MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Andrzej Will (1914–1992)

     Mały Jędruś mając cztery lata stał się już profesjonalistą. Rysować zaczął wprawdzie wcześniej, ale pierwsze honorarium zgarnął jako czteroletni chłopczyk. A było to tak:

     Jako trzylatek rysował, stroniąc od abstrakcji, realistycznie, a więc postacie, które miały ręce, głowy, oczy. Mecenasem był ukochany dziadek. Kiedyś Jędrek rysował portret cioci Jadzi (z pamięci). Gdy zapytał dziadka, jak była ubrana, ten mu doradził:

     – Nie pamiętasz? To narysuj ją nagą.

     Tak powstał portret, który radował rodzinę przez długie lata: modelka o pięknej głowie, bujnych włosach i w kapeluszu z powagą zakupiła akt czteroletniego artysty.

     Dziadek zaopatrywał chłopca w kredki, ołówki i brystol. Jędruś rysował, gdy miał na to ochotę. Ale nie tylko, bo oto ukończywszy pięć lat biegle już czytał. Może dlatego rodzice posłali go wcześniej do szkoły. Zemściło się to na nim, bo nauczyciele usunęli „przemądrzałego” ucznia ze szkoły. Po kilku latach wylądował w gimnazjum.

     Dzieciństwo miał szczęśliwe. Wzrastał w dobrobycie. Hołubiony przez wszystkich w rodzinie, był najbardziej ukochanym wnukiem.

     Ten okres dzieciństwa i chłopięctwa pamięta jako czas bez smutków i trosk. Ze szkołą radził sobie różnie. Wciąż rysował i z rysunków miał zawsze piątkę, taki sam stopień miał też z języka polskiego, inne przedmioty wypadały słabiej, a czasem całkiem kiepsko.

     Lata trzydzieste to okres smutniejszy dla niego. Zmarł ukochany dziadek, potem ojciec. Matka musiała sprzedać mieszkanie i przenieść się z Warszawy do Pruszkowa. Wchodząc w lata młodzieńcze, był zmuszony podjąć pracę zarobkową. Przydało mu się rysowanie, zaczął pracować jako grafik. W wydawnictwie oo. pallotynów projektował okładki i ilustracje do książek dla dzieci. Za taki projekt wpadało mu do kieszeni czasem pięć, a nawet dziesięć złotych. Równocześnie rozpoczął studia w MSSZ i ASP w Warszawie. W czasie wakacji malował polichromie kościelne – warunki pracy były już o wiele lepsze.

     Podczas takich wakacji, daleko poza Warszawą, zastał go wybuch wojny. Przewędrował kawał kraju, zanim dotarł do stolicy. Wkrótce został żołnierzem Armii Krajowej, lecz przedtem rozpoczął pracę rysownika-satyryka w warszawskiej prasie konspiracyjnej. Rysował w dziennikach „Nowy Dzień” i „Demokrata” oraz w tygodniku „Moskit”. Andrzej Will zasilał prasę podziemną setkami rysunków, a jego dar obserwacji, wnikliwość i umiejętność satyrycznego widzenia okrutnej rzeczywistości stawiają go w rzędzie najlepszych twórców tego okresu. W najcięższych sytuacjach cały naród podtrzymywał się na duchu antyhitlerowską piosenką, konspiracyjnym pisemkiem, wierszykiem, karykaturą. To właśnie w piśmie, w którym rysował Andrzej Will („Nowy Dzień”) czytano, że humor i dowcip określał postawę Polaków w czasie wojny, że był formą samoobrony i – jak doświadczenie wykazało – była to samoobrona skuteczna. To w „Nowym Dniu” chyba w każdym numerze były karykatury Andrzeja Willa (sygnowane WAS), często z dowcipną i celną fraszką.

     Warto zacytować fragment pracy Jadwigi Skrzyńskiej (Jadwiga Bartoszowa) pt. „Wróg wyszydzony”, która tak pisze o Willu: „Pierwszy numer tygodnika satyrycznego »Moskit« otwiera rysunek przedstawiający dwóch umundurowanych Niemców, prowadzących skrępowanego Chrystusa. Podpis głosi: »Gott mit uns«. Autor tego rysunku Andrzej Will powiedział w rozmowie z autorką, że tę alegorię okupacyjnej Polski stworzył już w 1940 roku w Wożuczynie”.

     Cofnijmy się nieco w czasie. O pobycie na plebanii w Wożuczynie tak opowiada Andrzej:

     „Początek roku był fatalny – zimno i głodno, szalały łapanki. Rodzina wyprawiła mnie z domu. Wyjechałem na Zamojszczyznę, tam, gdzie przed wojną malowałem kościoły. W Wożuczynie zostałem przez proboszcza Bryłowskiego serdecznie przyjęty i z miejsca posadzony przy stole. Podano flaki z pulpetami. Pyszne! Zmiatałem szybko owe flaki z dokładkami. Naiwny, nie wiedziałem, że to tylko preludium, bo oto na stół wjeżdżają plastry szynki, kawałki wędzonej kiełbasy, ogóreczki kiszone, nalewki, grzybki.

     Byłem już, prawdę mówiąc, syty, coś tam grzebałem na talerzu, a tu podają rosół z ćwiartką kury... A jeszcze czekało pieczyste... Okazało się, że te pyszne flaki to też tylko przystawka. Skompromitowałem się okrutnie, nie mogłem już zjeść niczego. Od tego obiadu nazywano mnie powszechnie »warszawskim głodomorem«”.

     Niedługo potem Andrzej wraca do Pruszkowa, gdzie pracuje jako kreślarz w fabryce obrabiarek i rysuje w prasie konspiracyjnej. Tam też zastaje go wybuch powstania warszawskiego w sierpniu 1944 roku. Po powrocie ze zgrupowania powstańczego w lasach sękocińskich los był dla niego łaskawy: aresztowany i wpakowany do zadrutowanego wagonu towarowego dojeżdża do obozu pracy we Wroclawiu.

     W ogniu i wśród huku dział wkroczył Andrzej w nowy etap swego życia, O tamtych dniach tak pisze Irena Rajska:

     „...długie miesiące w oblężonym Wrocławiu, kiedy to więźniów pędzono do najcięższych i najbardziej niebezpiecznych prac, bo pod obstrzałem artylerii radzieckiej. Nie ma jednak życia bez sztuki, powstaje ona zawsze i wszędzie, pozwalając ludziom przetrwać najbardziej koszmarne chwile. Również w ostatnim więzieniu Willa – obozie pracy przy ulicy Rybackiej – powstaje ona w postaci rysunków, które przedstawiają tragiczne losy więźniów, dramatyczną tułaczkę obozową, iście dantejskie sceny w dniach oblężenia”.

     W pierwszych dniach po wyzwoleniu Andrzej wchodził w skład grupy naukowej Kulczyńskiego strzegąc najcenniejszych skarbów miasta – uczelni, bibliotek, muzeów.

     Od 1947 do 1956 pracuje w PWSSP jako asystent, adiunkt, wykładowca. Ale zanim do tego doszło, był referentem w Wydziale Kultury i nauczycielem w Szkole Rzemiosł Artystycznych. Co starsi mogą pamiętać jego poczynania w kształtowaniu życia artystycznego miasta. Jest autorem fraszek i tekstów do szopek. Właśnie z takiej szopki z 1948 roku przypomina mi się fraszka mówiąca o ówczesnym dyrektorze PWSSP, Eugeniuszu Geppercie:

         Przeklęte, psiakrew, te cztery litery,
         Które się wżarły w me ciało i duszę,
         Bo gdyby nie DY, to byłbym rektorem,
         A gdyby nie EU, to byłbym geniuszem.

     Nawiasem trzeba dodać, że Geppert doczekał się tytułu rektora.

     W tamtych latach pochłaniała ludzi ciągła i wytężona praca, ale potrafili też znaleźć czas na rozrywkę i zabawę. Tak też było i z Andrzejem. Od 1945 występował jako organizator życia artystycznego, był współzałożycielem Związku Polskich Artystów Plastyków i pracował od początku w jego władzach okręgowych i centralnych. Był kierownikiem graficznym „Naprzodu Dolnośląskiego” i” Wrocławskiego Kuriera Ilustrowanego”.

     Najwięcej czasu poświęca jednak swojej twórczości; maluje i rysuje, a jego dzieła eksponowane są na blisko trzystu krajowych i zagranicznych wystawach malarstwa i grafiki. Jest laureatem nagrody okręgowej ZPAP, Nagrody Prasy Wrocławskiej, Nagrody Miasta Wrocławia. Wśród długiej listy odznaczeń i wyróżnień wymienić trzeba Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Złoty Krzyż Zasługi, Medal Zwycięstwa i Wolności, Medal Rodła, Odznakę Budowniczego Wrocławia. Jest Zasłużonym Działaczem Kultury, uhonorowano go wpisem do Księgi Zasłużonych dla Miasta.

     W „Who is who” czytamy, że był kierownikiem działu plastyki i architektury w tygodnikach „Nowe Sygnały” i „Odra”, współzałożycielem Grupy Wrocławskiej, inicjatorem i organizatorem Triennale Rysunku, był kierownikiem i inicjatorem Galerii „Spojrzenia” i Galerii Karykatury „GARB”, był współzałożycielem Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury, przez trzy kadencje pracował w Komisji Kultury Rady Narodowej Miasta, a następnie w Komisji Kultury WRN, był zaprzysiężonym miłośnikiem wód i lasów, znakomicie łowił ryby i zbierał grzyby (w tej dziedzinie zgromadził wyborną biblioteczkę). Nie wolno zapominać, że był jednym z najpierwszych pionierów naszego miasta, zasłużonym działaczem Towarzystwa Miłośników Wrocławia, które uhonorowało go Złotą Odznaką TMW i godnością członka honorowego. Był też autorem „Kalendarza Wrocławskiego”.

     A skoro było już o rybach i grzybach, to trzeba powiedzieć kilka słów o jego zamiłowaniach sportowych. Uprawiał od najmłodszych lat pływanie i lekką atletykę, był mistrzem szkół warszawskich w skoku wzwyż. W warszawskiej Lidze Lekkoatletycznej skakał i biegał, wtedy też poznał Jana Mulaka ze Skry, późniejszego twórcę Wunderteamu.

     Po wojnie Andrzej był współzałożycielem Pierwszego Klubu Sportowego (później „Ślęża”) i jeszcze we wrześniu 1945 startował w zawodach lekkoatletycznych. Grał w ping-ponga; dla żartu studenci wpisali go kiedyś na listę zawodników PWSSP, a on potraktował to poważnie, poszedł grać i zdobył mistrzostwo uczelni.

     Jako wędkarz też miał wyniki – sześciokilowy szczupak, ponadośmiokilowy karp, parę ryb medalowych, dobre miejsca w licznych zawodach wędkarskich.

     Na zakończenie jeszcze słowo o jego twórczości: znakomita seria jego „Głów” może być ozdobą najlepszych galerii malarstwa.

Władysław Biełowicz
Kalendarz Wrocławski 1993

* * *

     Andrzej Will – artysta malarz, grafik, dziennikarz. Urodził się 22 listopada 1914 roku w Warszawie, zmarł 14 stycznia 1992 roku we Wrocławiu. Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowego Triennale Rysunku we Wrocławiu w latach 1968–1982 i 1989–1992. Wybitny organizator ruchu artystycznego, bez reszty oddany sztuce. Odznaczony m.in. Nagrodą Artystyczną Wrocławskiej Prasy (1962), Nagrodą Miasta Wrocławia (1968), Krzyżem Oficerskim OOP, Odznaką „Budowniczy Wrocławia”, Złotą Odznaką ZPAP, Zasłużony Działacz Kultury.

     Spoczywa na cmentarzu Osobowickim.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl