
Zacznę od gratulacji dla przaśno-buraczanej, bogobojnej partii katolików-rozwodników za sprawne, wzorowe wręcz wybranie prezesa! O fotel przywódcy walczyło dwóch kandydatów: Kosiniak i Kamysz. Szanse były wyrównane – na dwoje babka wróżyła! Szli łeb w łeb, równo do końca. W rezultacie – po skrupulatnym policzeniu głosów – wygrał Władysław Kosiniak-Kamysz! I tak oto partia Pawlaków, Sawickich i Zgorzelskich nawiązała do starych dobrych czasów, w których tak właśnie wybierano sekretarza partii (patrz: Gomułka, Gierek!).
Wybory w PSL były pięknym nawiązaniem do tradycji, do czasów, gdy klasa robotniczo-chłopska przewodziła narodowi i prowadziła go na manowce. Ten duch, ta atmosfera partyjnych zjazdów z minionej epoki była wyraźnie wyczuwalna w powyborczym przemówieniu Władysława Kosiniaka-Kamysza! Oto jego istotny fragment: „NIE ZAWIODĘ! Obiecuję wam, że poprowadzimy w taki sposób Stronnictwo, żeby za cztery lata było jeszcze silniejsze! Żeby miało wpływ na rzeczywistość, żeby kreowało rzeczywistość, żeby nigdy nie było żadnym kwiatkiem do czyjegoś kożucha, żeby zawsze było samodzielne, samostanowiące o sobie, podmiotowe, patriotyczne i ludowe! Takim, jacy jesteśmy MY! Takie, jakie jest nasze serce! To wam mogę obiecać, że nie spocznę w tych działaniach!”.