MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Klub Dziennikarza – koniec legendy

     Wrocław to nie Kraków, gdzie siła tradycji jest niezniszczalna. Dlatego w Krakowie byłoby nie do pomyślenia, że mogłaby ulec likwidacji taka, dajmy na to, Michalikowa Jama. We Wrocławiu w ubiegłym roku [1992] zakończył ponadtrzydziestoletnią działalność Klub Dziennikarza. Właściciel budynku u zbiegu ul. Świdnickiej i Podwala, to jest Społem, wymówił użytkownikom dzierżawę lokalu i tym prostym sposobem położył kres pewnej utrwalonej już tradycji i swoistej legendzie miasta.

     Klub Dziennikarza takiej legendy się dorobił. Bo nawet jeżeli kiedyś placówka odrodzi się w innym miejscu, będzie to już zupełnie coś innego. Istnieje wszak coś, co uczenie nazywa się genius loci. To nie pojawia się nagle, to się rodzi w przebiegu czasowym. Można to zabić, ale nie da się tego przeprowadzić gdzie indziej.

     Klub został ukształtowany przez Lucjana Sochę, człowieka, który przeszedł do legendy. Pan Lucjan zwykł mawiać, że miejsce to powinno być dla dziennikarzy szczególnego rodzaju przedłużeniem redakcji i prywatnego domu. Tutaj można było się umawiać na wywiady, tutaj funkcjonowały dziennikarskie giełdy wymiany informacji, tutaj można było prowadzić życie towarzyskie, na które mało kto mógł sobie pozwolić w ciasnym mieszkaniu, nie mówiąc o tym, że niejeden w dawnych czasach nie miał w ogóle mieszkania, bytując w pokoju sublokatorskim. Dbał, bardzo dbał Socha o estetykę, schludność i atmosferę, w której każdy czułby się dobrze. No i wprowadził zasadę, że nie ma w klubie dnia bez jakiejś godnej uwagi propozycji kulturalnej. Nie wiem, czy to możliwe, ale warto by zliczyć, ile w tym miejscu odbyło się różnych imprez: owe wszystkie seanse filmowe i teatralne, wieczory kabaretowe, recitale, wystawy, konkursy, spotkania z wybitnymi artystami, głośnymi uczonymi, politykami, dyplomatami.

     Choć klub miał charakter środowiskowy i obowiązywały karty wstępu, nie był jednak jakimś dziennikarskim gettem. Karty wydawano również artystom, pracownikom nauki, wydawcom i działaczom kultury, przedstawicielom wolnych zawodów. Właściwie mógł o nie ubiegać się każdy, kogo zarekomendowało dwóch wrocławskich dziennikarzy. W rezultacie żurnaliści stanowili tam mniejszość. Było to dobre i owocne. Jeśli zaś idzie o programową działalność kulturalną, adresowana ona była w większości przypadków do wszystkich zainteresowanych wrocławian.

     Klubowe legendy – dobre i złe (ale cóż po latach w legendzie jest naprawdę złe?) – łączą się z konkretnymi ludźmi. Przez Klub Dziennikarza przewinęło się wiele barwnych postaci. Długie lata starsi klubowicze pokazywali młodszym stolik, przy którym najbardziej lubił przesiadywać Zbyszek Cybulski, w swoim czasie domownik tego klubu; przy tym stoliku m.in. spędził część wieczoru przed swą ostatnią tragiczną podróżą. Tutaj nieomal mieszkał Jerzy Białowąs i najlepszy tancerz wśród dziennikarzy Bolesław Zublewicz. Tutaj właściwie umarł świetny reporter miejski Jerzy Widomski. Tutaj przez trzydzieści lat grał w brydża – w ogóle nie popijając – zawsze przeraźliwie trzeźwy Sylwester Chęciński; gdy przegrywał, znaczyło, że myślami krąży wokół pomysłu na swój nowy film.

     Na pożegnalnym klubowym spotkaniu wspominano dziesiątki dawnych i niedawnych bywalców. Pamiętano wśród nich panią Johnson z czasów, gdy jeszcze była panienką i nazywała się Piasecka. Starsi do dziś bawią się wspomnieniem, którego bohaterem był gruby energiczny starszy pan; wmawiał szatniarzom, że ma tu spotkanie autorskie, a oni nie chcieli go wpuścić, nie rozpoznając w „awanturniku” mistrza Melchiora Wańkowicza. On po imprezie udawał barmana, nalewając każdemu chętnemu do kielicha aż do wyczerpania całego niemałego honorarium. Przyznał się potem, że całe życie marzył, by raz wystąpić w roli prawdziwego barmana. Zapamiętano też Rafała Wojaczka, który raz wyszedł z lokalu na ulicę przez… szybę. Setki podobnych anegdot można usłyszeć od zatwardziałego klubowicza i wspaniałego gawędziarza, weterana wrocławskiego dziennikarstwa Jana Szatsznajdera.

     W sumie przez klub przewinęły się tysiące ludzi, w tym cały bez mała korpus dyplomatyczny Europy. Miał też klub swoich cichych „bohaterów”. Był miejscem stałej obserwacji ze strony służb specjalnych. Regularnie tu przychodzili wywiadowcy na rozpoznawanie nastrojów wśród dziennikarzy, artystów i tzw. inteligencji twórczej. Konspirowali się, ale zazwyczaj ich dekonspirowano. Pamiętam, jak – zaproszony do stolika przez red. Zublewicza – zacząłem coś „nieodpowiedzialnie” chlapać przy nieznajomym. „Ty się pohamuj – rzecze na to bez skrępowania Bolek – bo wprawiasz we frustrację kolegę. On jest ubekiem, a chciałby prywatnie napić się z nami wódki”. Jeśli ocalały klubowe raporty w archiwach SB, zawierają zapewne niemało ciekawostek i anegdot.

     Anegdoty anegdotami – wiadomo, ubarwiają wspomnienia. Trzeba jednak pamiętać, że Klub Dziennikarza to przede wszystkim znaczący kawałek kultury miasta. Tutaj narodziło się Wrocławskie Święto Kwiatów – wspaniała ludyczna impreza, którą żyły tysiące mieszkańców. Skojarzona z „niesłusznym świętem” 22 lipca, dziś zeszła na margines. Nawet jeśli pójdzie w zapomnienie, wielu świadków może potwierdzić, że był to krok ku Europie w dziedzinie ambitnej kultury masowej.

     Przed laty świetność Klubu Dziennikarza zbiegała się i miała wpływ na świetność innych podobnych placówek w pobliżu. Od pl. Kościuszki ze znakomicie prosperującym Empikiem, Klubem Muzyki i Literatury oraz pobliskim Pałacykiem (który też miał dni wysokiego lotu), ulica Świdnicka z Klubem Dziennikarza i sąsiadującym z nim salonem BWA aż po Rynek z Klubem Związków Twórczych i Piwnicą Świdnicką stanowiła kulturalne centrum Wrocławia o niezwykłej żywotności.

     Klub Dziennikarza przez ponad dziesięć lat kojarzył się z nazwiskiem red. Sochy. Kolejnymi jego szefami byli: Kazimierz Rychłowski, Barbara Sowa, Zdzisław Smektała, Jan Akielaszek i Marek Obszarny. Z początkiem lat osiemdziesiątych – w polskich czasach „burzy i naporu” – wynikły problemy z finansowaniem działalności klubu. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich podjęło wysiłek, by zorganizować placówkę na nowych podstawach. Powołano Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Dziennikarzy, opracowano i zarejestrowano statut, na podstawie którego klub mógł funkcjonować jako samodzielna, samofinansująca się placówka. Środki zdobywano m.in. poprzez działalność wydawniczą (miesięcznik szaradziarski „Rebus”). Lokal odnowiono, wyremontowano. Klub z wyprzedzeniem dobrze się przystosował do nowych reguł wolnego rynku. I... padł. Bo nie ma takiego prawa, które by chroniło legendy, genius loci, tradycje. Bo Wrocław nie jest Krakowem.

Tadeusz Burzyński
Kalendarz Wrocławski 1993

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl