jest jednak i to, że wielu, bardzo wielu znanych i uznanych dzisiaj aktorów, muzyków, twórców literatury, dziennikarzy, naukowców, menadżerów, biznesmenów, właścicieli firm swoje pierwsze kroki stawiało właśnie w Pałacyku. Tutaj przeżywało pierwsze sukcesy i porażki. Często te pierwsze doświadczenia były decydujące dla ich dalszego rozwoju i kariery. Prawdą jest, że część stałych bywalców stanowili tzw. wieczni studenci. Byli oni jednak tylko statystami.

Pragnę także dorzucić dwa słowa do opisywanej przez Jacka Antczaka wizyty w Pałacyku prawie całego Biura Politycznego KC PZPR. Było to rzeczywiście niecodzienne wydarzenie. „Cynk” o możliwości odwiedzin 2-3 osób z „wierchuszki” mieliśmy wcześniej. Wśród części „góry” panował bowiem snobizm na odwiedzanie klubów studenckich. Na wszelki wypadek obsadziliśmy kolegami jeden stolik, by w razie potrzeby zwolnić go dla gości. Wzmocnieniem „bramki” zajął się dobrowolnie wspomniany A. Miśkiewicz, rosły i trzeźwo myślący facet. Kiedy zaczęły podjeżdżać pod klub limuzyny, rozpoznane osoby witał po gospodarsku przez podanie ręki. Z innymi panami w ciemnych garniturach i takich samych okularach witał się po przyjacielsku, czyli „na niedźwiadka”, badając przy tym, czy mają coś twardego pod pachami. Tych, co mieli, nie wpuszczał, uzasadniając to względami bezpieczeństwa. Jak się okazało, klub odwiedziła prawie cała górna polityczna półka w sile kilkunastu osób (jaka ona była, każdy wie, ale wyższej podówczas nie było). Osoby towarzyszące zostały skutecznie odsiane „na bramce” i czekały w samochodach. Oczywiście dla wszystkich nie starczyło miejsc. Ktoś zapytał mnie, co robić. Odpowiedziałem, że nic, przecież i stali bywalcy, i goście to dorośli ludzie, więc dadzą sobie radę. Nie było żadnych problemów. Zenon Kliszko, siedząc na stopniu estradki, recytował jakiejś młodej damie wiersze Norwida, a potem dyskutował o nich ze Staszkiem Szelcem, Mieczysław Moczar wygłaszał jakieś pretensje pod adresem studentów związane z Marcem 68, Mieczysław Jagielski opowiadał o problemach ekonomicznych, inni gadali o tym i owym, jak to w klubie. Jedyny stres, jaki przeżyłem, to występ Leszka Niedzielskiego ze skeczem o Hitlerze. Aktor był dość mocno nadwerężony i po prostu bałem się, by nie spadł z beczki, z której przemawiał. Nie spadł!

Co do kosztów pobytu gości, to każdy zamawiał „według potrzeb”, a nasza bufetowa, urocza pani Stenia, wszystko skrupulatnie notowała. Opuszczając klub około godz. 2.00, nikt nie wspominał o pieniądzach. Jak to między dżentelmenami. A jednak… Nazajutrz na Stadionie Olimpijskim odbywała się gala 25-lecia PRL. Miałem zaproszenie na trybunę honorową (!). Kiedy zasiadłem na wyznaczonym miejscu, podszedł do mnie jakiś nieznany mi mężczyzna (może z tych, co mieli coś twardego pod pachą) i wręczając pękatą kopertę, powiedział: „To zrzutka towarzyszy na pokrycie kosztów wczorajszego pobytu w Pałacyku” (tak powiedział!). Jak później stwierdziliśmy z miłym zaskoczeniem, poniesione koszty pokryte zostały z dużą górką.

Jak już się obracamy w wyższych sferach, to wspomnę o jeszcze jednym epizodzie, a właściwie o fatalnej wpadce. Pewnego wieczoru podjechała pod Pałacyk limuzyna ozdobiona proporczykiem państwa (jego nazwę pominę), którego przedstawiciel w randze konsula siedział w środku. Okazało się, że jeden z kolegów z RO umówił wizytę, ale po prostu o niej zapomniał i tego wieczoru nie przyszedł do klubu. Żaden z obecnych przedstawicieli Rady, wyjątkowo w tym dniu (czyjeś imieniny lub oblewanie dyplomu) nie mógł, a nawet nie powinien, podejmować dyplomatycznych rozmów. Trzeba było jednak natychmiast działać. Jedyny ratunek widzieliśmy w pałacykowym „bramkarzu” panu Józefie Bihunie. A trzeba wiedzieć, że był to starszy, kulturalny jegomość, przedwojenny działacz związkowy, zawsze schludnie ubrany (garnitur, koszula, krawat), z miniaturką jakiegoś odznaczenia w klapie. Pasował. Udostępniliśmy wszelkie gabinety, zorganizowali poczęstunek i… Pan Bihun doskonale zdał egzamin. O czym rozmawiano, nie mam pojęcia. Faktem jest natomiast, że rozmowa „przedłużyła się znacznie poza limit przewidziany protokołem”.

Ludwik Bukowski

W latach 1964-1970 wiceprzewodniczący, następnie przewodniczący RO ZSP

PS
Do zawartego we wstępie wspomnianego artykułu pytania „kto buchnął żyrandol” z sali balowej dodam jeszcze jedno: kto „zwinął” piękny kominek z Sali Kominkowej, wspaniałe dzieło przedwojennych mistrzów zduńskiej sztuki. Był on zdemontowany na czas remontu przez wykonawców i do Pałacyku już nigdy nie wrócił. Może warto go odszukać i wydrukować zdjęcie? A nuż ktoś przez przypadek trafi. lb

Mój kochany Pałacyk – Tereniusz Nawrocki

Z perspektywy własnego życia łatwo mogę wyróżnić pierwszy okres swojej pracy zawodowej. A było to w moim ukochanym Pałacyku, w latach 1965-1969, po siedmioletniej działalności w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Dyrektorem Pałacyku zostałem za namową Włodka Sandeckiego, wielce zasłużonego dla kultury studenckiej, twórcy FAMY. Kierowanie tą placówką przejąłem od Danuty Szopianki, później dziennikarki telewizji we Wrocławiu. W Pałacyku znaleźli swoje miejsce młodzi literaci, muzycy jazzowi, piosenkarze, twórcy teatralni i kabaretowi, plastycy, scenografowie, miłośnicy filmu i fotografii, grotołazi, alpiniści, dziennikarze i wydawcy; z życzliwością wspominam Andrzeja Kuryłę, Bogusia Klimsę, Tadka Kosińskiego, Jurka Pakulskiego, Halinkę i Bogusia Litwińców, Michała Jędrzejewskiego, Tadzia Burzyńskiego, Henia Gałę, Marka Gołębiowskiego, Leszka Niedzielskiego, Czesia Stasiewicza, Rysia Uklańskiego, Zbyszka Lachowicza, Andrzeja Leparskiego, Jana Aleksiuna, Czarka Żyromskiego, Wandę Rutkiewicz, Michała Diamenta, Teresę Tutinas, Ewę Sadowską, Adasia Rząsę, Jurka Jezierskiego, Wojtka Siwka, Michała Żywienia i Marka Łaciaka.Pałacyk należał do elity klubów w kraju, obok Hybryd, Stodoły i Piwnicy Pod Baranami.

Z Pałacykiem związana była wrocławska awangarda literacka lat 60. ubiegłego stulecia – grupa Dlaczego Nie (H. Gała, J. Jankowski, S. Kapuścińska, A. Bartyński, J. Czopik-Leżachowski, S. Chaciński, K. Coriolan). A także pierwsze liczące się środowisko jazzowe (T. Kosiński, A. Ciążyński, J. Kurzawa, Z. Piotrowski, J. Pakulski), grupa plastyków (M. Jędrzejewski, Z. Paluszak, W. Zajączkowski), działacze Dyskusyjnego Klubu Filmowego (C. Stasiewicz, R. Uklański, C. Żyromski), twórcy teatru studenckiego (W. Herman, B. Litwiniec, M. Gołębiowski), kabaret Trumna (A. Rząsa).

W okresie wakacji Klub Studenta i Absolwenta Pałacyk, tak bowiem brzmiała pełna nazwa tej placówki, przemieniał się w Interklub ZSP. Pojawiali się w nim studenci z 42 krajów, rocznie około 2500. Przebywali oni we Wrocławiu 3-5 dni, zwiedzając jego zabytki, wytwórnię filmów, odwiedzając teatry, galerie, muzea; szczególnym zainteresowaniem cieszyły się seminaria: polsko-francuskie i polsko-kanadyjskie.

W Pałacyku można było obejrzeć wystawy, np. malarstwa Jerzego Adamskiego, przedstawicieli Szkoły Wrocławskiej, Jana Aleksiuna, fotografii grupy Odra 65, ekspozycje związane z I Studenckim Przeglądem Sztuk Plastycznych. Odbywały się tam też Międzynarodowe Festiwale Teatru Otwartego, których dyrektorem był Boguś Litwiniec.

Słynne były pałacykowe bale i zabawy sylwestrowe, urządzane w Sali Lustrzanej, pod rozmaitymi tytułami, m.in.: “Od piramid do Alaski”, “Pałacyk nad Sekwaną”, ze scenografią Adasia Rząsy i Jurka Jezierskiego. W jednym z takich balów udział wzięła pięćdziesięcioosobowa grupa kombatantów z Francji. Powitanie gości było szczególne: przed Pałacykiem – kompania honorowa Śląskiego Okręgu Wojskowego, orkiestra wojskowa i wielka parada francusko-polska.

W miłym nastroju odbywały się koncerty jazzowe, w tym jam session (sala Zielona) z udziałem najlepszych muzyków. Z przyjemnością wspominam, że nie tylko studenci stali się miłośnikami zespołu jazzowego Jerzego Pakulskiego (zresztą znakomicie się przy nim bawili).

Warto wspomnieć o występach estradowych z udziałem m.in. Marii Alaszewicz, Teresy Tutinas, Ewy Sadowskiej, Zdzisławy Sośnickiej, Ewy Demarczyk, Jeana Arnoulfa z Francji, Tadeusza Chyły.

Odpocząć można było w Pałacyku przy lampce pysznego grzańca doprawionego korzeniami. Napój ów przygotowany był w piwnicy Arka przez barmanów, którymi byli studenci Wydziału Chemii Politechniki Wrocławskiej. Dzięki ministrowi Adamowi Rapackiemu grzańce były znane w dyplomacji. Za radą pana ministra dyplomaci często odwiedzali Pałacyk w celach degustacyjnych. Zaś kelnerzy z hotelu Monopol przybywali z wiaderkiem po ten “dyplomatyczny napitek”.

“Bosmanem” był Henio Jagodziński, aforysta, który postanowił przejść przez życie z radością i bez etatu! Doskonale pamiętam monodramy Mai Komorowskiej, spotkania z Maciejem Zembatym, występy Gestu, Pineski z Cezarym Sokołowskim. Pamiętam też jak Zenon Kliszko recytował Cypriana K. Norwida podczas balu, kiedy to w 1965 r. członkowie Biura Politycznego PZPR niespodziewanie o godz. 23.00 odwiedzili Pałacyk.

Honorowymi członkami Pałacyku (z tytułem tym związany był specjalny medal autorstwa A. Rząsy) byli m.in.: Bolesław Drobner, pierwszy prezydent Wrocławia, Zbigniew Cybulski. W klubie regularnie bywali: Bogdan Łazuka, Jadwiga Barańska, Andrzej Waligórski, Jerzy Grotowski, Rafał Wojaczek, Stanisław Srokowski, Bogumił Kobiela. Ten ostatni wygrał zakład z jedną z wybitnych polskich aktorek filmowych o to, że w kalesonach z troczkami, pod rękę z babcią klozetową, w takt marsza weselnego, przejdzie od toalety, przez salę Zieloną, do bufetu, gdzie wypiją po dwa drinki uwieńczone bruderszaftem. A następnie swoją towarzyszkę odprowadzi do jej miejsca pracy. Wygrana była tak wysoka, że wystarczyła na całonocny bankiet dla stu osób.

Tamten Pałacyk przeszedł już do legendy. Ale dla przedstawicieli “młodej sztuki”, środowiska studenckiego, legendarnym miejscem był on już w tamtych latach. Przede wszystkim zaś stanowił wyjątkowy azyl dla twórczej inteligencji wrocławskiej. Po trzydziestu trzech latach życzę moim kolegom, żeby nadal nosili w sobie, nie tylko we wspomnieniach, ówczesny kreatywny żar.

Tereniusz Nawrocki
Dyrektor klubu 1965 -1968

Z Kościuszki na Ofiar – Teresa Rudzka

W gorszym okresie nie mogłam trafić. Namówiona przez Bolka Owczarka, przy aprobacie Staszka Patera, rzucam sobie wyzwanie, na przekór rozsądkowi, ku uciesze cichych wrogów i podejrzliwości asekurantów – przyjmuję pracę w Klubie Studenckim Pałacyk. Chyba przez głupotę nie zdawałam sobie sprawy, w co wdepnęłam. Doświadczenia w ruchu studenckim żadnego, trudny okres, bo to marzec 1968 roku, i kompletna ruina budynku… Całą działalność merytoryczną przerzucam na doświadczonych działaczy, którzy chyba zadowoleni z takiego obrotu sprawy przejmują ogromny balast odpowiedzialności, mnie traktując w cichości ducha jak idiotkę i czekają, kiedy się wyłożę.

Rozpoczynam przygotowania do oddania budynku do generalnego remontu, co w tym czasie nie jest sprawą łatwą. Trzeba znaleźć inwestorów, uzyskać status prawny obiektu (do tej pory nieuregulowany), wykwaterować lokatorów zamieszkujących lewe i prawe skrzydło, wynaleźć im lokale mieszkalne. Później zamurować, przynajmniej prowizorycznie do pierwszego piętra, otwory okienne, co i tak nie uchroniło budynku przed dwukrotnym podpaleniem, kończącym się na szczęście tylko podejrzeniami o sabotaż i dwukrotnym wzywaniu do smutnego budynku przy Podwalu [siedziby KW MO – przyp. red. Witryny].

No i trzeba znaleźć obiekt zastępczy… Wzrok pada na byłe pomieszczenia Pantomimy przy ul. Ofiar Oświęcimskich, aktualnie zaanektowane przez Miastoprojekt. Toczy się formalna walka już nie na decyzje, bo te zapadły, ale na nerwy. Wygrywamy.

W starym, biednym, poranionym obiekcie na Kościuszki trwa jeszcze działalność na miarę okrojonych możliwości, bo sukcesywnie wyłączane zostają poszczególne sale. Zastrzeżenia mają wszyscy. I architekci, i potencjalni inwestorzy, bhp. Zostają np. wyodrębnione sektory pięknej sali Lustrzanej. Wielkimi kwadratami jest zaznaczone, gdzie może się skupiać nie więcej niż 50 osób (słynny artykuł Jasia Dębka „Nie tupać, bo się zawali”). I jak tu prowadzić działalność mającą także przynosić zyski (byliśmy chyba jedynym klubem studenckim w Polsce, gdzie zezwolono na wyszynk i skromną gastronomię we własnym zakresie)? Dochody czerpaliśmy także z wynajmowanych ścian, okien i każdej wolnej przestrzeni na cele reklamowe, m.in. Mody Polskiej. Miało to potrójną korzyść: tuszowaliśmy walące się mury, mieliśmy profity płynące z tego źródła, a i estetyka zyskiwała co nieco.

Po dwóch latach zmagań, licznych perypetiach, odmowach, zastrzeżeniach, wyszukiwaniu poprzez sfingowane przetargi wykonawców, sprawa o tyle się normuje, że w obiekcie starego klubu pozostaje Rada Okręgowa ZSP, mająca kontynuować przygotowania do remontu, a jakże skromną działalność przenosimy do lokalu zastępczego, wymagającego zresztą także licznych napraw i adaptacji do pracy na rzecz środowiska.

A mimo wszystko jakoś sobie radziliśmy z trudnościami, przeciwnościami, niedostatkiem finansów.

Nie było dla nas rzeczy niemożliwych. Nie był to czas stracony, był inny, a kto wie czy nie ciekawszy i bardziej inspirujący.

Czy ktoś się zastanowił, ilu ciekawych ludzi wyrosło właśnie w murach Pałacyku?

Teresa Rudzka
Dyrektor klubu 1968 – 1973
Z prywatnych notatek:

Uff!!! Jest wykonawca! Kruczki, sztuczki, ekwilibrystyka prawna, ale dzięki Ryśkowi Lutkiewiczowi (studenci nazywali go – pełnomocnik) i innych zaprzyjaźnionych i życzliwych nam osób uzyskujemy zgodę na prywatnego wykonawcę.

Co z tego, że co jakiś czas jestem wzywana na milicję z ciągłym zapytaniem, brzmiącym jak stwierdzenie: „wiecie, obywatelko, że on…”. Najgorsze, że nie mam pojęcia o remontach i wszystkich ciemnych sprawkach mogących nam grozić. Kieruję się jak zwierzak instynktem i nadrabiam bezczelnością. Byle nie dać się wykiwać.

…a swoją drogą ktoś na tych cholernych, obrzydliwych kutych żyrandolach nieźle zarobił…

…ulegam sugestii działaczy ZSP co do wystroju i nie mam już siły walczyć dalej. Jestem zbyt zmęczona i moja wątroba też.

…ostatnie godziny przed otwarciem. Zakładam się z Andrzejem Remisiem co do punktualności wejścia pierwszych gości. Przegrywam o 15 minut, bo pijany malarz, wchodząc z wiadrem farby potknął się o występ w nieoszklonych jeszcze drzwiach wejściowych i całą zawartość wiaderka rozlał malowniczo na posadzkę. Na zbieranie farby nie było czasu. Przykrywamy kawałkiem wykładziny nie bacząc, że w miarę upływu czasu biała farba wciskana licznymi stopami, o dziwo kieruje się nie w stronę sali głównej, tylko na chodnik przed budynkiem. Tak jakby to było zamierzone. I jak tu nie mówić o szczęściu?

Wszyscy wracamy do Pałacyku – Marek Chełmicki

Będąc uczniem szkoły średniej, z zazdrością patrzyłem na studentów, którzy mogli chodzić do klubów studenckich, przede wszystkim do popularnego Pałacyku, czy brać udział w Juwenaliach. Nawet w najskrytszych marzeniach nie przypuszczałem, że kiedyś wszystkie te tajemnicze miejsca z ich bogatym życiem kulturalnym staną przede mną otworem, a sam po kilku latach aktywnego działania w organizacji zostanę dyrektorem tego klubu.

Dzisiaj myślę, że naszemu pokoleniu (1970-77) udało się przeżywać niezapomniane chwile w ostatniej (jak historia pokazała) fazie rozkwitu, a wręcz eksplozji wszystkiego tego, co podręcznikowo określa się mianem kultury studenckiej. Rodziły się wówczas talenty artystyczne i organizatorskie, które do dziś mają ogromny wpływ na kształt i rozwój naszej kultury.

Klub środowiskowy Pałacyk funkcjonował przy Ofiar Oświęcimskich, właściwy budynek przy Kościuszki straszył pustką i wybitymi oknami, czekając na fundusze i decyzje o jego remoncie. Nastąpiło to w roku 1974, kiedy to dzięki staraniom Andrzeja Remisia, Kazika Kowala, prof. Tadeusza Porębskiego, Zbyszka Sawickiego i Gienia Mielcarka ówczesne władze zdecydowały się na odbudowę „starego” Pałacyku. Jako przewodniczący Komisji Kultury otrzymałem zadanie przeprowadzenia remontu i oddania klubu w ustalonym „odgórnie” terminie do września 1975 r.

To niespodziewane przyspieszenie stwarzało poważne problemy: nieprzygotowany projekt modernizacji, brak funkcjonalnego spojrzenia na całość budynku, nieskonsultowane podziały wewnętrzne pomieszczeń, ich przeznaczenie, nieuzgodniony podział administracyjny. Czasu było mało, a wszystkie problemy przed nami.

Rozpoczął się rok 1975, który dla mnie osobiście był rokiem i szczęśliwym, i pechowym: w kwietniu ślub, w maju mój pobyt w szpitalu, w sierpniu szpital mojej młodej żony, we wrześniu otwarcie Pałacyku. Uff, do dziś myślę, że jak na jeden rok to o wiele za dużo wrażeń.

Tymczasem silna grupa robocza (Rysiek Lechki, Marek Jankiewicz-Guma, Marian Szuran, Witek Wieszczek, Ziomek Kaleniak, Halina Meller, Jola Betka (już wtedy Chełmicka – nie miała wyjścia) działała. Guma pilnował budowlańców, którzy na przykład przeprowadzali przez środek sali Lustrzanej kanały wentylacyjne, reszta jeździła po Polsce „załatwiać” krzesła, dywany, oświetlenie, nagłośnienie, stoliki, wyposażenie kuchni, meble biurowe.

W czerwcu brakowało tylko kryształowego żyrandola do sali Lustrzanej oraz białego fortepianu. Żyrandol został zainstalowany w sierpniu, natomiast biały fortepian, choć zaliczka poszła, jedzie do dziś z Kalisza. Poszukiwania trwają, dzisiaj już nie tylko fortepianu.

Dotrzymaliśmy terminu, a nawet odbyły się trzy oficjalne otwarcia: dla budowlanych, dla działaczy i dla całego środowiska studenckiego. Pałacyk przyjął nazwę Akademickie Centrum Kultury. Na moje, nasze z Jolą nieszczęście, otrzymaliśmy zgodę na zamieszkanie na drugim piętrze Pałacyku. Nie było to najlepsze rozwiązanie dla młodego małżeństwa. Chodziliśmy spać w środku nocy po zakończeniu imprez, następnie budzili nas przyjaciele, którzy koniecznie chcieli się z nami pożegnać lub pożyczyć pieniądze na taksówkę, tuż nad ranem portierzy pytali, co mają zrobić z tymi, którzy nie chcą wyjść. Mimo naszych podkrążonych oczu Pałacyk hulał.

Krzysio Piasecki stworzył Studio Rozrywki, Wojtek Siwek i Maciek Partyka jednoczyli grupy i zespoły jazzowe, Krzysio Nowak prowadził Filmowy Klub Dyskusyjny, Boguś Litwiniec i Andrzej Leparski opiekowali się grupami teatralnymi, Jasiu Kaczmarek promował młodych piosenkarzy, działało Centrum Sztuki Poniżnika, Kutery i Mrożka. Nasze apetyty wzrastały. Prowadziliśmy Klub Festiwalowy na FAMIE w Świnoujściu i wreszcie zdobyliśmy upragnioną Czerwoną Różę – nagrodę dla najlepszego klubu w Polsce.

Nie sposób wymienić wszystkich, którzy przewinęli się przez Pałacyk w czasie, kiedy byłem jego dyrektorem. Każdy zostawił w nim cząstkę swoich zdolności, chęci, zaangażowania. Wszyscy wspomnieniami wracamy do Pałacu, do najpiękniejszych chwil naszego życia.

Marek Chełmicki
Dyrektor klubu 1974 – 1977

16 moich miesięcy – Wiesław Misiek

Uff!!! PAŁACYK pamiętam od końcówki lat 60. głównie za sprawą Jazzu nad Odrą. Kojarzy mi się z tłumem przed wejściem, zaduchem wewnątrz i atmosferą, której nie umiem nazwać, ale której nigdy nie zapomnę. Określenia: niezwykły, niepowtarzalny, mekka i wiele innych oddają tylko w części magnetyzm tego miejsca i zdarzeń tam tylko istniejących. Takich miejsc w Polsce siermiężnej lat 60. i 70. było zaledwie kilka i wyłącznie w środowisku studenckim. We Wrocławiu niewątpliwie tylko Pałacyk.

Wiele klubów studenckich miało swoją atmosferę, ciekawe imprezy i inicjatywy. Jednak w Pałacyku było to coś, co stawiało go samotnie na czele peletonu. W konkurencji magnetyzmu miejsca był najpierwszy i jeżeli ktoś chciał się choć otrzeć o tę niedefiniowalną emocję, musiał niewątpliwie trafić do Niego. Wielu powie, że to ludzie byli tam najważniejsi, ich witalność, ambicje, artystowskie dążenia. I pewnie w dużym stopniu będą mieli rację. Ale myślę, że to tylko część prawdy.

Bywałem w Pałacyku od połowy lat 60. do początku 80. Przez szesnaście miesięcy byłem jego szefem (1978-79). Zrobiliśmy w tym czasie kilkaset imprez, wprowadzaliśmy innowacje programowe, eksperymentowaliśmy, często wprowadzaliśmy „wadzę” w zakłopotanie.

Może to trudno dziś zrozumieć, ale nikt nie narzucał mi, co mam robić. Chęć działania w kulturze odczuwał znaczny odsetek środowiska studenckiego. Nasza więc rola (dziś się mówi menedżerów) była łatwa. Wspólnie z gronem moich „programowców” (Danka Bierzańska, Ola Kubicka) rozumieliśmy swoje zadanie jako stwarzanie możliwości do wypowiedzi artystycznej, propagatorskiej, animacyjnej i organizacyjnej. Nasze hasło to nie przeszkadzać i wspierać. Pieniądze były problemem, ale też nikt ich nie fetyszyzował. Pałacyk i część klubów studenckich przyciągały rozmaitych ludzi – od utalentowanych nieudaczników po odnoszących dziś sukcesy zawodowe w różnych dziedzinach życia.

Od lat jestem tylko obserwatorem niektórych działań artystycznych, bezpośrednio z rzadka uczestnicząc w imprezach kulturalnych. Znaczna część środowiska kultury nadal uznaje podział na „my” i „oni”. I wydaje się, że dziś te podziały są ostrzejsze niż wtedy. Zdumiony byłem, kiedy mi uświadomiono, jakie to ma znaczenie przy rozdziale funduszy, obsadzie stanowisk.

Dziś niektórzy dawni opozycjoniści chcieliby zapomnieć i wykreślić z życiorysu swój udział w wielu tamtych wydarzeniach i imprezach. A przecież selekcja w kulturze jest prosta, bo pozostaje to, co naprawdę było ważne i twórcze. Witek Liszkowski uświadomił mi, że to, co robiliśmy przed 20 laty na ulicach Wrocławia (razem z Leszkiem Mrożkiem i Romkiem Kołakowskim), dziś odżywa na świecie.

Daleki jestem od upiększania tamtych czasów. Ich piętno nosimy w sobie niezależnie od podziały na „my” oraz „oni” i każdy na swój sposób się z tym zmaga. Środowisko kultury studenckiej było czymś wyjątkowym. Wyjątkowe było m.in. z tego powodu, że nikt go nie dekretował, że było w szczególnym stopniu autonomiczne. Byli i wtedy ambitni działacze, którzy chcieli się wykazać, zrobić „karierę”, ale ich wpływ na potencję tego środowiska był żaden.

Siłą kultury jest mnogość inicjatyw, ich różnorodność. Rolą społeczności (lokalnej, państwa) jest stworzenie mechanizmów ich wspierania. Jeżeli mechanizm ten jest biurokratyczny i bezduszny to dla środowiska jest tylko ciężarem. Jeżeli dołożymy do tego podział na „my” i „oni” to efekty mamy takie, jakie mamy – mizerię we wrocławskiej kulturze. Kultura to nie tylko pieniądze, to nie tylko biznes dla nielicznych. To nie jest również sposób na życie dla niektórych, ani spełnienie prostackich ambicji ludzi, którzy w otarciu o znakomitości świata kultury chcą się dowartościować. I to by było…

Wiesław Misiek
Dyrektor klubu 1978 – 1979

 

Pałacyk – moja klęska i moja radość – Jan Sawka

Przyjechałem do Wrocławia studiować architekturę w jesieni 1964 roku. Pierwszy rok musiałem powtarzać, bo zawaliłem komis z matematyki. Główną przyczyną był Pałacyk. Otóż po wyrwaniu się z rodzinnego Zabrza, gdzie największą atrakcją kulturalną była orkiestra górnicza, we Wrocławiu otworzyły się przede mną Bramy Raju. Będąc synem architekta i polonistki, wychowany byłem na dobrych przykładach sztuki i architektury światowej, które wpoił we mnie Ojciec wróciwszy z Zachodu w 1945 roku z wielką skrzynią książek o Picassie, Braque’u, Gauguinie, Le Corbusierze i Bauhausie. Matka zaś wlała mi w głowę miłość do poezji i teatru. „Głos Ameryki” dodał jazz…

Wszystko to znalazłem w Pałacyku już po paru tygodniach. Wprowadził mnie tu Romek Runowicz (współtwórca zespołu „Romuald&Roman”), którego spotkałem po raz pierwszy na schodach Politechniki w dniu inauguracji naszego pierwszego roku. Spóźniliśmy się obaj na uroczystość, więc aby zdyskontować tę porażkę, poszliśmy na piwo za most Zwierzyniecki. Później okazało się, że tylko z naszego roku zaczęli się tam pojawiać Staszek Lose i Waldek Domagała, twórca „Elaru”. Tamże poznałem Geta Stankiewicza, który jeszcze studiował architekturę, ale tak naprawdę był już po „tamtej” stronie, czyli pełną gębą grafikiem. Get stał się moim najlepszym przyjacielem, mentorem i nauczycielem i to on wprowadził mnie w świat artystyczny Wrocławia. Kolejnym szaleńcem rodem z architektury był Marek Gołębiowski, potem poznałem innych towarzyszy przygody, mojej nieustającej „podróży”…

Sam nie wiem, jak zdołałem ukończyć dwa fakultety, z wieloma zresztą kłopotami, gdyż koncentrowałem się głównie na działalności „nielegalnej”, czyli na pracy w Pałacu. W momencie największego kryzysu musiałem tam nawet wegetować parę miesięcy w pracowni na drugim piętrze, vis-à-vis pana Frania Pukasa, szyby w oknach zalepiwszy czarnym papierem. Z utraconego mieszkania naprzeciwko klubu przeprowadzał mnie Staszek Szelc, który wybił sobie dysk, niosąc jeden z wałków mojej prasy graficznej.

Studiowałem jednak dalej i każdy postęp w technikach graficznych czy malarskich albo projektowych wypróbowywałem natychmiast w warunkach bojowych. Razem z Getem próbowaliśmy wszelakich metod drukarskich rodem z tak zwanej grafiki czystej w celu wyprodukowania coraz to nowych publikacji dla pałacowej paki. Małe linorytowe zaproszenia, ulotki, pierwsze plakaty, scenografie „za nic” i „z niczego” dodawały splendoru Jazzowi nad Odrą czy małym teatrzykom.

Uwielbiałem to wszystko, poznawałem cudownych ludzi jak ja ogarniętych szaleństwem sztuki i za wszelką cenę próbujących wyzwolić się z kretyńskiej doktryny i szarzyzny codzienności. Już w czasie studiów mogłem testować moje pomysły i szlifować warsztat artystyczny z najlepszymi rówieśnikami z innych dziedzin sztuki. Była to absolutnie fantastyczna sprawa, mieliśmy wielką przewagę na starcie „oficjalnej” kariery. Nasza „Wrocławska Czwórka” grafików, czyli Janek Aleksiun, Jurek Czerniawski, Get Stankiewicz i ja, rozbiła w puch zaśniedziałą „polską szkołę plakatu” w parę zaledwie lat. Mało kto wiedział, że mieliśmy już za sobą kawał niebywałej roboty, prawie za darmo, ale też prawie bez limitów artystycznych i cenzuralnych.

Drugą, nie mniej ważną, sprawą były niespotykane wręcz możliwości współpracy z innymi sztukami. Z muzykami, aktorami, poetami, reżyserami, mimami i innymi nawiedzonymi „podróżnikami tej samej wyobraźni”. Pozwoliło mi to swobodnie myśleć, bez idiotycznych podziałów na sztukę „czystą” i „użytkową”. Ten sam cudowny Czarek Żyromski, który pomagał nam drukować na lewo nasze plakaty i inne graficzne igraszki, wydobywał dla nas spod ziemi wspaniałe płyty cynkowe, na których powstawały akwaforty i suchoryty, kwintesencja grafiki „czystej”…

Nie widziałem także konfliktu dyscyplin sztuki, kiedy Julek Kurzawa „zamawiał” u mnie (1/2 litra) plakat dla swojej jazzowej kapeli (który wycinałem w linoleum jak każdą „artystyczną” grafikę), a Marek Dyżewski plakat dla Dni Muzyki Starych Mistrzów. Do dzisiaj amerykańscy krytycy sztuki nie mogą się nadziwić, jakim cudem w tym samym czasie pracowałem u Becketta w jego teatrze oraz jeździłem po Stanach z rock-kapelą Grateful Dead i moimi dla nich scenografiami, opartymi zresztą na moich „galeryjnych” obrazach-sztandarach aranżowanych na kształt tradycyjnego ludycznego teatru starej Europy.

Trenowałem to w Pałacyku, a nie w Woodstock, NY.

Moje frustracje polityczne wyładowywałem pospołu z niebywałą grupą ludzi, ze Staszkiem Szelcem, Bogusiem Klimsą i „Ojcami”. Poznali mnie oni z Jonaszem Koftą i Jasiem Pietrzakiem, dzięki którym mogłem do kogoś pysk otworzyć mieszkając później w Warszawie.

Przed Warszawą był Kraków, STU i „Student”, i „Jaszczury”. Z Krakowa szybko wyjechałem do Warszawy, gdzie wprawdzie związałem się ze „Stodołą”, ale to już nie było to. Biedny Gołąb i ja wspominaliśmy „normalne” miejsce jak Pałac z łezką w oku.

Z początku było cienko w Warszawie i znowu musiałem przemieszkać chwilę w „Stodole”. Lecz były to już inne zupełnie zawody, bo wraz z Jurkiem Czerniawskim postanowiliśmy zmierzyć się z establishmentem polskiej sztuki oficjalnej. Zrobiliśmy to całkiem świadomie, bo uważaliśmy, że stać nas na to po takim treningu, jaki otrzymaliśmy we Wrocławiu.

Kochaliśmy świat naszej kontrkultury, to, co Padre Litwiniec nazywa „sztuką otwartą”. Ale wiedzieliśmy, jak wiele w tym układzie jest amatorszczyzny, która ograniczała nasze możliwości współpracy. Chcieliśmy zmierzyć się z najlepszymi, bez względu na uwarunkowania.

Potem była Wielka Jazda… Paryż, Europa, Nowy Jork, Los Angeles, Japonia, Arabia, znowu Europa, na horyzoncie Chiny. Podróż jak na razie bez końca… Dzielę czas między kontynenty i kultury, wiele projektów umyka zaszufladkowaniu, jak zawsze pracuję z innymi szaleńcami, z artystami, architektami, muzykami, teatrem, poetami, teraz jeszcze bardziej rozszerzył się ten wachlarz – doszli projektanci, strukturaliści, elektronicy, multimediowcy i menadżerowie wielkich korporacji, politycy i dyplomaci, kuratorzy muzeów i producenci.

Ale to wszystko zaczęło się w Pałacyku, gdzie Getas rysował strony nieparzyste biuletynu Jazzu nad Odrą, ja zaś dodawałem parzyste, a producent Wojtek Siwek szalał, aby wszystko związać razem. Jednak wszystko, co zaplanowaliśmy, wychodziło, to był jakiś cud w kraju niemożności i partactwa, prymitywnej propagandy i chamstwa. Wspaniałe profesjonalne i na najwyższym artystycznym poziomie imprezy były robione za minimalne pieniądze przez maleńkie grono artystów i ludzi dzisiaj zwanych „producentami”. To byli Siwkowie, Litwińce, Taczalscy i Dyżewscy, ludzie fachowi i sprawni, nieskurwieni politycznie, pasjonaci. Realizowali oni czasami projekty o wręcz światowym poziomie dla sprawy, która była ważniejsza niż szmal lub kariera w partii.

Na tym wszystkim jechali „działacze”, z małymi wyjątkami miernoty i konformiści, drapiący się z Kościuszki 34 na Ordynacką w Warszawie, a stamtąd do KC. Musimy pamiętać, kiedy oni w znacznym stopniu rządzą teraz „wolną” Polską, że często podwozili się do szczytu władzy właśnie na kulturze niezależnej. Brzmi to paradoksalnie, że teraz kultura i sztuka zostają zastąpione przez szmirę, kopie najgorszego, co niesie Zachód, przez szpan bogactwa.

Wygląda, że komunizm upadł, lecz jego dzieci kontynuują dewastację Polski, tym razem pod flagą NATO i z mercedesa. Zamiast kieliszka stolicznej na Kremlu, dostają befsztyk po teksasku w nieco skromniejszej rezydencji nad Potomakiem. Stajemy się bananową republiką, wieje grozą.

Chyba czas, aby zająć znowu Pałac i zacząć wszystko od nowa…

Jan Sawka
Fot. Andrea Barrist-Stern

Wieża – Kazimierz Rainczak

Mieszkałem w Pałacyku w wieży. Z zewnątrz wygląda to imponująco: dwudzielne okno z neoromańską kolumienką, a pomieszczenie niewiele szersze od wspaniałego okna. Dokładnie 2,70×2,50 m. Ale mieszkać w wieży, epi purgos, znaczyło coś więcej: epi purgos mieszkali bogowie (wprawdzie epi purgos, na dachu, wysiadywały prostytutki – to jednak nie był dach, lecz wieża!). Dlaczego udaję Greka?

Z Czarkiem Żyromskim przyjaźniłem się od pierwszego roku studiów, a często właśnie na lektoracie greki tworzył on swoje pismo, wydawane w jednym egzemplarzu: „Myśli ludzi wielkich, średnich, tudzież psa Fafika i Jana Czopika”. Lektor, wspaniałości człowiek, Kole Simiczijew, Makiedonczyk, nie tylko to tolerował, również za dobrą monetę brał nasze pomyłki, gdy trzeba było odmienić przez przypadki słowo he nenijas – zawsze myliliśmy się i odmienialiśmy he onanijas.

– Ne onanijas, nenijas – cierpliwie tłumaczył Kole, używając, jak zwykle, językowej mieszanki serbsko-rosyjsko-polskiej.

Przyznaję, że nie my to wymyśliliśmy, lecz podpowiedział nam mój brat Adam lub Czesio Stasiewicz (byli na jednym roku i przyjaźnili się). Brat był czasem przydatny: na Teatralnej miał mieszkanie w nowym spółdzielczym bloku i chodziliśmy do niego wykąpać się w prawdziwej wannie z ciepłą wodą, a nawet zrobić drobną przepierkę.

Wróćmy jednak do wieży. Dostępna była tylko dla wtajemniczonych. Nie jest to jakaś tam poetycka metafora, lecz prawdziwa prawda. Drzwi zamykane były na sznurek: wystarczyło go pociągnąć, a otwierały się same. Nie wiem kto to wymyślił, pewnie „złota rączka”, gospodarz klubu Franio Pukas. U dołu drzwi była dziurka, a przez nią przeciągnięty mocny sznureczek od wewnątrz przywiązany do metalowej zapadki tkwiącej w metalowym uchwycie. Pociągnięcie sznurka powodowało podniesienie zapadki i sezam się otwierał.

Nie raz, nie dwa wchodząc do „mieszkania”, zastawaliśmy wtajemniczoną lub wtajemniczonego. Liczba mnoga nie jest przypadkowa: mój serdeczny przyjaciel z roku (historia sztuki), dobry poeta Olgierd Łotoczko, nie miał kasy na sublokatorkę, więc wprowadził się do mnie. Było to trochę niewygodne. Ja, prawowity właściciel mieszkania, z zameldowaniem wpisanym do dowodu osobistego, miałem prawa największe i wykorzystywałem je: spałem na żelaznym łóżku. Olgierd spał na podłodze; niestety, lubił spać, niejednokrotnie opuszczając poranne zajęcia. Ja, pilny student, żeby wyjść na uczelnię, musiałem go budzić – wówczas on przenosił się do mego łócha, bo bez tej dyslokacji nie mogłem otworzyć drzwi. Otwierały się do środka.

Kiedyś, w samo południe, wpadliśmy na pomysł: zrobimy półpiętro. Z czego? Na placu Kościuszki, obok domu towarowego PDT, stała tablica ze sklejki – reklama filmu „Krzyżacy”. Ukradliśmy ją. Dla zmyły postanowiliśmy iść w kierunku milicyjnej knajpy i hotelu Savoy. Na środku placu, gdzie dziś jest głaz-pomnik, stał milicjant kierujący ruchem. Na nasz widok wstrzymał pojazdy, żeby klasa robotnicza z potężną dechą mogła bezpiecznie przejść.

Mieliśmy szczęście: drewniana płyta oparta o framugę drzwi dała się idealnie wkleszczyć w przeciwległą ścianę i odtąd Olgierd miał leże.

Moje szczęście nie trwało długo. Nie pamiętam w jakich okolicznościach i z czyjego polecenia na trzy dni wprowadziła się do mnie Krystyna, miła, śliczna blondyneczka. Nie mieliśmy dla niej materaca, spała więc ze mną w łóżku. Któż to wiedział, że trzy dni przeciągną się grubo ponad pół roku!

Jako się rzekło, Krystyna była miła, a jako przekupstwo za mieszkanie jej chłopak Andrzej (z AWF i Pantomimy) przynosił nam rano do łóżka śniadanie. Olgierd nie dostawał.

Czasami Krystyna sprawiała drobne kłopoty. Gdy z koleżanką z prawa lub z medyka umawiałem się na miłosne uniesienia, Krystyna musiała dostać na bilet do kina.

Miewała też miłosne załamania, a jedno z nich skończyło się podcięciem żył. Wezwałem na pomoc mieszkającego piętro niżej sąsiada, Czarka Żyromskiego, który po opatrzeniu desperatki skomentował po swojemu:

– Krysiu, jesteś niezwykle delikatna i precyzyjna. Ciąć żyletką rękę i nie uszkodzić żył!

– Czarek, ta żyletka naprawdę była tępa!

Kiedyś w mroźną noc wyskoczyłem na piwo sprzedawane wówczas przez całą dobę na Dworcu Głównym. Tam było tanio. Spotkałem faceta zasmarkanego, z gorączką jak diabli. Nazywał się Bogdan Loebl i twierdził, że jest poetą.

– Wziąłbym cię do siebie, ale nie mam gdzie cię położyć. Chyba że na strychu, ale tam zimno.

Z Olgierdem skombinowaliśmy jakiś koc, poduchę i swoje płaszcze ze Studium Wojskowego. No i jakieś tabletki.

Ktoś doniósł milicji, że w Pałacyku na wieży mieszkają niemeldowani, za co groziła kara aresztu. Krystynę wcięło, ja z Olgierdem na zajęciach. Milicja znalazła Bogdana.

– Co tu, obywatelu, robicie?

– Leżę i choruję.

– Jak się nazywacie?

– Bogdan Loebl.

– Dowód osobisty!

Bogdan przeszukał kieszenie i nie znalazł.

– Nie wiem, gdzie jest, za to mam gorączkę.

O, to już było wielce podejrzane: niby obywatel, a bez dowodu!

– A jakiś inny dowód tożsamości macie?

Bogdan pogrzebał jeszcze raz w kieszeniach i wyjął wygniecioną legitymację Związku Literatów Polskich.

Milicjantów zatkało. Zasalutowali i odeszli.

Tak, literaci ze Związku byli kiedyś w poważaniu, nie to, co dziś.

Powieść Bogdana „Katarakta” zaczyna się właśnie w wieży, ale pisząc „owłosiona noga Krystyny wystaje spod kołdry” nie miał racji. Krystyna nie miała nadmiernie owłosionych nóg, chyba ja wiem najlepiej!

Olgierd się uparł, żeby w Pałacyku wystawić „Escurial” Ghelderode’a. Mieliśmy pracować razem nad reżyserią, scenografią i co tam jeszcze. Ja miałem zapędy redaktorskie i chciałem sztukę skrócić o połowę. Olgierd się uparł, że ani linijki. Sztuka trwała trzy i pół godziny.

Potrzebne były trykotowe rajtuzy, ale w Polsce czegoś takiego nie produkowano. Teatry miały, ale bardzo pocerowane lub podarte. Rajtuzy zrobiły w końcu na miarę Zakłady Dziewiarskie im. Hanki Sawickiej w Legnicy. Po godzinach, za darmo, dla sztuki. Tak.

Króla grał wtedy już zawodowy aktor – Zenek Koszarek-Młodzianowski, smutnego błazna nasz kolega Zbyszek Uramowicz. Grał siebie. Dziś jest biskupem Kościoła Łaski w USA. W 1972 r. Zbyszek przyjechał do mnie, a właściwie wstąpił po drodze.

– Na czym, Zbyszku, ten wasz kościół polega?

– Właśnie jedziemy do Kapsztadu, żeby to ustalić. Ale wierni płacą!

Dwa zdarzenia pamiętam z premiery, bo na niej się skończyło.

Nasz kochany profesor, Marian Morelowski, kierownik katedry historii sztuki, wyszedł w trakcie przedstawienia, mrucząc:

– Polacy nie po to są, by ich zanudzać na śmierć. Dość mieli innych śmierci.

Pamiętam też epizod, który widzów ożywił. Smarkaty wtedy Alek Rozenfeld wyrwał mikrofon jakiejś radiowej dziennikarce, wskoczył na scenę i nagrywał dialog Króla z Błaznem. Dosięgnąłem jego spodni i powoli zacząłem go ze sceny ściągać. On się bronił, usiłując kopnąć mnie piętą w rękę. Taniec był niezwykły, niepowtarzalny.

Epi purgos odbywały się spotkania poetyckie, bardzo ostre w krytycznym wyrazie i jeszcze ostrzejsze w „bełtach” – najtańszy był polski wermut, on królował. Gdy moje wiersze królowały, tańczyłem radośnie na gzymsach Pałacyku – w pokoju nie było miejsca. Salomea Kapuścińska (nasza koleżanka z roku i uznana już poetka) udawała, że mdleje i cienko wołała:

– Och! Kaź – Kaź, och! Kaź – Kaź!

A Kaź tańczył.

Wstęp na wieżę mieli tylko wybitni poeci i pisarze, do których zaliczaliśmy też Jurka Lukierskiego. Lukier bardzo szybko zrobił doktorat z fizyki teoretycznej, a jego praca wygrała międzynarodowy konkurs – roczne stypendium w Stanach.

Jurek przyszedł się pochwalić wyjazdem. Poskarżył się też, że ma poprute w kroku dżinsy, ale jednak dżinsy! Wtedy to było COŚ. Nie miał natomiast marynarki. Na drzwiach wisiała moja stara flauszowa marynarka, ruda, w białą kratę.

– Spróbuj!

Spróbował. Trochę przyciasna i przykrótka, ale marynarka!

Po powrocie ze Stanów skarżył mi się, że przez nią miał same kłopoty. Na „Batorym” wykupiono mu klasę ekstra, służba jednak przeganiała tego obdartusa na dolny pokład. Gdy poznał powód, walnął marynarkę w ocean.

Apeluję do podwodnych archeologów: ruda marynarka jest moja, nie z Atlantydy.

W 2003 roku w maju spotkałem Jurka na wernisażu w Galerii OPUS.

– Piszesz?

Profesor polskiego i amerykańskich uniwersytetów spojrzał na mnie jakby zażenowany:

– Aha! – i pokiwał głową.

Jak każdy staruszek, lubię gawędzić przy piwie, nie cierpię pisania. Jednak krótko, za krótko, wspomnę o Dyskusyjnym Klubie Filmowym, on bowiem był dziurą w „żelaznej kurtynie”. DKF-y spełniły niezwykle ważną, niedocenioną rolę w kształtowaniu niepowtarzalnego środowiska intelektualnego Wrocławia. Filmy dostawaliśmy z ambasad, poza cenzurą, nawet surowo zabronione filmy znakomitego reżysera węgierskiego Miklósa Jancsó („Gwiazdy na czapkach”), klasykę westernową, filmy radzieckie z lat 1918-1929, np. Dżigi Wiertowa „Człowiek z kamerą” – starszy, choć duchem pokrewny z „Psem andaluzyjskim” spółki Buñuel-Dali.

Ojcem DKF-u był Czesio Stasiewicz z trzema przybocznymi: Czarkiem Żyromskim, Romkiem Pająkiem i mną (dopiero później dołączył przybysz z Częstochowy – Rysio Uklański, filmowy koneser). Problem polegał na tym, że żelazną skrzynię z taśmami trzeba było odebrać z Dworca Głównego, tramwajem zawieźć na Politechnikę i po projekcji, w nocy, odesłać. Funkcję pełniliśmy rotacyjnie: jeden transportował, drugi sprawdzał karnety, trzeci pomagał Czesiowi prowadzić dyskusję. Panowała równość, więc w funkcjach pomagaliśmy sobie.

Tylko we Wrocławiu spotkałem „życzliwą konkurencję”, bez wzajemnego podsrywania. Nisze wynajdowaliśmy sobie sami: Czarek Żyromski, „wieczny drugi”, nigdy nie chciał szefowskich miejsc, Olgierd Łotoczko, za wszelką cenę pierwszy (dlatego spróbował jako pierwszy przepłynąć górny Ganges, niestety – z tragicznym skutkiem), Czesio Stasiewicz z ciągle uśmiechniętą gębą, otwarty na wszystko i na wszystkich. A ja? Chciałem być „dobry”. I jestem. Dlatego (wreszcie) kończę starym wierszem, wyróżnionym sto lat temu w Pałacyku na Turnieju Jednego Wiersza:

Lubię jak mi się smętek snuje po kieliszkach
jak mi z dymu układa nieznajome twarze
jak mi odbicie kłamie na blacie stolika
butelki straszą mrok błyskiem przy kontuarze

Pociągi płyną szare
wyprane wspomnienia
gwizdy lokomotywy
przygłuchy pamięci

Na ścianie twarz-ikona
niedopici święci.
Zaraz wyciągnie rękę
miedziak brzęknie tępo
…wspomóżcie pogorzeeelca…

Kazimierz Rainczak

 

Wspomnienia Pałacykowiczów (2)