
| MENU:
|
Włodzimierz
Rosiński …umarli
umierają dopiero wtedy, gdy przestajemy Drogi,
mądry Odszedłeś w bardzo ciepły wrześniowy poranek Bardzo chorowałeś, o czym wiedziało całe dziennikarskie środowisko od dawna. Choć wszyscy wierzyliśmy, że przebyte operacje i pobyty w szpitalu przywrócą Cię aktywnemu życiu, w którym uczestniczyłeś prawie do końca. Bo kilka miesięcy temu wziąłeś nawet udział w Walnym Zebraniu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, głosując za autolustracją. „Śmierć jest zawsze punktuałna, ale nigdy nie w porę”, jak pisał poeta. Wiele Ci wszyscy, którzy wybraliśmy pracę w TVP, zawdzięczamy! Mówiliśmy o tym w momencie dotarcia tej wiadomości, że już nie będziesz na wrocławskim Rynku siedział przy kawie z żoną Katarzyną. My, których uczyłeś tej ciężkiej i tak obecnie niewdzięcznej pracy. Zawsze i do końca, mimo śmiertelnej choroby; z papierosem w ustach. I to był jedyny i wyjątkowy przykład, którego z Ciebie nie należało brać. W innym wypadku trzeba i należało Cię naśladować. W dokładności, sumienności, pracowitości, czytaniu obowiązkowo codziennych gazet i książek, nawet tych słabych pisarzy. Bo zawsze mówiłeś, że może coś być w jednym zdaniu, co można rozwinąć na temat, motto reportażu. Piszę do Ciebie teraz, gdy jak w powiedzeniu: „Śmierć, powiadają, zamyka oczy nieboszczykom i otwiera oczy żywym”. Teraz dopiero uzmysławiam sobie, że było mi dane zadebiutować przed kamerami Polskiej Telewizji w Twoim autorskim programie w latach 70., gdy byłam uczennicą Technikum Księgarskiego. Program nazywał się „Pierwszy krok” i prowadziła go, pod Twoim przenikliwym okiem, Lena Kaletowa. Wygrałam konkurs recytatorski w Polsce i zaprosiłeś mnie do swojego programu, aby na żywo zarecytować wiersz Herberta o czerwonym muchomorze. Przygotowała mnie wtenczas do konkursu i do występów we wrocławskiej TV pani Hanna Proszkowska, zasłużony dziś pedagog PWST i reżyser teatralny. Pamiętam, byłeś szalenie wymagający, co dla mnie, młodej uczennicy, było porażające. Tak więc pierwszy krok mój ku estradzie i występom był, Drogi Panie Włodzimierzu, u Ciebie. Potem, gdy z Polskiego Radia Wrocław przeszłam – pod koniec lat 80. –pracować do TV Wrocław, stałeś się jeszcze bardziej wymagający, ostry w wypowiadanych sądach i decyzjach. Ale to wszystko było dyktowane mądrym nauczaniem, przekazywaniem swojej wiedzy i umiejętności stania i rozmawiania przed kamerami. Bycia z ludźmi i dla ludzi. Jestem Ci, tak jak inni, za to bardzo wdzięczna. Bo jeśli nawet wymagałeś ponad miarę, piłowałeś ponad normę, to tylko po to, aby nas czegoś nauczyć. I tu przypomnę Ci to, co Grażula Pieczuro wspomina zawsze. To ten moment, gdy przyszła pracować do naszej redakcji. Kiedy pokazała Ci napisaną informację do emitowanych wówczas tylko raz dziennie „Rozmaitości”, kazałeś jej tę informację aż sześciokrotnie przerabiać. Gdy zniecierpliwiona kolejnym podejściem pokazała Ci napisaną wcześniej i to dobrze sformułowaną informację, ze stoickim spokojem stwierdziłeś, Kochany nasz Mistrzu, że informacje napisać można na wiele sposobów, wszystko bowiem zależy od podejścia do tematu i interpretacji. Dziś ze swoim warsztatem, wiedzą erudyty telewizyjnego byłbyś jeszcze bardziej potrzebny tam, gdzie nikt nie zwraca uwagi nawet na błędy i przeinaczenia.
...Tu CIEBIE nie ma, lecz JESTEŚ przecież Albo te Twoje uwagi na temat naszego wyglądu przed kamerami. Jak nam tłumaczyłeś wiedzę o barwach i świetle reflektorów, powołując się nie tylko na wiedzę z fizyki i optyki, ale własne doświadczenie, które zdobywałeś od 12 maja 1951 roku, kiedy kaligraficznym pismem napisałeś podanie o przyjęcie Cię do pracy. Dziś dziękuję Ci za to, co wtenczas przekazałeś, a na co nikt już dziś w naszej pracy prawie nie zwraca uwagi. Byłeś wyjątkowym dyrygentem zespołowej pracy, bez fałszu i żadnej nuty zawiści czy niezrozumienia. Nie okazywałeś sympatii lub zniechęcenia. Byłeś Przyjacielem i Opiekunem. Każdy młody dziennikarz był dla Ciebie ważny, każdemu chciałeś wpoić, że to odpowiedziałny zawód. Chciałeś, żeby wszyscy byli moralni, jak Ty w programach, które wtenczas robiłeś o polsko-niemieckich stosunkach. Bez zacietrzewienia, z wyrozumiałością i troską o przyszłe pokolenia Polaków. I wspomniałeś słowa Josepha Conrada, które wyczytuję z pamiętnika: „Życie jest ciągle walką, a pokój jest tylko owocem zwycięstwa". Szkoda, Mistrzu, że nie uwzględniono Twojej kandydatury do Śląskiej Nagrody Kulturalnej, za walkę o to pojednanie polsko-niemieckie, które przebijało ze zrealizowanych przez Ciebie dokumentów i programów telewizyjnych. I ciągle przypominałeś, że „walcząc o przyszłość narodu, trzeba oprzeć się o jego groby”, w tym wypadku i polskie, i niemieckie, które tak często pokazywałeś w swoich reportażach. Ale Ty teraz jesteś jak bohater wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej: „...W żałobnych perłach leżą czarne algi, schnące rozgwiazdy pławią się w niebycie. Dom daleko, a wieczność blisko…”. Dlatego jeśli tam, gdzie teraz jesteś, zapalisz swoje ukochane świece, które paliły się na co dzień w redakcji jak w jakimś sanktuarium, niech ten ziemski ogień rozświetla miejsce Twego wiecznego pobytu, napij się za nasze ziemskie zdrowie, a także za to, aby młode wilki wkraczające na telewizyjne podwórko nie wyjadały wszystkiego, nie ujadały, nie kąsały, nie robiły wrzasku i zamieszania, ale wniosły trochę pokory, podkuliły swoje ogony pod siebie i czekały na takie komendy, jakie Ty nam wydawałeś, zanim stanęliśmy przed kamerami czy udaliśmy się w daleki teren do biednych i skrzywdzonych ludzi, którym dzięki Telewizji chcieliśmy pomóc. „Pan kiedyś stanął nad brzegiem. Szukał ludzi gotowych pójść za nim” – ten cytat niech będzie moim pokłonem dla Ciebie, niezwykły Mistrzu telewizyjnej prawdy, radości i wiarygodności. Zawsze do końca, spotykany ostatnio sporadycznie z powodu śmiertelnej choroby, doradzałeś, wspierałeś, pocieszałeś, że kiedyś TV wróci jak dobra zawodniczka do swej poprzedniej formy, aby zwyciężać! I przypominają mi się słowa Epikteta: „...Gdy pora nadejdzie, umrę, jak powinien umrzeć człowiek, który oddaje, co mu było użyczone”. Byłeś dla mnie, dla mojego pokolenia wzorem dobrego dziennikarstwa, a nie przypadkowych działań na dziennikarskim, niezaoranym polu. Chciałeś – bo Ci, Mistrzu, zależało – wychować nas na swoich następców, których nie musiałbyś się wstydzić. Takim moralnym przykładem jest red. Piotr Załuski, jeden z naszych przełożonych. Jest i red. Ela Sitek, i także Twój najgodniejszy następca, syn Marcin Rosiński. I choć pojawiłeś się w moim zawodowym życiu na krótko, bo pod koniec roku 1990 odszedłeś na emeryturę, zostawiłeś pewnego rodzaju piętno i tęsknotę za obecnością autorytetów, których z dnia na dzień ubywa. „...Dopiero doświadczenie pozwala zrozumieć, jak ciężko żyć tym, co zostali...”. I dlatego w dniu Twego pożegnania zachowam się jak w wierszu Marii Śliwińskiej:
... Idąc pozdrowię świece W imieniu tych, którym dane było z Tobą, Mistrzu, pracować, krzyczę na głos, że byłeś wyjątkowy, dobry i niezarozumiały. Lubiłeś nas i telewizję. Znałeś się na niej jak na wdziękach kobiet, które Cię otaczały. Byłeś prawdziwym Mistrzem naszego zawodu. Nieugiętym i niezłomnym – i dlatego też zapewniam Cię, że nie chcemy się smucić, bo Cię straciliśmy. Chcemy być wdzięczni, że Cię wśród nas mieliśmy. Wypijemy za Twoją OBECNOŚĆ. Nazywana niepokorną
WANDA ZIEMBICKA-HAS |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl