
| MENU:
|
Lucjan
Socha (1912–1975)
– Napisz wspomnienie o nim... – Przypomnij sylwetkę Sochy... Co jakiś czas słyszę te słowa w różnych środowiskach Wrocławia i zawsze słucham ich z przyjemnością. Nie dlatego, abym się czuła biografem Lucjana Sochy, abym mu była szczególnie bliska. Byłam jego koleżanką jak wielu innych, po prostu bardzo długo – poza spotkaniami przyjacielskimi – łączyła nas praca zawodowa. Lucjan pracował kolejno w różnych instytucjach i z ich problemami przychodził do redakcji, w której ja trwałam stale. Dziś cieszy mnie pamięć o Lucjanie, bo widzę, że miasto umie docenić tego człowieka i nie chce o nim zapomnieć. Na ogół miasta bywają dumne z ludzi sławnych – wybitnych uczonych, znanych wynalazców, znakomitych artystów, których nazwiska – kojarzone z nazwą miasta – dodają temu miastu splendoru: No, proszę, jaki to mamy twórczy klimat! Popatrzcie tylko, kto to się u nas rozwinął! Lucjan w żadnej kategorii tradycyjnie rozumianej sławy się nie mieści; jego biografia nie jest ani zbyt długa, ani szczególnie efektowna; nie jest to nazwisko do encyklopedii. Ale bo też reprezentował inne kategorie społecznej przydatności. Musiał się chłopak bardzo rwać do ludzi, do nauki, do wielkiego świata, skoro skromna rodzina z Gomunic pod Radomskiem jakoś potrafiła dać sobie radę i wysłać chłopca do szkoły. Lucjan szansy nie zmarnował, skończył szkołę średnią. A uczył się nie tylko tego, czego się uczniowi uczyć kazano, ale już wtedy odkrywał siebie: swoje zdolności i możliwości, przede wszystkim wielką wrażliwość i skłonność do pióra, łatwość władania słowem i sztukę kontaktu z ludźmi. Zaowocowało to już w wojsku – zaczął pisać. Były więc reportaże, artykuły, wspomnienia, były coraz większe i ambitniejsze formy literackie. Ale służba wojskowa szybko się skończyła, a owdowiałej matce i rodzeństwu było ciężko, trzeba było pomóc rodzinie i natychmiast szukać jakiejś pracy. Zamiast układać piękne słowa, zaczął dźwigać i układać szyny kolejowe i podkłady, bo udało mu się znaleźć dorywczą pracę przy budowie torów kolejowych. Na szczęście dorywcza praca zmieniła się na stałą, otrzymał posadę na PKP w Sosnowcu. Był to rok 1937, oznaczający dla niego stabilizację, poczucie bezpieczeństwa, szansę utrzymania rodziny. Tej swojej kolei, która przygarnęła go w trudnej chwili, zostanie wierny – kiedy zajdzie potrzeba, podejmie jej wezwanie wyjazdu na ziemie zachodnie. Ale to dzieje się już w 1945 roku. Tymczasem minęła wojna. Była praca w konspiracji, Szare Szeregi, przyśpieszone dojrzewanie patriotyczne, społeczne, polityczne. Po wyzwoleniu, w kwietniu 1945 roku, Lucjan wreszcie zaczyna naprawdę pisać: podejmuje pracę dziennikarską w piśmie „Głos Narodu” w Częstochowie. Jest ruchliwy, ambitny, przedsiębiorczy, twórczy. I wtedy właśnie dociera do niego apel skierowany do kolejarskiej braci. Do rozproszonych wojną po różnych zakątkach kraju polskich kolejarzy: Zgłaszajcie się do pracy! Musicie jechać na Zachód! Trzeba uruchamiać kolej na ziemiach odzyskanych! Pojechał. Skierowano go do Wrocławia, został zastępcą komendanta Straży Ochrony Kolei. W tamtych niespokojnych czasach SOK miał co robić, z broni też przychodziło czasem korzystać, zdarzały się napady, dywersje, rozboje. Trzeba było organizować kadry, chronić kolej, układać własne życie. Ale choć było tyle pracy, Lucjanowi było jej za mało, stawiał sobie nowe zadania. W niezapomnianych czasach pionierskiego entuzjazmu, wiary w wielką szansę narodu, w czasach walki z analfabetyzmem i budzenia zainteresowań oświatą i sztuką ludzi pracy ten dziwny kolejarz z sercem poety zaczął przygotowywać razem z robotnikami programy artystyczne. Ale co można było wystawić na scenie w mieście, które nie miało polskich książek? W którym dzieci uczyły się pisać na skrawkach makulatury, bo nie było zeszytów? W mieście, do którego ciągle napływały kolumny ludzi szukających dachu nad głową – repatriantów ze wschodu i zachodu, zdemobilizowanych żołnierzy, wyzwolonych więźniów obozów koncentracyjnych, wracających z przymusowych robót niedawnych niewolników? Przybysze czasem miewali jakiś tobołek, w którym rzadko bywało zapasowe ubranie, jeszcze rzadziej chleb na dzień następny. Ale książki? A skądże, skąd mieliby książki! Ale Lucjan jest jakby urodzony dla tych czasów – taka to renesansowa postać polskiego odrodzenia 1945 roku. Nie ma tekstów? No, więc sam je pisze. Pisze wiersze i piosenki, proste i wzruszające słowa o piastowskim dziedzictwie i powrocie zachodniej ziemi do Macierzy, pisze o niezwyciężonej, choć zniszczonej Warszawie, która znowu będzie stolicą wszystkich Polaków, dodaje pełne werwy aktualne komentarze polityczne, rodzajowe scenki z pionierskiego życia. Nie ma reżysera? No, więc sam uczy robotników tekstów, jak umie, reżyseruje programy. Nie ma sceny? Buduje scenę w sali, a jeżeli trzeba będzie wyjechać z zespołem do większych dolnośląskich skupisk Polaków, do kolejarzy Kłodzka, Wałbrzycha czy Jeleniej Góry, będzie dawał przedstawienia na platformach wagonów. Nie ma dekoracji? Sam je wymyśla, z pomocą takich samych zapaleńców buduje, maluje, ustawia. Jest szczęśliwy, kiedy może zaprosić ludzi na polski wieczór poetycki, kiedy może urządzić jeden z pierwszych balów w powojennym Wrocławiu. Robotniczy zespół staje się teatrem. A więc Lucjan może podjąć dwa tematy tamtych czasów – rzecz o pracy w socrealistycznym produkcyjniaku „Brygada szlifierza Karhana", bo tego pełne były ówczesne gazety, plakaty i referaty. I rzecz o tęsknocie i miłości ojczyzny, czyli „Latarnik” według Sienkiewicza, bo tego pełne były serca Polaków, stęsknione za wolną Polską przez długie lata wojny i cierpienia. Kiedy dziś zastanawiam się nad fenomenem Lucjana, kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy go cenili i rozumieli, zwracamy uwagę na niezwykłą elastyczność i wyczucie aktualności charakterystyczne dla jego talentu społecznika. Robił właśnie to, co w danej chwili było najpotrzebniejsze, właśnie to, czego czas wymagał, a co on czuł trochę wcześniej i mocniej niż inni. Był jak barometr wskazujący atmosferę społecznego ducha, przeczuwał, jak to będzie z nami i co powinniśmy robić, aby do tej chwili dorosnąć. Nic też dziwnego, że kiedy w 1950 roku został dyrektorem Wojewódzkiego Domu Kultury, za jedną ze spraw najważniejszych uznał popularyzowanie książki. Pamiętał, czym była książka w jego życiu, chciał dać innym szansę rozwoju przez książkę. Propagował i rozwijał wszelkie formy kolportażu, rozpowszechniania książek przez punkty biblioteczne, przez zakłady pracy, nawet przez sąsiedzkie wypożyczalnie w osiedlach i kamienicach. I nadal sam pisał. Wiersze, piosenki, artykuły, ale teraz też – już jako etatowy, fachowy działacz oświatowy szczebla wojewódzkiego – musiał przygotowywać materiały metodyczne, służyć pomocą innym dopiero wchodzącym w życie działaczom kulturalno-oświatowym. Dużo drukował we wrocławskiej prasie. Zanim rozwinął się jako poważny publicysta, specjalizujący się w tematyce kulturalnej, był korespondentem zakładowym związku kolejarzy. W większych i mniejszych notatkach prasowych z tamtych czasów jest zamknięte całe Lucjanowe widzenie świata –życzliwe ludziom, szukające w nich dobra, akceptujące wszystko, co służy rozwojowi człowieka. Wśród coraz bardziej drapieżnych korespondentów lat pięćdziesiątych, wśród coraz ostrzej formułowanych sądów o ludziach i sprawach, on nie poluje na czarownice. Szuka ludzi, którzy chcą robić coś pożytecznego dla innych. Kiedy dziś w teatrze wspomnień wracamy do sztuki zwanej życiorysem Lucjana Sochy, wydaje się, że pierwszy jej akt złożony ze scen tak kolejowych, jak i dyrektorskich służy tylko przygotowaniu do aktu drugiego, wielkiego fajerwerku. Zacznie się on w 1957 roku objęciem kierownictwa Klubu Dziennikarza we Wrocławiu i będzie błyskotliwym, wszechstronnym, twórczym dialogiem z rzeczywistością. Lucjan sam klub organizuje, urządza, potem przez dwanaście lat prowadzi. To on daje mu rozmach i styl, puszcza w ruch machinę, która rozkręcając się coraz bardziej, zatacza coraz szersze kręgi i porywa coraz więcej ludzi. Znowu jest to niesamowite wyczucie aktualności przez Lucjana, wyczucie chwili, czasu, miejsca – jest on w centrum środowiska właśnie wtedy, kiedy jest ono najbardziej twórcze i aktywne. Klubowe życie tętni więc intelektualną dyskusją, dowcipną rozrywką, ambitnymi pomysłami. Cały Wrocław mówi o spotkaniach, balach i wystawach w Klubie Dziennikarza, mnóstwo ludzi snobuje się na bywalców, walczy o karty. Każdy może przyjść na otwarte atrakcyjne imprezy. Klub Dziennikarza staje się platformą współdziałania różnych środowisk. Staje się też prototypem, modelem dla innych tworzących się klubów. Lucjan jako ministerialny specjalista musi głosić słowo klubowe, udzielając porad metodycznych w różnych stronach Polski. W tym czasie rozmowy z Lucjanem zaczynały się zwykle tak samo: „Wiesz, wpadło mi do głowy...” mówił i już nie dawał się zbić z tropu. Czy to było na redakcyjnym korytarzu, w trakcie przypadkowego spotkania na ulicy, czy przy herbacie w klubowych fotelach – już rozwijał kolejny plan. Co koniecznie trzeba zrobić, co w tej chwili jest szczególnie ważne. – Ciekawe, co by się z nami stało – żartowaliśmy z niego w redakcji – gdybyś mógł zrealizować wszystkie swoje pomysły! Ale ceniliśmy go. Za to właśnie, że żył przyszłością, że myślał o tym, co będzie, czym można życie upiększyć, co jest potrzebne miastu i ludziom. Wśród wielu znakomitych pomysłów, które ciągle wpadały mu do głowy, jest jeden, za który Wrocław stawia mu co roku w lipcu pomnik z róż i stokrotek. To Święto Kwiatów. To święto kojarzy się wrocławianom do dziś z jego nazwiskiem. Oby tak było jak najdłużej! Mówił, że wymyślił święto kwiatów z oburzenia. Z oburzenia na sposób traktowania kwiatów przez handlarki. Dla niego kwiaty były poezją, dla straganiarek forsą. Chciał jakoś przywrócić kwiatom ich godność, szukał sposobu, aby je pokazywać na wystawach jak dzieła sztuki i uczynić przedmiotem wspólnej radości. Pomysł pomysłem, znakomity. Ale prawdziwym majstersztykiem była jego realizacja. Potrafił zapalić do działania wszystkich –władze miasta, ogrodników, środowiska twórcze, szkoły. Kto mógł, przywoził kwiaty, układał, pomagał. No i zapanowało doroczne wrocławskie szaleństwo kwiatowe – radosne korowody, przepiękne wystawy. Były wieże z kwiatów, bukiety dla zasłużonych wrocławian i chorych w szpitalach, były stoiska z wazonami dla kwiatów, kwiatowe malarstwo, poezja, wydawnictwa. Z tysięcy notatek, opisów i zapisów wybieram jeden w księdze pamiątkowej, wpisany przez wrocławiankę po obejrzeniu wystawy kwiatów: „Jestem bogatsza”. Machina puszczona w ruch toczy się dalej. Święto Kwiatów staje się tradycją, odbywa się co roku, przysparza miastu dobrej sławy. A tymczasem Lucjan już się nie mieści w ramach, które sam sobie zarysował, już mu w klubie za ciasno. Teraz pasjonuje się wydawnictwem. Rozpoczyna się trzeci akt życiorysu, którego tematem będzie WAG, czyli powstanie, rozruch i praca wrocławskiego oddziału Wydawnictwa Artystyczno-Graficznego. Lucjan nie .jest już ani najmłodszy, ani najzdrowszy, ale nie zasiądzie przecież za bezpiecznym dyrektorskim biurkiem dobrze prosperującej firmy. Musi zaczynać od zera, od pustych ścian, niepewności finansowej, kontaktów z nowymi ludźmi, załatwiania nieznanych dotąd spraw. Jest takim naczelnym redaktorem wydawnictwa, który musi sam zdobywać meble; przygotowywać kadry, ustalać plany, dopiero potem będzie merytoryczna działalność wydawnictwa. Rozumie autorów, ich wymagania i problemy, pomaga młodym w starcie, dba szczególnie o urodę książek i innych wydawnictw. Chce, żeby świat był lepszy i piękniejszy, aby ludzie znajdowali wokół siebie to, co służy ich rozwojowi, zaspokaja ich potrzeby kulturalne, co zachęca do wspólnych działań. Do końca, do czerwca 1975 roku, kiedy dopadł go zawał serca, Lucjan żył chwilą bieżącą, całkowicie zanurzony w bystry nurt życia. Miał niezwykłe wyczucie czasu. Niemal instynktownie czuł, jaki kierunek działalności społecznej jest w danym momencie najważniejszy, czym może przysłużyć się ludziom, bo służbę dla nich zawsze uważał za najważniejszą. Myślę najczęściej o Lucjanie w trudnych chwilach. W naszych skomplikowanych czasach przemieszania się dobra ze złem, głębokich konfliktów ideowych, wewnętrznych wątpliwości, rezygnacji i zahamowań – zastanawiam się, jaką drogę wybrałby Lucjan? Czy i dziś potrafiłby łączyć ludzi wspólnym działaniem? Szukaniem piękna? Dobra? Najwyższych wartości? Brakuje nam go. Chciałabym wiedzieć, jak właśnie on rozegrałby czwarty akt sztuki, gdyby dane mu było żyć i pracować z nami dalej. Agnieszka
Garska * * * Lucjan Socha urodził się 27 maja 1912 roku w Gomunicach k. Radomska. W 1937 podjął stałą pracę w PKP w Radomsku. W czasie okupacji uczestniczył w konspiracyjnej działalności Szarych Szeregów. W kwietniu 1945 roku rozpoczął pracę dziennikarską w Głosie Narodu w Częstochowie, ale na wezwanie kolei zgłosił się do służby we Wrocławiu. W 1950 roku - przez 4 lata - był dyrektorem Wojewódzkiego Domu Kultury we Wrocławiu, przez cały czas współpracował z prasą. W 1957 roku Zarząd Oddziału SDP we Wrocławiu zaproponował mu zorganizowanie Klubu Dziennikarza. Kierował tą placówką przez 12 lat. W 1969 roku utworzył we Wrocławiu Oddział Wydawnictwa Artystyczno-Graficznego, którego był do końca redaktorem naczelnym. Zmarł 15 czerwca 1975 roku. Spoczął w Alei Zasłużonych wrocławskiego cmentarza Osobowickiego. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl