ZMARŁ RED. JAN AKIELASZEK

Śmierć zawsze przychodzi za wcześnie…

Po Ciebie, Janku, przyszła stanowczo za wcześnie. Mieliśmy nadzieję, że pokonasz chorobę, która Cię powaliła na szpitalne łóżko. Nadzieja… Ta umiera ostatnia.

Zaskoczyła mnie, Twojego dawnego szefa. Zaskoczyła koleżanki i kolegów z redakcji „Żołnierskiej Rzeczy”, która zastąpiła „Żołnierza Ludu”. Byliśmy organem prasowym Śląskiego Okręgu Wojskowego – potężnego ogniwa militarnego Ludowego Wojska Polskiego. A Ty, Janku, byłeś najpopularniejszym dziennikarzem w tym okręgu wojskowym.

Zaczynałeś jako żołnierz zasadniczej służby wojskowej. Zdjąłeś mundur jako oficer i absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego. Byłeś autorem tysięcy zdjęć, wykonanych w garnizonach i na poligonach. Naszym rakietowcom towarzyszyłeś podczas strzelań na poligonie w Kazachstanie. Byłeś autorem reportaży i fotoreportaży, wywiadów, artykułów i felietonów. Współpracowałeś z wieloma gazetami cywilnymi, najczęściej z „Gazetą Lubuską”.

Koledzy redaktorzy i nie tylko oni skracali Twoje nazwisko, nazywając Ciebie Akielem. Bo pod tym skrótem krył się człowiek powszechnie lubiany. Byłeś, Janku, znany w całym Śląskim Okręgu Wojskowym – od szeregowego zaczynając, a na generale kończąc. Swoim uśmiechem, bezpośredniością, sposobem bycia, potrafiłeś poprawić nastrój nawet największym ponurakom.

Byłeś duszą towarzystwa. Kochałeś dobrą kuchnię i polską okowitę. Jak na prawdziwego żołnierza i dziennikarza przystało.

To bardzo dotkliwy cios, gdy z naszego żołniersko-dziennikarskiego szeregu ubywa ktoś taki, jak Ty. Żegnaj, JANKU AKIELU! Odszedłeś z tego ziemskiego padołu. Ale pamięć o Tobie będzie w nas na zawsze. Będziesz żył w naszych sercach i wspomnieniach.

Drogi Janku! Spoczywaj!

W imieniu koleżanek i kolegów
z redakcji Żołnierz Ludu/Żołnierska Rzecz
Andrzej Wyrębkiewicz

Żegnaj, Jasiu!

Odszedł o czwartej nad ranem. Odszedł? Pozostał, choć niewidzialny, w naszej pamięci, pamięci przyjaciół, i w swych dokonaniach jako dziennikarz, wydawca, inicjator i organizator wielu akcji.

Odległości nie zawsze dzielą, mogą też łączyć. Uświadomiłem to sobie z całą wyrazistością, gdy dotarła do mnie wiadomość o śmierci Jasia Akielaszka. Między Wrocławiem a Frankfurtem nad Menem, w którym mieszkam od lat, odległość jest kilkusetkilometrowa, a jednak kontaktowaliśmy się regularnie, częściej nawet niż w czasach, gdy miejscem mej pracy i zamieszkania był Wrocław.

Ciężko jest pogodzić się z faktem, że nie spotkam się już z Jasiem, gdy będę w nadodrzańskiej metropolii. Bo przecież oprócz regularnych kontaktów telefonicznych, do czasu wybuchu epidemii prawie każdego miesiąca przy szklaneczce piwa prowadziliśmy interesujące dysputy w „Galicji” – restauracji hotelu „Polonia” – który to hotel od lat jest miejscem mego zakwaterowania w czasie pobytu we Wrocławiu. Jasiu, jak zwykle uśmiechnięty, pojawiał się z regularnością zegarka o tradycyjnej porze, godz. 12.05, przynosząc jeszcze zazwyczaj do skosztowania próbki wyrobów wędliniarskich z zaprzyjaźnionej masarni.

Był człowiekiem nie tylko towarzyskim i budzącym powszechną sympatię, ale też i osobą o niebywałej wprost energii, pełną coraz to nowych pomysłów, do których realizacji potrafił przekonać nawet wątpiących. Niektóre projekty pozostawały, a szkoda, tylko w fazie wstępnej, jak np. pomysł zaopatrywania barków przy stacjach benzynowych w wieprzowe hamburgery. Były one nie tylko wagowo, ale również w smaku i wyglądzie o wiele atrakcyjniejsze od tradycyjnych, do tego interesujące też cenowo. Niestety, zabrakło akceptacji właścicieli sieci stacji, którzy mieli układy z innymi dostawcami. Wspominam tylko o tej jednej inicjatywie, jakżeż dalekiej od głównego nurtu zainteresowań i działalności Jasia, ale podobnych było przecież wiele.

Gdy przed przeszło półwieczem poznałem Jasia, był on dziennikarzem w prasie wojskowej i widywaliśmy się regularnie przeważnie przy okazji relacjonowania imprez powstałych pod protektoratem Śląskiego Okręgu Wojskowego.

Po latach, gdy w wyniku ustrojowych przemian Jasio się już „usamodzielnił” i jako m.in. właściciel wydawnictwa „W Kolorach Tęczy” działał na własny rachunek, kontakty nasze się ożywiły. Jasio, jako dziennikarz – wydawca, dotarł bowiem ze swą promocją Dolnego Śląska do czytelników „Samego Życia”, magazynu w języku polskim wydawanego w Niemczech, z którym współpracowałem i który to periodyk zamieszczał wiele informacji o naszym regionie, również i osiągnięciach wydawniczych Jana Akielaszka. A zarówno treść, jak i szata edytorska książek wychodzących z oficyny Jasia potrafiły wzbudzić podziw i poklask nie tylko w kraju, ale i za granicą, o czym świadczą m.in. uznaniowe nagrody i wyróżnienia na międzynarodowych wystawach. Jan Akielaszek zamiłowany w dolnośląskich lasach – z wykształcenia leśnik – i smakosz doceniający dobra kulinarne, idealnie połączył te dwie miłości w książce – albumie z tekstem polskim, niemieckim i angielskim, istnej perełce edytorskiej „Kuchnia borów i lasów Dolnego Śląska”. A przecież Jan Akielaszek to również współautor 19 rekordów Guinnessa, autor interesujących i niezałganych wspomnień z interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji itd. Naprawdę, lista dokonań jest długa.
„Non omnis moriar”. Niby prawda, ale będzie nam Ciebie brakowało, Jasiu!

Wojciech W. Zaborowski

Janek w kolorach tęczy

Wyjazdy dziennikarskie na poligony wojskowe mają swój koloryt. Janek zawsze był duszą towarzystwa. Opowiadał dowcipy, czasem sprośne, zawsze pogodny i pełen humoru. Za każdym razem wiedział, gdzie i z kim szybko należy przeprowadzić wywiad. Zaś po robocie mistrz organizacji redaktorskiego stołu.

Zapraszałam go do programu radiowego „na żywo” Radia Wolna Sobota – przychodził, aby zarekomendować kolejną pozycję literacką wydaną przez jego dziecko, oficynę „W Kolorach Tęczy. Operował ładnym, prostym, polskim językiem. Był bezpośredni w swoim opisie, elegancki i hojny dla słuchaczy.

Znał środowisko wikingów dziennikarskich Dolnego Śląska jak nikt inny. W życiu zawodowym dwukrotnie doświadczyłam jego serdeczności. Moi bliscy, mąż i brat, też znali Go z tej strony. Drogi przetrwania i sukcesu, o których mówił, nie były tylko usłane różami. Znany smakosz „dobrego jadła” i autor wielu wydawnictw kulinarnych. Był dumny ze swoich osiągnięć. Jego poradniki, albumy i pozycje literackie zdobywały nagrody oraz wyróżnienia, także międzynarodowe. Zdobył III miejsce w Paryżu za „Kuchnię borów i lasów Dolnego Śląska”. Ta pozycja przyniosła Mu także tytuł Honorowego Profesora nadany przez Serbską Akademię Nauk.

Przyjaciel Kresowiaków. Pomagał im w codziennym życiu, wielu z dawnych mieszkańców wschodnich Kresów Polski należało do Jego ścisłego grona.

Kiedy spotykaliśmy się na opłatku u kardynała, w gronie kobiet koleżanek po fachu, prowokował tematami damsko-męskimi, co wywoływało u niektórych konsternację. Śmiechu było co niemiara.

Życzenia świąteczne i imieninowe składał mi zawsze osobiście, ostatnio z okazji świąt Bożego Narodzenia. „Kłaniaj się mężowi, pozdrów też komandora”.

Przykro mi, że muszę już używać czasu przeszłego. Janek przeszedł na drugą stronę w kolorach tęczy.

Aleksandra Dankowiakowska-Korman

Jan Akielaszek – dziennikarz, edytor, smakosz

24 kwietnia 2021, w wieku 75 lat, zmarł Jan Akielaszek, właściciel Oficyny Wydawniczej w Kolorach Tęczy, inicjator Targów Książki Kulinarnej. Urodził się w 1945, w Brzeżanach, województwo tarnopolskie, dziś Kresy. Był absolwentem Technikum Leśnego w Rogozińcu oraz Uniwersytetu Wrocławskiego.

Od szesnastego roku życia współpracownik „Gazety Lubuskiej”, prasy wojskowej, Wojskowej Agencji Fotograficznej. W latach 1967–1983 etatowy dziennikarz i fotoreporter gazet wojskowych. W latach 1984–1988 dyrektor Klubu Dziennikarza we Wrocławiu. W latach 1988–1993 prezes i redaktor naczelny „Presstrust”.

W kwietniu 1994 roku założył Oficynę Wydawniczą w Kolorach Tęczy, której był prezesem i redaktorem naczelnym. W 1998 roku zainicjował Targi Książki Kulinarnej. Poszczególne edycje targów, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, odbywały się we Wrocławiu, a edycję w 2010 roku zorganizował podczas targów Polagra w Poznaniu.

Gościnnie swój dorobek prezentował we Frankfurcie, w Dreźnie, w Paryżu, a także w Hongkongu. Jest współautorem 19 kulinarnych Rekordów Guinnessa. W czerwcu 2013 roku został prezesem Klubu Dziennikarzy obsługujących Międzynarodowe Targi Poznańskie.

W 2012 roku ukazała się książka Jego autorstwa „Kuchnia borów i lasów Dolnego Śląska”, która zajęła trzecie miejsce na Międzynarodowych Targach Kulinarnych w Paryżu, w konkursie Gourmand Awards. Za tę publikację Serbska Akademia Nauk nadała Mu tytuł Honorowego Profesora. W 2013 roku był nominowany do Nagrody im. prof. Aleksandra Gieysztora, przyznawanej przez Fundację Kronenberga. W grudniu 2014 roku ukazała się Jego książka „Kuchnia myśliwska”, której współautorką jest Barbara Jakimowicz-Klein. Autorzy książki otrzymali nagrodę prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich. Natomiast w 2016 roku pod Jego nazwiskiem ukazała się książka „Braterska pomoc 1968”.

Wyrazy serdecznego współczucia Rodzinie i Przyjaciołom Jana Akielaszka

składa zespół Biblioteki Analiz
i Redakcja Portalu Księgarskiego

https://ksiazka.net.pl/zmarl-jan-akielaszek

Janek – żołnierz, dziennikarz, wydawca, społecznik

Nie żyje Jan Akielaszek. To, co jeszcze nie tak dawno wydawało mi się wprost nieprawdopodobne, stało się nagle smutnym faktem. Odszedł Człowiek, który był uosobieniem pracowitości, radości, zawsze dobrego humoru i wręcz zaraźliwego optymizmu. Odszedł mój Przyjaciel, z którym przeżyłem wiele dziennikarskich przygód, ale także prozę codziennego życia.

Jasia poznałem jesienią 1969 roku. Do jednostki wojskowej w Kożuchowie, w której pełniłem wówczas służbę, przyjechał redaktor Akielaszek. Zapamiętałem, że sierżant Akielaszek miał na sobie płaszcz ortalionowy z podpinką z „misia”, który właśnie wchodził na „uzbrojenie” armii. Drugi taki płaszcz miał jeszcze tylko dowódca pułku. Po całodziennych ćwiczeniach na przykoszarowym poligonie, podczas których pan redaktor dwoił się i troił, aby zrobić jak najlepsze zdjęcia, poszliśmy do kasyna na żołnierską kolację. W pokoiku na górze, przy suto zastawionym stole, czekał już na nas dowódca pułku, który okazał się znakomitym gawędziarzem i prawdziwym gospodarzem. Ja po pewnym czasie dyskretnie się wycofałem, a panowie dalej dyskutowali o problemach żołnierskiego życia.

Dwa lata później znalazłem się we Wrocławiu, w redakcji „Żołnierza Ludu”. Wszedłem po schodach na piętro i natychmiast wpadłem w objęcia redaktora Akielaszka. Przywitał mnie jak starego znajomego i od razu zaprowadził do Działu Wojskowego. Był wówczas najmłodszy w zespole. Przedstawił mnie kolegom jako początkującego dziennikarza, jeszcze młodszego stażem od siebie. Ponieważ, jak się szybko zorientowałem, w redakcyjnej hierarchii najważniejszy był staż, a nie na przykład stopień wojskowy, więc wiadomo było, kto od tej pory rano chodził dla wszystkich po kawę.

Lubiłem z Jasiem jeździć w teren. Często razem przemierzaliśmy drogi i bezdroża Śląskiego Okręgu Wojskowego w poszukiwaniu tematów. Nigdy nie musiałem się martwić o sprawy aprowizacyjne. To Jasiu załatwiał miejsce w hotelu, dobre jedzenie i samochód do naszej dyspozycji. Przyglądałem się pracy redaktora, który mimo swoich pokaźnych rozmiarów i ciężkiej torby reporterskiej, imponował mi znakomitą kondycją.

W 1972 roku Dział Wojskowy otrzymał nagrodę Ministra Obrony Narodowej za wydawanie „Trybuny Podoficera”. Było to pionierskie w skali wojska wydawnictwo, ukazujące się raz na miesiąc i pokazujące blaski i cienie działania najniższej kadry dowódczej. Ubrani w mundury galowe staliśmy w karnym szyku, razem z innymi laureatami, w Stołecznym Klubie Garnizonowym, czekając, aż generał Jaruzelski wręczy nam stosowne dyplomy. Po tej niezwykle podniosłej uroczystości pojechaliśmy, już prywatnie, na kolację do Domu Dziennikarza przy ulicy Foksal, gdzie dowodzenie przejął Janek. Do Wrocławia wróciliśmy nad ranem.

W jednostce wojskowej w Żarach mieliśmy bliżej poznać oficera, który coraz aktywniej przysyłał do redakcji korespondencje. Umówiliśmy się wieczorem w hotelu. Lekko przestraszony podporucznik punktualnie przybył na spotkanie z trzema dziennikarzami, meldując się do… Akielaszka. Po ponad godzinnej rozmowie o nim i jego pracy, a także po przedstawieniu mu naszych oczekiwań tematycznych, zakończyliśmy tę część spotkania.
– To by było na tyle – zakończył spotkanie Akielaszek, wymownie patrząc na ciągle stremowanego oficera. Pan podporucznik wstał, dłuższą chwilę się zastanawiał i w końcu się odmeldował. Po pół godzinie wrócił z butelką koniaku.
– Myślę, że jeszcze będzie z ciebie dziennikarz – skwitował to Jasiu.
Początek lat osiemdziesiątych, oczywiście minionego wieku. Po kilku dniach działań w dzień i w nocy wylądowaliśmy w Bolesławcu. Za nami tak zwany „szlak Hubala”, czyli podążanie za nacierającymi wojskami od Żagania, poprzez lasy gubińskie i dalej na północ. Jak zwykle Jasiu dowodził naszą czteroosobową ekipą. Po zakwaterowaniu w hotelu znaleźliśmy się w kasynie. Po zamówieniu kolacji Janek polecił jeszcze kelnerce przynieść pół litra wyborowej.
– Niestety, jest zarządzenie dowódcy, że alkoholu w butelkach nie podajemy – odparła kelnerka – ani w „pięćdziesiątkach”.
– To proszę nam podać w „dwudziestkach piątkach” – zaordynował niczym nie zbity z tropu Akielaszek.
Po chwili do naszego stolika ponownie podeszła kelnerka, niosąc na tacy baterię małych wódeczek.

Janek był przede wszystkim fotoreporterem. Jego czarno-białe fotografie znakomicie uzupełniały nasze teksty. Do redakcji trafił jako żołnierz zasadniczej służby wojskowej z jednostki w Koźlu. Robił tam fenomenalne zdjęcia, które bardzo spodobały się kierownictwu redakcji. Z czasem do publikowanych zdjęć zaczął dołączać własne teksty. A ponieważ był zdolny i oczytany, więc po pewnym czasie stał się również publicystą. Szczególnie było to widać na łamach „Żołnierza Wolności”, kiedy został tam skierowany na półroczną praktykę. To tam właśnie w pełni rozwinął się Jego talent dziennikarsko-fotoreporterski.
Pisząc teksty, wykonując zdjęcia, Janek wiele czasu poświęcał działalności społecznej. Odwiedzał kombatantów, współorganizował zawody sportowe, rajdy i spotkania koleżeńskie. Wszędzie, gdzie był, zawsze tryskał energią i dobrym humorem. Po przejściu na żołnierską emeryturę, podjął pracę w słynnym we Wrocławiu Klubie Dziennikarza. Został tam dyrektorem i to, jak się okazało, było Jego wymarzone zajęcie. Tam się spełniał, wymyślając najprzeróżniejsze imprezy dla środowiska dziennikarskiego.

Jako absolwent Technikum Leśnego Janek całe swoje dorosłe życie zawsze blisko był przyrody i ekologii. I mimo, o czym zawsze marzył, aby być leśniczym i mieszkać wśród drzew, to życie napisało dla Niego zupełnie inny scenariusz. I nawet wówczas, kiedy, odwiedzając w różnych częściach kraju jednostki wojskowe, wpadaliśmy na chwilę do zaprzyjaźnionych leśniczówek, to gdzieś tam na dnie Jego serca powracała tęsknota do życia wśród leśnych ostępów.

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Wrocławskim Jan Akielaszek został oficerem Wojska Polskiego. Pisząc o kombatantach i śledząc ich powojenne losy, Janek docierał do odległych nieraz wiosek i pokazywał ich codzienny żywot. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych takie wizyty często kończyły się „załatwieniem” w gminie przydziału węgla dla schorowanego kombatanta bądź kilku worków cementu na remont podupadającego domostwa. Pojechaliśmy kiedyś do Trzemeszna Lubuskiego, aby odwiedzić kombatanta z dawnego 2 pułku piechoty 2 Armii WP, któremu wcześniej „załatwiliśmy” dodatkowy przydział cementu i wapna. Na naszą wizytę jego syn z synową bardzo się przygotowali. Janek naturalnie wzbraniał się ze skorzystania z tej gościnności, ale wyjścia nie było. Do dziś pamiętam smak bardzo słodkiego bimbru, którym nas wtedy gospodarze uraczyli.

Oprócz polskich poligonów, Janek towarzyszył także pododdziałom szkolącym się daleko poza naszymi granicami. Było to m.in. w Czechosłowacji, czy w Aszałuku, na terenie byłego Związku Radzieckiego. W reportażach, ilustrowanych pięknymi zdjęciami, ukazywał trudy żołnierskiego życia i działania. Zawsze też pokazywał oryginalną przyrodę. W swoich reporterskich wojażach dotarł nawet do dalekiej Kanady, pisząc o żołnierzach generała Andersa. W materiałach starał się pokazywać życie Polaków rzuconych przez zawirowania wojenne na drugi koniec świata.

Po dyrektorowaniu Klubem Dziennikarza Janek został etatowym pracownikiem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. Na sercu szczególnie leżały Mu sprawy starszych żurnalistów oraz wdów po zmarłych kolegach. Organizował spotkania środowiskowe, odwiedzał ich w domach, załatwiał środki finansowe na podreperowanie ich skromnych budżetów domowych. Bardzo aktywnie wspierał budowę Ośrodka Pracy Twórczej w Jakubowicach koło Kudowy-Zdroju. A po Jego powstaniu starał się, aby starsi dziennikarze mieli tam godne warunki wypoczynku. Był to też czas, kiedy raz do roku Zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy otrzymywał talony na zakup prywatnych samochodów. Obradowaliśmy wtedy po kilka godzin, szczegółowo analizując „za” i „przeciw” każdego z kolegów, chętnych do otrzymania wymarzonego talonu. Któregoś roku wśród kandydatów do „wyróżnienia” dziennikarza talonem, znalazł się także Janek. Po skrupulatnym przeanalizowaniu pokaźnej listy chętnych, najwięcej punktów otrzymał właśnie Akielaszek. Po tej ceremonii, podczas której gratulowaliśmy „zwycięstwa” szczęśliwcom owych talonów, Janek szczerze przyznał, że nie ma prawa jazdy…

Najważniejszym etapem w barwnym, twórczym życiu Janka było założone przez Niego, wspólnie z kolegą, wydawnictwo „W Kolorach Tęczy”. Oficynie tej poświęcał całą swoją energię, zaskakując nas często rewelacyjnymi pomysłami wydawniczymi. Ukazujące się regularnie kolejne książki dość szybko się rozchodziły. Wydawca pamiętał też zawsze, żeby część kolejnych nakładów przeznaczać dla bibliotek szkolnych. Często też jeździł w różne strony kraju na spotkania autorskie ze swoimi czytelnikami, notując skrzętnie wszelkie zgłaszane uwagi. Jednocześnie organizował z niebywałym rozmachem imprezy kulinarne, w których brało udział po kilkaset osób. Do historii przeszły aranżowane przez Niego coroczne bicia rekordów Guinnessa w dziedzinie kulinariów. Zapraszana na tę okazję międzynarodowa komisja ogłaszała później wyniki tych niezwykle atrakcyjnych konkursów. A uczestniczący w tych zmaganiach dziennikarze z rodzinami i zaproszeni goście świetnie się bawili.

Znakomicie prosperującemu wydawnictwu kres położyła klęska „Naszej Księgarni”, z którą oficyna Janka miała podpisaną umowę i gdzie ulokował tysiące książek. Bankructwo warszawskiej „NK” praktycznie załamało działalność „W Kolorach Tęczy”. Dochodzenie swoich praw w sądach i latami ciągnące się rozprawy wyraźnie wpłynęły na coraz szybciej pogarszającą się kondycję Jego firmy, przysparzając Mu ogromnych trosk. I chociaż nie okazywał tego na zewnątrz, to widać było, jak bardzo ta sytuacja Go stresuje. Wprawdzie Jasiu się nie poddawał i dalej próbował ciągnąć swój książkowy biznes, ale to już nie było to.

Podczas uroczystego spotkania w gronie przyjaciół, zorganizowanego w restauracji „Kaczka Dziwaczka” z okazji rocznicy ślubu, Jasiu jak zwykle tryskał szampańskim humorem, Ale ci, co Go bliżej znali, wiedzieli, że za tym kryją się coraz większe kłopoty. Najbardziej zdawała sobie z tego sprawę Jego żona Bożena, która w życiu Janka odegrała trudną do przecenienia rolę.

Oto garść osobistych wspomnień o Janie Akielaszku, dobrym żołnierzu, zaangażowanym dziennikarzu i wydawcy, ale dla mnie wspaniałym Koledze. Tacy ludzie zawsze odchodzą za wcześnie.

Zdzisław Czekierda

Pożegnanie Przyjaciela

Uczestnicząc w ostatniej ziemskiej drodze życia naszego Przyjaciela Jana Akielaszka – Jaśka, a zarazem Prezesa, każdy z nas ma swoje subiektywne odczucia. Ich ilość i różnorodność związana z Nim – osobą nieprzeciętnie barwną i oryginalną, jak Jego dokonania, w których uczestniczyliśmy, zmuszają do głębokich refleksji.

Żegnając Przyjaciela, nie smucimy się, ponieważ Jego nieobecność pozwoli nam dojrzeć to, co w Nim najbardziej kochaliśmy. Jego życie mierzymy liczbą czynów, a nie dni. Zadajemy sobie pytanie: jaką znaleźć receptę na dzisiejsze czasy? Poszukujemy sensu w naszym działaniu. On też go szukał i odnajdywał w swoich dokonaniach. Byliśmy tego świadkami. Co więcej, uczestniczyliśmy w nich, traktując je jako wspólne dobro.

Nie sztuką jest coś wymyślić, lecz sztuką jest to urzeczywistnić. On potrafił swym pomysłom nadawać realny kształt. Czasem w niekonwencjonalny sposób. Pamiętamy nasze reakcje zdziwienia i niedowierzenia: co Jasiek znowu wymyślił? Nawet tym, co wyglądały, jak „wzięte z obłoków”. Dla nas, nie dla Niego. Kwitowaliśmy to stwierdzeniem: CAŁY JASIEK.

We wspólnej dziennikarskiej służbie nasze drogi stykały się, zbliżając do siebie. To było nie tylko opisywanie otaczającej nas rzeczywistości, lecz – co ważniejsze – tworzenie jej. To był sens tego, co określaliśmy jako służenie innym. Stanowiło pewne wartości, że nie żyjemy tylko dla siebie. To pozostanie po Nim i oby zostało po nas

Opisywanie dokonań Jaśka zajęłoby dużo miejsca w opasłych tomach książek, które przecież były swoistą wartością dla Niego. Szczególnie ta opisująca dary naszej ziemi, przeobrażane w niezwykłości smaków. Czasem nawet rekordowych. Kosztowaliśmy je, podziwiając. Były niezapomnianymi. Chociażby za to należy się Mu głęboki, dziękczynny pokłon. Za przybliżenie i odkrywanie darów naszej ziemi, lasów i borów.

Nie mówmy dzisiaj ŻEGNAJ, lecz DO WIDZENIA, bo nie wszystek umarłeś. Zostałeś w swoich dokonaniach..

Józef Maciej Roślicki z Piły

PS. W ofiarowanej mi książce Jego autorstwa „Kuchnia borów i lasów Dolnego Śląska” widnieje dedykacja: „Redaktorowi Maciejowi Roślickiemu, w setną rocznicę znajomości – Przyjaźni (nie mylić z setą), a były ich tysiące, zawsze pite w „słusznej sprawie”, smacznego życzy Jan Akielaszek”. Dziękuję Ci.

Paryż – sukces książki „Kuchnia borów i lasów Dolnego Śląska”, nagrodzonej na konkursie „Gourmand Awards” organizowanym w ramach „Paris Cookbook Fair”. INTERIA.PL

Podróż w jedną stronę

6 maja 2021 roku pożegnaliśmy zmarłego red. Jana Akielaszka. Mszę świętą w intencji naszego Kolegi odprawił ksiądz kanonik Witold Hyla, proboszcz parafii NMP Królowej Polski z wrocławskiej Kleciny, przyjaciel Zmarłego, będący jednocześnie kapelanem myśliwych i leśników Archidiecezji Wrocławskiej.

– Jan Akielaszek, z zawodu leśnik i dziennikarz, był przede wszystkim dobrym człowiekiem – wspominał w mowie pożegnalnej ksiądz Witold Hyla. – Będąc szefem Oficyny Wydawniczej „W Kolorach Tęczy”, nigdy nie odmawiał nam wsparcia, gdy zwracałem się do Niego o książki na nagrody dla dzieci uczestniczących w wielu konkursach organizowanych przez parafię. Ja w swojej biblioteczce również mam interesującą książkę Jego autorstwa pt. „Kuchnia borów i lasów Dolnego Śląska”, która została wyróżniona trzecią nagrodą na Międzynarodowych Targach Kulinarnych w Paryżu. Z książki tej często korzystam, przygotowując pasztet myśliwski lub inną myśliwską potrawę.

W kondukcie pogrzebowym na cmentarzu Grabiszyńskim, oprócz najbliższej rodziny, przyjaciół i sąsiadów Zmarłego, uczestniczyli również przedstawiciele nieistniejącej już redakcji „Żołnierz Ludu”, w której Jasiu Akielaszek w 1967 roku zaczynał swoją dziennikarską przygodę. Obecni byli przedstawiciele Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk oraz byli prezesi Międzynarodowych Targów Poznańskich: Bogusław Zalewski, Andrzej Byrt i Przemysław Trawa, który nad grobem powiedział między innymi: – Żegnamy dziś redaktora Jana Akielaszka, oddanego wrocławskiego przyjaciela Międzynarodowych Targów Poznańskich, człowieka pełnego pomysłów, wybitnego wydawcę i promotora książek kulinarnych, sławiącego kuchnie Polski i Dolnego Śląska. Jego dorobek edytorski był prezentowany we Frankfurcie nad Menem, w Dreźnie, Paryżu i Hongkongu. Jego kulinarne książki osobiście miałem zaszczyt wręczyć prezydentom Francji i Niemiec.

– Smutna wieść z Wrocławia do nas dotarła i choć mamy wielu jeszcze Przyjaciół w tym mieście, to Jana będzie mi brakować szczególnie – dodał Bogusław Zalewski, kolejny przedstawiciel Międzynarodowych Targów Poznańskich.

W imieniu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk mowę pożegnalną nad grobem Zmarłego wygłosił red. Ryszard Mulek, przewodniczący Zarządu Stowarzyszenia.

Jasiu, Drogi Przyjacielu!

Nigdy nie przypuszczałem, że przypadnie mi w udziale smutna powinność pożegnania Ciebie z ziemskim padołem. Pamiętam, jak w żartach wielokrotnie powtarzałeś: Jesteśmy wciąż młodzi, do setki pozostało nam jeszcze wiele lat życia. Niestety, choroba dopadła Cię znacznie wcześniej i powaliła na szpitalnym łożu, z którego już nie podniosłeś się. Jest to smutne, bardzo smutne. Za wcześnie wybrałeś się w podróż w jedną stronę.

Janeczku, nasza znajomość, przyjaźń trwała blisko pół wieku. Poznaliśmy się podczas Twojej wizyty w bolesławieckim garnizonie. Ty wówczas, od 10 lat, byłeś już dziennikarzem i fotoreporterem redakcji „Żołnierz Ludu”. Natomiast ja służyłem w 18 Brygadzie Rakietowej i byłem nieetatowym korespondentem tej gazety Śląskiego Okręgu Wojskowego. Podczas tamtego spotkania zachęcałeś mnie, abym częściej pisał i publikował materiały prasowe na łamach wojskowej gazety. Twoje dobre rady zaowocowały tym, że rok później i ja trafiłem do zespołu „Żołnierza Ludu”. Od tamtego czasu miałem okazję wielokrotnie towarzyszyć Ci w podróżach do jednostek oraz na poligony.

Szczególnie mile wspominam wyjazdy na wędrzyński poligon, który wówczas uznawany był za najatrakcyjniejszy ośrodek szkoleniowy. Dla nas, dziennikarzy, poligon ten był istną kopalnią tematów. Na jego terenie szkolili się bowiem żołnierze prawie wszystkich rodzajów wojsk, w tym pancerniacy i pododdziały zmechanizowane. Podczas pierwszego pobytu w Wędrzynie nie trafiłem jednak na strzelnicę ani na pas taktyczny czy też do ośrodka zurbanizowanego, lecz do żołnierskiego obozowiska namiotowego, a konkretnie do kuchni polowej. Nie byłem tym zachwycony. A Ty, Jasieńku, widząc moje niezadowolenie, poklepałeś mnie jedynie po ramieniu i stwierdziłeś: Pogadaj z kucharzami. Oni również odwalają kawał dobrej roboty. Zbierz o nich materiał prasowy. Dla ciebie będzie to chrzest bojowy.

O tym, że sprawdziłem się w „boju”, dowiedziałem się dopiero wieczorem, podczas lekko zakrapianej kolacji w miejscowym kasynie. Zaproponowałeś wówczas, Janeczku, abyśmy wypili bruderszaft i przeszli na ty. Jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Okazałeś się wspaniałym Kolegą, Przyjacielem, dobrym organizatorem i człowiekiem czułym na ludzką krzywdę.

Mimo upływu wielu lat wciąż pamiętam wypady w Twoim towarzystwie do jednostek i na poligony Śląskiego Okręgu Wojskowego. Wyruszając w teren, nigdy nie musieliśmy się martwić o sprawy aprowizacyjne. Ty bowiem załatwiałeś miejsce w hotelu, dobre jedzenie i samochód do naszej dyspozycji. W drodze powrotnej do Wrocławia, bardzo często już po godzinie 22.00, zawsze zapraszałeś nas do Żukowic koło Głogowa. Tam mieszkali Twoi rodzice, którzy za każdym razem gościnnie nas witali. Mama gorącymi pierogami, a tato buteleczką okowity.

W 1983 roku rozstałeś się z żołnierskim mundurem, odszedłeś do rezerwy. Rzuciłeś się w wir pracy cywilnej. Nie zapomniałeś jednak o koleżankach i kolegach z „Żołnierza Ludu”. Spotykaliśmy się między innymi w Klubie Dziennikarza, którego zostałeś dyrektorem. Jako szef klubu przy Świdnickiej, razem ze swoim zespołem, organizowałeś liczne wystawy malarskie i zdjęciowe, konkursy dla dziennikarzy i fotoreporterów, wspaniałe bale sylwestrowe oraz imprezy mikołajkowe dla dziennikarskich dzieci. Będąc sekretarzem Dolnośląskiego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy, wspomagałeś dziennikarskich emerytów i rencistów oraz wdowy po zmarłych kolegach żurnalistach. Aktywnie wspierałeś budowę Domu Pracy Twórczej w Jakubowicach. Włączyłeś się także z pasją w działalność Spółdzielni Mieszkaniowej „Śródmieście – Prasa”, dzięki czemu kilkanaście kolejnych rodzin dziennikarskich otrzymało mieszkania przy ulicy Bolesławieckiej.

Znalazłeś też czas na pracę społeczną jako radny miejski. Z Twojej inicjatywy powstało Wydawnictwo „Presstrust”, którego zostałeś prezesem i redaktorem naczelnym. Kilka lat później założyłeś Oficynę Wydawniczą „W Kolorach Tęczy”, której również prezesowałeś i byłeś redaktorem naczelnym. Na tym odcinku także wykazałeś się pomysłodawcą wielu projektów. Organizowałeś między innymi Targi Książki Kulinarnej. W sumie byłeś współautorem 19 kulinarnych rekordów Guinnessa. Byłeś także autorem książek, w tym „Kuchni borów i lasów Dolnego Śląska”, która zajęła trzecie miejsce na Międzynarodowych Targach Kulinarnych w Paryżu. W grudniu 2014 roku ukazała się Twoja kolejna książka pt. „Kuchnia myśliwska”, której współautorką jest Barbara Jakimowicz-Klein. Za tę książkę, wspólnie z Basią, otrzymaliście nagrodę prezesa Międzynarodowych Targów Poznańskich. Natomiast w 2016 roku pod Twoim nazwiskiem ukazała się książka „»Braterska pomoc« 1968”.

Przez wiele lat byłeś aktywnym działaczem Stowarzyszenia Dziennikarzy – wcześniej sekretarzem, a od 2016 roku członkiem Zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.

Żegnaj, Drogi Przyjacielu! Do zobaczenia po drugiej stronie.

Pani Bożenko, Rodzino Zmarłego Jasia, proszę przyjąć wyrazy szczerego współczucia od koleżanek i kolegów ze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.

Tekst: Bogdan MUR
Zdjęcia: Jan Drajczyk

Kliknij, aby powiększyć