Breslau – Wrocław, godzina „0”

Książkę „Wypędzony” pióra wrocławskiego literata i polonisty Jacka Inglota, wydaną pod koniec ub. roku przez warszawski Instytut Wydawniczy ERICA przeczytałem  jednym tchem w ciągu nocy. Każda z 380 stron wciąga, przykuwa uwagę, choć w zależności od wieku, życiowych doświadczeń – tak zawodowych, jak i osobistych – refleksje, jakie po lekturze powieści powstaną u czytelnika, mogą się od siebie znacznie różnić.

Autor pisze o czasach, których sam nie pamięta. Do Wrocławia przybył po wojnie wraz z rodzicami zza Buga. Historię miasta, w którym spędził dzieciństwo, młodość i lata dojrzałe, poznawał stopniowo. Jak pisze Jacek Inglot w posłowiu, lektura „Mikrokosmosu” Daviesa i Moorhouse`a oraz „Obcgo miasta” Thuma uświadomiły mu, iż Wrocław przez wieki zasiedlali inni mieszkańcy, których ślady widoczne są m.in. w postaci żeliwnej pokrywy studzienki ściekowej przy ulicy Oławskiej, nad którą to, wpatrując się w napis z „Ü”, zadumał się autor pewnego czerwcowego dnia 1978  roku.

Z tej zadumy zrodziła się chęć poznania dziejów miasta, które – jak uczono w szkołach w latach PRL-u zgodnie z powojennymi, polityczno-propagandowymi partyjnymi dyrektywami – po ginących w mrokach średniowiecza piastowskich początkach, na kilkaset lat zapadło w niebyt.  Co nie piastowskie, nie miało prawa istnieć. Dopiero Stalin – głosili zaklinacze historii – odzyskał je i przywrócił  po wiekach Polsce. Między średniowieczną Vratislavią i od 1945 roku Wrocławiem powstała czarna historyczna dziura, w którą zapadła się największa na wschodzie Niemiec metropolia, miasto barwne i bogate, Breslau. Uświadomienie sobie tego historycznego zafałszowania, kazało autorowi zatrzymać się na momencie kluczowym dla historii tego miejsca, na roku 1945, gdy dymiące ruiny świadczyły o dogorywaniu niemieckiego Breslau, polski Wrocław zaś rodził się w bólach. Skomplikowana  powojenna sytuacja polityczna w Europie powodowała również, że przez dłuższy czas wcale nie było przesądzone, jak potoczą się dalsze losy nadodrzańskiego regionu.

Powieść Inglota, jak pisze autor, to „literacki rozrachunek z  tamtą epoką – gdy po upadku hitlerowskiej twierdzy zanikał Breslau, a rodził się Wrocław. ”Wypędzony”, zatytułował Inglot swą rozrachunkową, historyczno-sensacyjną powieść. Kto jest tym wypędzonym? Główny bohater Jan Korzycki, porucznik Armii Krajowej z warszawskiego Żoliborza, który uciekając z centralnej Polski przed tropiącym go Urzędem Bezpieczeństwa, dekuje się w ruinach Breslau/Wrocławia i wbrew własnemu sumieniu wstępuje do milicji? Z pewnością, choć nie tylko jego miał na myśli autor. „Wypędzony” ma bohatera zbiorowego. To ci, którzy po aneksji (czyt. przywłaszczeniu) wschodnich terenów Polski musieli przenieść się na podarowaną przez Stalina w zamian część Niemiec. Oficjalnie nazwano ich „repatriantami”. To również, a w tym wypadku chyba przede wszystkim, przymusowi „przesiedleńcy” niemieccy, cywilni mieszkańcy Breslau, którzy musieli opuścić swe rodzinne strony (Heimat), by Breslau mógł stać się Wrocławiem. Wypędzeni do zachodnich Niemiec, do Vaterlandu. Ale „Vaterland” to nie „Heimat”. Chyba po raz pierwszy tak rzetelnie, mocno i wyraziście, w sposób nie pozbawiony emocji, został w polskiej prozie przedstawiony problem „wypędzonych”.

Ta książka, swym moralnym ciężarem jak i historiozofią przywodząca na myśl „Popiół i diament” Jerzego Andrzejewskiego, powinna być przyswojona przez czytelnika i polskiego i niemieckiego, nie tylko mieszkańców dawnego Breslau, czy obecnego Wrocławia. Warto też pomyśleć o wydaniu jej w Niemczech. Bo choć nic nie zawróci historii, dobrze, że nastąpiło jej odkłamanie. Posłużę się jeszcze cytatem: „Odczucie bólu i krzywdy wysiedlonego mieszkańca Breslau czy Waldenbergu (Wałbrzycha) jest tak samo prawdziwe i godne współczucia, jak Polaka zmuszonego do opuszczenia Lwowa, Wilna, czy Grodna”. I jeszcze: „Pragnąłem opowiedzieć, co naprawdę zdarzyło się z „tamtym „ miastem (…) Breslau bowiem nie przestał istnieć jednego dnia, 6 maja 1945 (…) Konał jeszcze przez wiele miesięcy i to my, Polacy, pomagaliśmy mu umierać. O tym chciałem napisać tę powieść.”

Bolesne. Wstrząsające. Prawdziwe.

Wojciech W. Zaborowski

 

Apel do władz Wrocławia

OŚWIADCZENIE STOWARZYSZENIA DZIENNIKARZY RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

Stanowczo protestujemy przeciwko aktom chuligańskich napaści na dziennikarzy wykonujących swe obowiązki zawodowe. 2 marca 2013 roku we Wrocławiu, podczas demonstracji, marszu narodowców z okazji  święta Pamięci Żołnierzy Wyklętych, reporterka radia TOK FM została wulgarnie wyzwana przez uczestników manifestacji. Poza stekiem chamskich określeń grożono jej pobiciem.

Ataki  na przedstawicieli mediów, relacjonujących przebieg  wieców i pochodów stają się  zjawiskiem  powtarzalnym. Uważamy więc, że nasze protesty powinny skłonić przedstawicieli służb porządkowych do przeanalizowania tego niepokojącego zjawiska i wyciągnięcia takich wniosków, które zwiększą bezpieczeństwo dziennikarzy pracujących w czasie zgromadzeń.

Jerzy Domański – przewodniczący ZG SDRP
Andrzej Maślankiewicz- sekretarz generalny ZG SDRP

3 MARCA 2013 ROKU