Jacek Antczak Dziennikarzem Roku 2009

19 maja 2010 r. Kapituła NAGRODY DZIENNIKARSKIEJ imienia red. TADEUSZA SZWEDA przyznała po raz dziesiąty NAGRODĘ Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, Stowarzyszenia Dziennikarzy  Polskich i Międzyregionalnego Syndykatu Dziennikarzy Polskich JACKOWI ANTCZAKOWI.


Nominowanymi do tegorocznej NAGRODY DZIENNIKARSKIEJ byli również: MARIUSZ MARKS, MARCIN BRADKE i TOMASZ SWĘDROWSKI.
Uroczyste wręczenie NAGRODY nastąpi w piątek 11 czerwca 2010 r. o godz.15,00 na wrocławskim Rynku podczas WIELKIEGO  KONCERTU CHARYTATYWNEGO.
SEKRETARZ  KAPITUŁY
Wiesław Geras
Wrocław 26.05.2010 r.
NAGRODĘ w 2001 r. – otrzymał red. MARIUSZ URBANEK – Odra, Polityka
NAGRODĘ w 2002 r. – otrzymał red. WIESŁAW WODECKI – Gazeta Wrocławska
NAGRODĘ w 2003 r. – otrzymała red. MARIA WOŚ – Polskie Radio S.A. Wrocław
NAGRODĘ w 2004 r. – otrzymał red. KRZYSZTOF KUCHARSKI – Słowo Polskie Gazeta Wrocławska.
NAGRODĘ w 2005 r. – otrzymała red. BEATA MACIEJEWSKA – Gazeta Wyborcza
NAGRODĘ w 2006 r. – otrzymał red. PIOTR ZAŁUSKI (TVP Wrocław).
NAGRODĘ w 2007 r. -otrzymała red. GRAŻYNA ORŁOWSKA –SONDEJ(TVPWrocław)
NAGRODĘ w 2008 r. – otrzymał red. JAN MACIEJ MACIEJEWSKI (TVP Wrocław)
NAGRODĘ w 2009 r. – otrzymał red. MIECZYSŁAW MICHALAK (Gazeta Wyborcza)
 

„W Radwanicach najlepiej idą romanse”

Debiutancka książka Jacka Antczaka to opowieść o Dolnym Śląsku i Dolnoślązakach rozpisana na 33 reportaże. Wrocławski dziennikarz posługując się dynamicznym, reporterskim zapisem opowiada o niecodziennych zdarzeniach, albo z pozoru zwyczajnych miejscach przez pryzmat ludzi – ich losów, pasji, miłości. Kreśląc sylwetki swoich bohaterów, autor obserwuje znaczące szczegóły, przytacza nieznane fakty, jednocześnie pisząc jasnym, czasem pełnym humoru, czasem dramatyzmu, stylem. Ze swadą – z dialogów i sytuacji – maluje portrety ludzi i miejsc.
 
Reporter zaczyna swoją opowieść przedstawiając chrząszcza z Namibii, który wpłynął na życie dwóch wrocławian: mało znanego naukowca i słynnego koszykarza. Pisze też m.in.:
– o mordercach, których lubi pewien zakonnik,
– o wielkiej awanturze o słodki przedmiot pożądania ze Śnieżki,
– o niemieckim Stalinie, który w Przesiece żył pod jednym dachem z polskim żołnierzem,
– o sołtysie, który zaczął rządzić Ciechanowicami za czasów Bieruta i wytrzymał na stanowisku do Kwaśniewskiego.
 
Reporter przypomina jak Michael Jackson powiedział nam w Lubiążu "I love you" i jaki dramat przeżyli mieszkańcy Kłodzka podczas powodzi tysiąclecia. W "części wrocławskiej" wyjaśnia dlaczego Solorz zbudował "Bar" na Świdnickiej, skąd się wzięły mrówki w mrówkowcu na Drukarskiej, półkowniki na Proletariackiej, a Kurdowie na Strzegomskiej. Z książki Jacka Antczaka dowiadujemy się jednak najważniejszego, dlaczego – choć reportaż jest królem dziennikarstwa – to jednak… w Radwanicach najlepiej idą romanse. (Od Wydawcy)
 
Miałem wrażenie, że Jacek wpadł w pułapkę, w jaką wpada każdy młody reporter: napisał o wrocławskim taksówkarzu, który uwodzi rzesze kobiet i fotografuje je nago aparatem ukrytym w żyrandolu. Obawiałem się, że Jacka pociągną tematy marginalne, dziwaczne i przyczynkarskie – narkotyk chyba każdego młodego reportera, używka, której trudno się wyrzec. Jacek jednak zaskoczył mnie. Okazało się, że udanie potrafi pisać nie tylko o marginaliach. Pociągają go także sprawy, które nie są reporterskimi samograjami – tematy niełatwe, powiedziałbym zasadnicze. Które leżą w głównym nurcie życia nowej Polski. [ze wstępu Mariusza Szczygła]
 
Jacek Antczak: „W Radwanicach najlepiej idą romanse”, Wydawnictwo: Atut , listopad 2004 ISBN: 83-89247-97-6, stron: 292.
 
Jacek Antczak (ur. w 1969 roku w Kaliszu) jest z wykształcenia kulturoznawcą, a z zawodu (i z powołania) reporterem. W dziennikarstwie od 11 lat ("Gazeta Wyborcza", Radio Kolor, "Słowo Polskie", "Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska"). Za reportaże otrzymał 5 nagród w ogólnopolskich konkursach, w tym nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (tzw. polski Pulitzer). Był też dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza Szweda, przyznawanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk. Publikował m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Życiu" i "Nowym Państwie" oraz w wielu gazetach regionalnych. Jest współautorem przygotowywanej do druku książki o Hannie Krall i Ryszardzie Kapuścińskim, najsłynniejszych polskich reporterach. Jest również autorem i kompozytorem poetyckich ballad, które przez lata z powodzeniem wykonywał z zespołem Wolny Wybór. Był także pomysłodawcą i szefem artystycznym Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej "Łykend" we Wrocławiu.

Bohema studenckiej enklawy

We wrocławskim Klubie Pałacyk bywali aktorzy, artyści, politycy, literaci i dziennikarze, odbywały się przedstawienia teatru Jerzego Grotowskiego i próba bicia rekordu świata w piciu wina marki „Wino”. Grający jazz amerykańscy muzycy z New York Jazz Quartet i estradowy blackout „Hitler” Leszka Niedzielskiego dla wizytacji z Komitetu Centralnego PZPR. Koncert Edwarda Stachury i bijatyka wrocławskich gangów. Dancingi bohemy przy szafie grającej i Jesienin w piwnicy. O to, by takiej rangi wydarzenia tworzące nie tak przecież tajną historię powojennego Wrocławia nie zostały zapomniane, walczą bywalcy wrocławskiego Pałacyku.

Ponieważ istniała poważna groźba zatarcia się faktów o miejscu, które sprawiło, że Wrocław zyskał miano miasta otwartego, młodego, kulturalnego, inteligentnego i wreszcie „oswojonego”, pałacykowicze wzięli sprawy we swoje ręce. 11 maja roku 2002 kilkuset byłych jego bywalców spotkało się w najpiękniejszej sali balowej Wrocławia. A to dopiero początek przywracania pamięci temu miejscu przez obecnych senatorów RP, prezesów wielkich firm, profesorów wyższych uczelni i rozsianych po świecie znakomitych artystów – bo tacy ludzie tworzyli niegdyś brać tutaj rządzącą. Na przedjubileuszowym balu, przygotowanym z okazji… 43 rocznicy powstania klubu studenckiego, ustalono, że 44 urodziny w 2003 roku będą jeszcze bardziej huczne, a o imprezie w 2004 roku z pewnością będzie głośno w całym świecie.

* * *

Powojenne dzieje budynku przy ulicy Kościuszki 34 są niezwykłe. Był siedzibą Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i „squatem” repatrianckich rodzin wysiedlonych w 1959 przez działaczy Zrzeszenia Studentów Polskich, którzy za zgodą władz miejskich zaanektowali gmach. Stał się wtedy miejscem magicznym, enklawą bohemy i mekką artystów sztuk wszelakich. Ale potem był także „spsiałą placówką”, „czarną dziurą” oraz świadkiem umacniania przyjaźni NRD z PRL przez ministra sportu Aleksandra Kwaśniewskiego i Egona Krenza (w 1988 roku). W końcu stał się areną porachunków wrocławskich gangsterów, a dziś ma być Akademickim Domem Europejskim, przez który polscy studenci przedostawać się będą do Unii.

Nie wiadomo, czy Pałacyk wybije się na europejskość. Pewne jest tylko to, że bywalcy klubu z czasów jego świetności nigdy o nim nie zapomną.


Alfabet bywalców

Lista pałacykowiczów zaproszonych na bal jest imponująca. 550 nazwisk. Na A – m. in. małżeństwo Aleksiunów i Anioł Mika. Na B – Banaszak Hanna niedaleko reżysera Bromskiego. Pod C i D poseł Chaładaj Jan i Ciosek Stanisław (dopisek „Kancelaria Prezydenta RP”) sąsiadują z Cymankiem Januszem, a Dałkowska Ewa z Drozdą Tadeuszem. K to np. Kownacka Gabriela, Kozioł Urszula i Krzaklewski Jacek, muzyk Perfectu. Im dalej, tym ciekawiej. Okazuje się, że dziesiątki artystów, biznesmenów i polityków mieszkających czy to we wrocławskiej dzielnicy Fabryczna, czy to w RPA (jak Jerzy Pakulski, zwany „pałacykowym bogiem jazzu”), Kopenhadze (Włodzimierz Herman – reżyser) czy w Woodstock (Jan Sawka – twórca najsłynniejszych plakatów i najlepszych obscenicznych rysunków dla przyjaciół z Pałacyku, dziś światowej sławy grafik, malarz, scenograf i multimedialista) niespełna czterdzieści lat temu tworzyło tutaj radosne i wcale niezłe dzieła, a potem popijało tunezyjskie wino „Gellala”. Działo się to podczas jam session Jazzu nad Odrą, po jakimś artystycznym skandalu wywołanym przez happenerów ze szkoły plastycznej lub po spotkaniu z poetą Władysławem Broniewskim.


Sala balowa, czyli kto ukradł żyrandol

Oglądam na fotografii scenę z „Dziadów” Mickiewicza wystawionych po raz pierwszy we Wrocławiu w sali lustrzanej klubu przez teatr Jerzego Grotowskiego. Bogusław Klimsa, współtwórca słynnego niegdyś Kabaretu Ojców, wskazuje na wiszący nad aktorami „Laboratorium” ascetyczny żyrandol i mówi: – Następny, bogato zdobiony, zawieszony po przeprowadzonym remoncie, ktoś buchnął. Ponoć za wskazanie miejsca jego pobytu wyznaczono nagrodę w wysokości kilku skrzynek wódki.

Przez setki czarno-białych zdjęć, plakatów, programów, ulotek i innych pamiątek przewija się kalejdoskop postaci odpowiedzialnych za wrocławski boom kulturalny lat sześćdziesiątych. Jest Bogusław Litwiniec, dziś senator, którego teatr Kalambur święcił tu pierwsze triumfy i którego Festiwal Teatru Otwartego (wcześniej Międzynarodowy Festiwal Festiwali Teatrów Studenckich) sprawił, że klub był otwarty dla najsłynniejszych twórców kontrkulturowych z całego świata. Jest Czesław Stasiewicz, pierwszy dyrektor, który 20 listopada 1959 roku otworzył tu Klub Studencki Pałacyk i zaraz rozwarł podwoje przed jazzmenami („Errollem” Kosińskim, Andrzejem Ciążyńskim) i plastykami (Michałem Jędrzejewskim, Wiesławem Zajączkowskim, Zbigniewem Paluszakiem). Te mariaże owocowały przez całe następne dziesięciolecie, zwłaszcza podczas Nocy Jazzu i Poezji wymyślonych przez Włodzimierza Hermana. Wowa Herman debiutował w Pałacyku jako reżyser, aktor i organizator zachęcający do czytania wierszy Basię Noskiewicz, Edwarda Lubaszenkę i chudziutkiego chłopaczka Janusza Gajosa. Do wierszy Majakowskiego, do poezji Grochowiaka albo i do poematu „Ziemia jałowa” T.S. Eliota improwizowali Zbigniew Piotrowski, Jerzy Pakulski, Czesław „Mały” Bartkowski, Włodzimierz Plaskota. Na zdjęciach sprzed lat widać Piotra Wieczorka i Jurka Wojciechowskiego – w 1960 roku z grupą satyryków i poetów tworzących kabaret „Kalamburek” objęli oni we władanie piwnicę, której patronem stał się Edul Prymus. To tutaj już w 1961 roku Litwiniec przygotował „Skandal w piwnicy”, pierwszy pełny kabaretowy program. Nie można nawet napisać, że w Pałacyku lat 60.-70. było głośno, bo wiele można było osiągnąć gestem. Przecież o rezydującym tam przez lata Teatrze Pantomimy „Gest” (Sobieraj, Puzilewicz, Gołębiowski, Leparski, Niedzielski, Stankiewicz) było swego czasu głośniej w świecie niż o teatrze Henryka Tomaszewskiego.

I dalej, bo wyliczanka pałacykowych twórców chyba nie ma końca. Stanisław Lose, dziś wzięty architekt i jego pierwsze w Polsce psychodeliczne widowiska, Tadeusz Drozda, dziś Dyżurny Satyryk Kraju, happeningowo-plastyczny teatr „Trumna” Adama Rząsy, Teatr Deszczu Piotra Szczeniowskiego czy Teatr Instrumentalny Ryszarda Gwalberta Miśka. I jeszcze Teatr Poezji „Pandora” Danki Szopianki (wieloletniej prezeski klubu), Teatr Otwartej Sceny Romualda Szejda, Marka Koterskiego i Janusza Michalewicza, wreszcie Jerzy Grotowski, który z Teatrem 13 Rzędów wystawił po raz pierwszy we Wrocławiu „Siakuntalę”. Jego czołowy aktor Ryszard Cieślak, bywalec Pałacyku, był posiadaczem pierwszej w mieście płyty Beatlesów.

Bogusław Klimsa, twórca słynnego niegdyś Kabaretu Ojców (poza nim tworzyli go Marek Gołębiowski, Leszek Niedzielski, Lech Ignaszewski; ich pierwszy program „Idylla, słodka idylla” powstał w 1965 roku, kolejne to „Robotnicy robotnikom” i „Wyklep kosę”) i dziesiątki innych wrocławian, których ten klub wciągnął, mówią zgodnie, że było to wówczas rozsiewające w całym mieście intelektualny ferment siedlisko malarzy, poetów, kabareciarzy i innych artystów „fikających czy ryczących”, po prostu naturalne środowisko artystyczne, a pałacykowiczów nie można utożsamiać tylko z działaczami ZSP. Pałacyk przyciągał głównie twórczością i młodością, nie polityką, natomiast działacze organizowali i załatwiali pieniądze, za które artyści tworzyli i bawili się – często wspólnie.


Samo życie pod Edulem

Schodzę do pałacykowej piwnicy. Od dziesięciu lat mieści się tu klub „Samo życie”. Na początku lat dziewięćdziesiątych była tu scena rockowa – grywali na niej Leszek Cichoński, Martyna Jakubowicz, Jurek Styczyński. Później był trudny okres, bo opiekunowie dyskoteki pobierali od właścicieli haracze.

W latach sześćdziesiątych „haracze” otrzymywali goście. Poczas happeningów Adam Rząsa, pałacykowy plastyk znany z niekonwencjonalnych inicjatyw, prowadzał między stolikami kozę i przy kim beknęła, ten otrzymywał „haracz” – nagrodę. To właśnie „Pod Edulem”, później przemianowanym na „Arkę”, Kazik Tylicki, student ekonomii, recytował wiersze Jesienina. – Dziś wyglądałoby to jak surrealistyczny film – mówi Klimsa. – Tawerna portowa, bo tak o trzeciej w nocy wyglądała „Arka”, poeci i muzycy pijący niezapomnianego grzańca, a tu na beczkę (zastępowały one stoliki) wchodzi facet i recytuje wiersze. I wszyscy przyjmują go z entuzjazmem.

W apogeum świetności Pałacyku działały cztery bary, zaś artyści sztuk wszelakich spotykali się na każdym z pięter przygotowując lub „podsumowując” kolejne imprezy artystyczne. Czasami urządzali nawet zawody: – Pamiętam, jak pobiłem wtedy rekord świata w piciu wina marki „Wino”, 19 sekund, ale nie wiem, czy przetrwał dłużej niż dwa tygodnie – opowiada Stanisław Szelc, dziś aktor kabaretu „Elita”. W podziemiach, poza „Edulem”, gnieździli się turyści i grotołazi, jazzmani i fotograficy oraz akustycy. To była rzeczywiście republika wolności artystycznej.

Ryszard Sławiński, szef Pałacyku w roku 1968, późniejszy senator SLD z Wielkopolski, napisał, że nie zapomni pałacykowych koncertów grupy „Romuald i Roman”, działającego tutaj „w literaturze” Lothara Herbsta, wreszcie tego, że śpiewając tu z Krystyną Kotlińską, zakwalifikował się do Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie (był rok 1964). Jeśli o piosence mowa, Wojciechowi Popkiewiczowi (twórcy studia piosenki „Ad Libitum”, dziś znanemu autorowi programów telewizyjnych) do tej pory wypominają, że tak uparcie słuchał z jedynej w mieście stojącej tu szafy grającej utworu Kate Kearby i że potem napisał przebój „Kocham świat”, którym Joanna Rawik wygrała festiwal w Opolu. W Pałacyku działało zresztą kilka „studiów piosenki” prowadzonych m. in. przez Ryszarda Uklańskiego, Andrzeja Kuryłę i Bogusława Klimsę. Dzięki nim powstało wiele utworów wykonywanych m.in. przez Teresę Tutinas, Marię Alaszewicz, Krystynę Krotoską, Ewę Sadowską, Krystynę Tkacz czy Teresę Iwaniszewską.

Swoją wielką pałacykową kartę mają też kluby jazzowe prowadzone przez Wojciecha Siwka czy Krzysztofa Pileckiego. W 1959 roku podczas otwarcia Pałacyku zagrał zespół Tadeusza „Errolla” Kosińskiego (Edmund Kalus, Henryk Sęk, Janusz Łoś), jazz nowoczesny grał tu później FAR Quartet – przez ten zespół przewinęło się wielu znakomitych muzyków, m.in. Jerzy Pakulski, Zbigniew Piotrowski, Janusz Kozłowski, Czesław Bartkowski, Aleksander Jamka, Włodzimierz Plaskota, Marian Tomas, Stefan Stadnicki, Jerzy Grosman i Jerzy Śnieżawski. W Pałacyku zadomowieni byli także kabareciarze (m.in. Henryk Jagodziński, Krzysztof Piasecki czy kabaret BABA Jacka Zwoźniaka, Jana Jakuba Wenzla i Marka Ferdka), poeci (Tymoteusz Karpowicz, Jacek Łukasiewicz, Henryk Gała, Rafał Wojaczek, a turnieje poetyckie O Laur „Arki” dynamizowały środowisko młodoliterackie), miłośnicy filmu (słynny Dyskusyjny Klub Filmowy ZSP prowadzili niezapomniany Czesław Stasiewicz, Ryszard Uklański i Cezary Żyromski, który był jednocześnie sekretarzem Rady Klubu Pałacyk), czy artyści fotografii (od 1965 r. działał Fotoklub „Pałacyk”, którzy utworzyli m.in. Jerzy Olek i Kazimierz Helebrandt, a od 1972 grupa „Format” Czesława Chwiszczuka i Marka Łopaty).


Sted na pięterku

Drugie piętro Pałacyku. W salce kina „Oskar”, gdzie dziś Piotr Weiss zapędza ambitnych widzów, kiedyś śpiewał Edward Stachura. – Przyszliśmy z Wojtkiem Bellonem na spotkanie z legendarnym już wówczas Stedem – wspomina Wacław Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, który w Pałacyku zagrał „ze 100 koncertów”. – Śpiewał głównie piosenki własne, a znaliśmy go tej pory jako wykonawcę kompozycji Jerzego Satanowskiego. Pamiętam, że załamaliśmy się wtedy, gdy usłyszeliśmy, jak gra i śpiewa.

Stachurę przynajmniej do Pałacyku wpuszczono, a kiedyś na własne spotkanie nie mógł wejść spóźniony Zbigniew Cybulski. Legendarny portier Józef Bihun uznał, że to nazwisko nic mu nie mówi. To właśnie dziadek Bihun dokonywał zawsze pierwszej selekcji gości, bowiem jak nie każdy mógł tu wystąpić na scenie, tak i nie każdy mógł tu wejść. Inna legenda – Franciszek Pukas, mieszkający na poddaszu opiekun budynku, zwany gospodarzem, uwielbiał grać na akordeonie. Grywał najczęściej późną nocą, zwykle po kieliszku, kiedy nachodziła go wena. Rzępolił tak, że budzili się przysypiający, podchmieleni pałacykowicze uciekając gdzie pieprz rośnie.

Dla Juszczyszyna, wówczas studenta politechniki, Pałacyk był mekką rodzącego się bigbitu. Chodziło się przede wszystkim na występy grup „Elar 5”, „Dogmaty” i „Romuald i Roman”. Koncerty RR były psychodeliczno-multimedialne, dzięki plastycznym wizjom Stanisława Losego.

W Pałacyku raz po raz wybuchały artystyczne skandale, prowokowane przez plastyków czy poetów. – Pamiętam jak Jacek Zwoźniak występował na happeningu zatytułowanym „Poezją między oczy”. Akcja trwała tak długo, że Jacek dał widzom poezją między oczy przewracając całą scenografię – wspomina Juszczyszyn.


Partia baluje ze studentami

„Największa sala balowa w mieście” – wielka reklama kłuje w oczy. Tu się akurat nic nie zmieniło. Sława pałacykowych bali była tak wielka, że kiedyś, gdy całe Biuro Polityczne przyjechało do Wrocławia na obchody 25-lecia PRL, po uroczystej akademii – zamiast udać się na bankiet w Śląskim Okręgu Wojskowym – bonzowie z KC postanowili pobawić się ze studentami. – Pamiętam, że byli wszyscy poza Gomułką. Siedziałem wtedy przy stoliku z Kliszką i dyskutowaliśmy o Norwidzie, Moczar dogorywał w innej części sali – śmieje się Stanisław Szelc. Klimsa dodaje, że pojechał na prośbę Ludwika Bukowskiego, ówczesnego szefa Rady Okręgowej ZSP, po „Niedziela” (Leszka Niedzielskiego). Aktor Teatru Pantomimy „Gest”, lekko zmęczony, dał m.in. swój popisowy, ale prywatny numer – parodię Hitlera. Wszyscy modlili się, by na bis nie dał „Gomułki”. Skandalu nie było, mimo iż artyści przypomnieli jeszcze politykom, że nie zapłacili za koniak. KC po kilku dniach uregulowało rachunek.

Stanisław Szelc wspomina, że Pałacyk był wtedy republiką wolności, w której mówiło się i robiło rzeczy, o których gdzie indziej nawet nie śniono. Był też matecznikiem bohemy, gdzie plastycy (jak dosłownie mieszkający w Pałacyku Jan Sawka) ściśle współpracowali z poetami i bigbitowcami, twórcy teatralni z grotołazami, a dzisiejszy kompozytor „Elity” Włodzimierz Plaskota szalał na kontrabasie w jazzowej grupie FAR Quartet. Towarzystwo tworzyli lekarze, naukowcy oraz zwyczajne zawadiaki dobrze czujące się wśród twórczych studentów. – Nasze spotkanie ma pokazać, że tamto pokolenie nie jest jeszcze stracone dla świata i nie dało się przygnieść tym, co się teraz w kraju dzieje – deklaruje Bogusław Klimsa. Jego opowieści co chwilę przerywa telefon. Kolejni pałacykowicze dzwonią z różnych stron świata i pytają, co się dzieje z innymi… Czasem słychać: „Nie będzie go, niestety, już nie żyje”, albo: „Nie można go odnaleźć, nikt nie wie, gdzie jest”. Ktoś deklaruje, że nie ma ochoty na bale w takim towarzystwie. O kimś mówi się, że był w SB, o innym, że jak pił, tak pije, albo że nie radzi sobie w trudnych dzisiejszych czasach. I nie ma już nawet wiecznych studentów.

Awers i rewers medalu pamiątkowego Budowniczemu Akademickiego Centrum Kultury Pałacyk wybitego w 1984 roku (jedynie 20 egz.) z okazji 25-lecia klubu.


Od rezydencji do Bractwa Pałacyk

Budynek powstał w 1890 roku, kiedy to hrabia Hans Ulrich Gothard von Schaffgotsch przebudował stojącą tu willę i urządził sobie okazałą rezydencję. W 1915 roku pałac otrzymała parafia ewangelicka. Po wojnie urzędowały tu różne instytucje (m.in. TPPR i wojsko), w 1956 po wykwaterowaniu dzikich lokatorów miasto przekazało obiekt Zrzeszeniu Studentów Polskich. Klub Studencki Pałacyk otwarto w 1959 roku. Stał się on centrum kulturalnym, w którym skupiły się środowiska studenckiego teatru i kabaretu, jazzmani i poeci, piosenkarze i plastycy, twórcy i miłośnicy filmu, fotografii, wreszcie turyści, koniarze, żeglarze, grotołazi czy alpiniści. Do najsłynniejszych wrocławskich pałacykowiczów tamtych czasów należeli m.in. Bogusław Litwiniec, Włodzimierz Herman, Jerzy Pakulski, Tadeusz „Erroll” Kosiński, Adam Rząsa, Eugeniusz Get-Stankiewicz, Jan Sawka, Henryk Gała, Marek Gołębiowski oraz aktorzy teatrów Kalambur, CzłoWiekXX, Pantomimy „Gest”, Kabaretu Ojców, scen piosenki „Pałacyk” i „Ad Libitum”. Trudno by było zmieścić czy nawet wymienić postaci, które tutaj gościły. Bywali tu: Ryszard Kapuściński, Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz, Zbigniew Cybulski, Jerzy Waldorff, Wojciech Giełżyński, Wojciech Siemion, Edward Lubaszenko, a nawet minister Adam Rapacki, który był w trakcie wymyślania planu Rapackiego. Po kilkuletnim remoncie w latach siedemdziesiątych Pałacyk nie odzyskał pełni dawnego blasku, w latach osiemdziesiątych jego działalność niemal zamarła, a w dziewięćdziesiątych imprezy kulturalne były tylko incydentalne. Od początku XXI wieku ZSP zapowiadało rozwinięcie skrzydeł Pałacyku, ze wsparciem pałacykowiczów zarówno indywidualnych, jak i nieformalnej „obywatelskiej” grupy towarzyskiej Bractwo Pałacyk, która stara się łączyć wszystkich starych i młodych bywalców klubu, choćby przez ideę organizacji corocznych jubileuszy.

Jacek Antczak
Wrocław, 2004
(Na podstawie tekstu archiwalnego ze „Słowa Polskiego”)

****

W podwórzu – za Pałacykiem…

Na stronach „Plus Minus” Rzeczpospolitej z 19–20 kwietnia 2008 r. ukazała się obszerna rozmowa przeprowadzona przez Stanisława Beresia z Bolesławem Nowickim – artystą plastykiem, tłumaczem, bywalcem Pałacyku, kolegą Rafała Wojaczka, mieszkającym obecnie stale we Francji.

Dzień w dzień z Wojaczkiem” – „Rzeczpospolita”