MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Stanisław Machowski (1928–1995)
Stasiu

     Staszek Machowski przychodził do redakcji codziennie, punktualnie o godz. 9. Mimo że jako emeryt wcale nie musiał. Ciągnęło Go jednak do pracy, do telefonów, do spraw ludzkich. Mógłby odcinać kupony od tego, co już w życiu zrobił, co napisał, ale wciąż zaskakiwał nas świeżymi pomysłami. – Napiszę jeszcze to i tamto, i jeszcze to. – I pisał. Wczoraj [21 II] do pracy nie przyszedł. Zadzwoniliśmy zaniepokojeni nieobecnością Staszka. W nocy Staszek umarł. Nagle. Cicho. Nie niepokojąc nikogo.

     Już nie będzie hołubił swoich ukochanych lwowiaków, już nie porozmawia z sybirakami, których nieszczęście nosił w swoim kruchym sercu. Nie zaprezentuje młodym kolegom z „Wieczoru Wrocławia”, jaki jest wysportowany. Nie zapyta, co dzisiaj ciekawego dzieje się na mieście.

     Staszek był w środku spraw, choć nieco nieobecny. O kolegach miał tylko dobre zdanie. W drugą stronę było tak samo. W dziennikarstwie od 1955 roku pisał o sporcie, ale też o ludzkich dramatach. W poniedziałkowym „WW”, w ostatnim tekście, wychwalał witalność 85-letniego pilota – sybiraka. Dzisiaj 67-letniego Staszka nie ma wśród pilotów. Ale pewnie poszybuje do ukochanego lwowskiego parku Stryjskiego, przemknie alejami Cmentarza Łyczakowskiego. Powróci do swojej Ojczyzny.

     Stasiu, prędzej czy później odwiedzimy Cię tam na pewno. Nie zapominaj więc o nas. Tak jak i my, Twoi koledzy z I ligi, jak nas nazywałeś, nie zapomnimy o Tobie.

Wieczór Wrocławia
22 III 1995

Z żałobnej karty

     Każdy kiedyś musi odejść, co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli jednak nagle zabraknie człowieka rzutkiego, zaangażowanego dziennikarza sportowego, którego naczelną cechą był zawsze ruch i dociekliwość zawodowa, trudno się pogodzić z myślą, że po latach regularnego ukazywania się Jego meczowych sprawozdań i wywiadów znika z łamów Jego nazwisko. Tak zdarzyło się na przełomie zimy i wczesnej wiosny 1995 r. ze Stanisławem Machowskim, dziennikarzem najpierw „Gazety Robotniczej”, później „Wieczoru Wrocławia”, krakowskiego tygodnika „Tempo”, współpracownika „Słowa Polskiego” i „Słowa Sportowego”.

     Zmarł nagle 21 lutego 1995 r. Kilka godzin wcześniej był jeszcze w budynku redakcji przy Podwalu, gdzie swoim tradycyjnym: „Jak samopoczucie?” wciągał do dyskusji na temat ostatnich wydarzeń sportowych. Do mnie miał pretensje, że Jego artykuł o znanym szybowniku światowej klasy przesunąłem do następnego numeru „Słowa Sportowego” ze względu na napływ bieżącego materiału. Nie trzeba dodawać, że kiedy następnego dnia dowiedziałem się, że Staszek nagle odszedł, przeredagowałem pół tygodnika, aby dać ten artykuł jako hołd pamięci.

     Staszka poznałem wiele lat temu. Miał rozległe zainteresowania. Najpierw ukończył Wyższą Szkołę Ekonomiczną, ale gospodarka jakoś go nie pociągała. Zaczął drugie studia, które ukończył w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego (obecna AWF). Zawarte tam znajomości zafascynowały Go do tego stopnia, że zaczął pracować jako dziennikarz sportowy. Rozpoczął od „Gazety Robotniczej”. Ponieważ prowadziłem redakcję sportową „Słowa Polskiego”, konkurowaliśmy zawodowo, a przyjaźniliśmy się prywatnie. Razem jeździliśmy na wielkie imprezy. Najpierw lekkoatletyczne, kiedy istniał jeszcze słynny „wunderteam” Jana Mulaka, później na bokserskie mistrzostwa Europy, choć –jak się zorientowałem – Staszek nigdy nie miał przekonania ani do boksu – i to, o zgrozo, we Wrocławiu! – ani do żużla. Wolał koneksje ze światkiem lekkoatletycznym, ploteczki spod kosza i siatki.

     Bardzo nas łączyły inne sprawy. Staszek i ja urodziliśmy się w tym samym mieście – we Lwowie. On 4 września 1928 r. w rejonie Gródeckiej, ja w innej dzielnicy, na Tarnowskiego, bardzo blisko Łyczakowa. Potrafiłem jednak bardzo szybko wtopić się w środowisko wrocławskie. On do końca żył Lwowem i jego historycznymi już sprawami. Gromadził wszystko, co współcześnie pisano o mieście pod Wysokim Zamkiem. Co do mnie, wolę zachować moje rodzinne miasto tylko w pamięci.

     Mieliśmy ze Staszkiem wiele wspólnych tematów, ale też powodów do sporów. Był jak na dziennikarza człowiekiem zbyt łagodnym, ugodowym, co mnie nie odpowiadało. Tam, gdzie dochodziło w sporcie do różnych anomalii, angażowałem się bez reszty, wciągając macierzyste „Słowo Polskie”. Staszek natomiast mawiał: Nic nie pomożesz, rozgrzebując brudne sprawy.

     Machowski miał jednak drugą dziennikarską naturę. Był bardzo dociekliwy, gdy chodziło o ploteczki, i nigdy nie żałował na nie czasu, dobywając przy okazji informacje zupełnie innego rodzaju niż ja. Byłby z pewnością znakomitym szefem tzw. działu niedyskrecji, które egzystują w wielu gazetach. Ale cóż, urodził się zbyt wcześnie i takie wiadomości przez 45 lat w ogóle nie wchodziły na łamy polskiej prasy.

     Od lat mieliśmy założoną „spółdzielnię” pomocy wzajemnej w obsłudze imprez sportowych. Były bowiem takie okresy we Wrocławiu, że żaden dziennikarz w pojedynkę nie był w stanie oglądać i obsłużyć wszystkich zawodów w mieście. Wymienialiśmy później poglądy i muszę powiedzieć, że było to sympatyczne i użyteczne.

     Staszek należał do uparciuchów. Jak kot chodził własnymi ścieżkami. Był jednak barwną postacią w dziennikarskim światku, prowadził iście harcerski tryb życia i nigdy nie rozczulał się nad sobą. Można się było z nim spierać, ale równocześnie lubić. Wszystkim w budynkach redakcyjnych na Podwalu brakuje jego codziennych odwiedzin.

Maciej Bilewicz
Kalendarz Wrocławski 1996

* * *

Pożegnaliśmy Staszka 23 lutego 1995 r. na cmentarzu przy ul. Bujwida we Wrocławiu.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl