
| MENU:
|
Zobacz oficjalną stronę Jana KaczmarkaJan
Kaczmarek (1945–2007)
|
|
|
JAN KACZMAREK Urodził się 6 czerwca 1945 w Lwówku Wielkopolskim, zmarł 14 listopada 2007 r. we Wrocławiu. Całe życie spędził przed radiowymi mikrofonami Studia 202 i na estradzie. Pisał piosenki, skecze, radiowe seriale satyryczne, był przez wiele lat pacjentem pani „doktor” Ewy Szumańskiej, pisywał prasowe felietony. Każdy zanuci takie jego piosenki, jak „Czego się boisz, głupia?”, „Do serca przytul psa”, „A mnie się marzy kurna chata”, „Zerowy bilans ,czyli pero, pero” czy „Ballada o mleczarzu”.
Fot. Magda Kołodzińska/SP•GR |
Jestem
pewien, że wczoraj [14.11.2007] Janek zapukał do niebieskiej bramy i mu
otworzono, a on zaśpiewał z szelmowskim uśmiechem:
„A mnie się marzy kurna chata, zwyczajna izba, zbita z prostych desek, żeby się odciąć od całego świata, od paragonów, paragrafów i wywieszek!”
Wszyscy się tam na górze mocno zdziwili, że na ziemi bywają jeszcze tak skromni, jak ów nowy przybysz, ludzie. Janek rzeczywiście był bardzo skromnym człowiekiem i niczego nigdy nie udawał. Kiedy ostatni raz robiłem z nim wywiad dla naszego piątkowego „Magazynu”, autor popularnej i ciepłej piosenki „Do serca przytul psa” zaskoczył mnie pytaniem: „Wiesz, za co kocham świat?” i od razu sobie odpowiedział: „Bo codziennie spotykam życzliwych ludzi”. Już wtedy drążyło go wstrętne choróbsko.
Trochę w tej rozmowie filozofowaliśmy i żartowali, jak najbardziej. Janek miał własne, nieco surrealistyczne poczucie humoru. Gdy go pytałem, czy lubi się śmiać, odpowiadał, że oczywiście, ale tylko w przerwach. Na moje zdziwienie, z kamienną twarzą wyrecytował: „Bo teraz będę żył więcej w przerwach”.
Znaliśmy się od końca lat sześćdziesiątych. Janek z kolegami zakładał kabaret Elita, a ja się bawiłem w studencki teatr. W niewielkim klubie uniwersyteckim przy ul. Szewskiej, gdzie kabaret elektryków i elektroników z Politechniki Wrocławskiej gościnnie występował, w bufecie była zwyczajna sałatka jarzynowa, po 60 groszy porcja.
– Wiesz, dlaczego lubię tę sałatkę? – spytał mnie Janek.
– Wiem, jest smacznie doprawiona – odparłem.
– Nie, jest tania; kupując tę sałatkę, tracę tylko cztery pudełka zapałek.
Może sobie teraz chwilę odsapnie, ale pewnie pojutrze tym na górze będzie znacznie weselej niż nam tu, na tym jesiennym, ziemskim łez padole.
Żegnaj, Janku, a właściwie... do zobaczenia!
Krzysztof
Kucharski
Polska • Gazeta Wrocławska
15
XI 2007
Wspomnienia
Jerzy
Skoczylas, przyjaciel Kaczmarka i członek kabaretu Elita:
Po
pierwsze był moim serdecznym kolegą, z którym kumplowałem się od czasów
studenckich, a po drugie wielkim twórcą kabaretu. Razem napisaliśmy
kilka, chyba niezłych, tekstów. Mimo że choroba wyłączyła go już
kilka lat temu z życia publicznego, ludzie ciągle znają jego piosenki i
na każdym koncercie tych piosenek się domagają. Nie tylko dlatego, że
rozśmieszają – są po prostu uniwersalne i bardzo nastrojowe.
Zbigniew
Lesień, aktor:
Jan
Kaczmarek był jednym z najwybitniejszych polskich satyryków. Dla mnie
pozostanie przede wszystkim wspaniałym, mądrym przyjacielem. Traktowałem
go jak członka najbliższej rodziny. Łączyły nas też sprawy zawodowe
– w latach 90. współpracowaliśmy w kabarecie Europa. Tworzył kabaret,
który nigdy nie był doraźny. Potrafił w tekstach zawrzeć głębszą
refleksję. Miał duszę humanisty, choć skończył elektronikę na wrocławskiej
politechnice. Niedawno złożyłem do telewizji scenariusz koncertu z jego
piosenkami zatytułowany „Serwus, Panie Janek". Odbyły się próby.
To straszne, że akurat teraz Janek umarł. Ale dokończymy przygotowania.
Jego piosenki muszą żyć.
Wojciech
Młynarski:
To
bardzo smutna wiadomość. Bardzo nam będzie brakowało humoru Janka, jego
zdrowego rozsądku, jego pięknej i mądrej satyry.
Jaśko
Dla nas, najbliższych kolegów i przyjaciół, Janek był Jaśkiem albo Kaczmarem, tak jak Skoczylasa nazywaliśmy Kociem, Plaskotę – Duśkiem, a Niedzielskiego, nie wiedzieć dlaczego, Małym. Przejechaliśmy razem setki tysięcy kilometrów, zwiedziliśmy tysiące miast, spaliśmy obok siebie w wielogwiazdkowych hotelach, ale także w motelach podejrzanej świeżości. Jadaliśmy w wytwornych restauracjach, chociaż nieobcy nam smak potraw w przydrożnych bakutilach. Pijaliśmy wszystkie alkohole, jakie wyczarowała ludzka wyobraźnia. Wiemy o sobie prawie wszystko, dlatego mogę pokusić się o próbę charakterystyki każdego z nas, Jaśka też.
Że Jaś Wielkim Artystą był, jest rzeczą tak oczywistą, że aż banalną. Bez najmniejszych wątpliwości ma swoje miejsce wśród najwybitniejszych poetów piosenki – Kofty, Osieckiej, Grechuty, Młynarskiego. W naszej pamięci Janek to przede wszystkim fantastyczny, bezkonfliktowy i spokojny człowiek. Wrocławianin z wyboru i miłości, był równocześnie Janek nieodrodnym synem Wielkopolski. Zapowiadał się na tęgiego inżyniera elektronika, ale dobrze się stało, że porzucił solidny wyuczony zawód na rzecz niepewnej artystycznej doli. Janek był twardym facetem; pomimo długoletniej, niszczącej Go bezlitośnie choroby nigdy się nie skarżył, nie absorbował otoczenia swoimi problemami. Obserwowaliśmy Jego walkę z szacunkiem, ale też ze wzruszeniem.
Niestety, Jaśko przegrał i dziś, tak niesprawiedliwie szybko, Go żegnamy. Żegnamy Człowieka, ale to, co stworzył Artysta, jest nieśmiertelne…
Stasiek Szelc
Nie angielski, nie kreolski, ale Janek nasz… polski
Znałem Janka dokładnie od trzydziestu lat, tak jak i pozostałych członków kabaretu Elita. A właściwie radiowego Studia 202, bo właśnie w roku 1977 rozpocząłem pracę we wrocławskiej rozgłośni PR. Już wtedy Waligórski, Kaczmarek i s-ka byli legendą rodzimej satyry, więc możliwość bliższego ich poznania stanowiła dla mnie przyjemność, wręcz zaszczyt. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ci popularni ludzie są skromnymi, bardzo otwartymi i przyjaźnie do świata nastawionymi facetami. Prezentowali specyficzny, diablo inteligentny (także w życiu prywatnym) humor, co wyróżniało ich na tle innych przedstawicieli sztuki kabaretowej. Celowali w tym zwłaszcza najmocniejsi w grupie tekściarze: wspomniani wyżej Andrzej Waligórski i właśnie Jaś Kaczmarek. Janek pisał też muzykę do swoich kawałków i sam je w sposób nietuzinkowy wykonywał, bawiąc kolejne pokolenia licznych miłośników kabaretu.
Choroba dopadła Go gdzieś koło czterdziestki, więc zmagał się z nią ponad dwadzieścia lat. Każdy kolejny rok czynił coraz większe spustoszenie w organizmie Janka, ale przez długi czas nie poddawał się, ciągle będąc aktywnym artystycznie. W końcu musiał spasować. Kiedy przed paroma laty Boguś Klimsa przywiózł Jasia do Wall Street (lokal przy Podwalu, w podwórku Centrum Prasowego) – zaniemówiłem. Zobaczyłem cień człowieka, mężczyznę, który nie mógł wykonać najmniejszego kroku bez pomocy przyjaciół. Ci, na szczęście, Go nie opuścili, starając się być blisko do ostatnich dni Jego życia.
Czułem się z „eliciarzami” związany nie tylko poprzez częste osobiste, bardzo sympatyczne, kontakty. Przez jakiś czas urzędowałem (wówczas mieściła się tam radiowo-telewizyjna redakcja sportowa) w pokoju 202, skąd swoją nazwę wzięło studio, które przyniosło Jankowi i Jego przyjaciołom ogromną popularność. Nie mogłem więc pozostać obojętny na ten fakt.
Po śmierci Jana Kaczmarka w jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych ukazało się zdjęcie z radiowego studia. Na nim trzech uśmiechniętych ludzi: Andrzej Waligórski, Jan Kaczmarek i Włodek Plaskota. Niestety, żadnego z nich nie ma już wśród żywych. Wszyscy odeszli przedwcześnie i teraz zapewne tworzą jedyny w swoim rodzaju niebiański kabaret. „Nie angielski, nie kreolski, ale nasz, prawdziwie polski” ( a raczej wrocławski). Żegnaj, Janku!
Waldek
Jan Kaczmarek nie żyje
Wczoraj umarł Jan Kaczmarek, satyryk, tekściarz, współtwórca kabaretu Elita. W czerwcu skończył 62 lata.
Od dawna już
nie występował na scenie i nie nagrywał audycji słynnego wrocławskiego
Studia 202 – radiowego przedłużenia kabaretu Elita. To właśnie
Kaczmarek przez długie lat był pacjentem Młodej Lekarki w cyklu skeczy
Ewy Szumańskiej. Lekarzom nie udało się mu pomóc. Cierpiący na chorobę
Parkinsona, pod koniec życia przykuty do łóżka, z najwyższym trudem
porozumiewający się z bliskimi, ciągle starał się pisać na podarowanym
mu przez przyjaciół laptopie.
W 1971 roku w Opolu Kaczmarek – absolwent elektroniki na Politechnice Wrocławskiej, obdarzony fizjonomią i głosem cokolwiek nieestradowymi – w kaszkiecie na głowie i z odrapaną gitarą w ręku zaśpiewał, z męskim chórkiem za plecami, piosenkę z chwytliwym refrenem „A mnie się marzy kurna chata...”. Zdobył nagrodę, „Kurną chatę” nuciła cała Polska.
Kilka lat wcześniej student Kaczmarek, urodzony w Lwówku Wielkopolskim, 60 kilometrów od Poznania, weekendy spędzał na rajdach w Karkonoszach. Przy jednym z ognisk postanowił nauczyć się grać na gitarze. Skutki tej decyzji okazały się istotne: w 1968 r. koledzy namówili go do występu na organizowanym przez ZSP Środowiskowym Przeglądzie Piosenki Studenckiej. Kaczmarek napisał słowa i muzykę „Ballady o Wandzie, co nie chciała Niemca”, a po koncercie Tadeusz Drozda zaproponował mu założenie kabaretu. Tak powstała Elita.
Po opolskim sukcesie „Kurnej chaty” wrocławska grupa autorów i aktorów współtworzyła kabaretową polską pierwszą ligę. A konkurencję mieli silną: w 1971 roku zadebiutował Tey Zenona Laskowika, rozkwitał kabaret Dudek Edwarda Dziewońskiego, w 1976 roku Jan Pietrzak wystartował z kabaretem Pod Egidą.
W latach 70. i 80. Kaczmarek i Elita nieustannie koncertowali i nagrywali (audycje Studia 202 dla Polskiego Radia Wrocław i radiowej Trójki), występowali dla Polonii w USA, Kanadzie, Australii, RPA. Zespół istnieje do dziś, choć już bez zmarłego w 1992 r. Andrzeja Waligórskiego oraz pianisty i kompozytora Włodzimierza Plaskoty, który zmarł dwa lata temu. Dla wielu to właśnie Kaczmarek pozostał najwybitniejszym z „elitarnych” autorów. Na pewno zaś tym, który od zjadliwej satyry wolał poezję. „Kurna chata”, „Czego się boisz, głupia”, „Do serca przytul psa”, „Los Andes Cordilliera”, „Ballada o mleczarzu”... Te piosenki znają wszyscy.
Adam
Domagała
Gazeta Wyborcza
Wrocław
15 XI
2007
Polska według Kaczmarka
Tworzył piosenki o tej samej Polsce, o której socjologowie pisali opasłe tomy. Ale w jego piosenkach było więcej prawdy.

Jubileusz
kabaretu radiowego Studio 202.
Od lewej: Jerzy Skoczylas, Leszek Niedzielski,
Jan Kaczmarek i Stanisław Szelc.
Fot.
Mieczysław Michalak/AG
"Prosimy nie regulować odbiorników, Jan Kaczmarek naprawdę tak wygląda” – brzmiało zdanie, które przez lata zapowiadało jego pojawienie się w telewizji. Tak samo było z Polską w jego piosenkach. Prosimy nie regulować odbiorników, Polska naprawdę tak wygląda.
Polska naprawdę tak wygląda...
Urodził się miesiąc po wojnie. Dorastał w świecie traktorów zdobywających wiosnę, dzielonego na pół papierosa Sport, zachodnich limuzyn marki Trabant, a potem Wartburg oraz przejściowych trudności i okresowego braku wszystkiego. Innej Polski nie znał, bo znać nie mógł, więc pokochał tę, która była, miłością, jaką kocha się dziecko specjalnej troski. W piosenkach Jana Kaczmarka o Polsce jest ta sama ciepła pobłażliwość, z jaką dobry nauczyciel traktuje niezbyt rozgarniętego ucznia, któremu mimo trudności trzeba włożyć do głowy ile tylko się da.
Wiedział dobrze, że w kraju, w którym żyje, jeśli tylko coś może pójść źle, to na pewno pójdzie. Kiedy więc pytał, ile jeszcze będzie powstań narodowych, tych z głową i tych całkiem bez głowy, ile zmarnowanych okazji, ile wściekłej nienawiści, pychy i głupoty, ile przez urnę wyborczą przepchanej głupoty, ilu złodziei schowa się za immunitety, dobrze wiedział, że ta polska litania nie będzie miała końca, p ó k i m y ż y j e m y.
Innej mieć nie będziemy…
Przyjął obowiązującą między Odrą a Bugiem mieszankę mentalności europejsko-buszmeńskiej ze zbowidowsko-świętojańską, jak pisał, z dobrodziejstwem inwentarza. Innej Polski nie mieliśmy, nie mamy i raczej nie będziemy mieć. Bo w tym kraju nic nigdy nie było proste, nawet największe piękności szybko brzydły, a gwiazdy traciły blask. Bo podgryzało się w nim każdego, kto choćby na cal wyrósł ponad tłum; bezinteresowna zawiść kąsała jak dokuczliwy pies, a zapał w mig zmieniał się w apatię. To był świat małych kombinatorów zajmujących się intratnymi dość lewiznami, kunktatorów, którzy woleli się nie wychylać, bo bezpieczniej było wziąć na przeczekanie. Oczywiście generalnie rzecz biorąc, wszystko było w porządku, trzeba było tylko dostrzec całokształt układu i nie czepiać się szczegółów. Wystarczyło spojrzeć życzliwym okiem, żeby chropowaty księżyc nabrał kształtów schludnej kuli, a do celu dawało się dojechać też polną drogą zamiast autostrady. A to już było dość, żeby się człowiek przestawał bez sensu czepiać. Może to nielogiczne, ironizował Kaczmarek, ale zapewnia święty spokój.
Chmurno, durno, nieprzyjemnie
W jego piosenkach z czasu PRL-u dominował przewrotny klimat pogodzenia z rzeczywistością. Lepiej nie pchać się, bo po co, między dekabrystów, lepiej się nie wychylać, bo przecież i tak będzie to, co ma być. Więc zanim świat zwariuje ostatecznie, zanim zdechnie w oceanie struty ropą śledź ostatni, zanim w leśniczówce Pranie gigantyczny hotel stanie, lepiej przytulić do serca psa, bo akurat on naprawdę nas w tym nienormalnym świecie potrzebuje.
Jan Kaczmarek pozornie nie walczył z PRL-em. Nie tworzył piosenek, które dałoby się śpiewać na barykadzie albo idąc na czele pochodu. Nie było słychać w nich werbli, surm bojowych ani krzyków rozpaczy. Słychać było za to chichot dziejów, a właściwie chichot z dziejów. Nieuchronny dramatyzm historii Polski, który pod innym piórem mógł stać się zaczynem jakichś kolejnych „Dziadów”, u Kaczmarka odbijał się we frazie: „Chmurno, durno, nieprzyjemnie, luźna plomba dzwoni w zębie, a za oknem w środku maja, dudni grad jak strusie jaja”. Jednocześnie sączył systematycznie w uszy słuchaczy przekonanie, że coś jest nie w porządku w świecie, w którym starego mleczarza wyrzuca się z pracy, choć nie ma nikogo, kto by go chciał i umiał zastąpić.
Warto było czekać
Kiedy jednak znienacka PRL się skończył i zniknął ustrój rządzony przez wszechwładną partię-partaczkę, zmieniły się także piosenki Kaczmarka. Powitał nowy ustrój balladą „Warto było czekać”, bo warto było, klepiąc biedę, czekać na te piękne czasy i na własne oczy cuda te zobaczyć. Pierwsza wersja piosenki była pełna optymizmu i nadziei na wiosnę ludów i upadek imperiów. To miało być cudowne niebo nadchodzące po polskim piekle. Jednak niebo nie nastąpiło i Jan Kaczmarek szybko musiał pisać nową wersję piosenki. Bo w kraju znów zaczęły dwoić się kłamstwa i troić oszczerstwa, wróciło do mody cwaniactwo, a uczciwość coraz częściej wdeptywano w błoto. Wtedy skończyła się panakaczmarkowa pobłażliwość. Cierpliwość, którą miał dla rodaków zanurzonych w peerelowską magmę, wyrozumiałość wobec narodowych przywar zmieniły się w irytację, że kiedy już dostaliśmy szansę, żeby było inaczej, kiedy wreszcie pojawiła się okazja, by wyrwać się z narodowego jakośtobędzizmu, nie robimy nic. Zaczął rodakom wytykać, i to już wcale nie pobłażliwie i dobrotliwie, że w kraju łupami dzielą się złodziej ze świętoszkiem, rozsądek leży zadźgany pod płotem, a gawiedź woła nad nim: O zalany w trupa. Plugastwo miele się z ciemnotą, a przyzwoitość, miast powstać i ożyć, coraz powszechniej z nimi cudzołoży – pisał.
Wytrzymanka na pocieszenie
W wolnej Polsce Jan Kaczmarek nie wybaczał już zachowań, które gotów był rozumieć i tolerować w poprzednim ustroju. Dlatego na pocieszenie wszystkich, których życie wpuszcza w kanał, a pracodawcy próbują co chwilę wydymać, napisał „Wytrzymankę”. Udało się przeczekać trzy powstania i niejedną okupację, przeczekaliśmy PRL, pisał, więc wytrzymamy też uwłaszczenie i reprywatyzację, zmianę paru jeszcze gabinetów i pięć podwyżek cen kotletów. Bo przecież przyjdzie piękny dzień, gdy partacze i matoły, miast do sejmu pójdą do szkoły. Choć istnieje ryzyko, uprzedzał lojalnie, że natychmiast, zgodnie z prawami dialektyki, znów pojawi się coś, co trzeba będzie wytrzymać.
Z tym przesłaniem w środę zostawił nas ostatecznie. Teraz wytrzymać będzie trudniej.
Mariusz
Urbanek
Gazeta Wyborcza
Wrocław
„Wieża Ciśnień”
16 XI
2007
Nadwyżka podaży głupoty
Mariusz Urbanek: Czy dzisiejsze czasy to dobry okres dla kabaretu?
Jan Kaczmarek: – Używając języka giełdowego, jeśli chodzi o materiał satyryczny, nastąpiła obecnie nadwyżka podaży głupoty, zacietrzewienia i kabotynizmu, którymi kabaret się żywi. Kiedyś była jedna partia i jedna wielka przewodnia głupota. A dziś mamy wyścig o to, kto będzie w tym pierwszy.
Kto wygrywa?
– Na zmianę – ci, którzy aktualnie są przy żłobie. Władza komunistyczna przez czterdzieści lat uważała, że ma monopol na wszelkie obelgi i inwektywy. Jak się powiedziało w radio coś o bałwanach i durniach, to oni od razu brali to do siebie. I to się wcale nie zmieniło, tyle że głupoty jest jeszcze więcej.
– Ale przynajmniej to jest głupota demokratyczna!
– W Polsce każda demokracja bardzo szybko przekształca się w anarchię i zaczyna zmieniać w chwast. Najpierw, głosząc hasła wolności, obala się cenzurę, a następnie szybko się cenzurę przywraca, w imię obrony interesów własnej małej partyjki.
– Ale mówienie o tym jest dziś chyba o wiele bezpieczniejsze niż w PRL.
– Nie tak dawno, po którejś audycji Studia 202, jeden z nowych polityków bardzo zainteresował się, o co chodzi z tym serialem „Rycerze trzej”, o kim to naprawdę jest i dlaczego w ogóle o tym mówimy. (...)
– Po czerwcu 1989 roku wielu satyryków skarżyło się, że nastał dla nich zły czas, bo zniknął przeciwnik i nie ma w kogo przywalać.
– Polski kabaret stworzył niepowtarzalną w skali światowej formę wyrafinowanego kamuflażu i sztuki owijania w bawełnę, w czym swoją zasługę miała właśnie cenzura. Polityka, która dziś zdominowała kabaret, grozi zatraceniem jego głównego sensu i waloru, jakim jest sztuka: parodii, kalamburu, purnonsensu, czystego humoru. Kabarety wyłącznie polityczne zmieniają się w gazetę. Przecież audycja „Sześćdziesiąt minut na godzinę” przed stanem wojennym była tak publicystyczna, że przypominała czytaną od tyłu „Trybunę Ludu”.
– No to może teraz też tak trzeba?
– Proszę pana, widz wcale nie lubi, żeby mu od razu wszystko powiedziano i pokazano, kto jest dobry, a kto zły. Widz uwielbia się domyślać, samodzielnie połapać się w żarcie. Następuje wtedy wspólnota porozumienia na bazie śmiechu. W Polsce przez całe lata widz, który zrozumiał aluzję i bił brawo po politycznej poincie, mógł czuć się tak, jakby sam uczestniczył w szturmie na okopy reżimu.
– A więc z kogo dziś śmieje się Elita?
– Andrzej Waligórski podczas swego jubileuszu – a były to ostatnie jego słowa wypowiedziane publicznie przed śmiercią – powiedział, że kabaret będzie miał sens zawsze. Pod warunkiem że będzie przywalał w kabotynizm i głupotę, niezależnie od tego, w jaką będą się one ubierały sukienkę, nawet gdyby była czarna.
– A konkretnie?
– Odbiorca satyry w Polsce żąda, żeby satyryk przywalał we władzę, i to w każdą władzę. Takie jest zapotrzebowanie społeczne i tylko wtedy satyryk jest dobry. Ale wystarczy, żeby powiedział coś pozytywnego o prezydencie, a natychmiast przychodzą listy: ty psie belwederski, ty gnido prezydencka. A więc naszym ulubionym chłopcem do bicia jest nasz koalicyjny rząd, który – nie powiem – bardzo się stara, żeby nie było nudno. (...)
– W PRL kabaret, zwłaszcza kabaret polityczny, uważany był za wentyl, przez który władza reguluje stan społecznego napięcia. A dziś?
– Zainteresowanie kabaretem bardzo zmalało, spada ilość koncertów, ludzie wydają się być znużeni.
– Dlaczego?
– Nic się nie zmieniło. Można by właściwie spokojnie wyciągnąć programy sprzed lat dziesięciu i one byłyby znów aktualne. A ludzie przecież to już znają.
Rozmawiał
Mariusz
Urbanek
(fragmenty
rozmowy z 1994 roku)
Gazeta
Wyborcza Wrocław
„Wieża
Ciśnień”
16
XI 2007
Janek
Przychodził do nas – do redakcji Studia 202 wrocławskiego radia
– jakby z innej rzeczywistości. Nie było w nim nic z wszędobylskiego
dziennikarza, nic z artysty estradowego, ulubieńca tłumów.
Trochę nieśmiały, odrobinkę nieufny, zupełnie bezpretensjonalny. Nie miał urody, pięknego tembru głosu, nieskazitelnej dykcji. Miał przeogromny wdzięk i nieodparty urok, które ludzi zadziwiały, a potem trwale przyciągały. Jego teksty były równocześnie intelektualnie wyrafinowane i uderzająco proste. Jego dowcip nie ranił i nie kaleczył ludzi, ale pochylał się nad nimi z dobrotliwą pobłażliwością. Był przyjacielem świata i wszystkich zamieszkujących go istot – nawet najmniejsze potrafił zauważyć i opromienić swoim ciepłem. Jako wiecznie odradzający się pacjent Młodej Lekarki był mi szczególnie bliski – przegadaliśmy razem dziesiątki godzin, z których wiele było milczeniem. Wdzięczni byliśmy mu, że do nas przyszedł.
Odchodził od nas bardzo wolno i bardzo tragicznie. Choroba zabierała go nam po małym kawałku, a on doskonale zdawał sobie sprawę, co będzie za parę tygodni, za parę miesięcy, za parę lat. Z początku nic nam o tym nie mówił, a lekarstwa zażywał ukradkiem, nawet nie popijając, żeby nikt nie zauważył. Potem coś zaczęło się dziać – jakiś mimowolny ruch, jakieś zająknięcia sygnalizowały, że coś nie jest w porządku. Potem musiał ograniczyć i zakończyć zagraniczne wyjazdy na występy. Potem krajowe. Już wiedzieliśmy, że to Parkinson, ale niewiele się o tym mówiło, Janek nie chciał.
Zaczęły się krótsze i dłuższe pobyty szpitalne, zabiegi operacyjne. Już w ogóle nie występował publicznie, czasem w radio. Pisałam dla niego coraz krótsze teksty w „lekarkach", czasem po jednym zdaniu, czasem jedno wtrącone słowo. Przez cały czas jego długiej, bardzo długiej choroby miałam wrażenie, że Janek stale nas przeprasza. Za to, że nam sprawia kłopot, za to, że się o niego martwimy. Przestał odzywać się w radio i już tylko pisał. Drobne teksty i felietony. Kiedy ktoś mu mówił, że są dobre – blask zapalał się na chwilę w jego oczach, ale bardzo szybko gasł. Już w ogóle nie mógł mówić. Potem przestał chodzić.
To trwało długo, rozpaczliwie długo. Już nic o nim nie wiedzieliśmy. Tylko każdego wieczora, robiąc podsumowanie minionego dnia, prosiłam Pana Boga, żeby dał Jankowi ulgę. W środę, czternastego listopada 2007 r., ulga została dana...
Teraz, wieczorami, swoim dawnym, trochę rozkołysanym krokiem, uśmiechając się nieśmiało i nucąc jedną ze swoich piosenek – odchodzi od nas Janek, znakomity artysta, bardzo dobry człowiek, przyjaciel. Odchodzi jedną ze ścieżek, których nie znamy.
Ewa
Szumańska
Tygodnik
Powszechny
Nr 47, 25 XI 2007
www.tygodnik.onet.pl

Setki
osób odprowadziły Jana Kaczmarka w Jego ostatniej drodze 19 listopada 2007
r.
na wrocławskim cmentarzu Grabiszyńskim.
Żegnała Go rodzina i
przyjaciele, którzy zjechali z całej Polski.
W uroczystości uczestniczył
także minister kultury Bogdan Zdrojewski.
Fot. Paweł
Relikowski/GW
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl