
| MENU:
|
Kazimierz Koszutski (1922–1996)
Z Wrocławia dochodziły słuchy o fenomenie poezji lingwistycznej, Tymoteuszu Karpowiczu, który stał się prawdziwym bożyszczem lat sześćdziesiątych, niosły się pełne zachwytu wieści o „samorodku” literackim, Henryku Worcellu, wprowadzały młode umysły w stan osłupienia eksperymenty niedalekiego od Wrocławia, opolskiego jeszcze wówczas, Teatru Trzynastu Rzędów, przekształconego niedługo potem w Teatr Laboratorium, w którym wielki mag i czarodziej sceny polskiej, Jerzy Grotowski, przewracał konwencję dramaturgiczną do góry nogami. Świat tradycji artystycznej walił się na naszych oczach, a na jego gruzach rosła wielka odnowa kultury poetyckiej i teatralnej. Wtedy jeszcze nie słyszałem o Koszutskim, choć niewątpliwie, jak się później okazało, odgrywał on już ważną rolę w życiu literackim miasta. Wówczas pojawiły się bowiem jego ważne, dobrze i ciepło przyjęte przez krytykę książki: „Ostatnia ziemia” (1959) i bardzo ceniony tom wierszy „Szeptem” (1960). A debiutował Koszutski niewielką książką pt. „Trudny horyzont” (1957). Nie był jednak tym, który robił rewolucję w poezji. A ja, wyrastając w klimacie awangardy (Przyboś, Grotowski, Karpowicz), poszukiwałem nowych znaków, nic więc dziwnego, że Koszutski od razu mnie nie zachwycił. To inni ustanawiali nowe prawa. Ale gdy dokładnie się wgłębiłem w jego tom „Szeptem”, byłem zauroczony prostotą wyrazu strof, klarownością idei, nieco surową, jakby zimną poetyką i dobrym rzemiosłem. Dostrzegłem też w Koszutskim fascynację językiem, co stanowiło dla mnie dobry sygnał. Jednak olśniewały mnie nowe prądy w poezji. Moi uczniowie, słysząc od zachwyconego tymi niezwykłościami sztuki swojego polonisty opinie, że należałoby pomyśleć poważniej o wielkich sanktuariach Nowatorskich Przemian, parli do przodu. Już nie wystarczała im Legnica, słuchanie pogadanek o przeistoczeniach w literaturze, potrzebowali żywego kontaktu z aktorami, pisarzami, twórcami nowych wartości. Toteż wymusili na mnie raz i drugi wycieczki do Wrocławia. Upoiła ich atmosfera Pałacyku, zachwyciły teatry i muzea. Poczuli się ważni, dojrzali, samodzielni. Chcieli się spotkać w szkole z ekipą radiową i opowiedzieć, czego pragną, jakie mają marzenia, jak widzą swoją przyszłość i rozwój. No i padło właśnie na Koszutskiego. To on bowiem w tym czasie kierował redakcją poetycką radia i gdy nadeszło z Legnicy od nieznanej mu szkoły zaproszenie na dyskusję o wpływie literatury i sztuki na młode umysły, bez cienia wahania zebrał ekipę i przyjechał, by zrobić kilkugodzinne nagranie z tego spotkania. W szkole zapanował istny szał. Kierownictwo technikum przerażone. Dyrektor Pasternak załamywał ręce, nie wiem, czy bardziej z zachwytu, że samo radio z Wrocławia dotarło w końcu do zawodowej szkoły, a nie do żadnego wybitnego liceum, czy też ze strachu, podejrzewając pewnie najgorsze. W tych bowiem czasach dziennikarz to była potęga i nigdy nie było wiadomo, co z tego wszystkiego może wyniknąć. Koszutski z całą pewnością miał nosa do czegoś, co się wokół niego jawiło jako nowe, świeże, kiełkujące. Zdaje się, że bardziej go interesowały wpływy literatury na serca i umysły ludzkie, niż sama struktura wiersza czy prozy. Inaczej mówiąc, bardziej go zajmował kontekst społeczny dzieła, niż wartość np. poezji, że tak powiem, samej w sobie. Miał dobre przeczucia. Wiedział, że młode pokolenie dusi się w musztrze obowiązkowych lektur, szkolnych poleceń i ograniczania wolności wyboru. Musiał to czuć, choć sam był uwikłany w doktrynalne zobowiązania i polityczne związki. Nie znałem go wtedy jeszcze z tej strony. Był dla mnie po prostu poetą. Potem dopiero spieraliśmy się, kłócili, prowadziliśmy boje na przeróżnych towarzyskich i nie tylko towarzyskich konwentyklach. Nie podzielałem jego przekonań politycznych, lecz nie przeszkadzało mi to w częstych późniejszych spotkaniach literackich. Gdy więc wyjawiłem mu niepokoje młodego pokolenia z mojej szkoły, musiała mu się podobać idea szalonych małolatów, których ponosiła fantazja i pragnęli przewracać literackie góry. Sam, jak się potem okazało, toczył swoje prywatne wojny, miał swoje zwady z lokalną władzą, choć równocześnie nie dopuszczał do siebie przewrotu ideologicznego. W środowisku literackim ceniono go jako poetę, a jego głos radiowy robił wrażenie. Toteż, gdy rozniosła się wieść, że przyjeżdża do naszej szkoły prawdziwy wóz transmisyjny z Radia Wrocławskiego, w mieście zapanowała atmosfera podniecenia, a w szkole powstał prawdziwy stan zagrożenia. Ileż było uganiania, sprzątania, łatania dziur, boć przecież sami redaktorzy z wojewódzkiego miasta mieli zjechać. Wóz transmisyjny zaparkował się pod szkołą, sekretarka o mało nie zemdlała, a z jego wnętrza wychylił się niepokaźny, skromny i, jak się za chwilę okazało, dowcipny, bardzo chudy człowiek. Był to Kazimierz Koszutski. Przez kilka godzin nagrywał gorącą dyskusję moich zbuntowanych przeciwko światu chłopców. I to było moje pierwsze, poważniejsze, nie licząc lektur jego książek, spotkanie z poetą. Stał się też ten dzień początkiem naszej burzliwej znajomości, czasami sympatii graniczącej z przyjaźnią, która przetrwała ponad trzydzieści lat. Cóż po tylu latach mogę o Koszutskim powiedzieć? Lubił w trudnych momentach pomagać ludziom. I wielu pomógł. Mnie także, gdy zostałem w 1968 r. po wydarzeniach marcowych wylany z roboty, moi uczniowie bowiem wyszli na manifestację w obronie „Dziadów” Dejmkowskich i znalazłem się na bruku. Koszutski wskazał mi wtedy drzwi Wydziału Kultury we Wrocławiu, gdzie odbyłem rozmowy w sprawie pracy. Kilka miesięcy później zakwaterowałem się już w stolicy Dolnego Śląska, pracując najpierw w Klubie Seniora, a potem w redakcji „Wiadomości”. I znowu los nas zetknął. Z jakichś powodów Koszutski odszedł z radia, pewnie, jak to u niego bywało, z kimś lub z czymś się nie zgadzał i musiał szukać nowego zajęcia. Wielokrotnie zmieniał domy, miejsca pracy, raz będąc kierownikiem literackim Opery Wrocławskiej, to znowu kierownikiem literackim Teatru Legnickiego. Wędrował, zmieniał mieszkania, aż w końcu znalazł się na ulicy bez dachu nad głową. Rozwiódł się z kolejną żoną i pozostał sam. Przeżył boleśnie ten okres. Z pomocą nikt mu się nie kwapił. Lokalna władza jeżyła się na nazwisko Koszutski. Nie zaproponowała mu nawet lokalu zastępczego. Koszutski zamieszkał, jak sam ironizował, pod mostem. Pałętał się po znajomych, aż w końcu nie wytrzymał tego wszystkiego i bodajże w stanie wojennym zaprotestował przeciwko zmowie obojętności wokół niego ostrą głodówką. Zajął lokal Związku Literatów Polskich i okopał się w nim, nie dopuszczając do siebie zbyt wielu ludzi. Sprawa stała się głośna. Przynosiłem mu jakieś soki i napoje. Wyglądał coraz gorzej. Chudy na co dzień, po kilku dniach nieprzyjmowania pokarmu skurczył się, spłaszczył i zaczęło wyglądać to groźnie. Nie pamiętam kto, ale ktoś w końcu wezwał pogotowie i bodajże po kilkunastu dniach głodówki Koszutski znalazł się w szpitalu, gdzie przez dłuższy czas dochodził do siebie. Znowu toczyły się boje o jakieś miejsce pod niebem poety. Władza długo zwodziła pisarza, jednak ostatecznie przyznano mu nędzny pokoik w starym budownictwie, daleko od centrum, gdzie zamieszkał z nową żoną, sympatyczną, miłą Stasią. Odsunął się w cień, zajął się pisaniem i hodowlą małych rybek. Zawsze miał akwarium. Nawet gdy przenosił się z miejsca na miejsce, dbał o rybki. Teraz siedząc na peryferiach miasta, coraz rzadziej spotykał się ze znajomymi. Wiem, że pracował nad powieścią, gdy śmierć przerwała mu literacką nić. Brakuje Koszutskiego. Jego nieraz sarkastycznego humoru. Jego na swój sposób szlachetnej dumy. Jego charakterystycznego kroku, gdy wchodził do Związku Literatów z pochyloną głową. Obcujemy nadal z jego książkami. Pozostały z nami jego tomy wierszy i opowiadań, „Dorzecza dosłowności” (poezje, 1965), „Nie wierzcie tulipanom” (opowiadania, 1966), „W miasteczku za trzy grosze” (opowiadania, 1967), „Uprawianie pamięci” (poezje, 1976), „Świadectwo tożsamości” (poezje, 1980) i „Imiona bezsenności" (opowiadania, 1987). Można by o Koszutskim w nieskończoność, lecz ramy „Kalendarza” są ograniczone. Dodajmy, że sam był gawędziarzem, świetnym kompanem do towarzystwa, nieraz kawalarzem, ale chyba zasadniczą rysą jego osobowości była lojalność wobec przyjaciół. Nie znosił intryg, a żył w świecie pełnym intryg. Wiem, że jeśli kogoś uznał za swojego przyjaciela, był mu wierny do końca. Nie miał jednak zbyt wielu przyjaciół. Może stawiał im wysoką, zbyt wysoką poprzeczkę, by mogli ją przeskoczyć. Był trudny w przyjaźni, wymagający, lecz nigdy nie narzucał się. Coraz częściej wracał myślami do swojego ukochanego Lwowa, gdzie się urodził 17 XI 1922 r. Wciąż na nowo przeżywał więzienie z 1943 r., gdy zamknęło go gestapo i tylko cudem ocalał. Snuł swoje wspomnienia na kolejnych stronach nie wydanej jeszcze książki. Odszedł od nas 11 III 1996 r. Stanisław
Srokowski * * * Red. Kazimierz Koszutski spoczął na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
sdrp.wroc@interia.pl