
| MENU:
|
"Zesłaniec"...
- cz. 7.
Winni „przestępstwa polskości” żyli w bolszewickim państwie w stanie permanentnego zagrożenia, jak mieszkający w „domu polskim” w Moskwie szeregowi eks-rewolucjoniści ze wspomnień Swietłany Czerwonnej[1], czy Bronisław Studziński, który służbę wojskową odbywał w batalionie składającym się ze złodziei oraz Polaków, Niemców, Czechów i innych „niebłagonadiożnych”.[2] Większe skupiska rozbijano bezlitośnie, wywożąc do Kazachstanu w latach 30. mieszkańców tzw. Marchlewszczyzny[3], a po przekroczeniu w 1939 r. polskiej granicy deportując do 1941 r. w pięciu akcjach „społecznie niebezpieczne elementy”, tj. uciekinierów spod okupacji niemieckiej, osadników z okresu międzywojennego, rodziny inteligenckie i wszelkich polskich funkcjonariuszy państwowych, nawet bardzo niskiego szczebla. Ofiarami wywózki były przeważnie matki z dziećmi i starymi rodzicami, bo mężczyzn zazwyczaj aresztowano wcześniej i bądź zabijano, bądź wysyłano do obozów.[4] Lektura poświęconych im tekstów jest porażająca. Wobec mieszkańców Marchlewszczyzny, kresowiaków w latach wojny i Polaków z Wileńszczyzny deportowanych w latach 50. obowiązywała jedna reguła: przynależność do narodowości polskiej pociągała za sobą pozbawienie ich dorobku życiowego, transport w nieznane i dalekie strony o dużo mniejszym poziomie cywilizacyjnym oraz niewolniczą pracę. Olbrzymiemu wstrząsowi, jakim była deportacja towarzyszyły dodatkowe czynniki stresujące: brak jakiejkolwiek informacji o najbliższych, zauważalny na każdym kroku brak poszanowania dla życia i dla śmierci. Nie dziwi więc, że matki, na których oczach umierały dzieci niemogące znieść trudów transportu, traciły zmysły, gdy małe zwłoki wyrzucano z wagonów na pobocze torów.[5] Dodajmy do tego częste (choć nie powszechne) szykanowanie za polskość, katolicyzm czy też „burżuazyjne pochodzenie” przez lokalne władze w miejscu przeznaczenia. W przeciwieństwie do nich ludność miejscowa przyjmowała zesłańców zazwyczaj życzliwie i niejednokrotnie ułatwiała lub wręcz umożliwiała im przeżycie. „Tam wśród stepów – czytamy we wspomnieniach Donata Poważyńskiego – spotkaliśmy wielu przyjaznych nam ludzi. To Rosjanie, sami zniewoleni przez reżym bolszewicki, wyciągali do nas pomocną dłoń. Sami cierpiąc głód i niedostatek, dzielili się z nami kawałkiem chleba, nieraz ostatnim, szczyptą ziarna i resztkami kartofli”.[6] Wspomnienia życzliwych gestów nie mogą jednak przesłonić ludobójczego charakteru całej akcji, w wyniku której ludzie umierali z niedożywienia, przepracowania, braku pomocy lekarskiej[7]; grozy szpitali, których funkcjonowanie polegało na odizolowaniu chorego od mogącej jeszcze pracować rodziny i pozostawianiu go na żelaznym łóżku samemu sobie[8]; preferowanego przez państwo systemu wartości, w myśl którego ludzie zamarzali na stepie, bo za pozostawienie zdychającego tam wołu groziła kara śmierci.[9] [1] S. Czerwonna, Kriwikolskij 8 – Dom Polski, „Zesłaniec”, 2004: 17, s. 63-81. [2] B. Studziński, op. cit. [3] S. Ciesielski, Z Ukrainy w kazachstańskie stepy, „Zesłaniec”, 2001: 6, s. 49-59. [4] J. Belina, Aresztowania i deportacje ludności polskiej przez NKWD w latach 1939-1956, „Zesłaniec”, 2002: 9, s. 93-98. [5] K. Kość, „To o Was, Bezimienne...” Przyczynek do rozważań o trudach macierzyństwa na zesłaniu, „Zesłaniec”, 2003: 13, str. 15-40; M. Ruchniewicz, Przetrwać i wrócić. Rola matki na zesłańczym szlaku, „Zesłaniec”, 2003: 13, s. 41-52. [6] D. Poważyński, Syberyjska edukacja, „Zesłaniec”, 1996: 1, s. 81-96. [7] Ibidem; także A. Ergetowska, Nasze zesłanie do Kazachstanu, „Zesłaniec”, 2004: 15, s. 23-42. [8] I. Jabłońska, Spoczęła w jakuckiej ziemi, „Zesłaniec”, 2003: 13, s. 59-62. [9] T. Hendrysiak, Nasi zamarznięci Rodzice, „Zesłaniec”, 2003: 13, s. 64-67. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław
tel./tel 48-71 341 87 60
sdrp.wroc@interia.pl