
| MENU:
|
Jerzy Księski (1933–1995)
Książka-chleb, jakie to proste i oczywiste! Istotnie, jest ona jak chleb, a na oczywistości nie zwykliśmy zwracać uwagi. One po prostu są, istnieją. Książka-wino – o tak, wielokrotnie nam zaszumiała w głowie! Podniosła temperaturę uczuć, uwrażliwiła skórę, oko i serce. I książka-skrzydła – zdarzają się takie, prawda! I to częściej, niż się nam wydaje. Tylko że działanie onych skrzydeł zwykle dostrzegamy po latach. Być może nawet nie były to od razu pełne, wielkie skrzydła, ale kilka lotek na pewno. A z tych lotek tu i tam zdobytych powstawały jednak skrzydła. I dokądś nas one poniosły. Wydaje mi się jednak, iż więcej tych piór do skrzydeł, albo i całych skrzydeł, znaleźć można nie w książce, a w książeczce. A ściślej w tomiku poetyckim. Każdym, nawet takim mini, który zawiera zaledwie kilka wierszy. Mam właśnie taki przed sobą. Nosi tytuł „Myślenie wierszem”. Opatrzony dedykacją, w której jest cały autor: „Staszeńko! Myślenie wierszem nie przynosi zaszczytów, ale też nie szkodzi bliźnim. Na imieniny serdecznie, jak samo serce. Jerzy Księski.” Cały Jurek jest w tej dedykacji. Jurek – nasz redakcyjny kolega przez siedemnaście lat. Taki był. Nigdy nie szkodził bliźniemu swemu w przeciwieństwie do siebie samego. Mówiliśmy Mu czasem: „Jurek, kochaj siebie samego, jak bliźniego swego. Nie musisz więcej, ale spróbuj choć tak samo”. On się tylko uśmiechał tym swoim uśmiechem bezradnego dziecka. W Redakcji Literackiej wrocławskiego radia, do której przybył z rozgłośni w Lublinie już po pewnych sukcesach poetyckich, miał swoje biurko i szafę, które razem stanowiły pewną ekscentryczną kolorowość w biurowej szarości. Na szafie leżał rozpostarty ogromny czarny parasol nieco uszkodzony w walce z żywiołem. Miał złamane chyba trzy żebra i wyglądał trochę jak duży, stary gawron z przetrąconym skrzydłem. Obok leżał pęk ostro czerwonych, sztucznych, ale wcale nie kiczowatych kwiatów. Przez pewien czas pod tym parasolem były skrzypce, którym coś dolegało, i gitara, którą Miśku Garmada, stroiciel fortepianów i skuteczny lekarz wszelkich niedomagających instrumentów, uzdrowił w rekordowym , jak na niego, czasie – w ciągu roku. Zawisła wtedy na ścianie, ustrojona niczym solistka w ludowym zespole pękami różnokolorowych wstążek. Jurek zdejmował ją ze ściany zawsze, kiedy nastrój w redakcji wykazywał tendencje zniżkowe i trzeba było „napalić w piecu”, by podnieść temperaturę, albo po „wielkiej robocie” i akompaniowal sobie, śpiewając swoim niewielkim, ale ciepłym i miłym głosem. Najczęściej piosenki Włodzimierza Wysockiego, Bułata Okudżawy, albo recytował poezję Anny Achmatowej. To byli Jego ukochani poeci, których tłumaczył z pasją, wyczuciem i talentem. Były to bardzo dobre tłumaczenia. Nigdy nie śpiewał piosenek własnych, choć napisał ich sporo (Piotr Szczepanik wystartował właśnie jego piosenkami!). I były to dobre teksty, ale Jurek ze swoją chłopięcą łagodnością nie dysponował żadną siłą przebicia. Szkoda, może mielibyśmy dziś chociaż trochę piosenek do śpiewania, a nie tylko do słuchania. A słuchać Jurek umiał jak mało kto. Kiedy tylko wyczuł, że ktoś w redakcji „jest nie taki” – miał zawsze gotową przypowieść zaczynającą się od słów: „A u nas, w Dereczynie”… to to i tamto... Przywoływał swój rodzinny Dereczyn, gdzie się urodził „w Ziemi Nowogrodzkiej” (jak napisał w życiorysie, kiedy go przyjmowano do pracy) bardzo często, aż stało się to dla nas sygnałem, że należałoby „napalić w piecu”. Jurek był do tego jedyny, zawsze było koło niego ciepło. Swoim rozbrajającym uśmiechem ścierał smutek z naszych twarzy, dowcipem pomniejszał każde duże zdenerwowanie, opowieścią o Dereczynie, gdzie były pachnące na kilometr jeżyny i truskawki, najsmakowitsze pierogi i najwspanialsze skrzypce – ratował naszą podupadłą ufność w ludzi. Te leżące pod parasolem na szafie skrzypce chyba stanowiły również element Jego muzycznej edukacji na Akademii Muzycznej w dziedzinie teorii i gry na skrzypcach. I nic dziwnego, że tak wspaniale i z taką kulturą dokonywał ilustracji muzycznych do audycji, ale o tym elemencie swojej edukacji nigdy nie opowiadał, jak również o czterech latach studiów na farmacji. Raz tylko powiedział na moje zdziwienie jakimś jego opowiadaniem: „Przecież ja przez dwa lata byłem aptecznym prowizorem”. Pewnie więc nie powinno być nic dziwnego w Jego wrażliwości na ludzkie cierpienie i nieustannej gotowości niesienia pomocy innym. Na antenę pisywał urokliwe opowiadania, felietony, miniatury dramatyczne, ale nade wszystko uwielbiał liryczną groteskę, gdzie piosenka, wiersz, proza splatały się harmonijnie w smakowitą całość. Nazywała się ta audycja „Zielone jak śnieg”. W jednej z nich pobrzmiewają echa Jego lubelskiej twórczości w tym wierszu – inspirowanej piosenką Włodzimierza Wysockiego:
Na ulicy Złotej pod trójką Lublin, a raczej ściślej, lublinianin, wielki artysta, skrzypek, Henryk Wieniawski i jego muzyka, jest również inspiracją trzech przepięknych wierszy Jurka: „Legenda w tonacji g-moll”, „Nocny klucz wiolinowy” i „Pierwsze skrzypce”.
Posłuchaj, lubelska Starówko,
Goniło mnie po całym świecie,
Posłuchaj, Lublinie!
Serca zmęczone staccato Niektórzy krytycy mówili czasem o poezji Jurka, że jest jakby trochę „Gałczyńska”, ale myślę, że jest ona Jego własna, swoja, „Księska”. I że jest w niej i chleb, i wino, i skrzydła, i coś jeszcze. Coś nieuchwytne, ale wyczuwalne i tylko Jego, Jerzego Księskiego. Na moim redakcyjnym biurku pyszni się wspaniałym rubinem dość duży kawałek szkła. Coś w rodzaju samorodnej rzeźby. Pełni funkcję pojemnika na spinacze i przycisku jednocześnie. To Jurek przywiózł mi tę potwornie ciężką grudę szkła (zapewne jakiś destrukt albo odpad) z Huty Szkła w Pieńsku. To jest taka mała, przygraniczna miejscowość na północ od Zgorzelca i tam właśnie Jurek stworzył, w tej leśnej głuszy, niemal na końcu świata, piękną imprezę pod nazwą Pieńska Jesień Poetycka. Zapraszał na nią poetów z całej Polski, młodych, wytrawne wygi i debiutujących. Wdzięczna Mu za to była ludność Pieńska, która do kontaktu z kulturą ma bardzo daleko, miejscowi nauczyciele i młodzież szkolna, którą uczył stawiania pierwszych kroków w gąszczu literatury, a poezji w szczególności. Ale i ta strona Jego aktywności nie powinna dziwić. Jurek zawsze chciał siebie... dawać. Zawsze był gotów i zawsze sam, jak mówił, „uczył się chodzić”. Napisał też wiersz „Nauka chodzenia”:
Ziemia obraca się
niezmiennie,
Ziemio! – Kulo u nogi.
Ziemia – łąka i zboże, I nie deptał, a przynajmniej starał się tego nie czynić, albowiem był człowiekiem jedwabnym, po prostu – poetą. Zmarł 20 listopada 1995 r. we Wrocławiu. Helena Małachowska * * * Red. Jerzy Księski spoczął na cmentarzu Grabiszyńskim. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl