
| MENU:
|
Zmarł hrabia Wojciech Dzieduszycki (1912-2008)
IPN-owskie dokumenty ujawniające dwa lata temu Jego współpracę ze służbami bezpieczeństwa podzieliły trochę te sympatie. Choć przyznał się do tego i przeprosił. Zrzekł się tytułu honorowego obywatela Wrocławia, który otrzymał w roku 1999. Większość ludzi starszych wybaczyła popularnemu Tuniowi – tak Go nazywali przyjaciele i znajomi. Młodsi, niepamiętający czasów PRL-u, nie są tacy tolerancyjni. Te smutne fakty nie mogą jednak zasłonić Jego sylwetki jako postaci wyjątkowej w budowaniu kulturalnej tożsamości Wrocławia i Dolnego Śląska. Był absolutnym symbolem lwowskich korzeni wielu mieszkańców Dolnego Śląska. Urodził się w Jezupolu koło Stanisławowa, na dzisiejszej Ukrainie. Wojciech hr. Dzieduszycki herbu Sas odebrał staranne wykształcenie. Studiował na Wydziale Rolnym i Mechaniki Rolnej Politechniki Lwowskiej, skończył też Konserwatorium Muzyczne we Lwowie. Był utalentowanym śpiewakiem i aktorem. Do Wrocławia przyjechał w roku 1947. Zaangażował się do teatru, ale został dyrektorem młynów zbożowych i założył Technikum Młynarskie. Był autorem receptury pszennej mąki wrocławskiej. Jednak nie młyny i mąka były prawdziwą pasją Tunia, ale rodzące się na tych ziemiach życie kulturalne, które komentował w prasie i je twórczo kreował. Był bez wątpienia postacią renesansową. Ponieważ tęsknił za sceną, założył z żoną kabaret „Dymek z papierosa“, który bawił i wzruszał Polaków przez 18 lat. Powołał do życia Festiwal Chopinowski w Dusznikach-Zdroju. Maczał palce przy festiwalu Moniuszkowskim w Kudowie-Zdroju, powstaniu Filharmonii Wrocławskiej, a wcześniej zawodowej orkiestry symfonicznej. Był jednym z inicjatorów powołania do życia wrocławskiego ośrodka telewizji. Wymyślił Orfeusza – nagrodę przyznawaną na festiwalu Warszawska Jesień. Był też członkiem założycielem miesięcznika literackiego „Odra“. Zakładał i prezesował najróżniejszym stowarzyszeniom artystycznym. W roku 2005 spełniło się ostatnie z Jego marzeń. Odsłonięto pomnik Fryderyka Chopina. Piszę o śmierci Tunia po raz drugi. Pierwszy raz żegnałem Go na łamach gazety 10 lat temu. Był pierwszą osobą, która mi ten kardynalny błąd dziennikarski wybaczyła. Przywołam Jego obraz jeszcze raz w najbliższym Magazynie tygodniowym naszej gazety. Krzysztof
Kucharski Niespodziewany koniec legendy hrabiego
Kiedy trzy lata temu TVP zorganizowała mu benefis w Teatrze Wielkim we Lwowie, rymowane życzenia składał prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Na zakończenie kilkugodzinnego koncertu wystąpił sam hrabia: zaśpiewał piosenkę o lwowskiej uliczce, w której znajduje schronienie przed miejskim gwarem. Kiedy w październiku 2006 r. wyszła na jaw prawda o jego współpracy z UB i SB, Dzieduszycki poprosił o wybaczenie wszystkich, których mógł skrzywdzić i zrzekł się honorowego obywatelstwa Wrocławia. Umarł tydzień temu, miesiąc przed 96. urodzinami – we śnie, spokojnie. Zapewne modlił się o taką śmierć, o której od kilku lat mówił często i pięknie, choć wiedział, że śmierć nigdy nie przychodzi we właściwym momencie. Hrabia młynarz Był kochanym przez wszystkich symbolem Wrocławia, lwowskiej pogody ducha, arystokratą i swojskim Tuniem. Zagadywany per „panie hrabio”, z pobłażaniem machał ręką, choć nigdy nie wychodził z roli mistrza manier i elegancji. Wyliczył kiedyś, że pracował w 24 mniej lub bardziej poważnych zawodach. Zaczynał jako śpiewak operowy, odnosząc spore – choć krótkotrwałe, bo przerwane przez wojnę – sukcesy. Gruntowne wykształcenie muzyczne pozwoliło mu zarabiać na życie także w charakterze skrzypka i dyrygenta. Przez moment był kierowcą samochodów sportowych, pływakiem, lekkoatletą, jako jeździec brał udział w wyścigach konnych. Jego ojciec, właściciel wielkiego majątku w Jezupolu na Ukrainie, zadbał jednak i o to, by syn miał w ręku konkretny fach: młody Dzieduszycki skończył Politechnikę Lwowską, uzyskując dyplom budowniczego maszyn młyńskich. Tuż przed wojną pracował w Gdyni jako kontroler eksportu artykułów rolnych. W czasie wojny z pierwszą żoną Marią Kostecką i synem Antonim zamieszkał w Krakowie. Wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. Po wsypie w 1940 r. został aresztowany przez gestapo. Trafił do obozu koncentracyjnego w Pustkowiu, później do Gross-Rosen i Litomierzyc. Po wojnie przez krótki czas pracował jako aktor i reżyser teatralny w Krakowie. We Wrocławiu, gdzie trafił z drugą żoną Haliną Świątek, został dyrektorem technicznym wszystkich dolnośląskich młynów: uruchamiał i remontował zniszczone maszyny, doglądał produkcji, wprowadzał własne wynalazki – najsłynniejszy to mąka wrocławska, której opatentowana receptura była wykorzystywana przez długie lata. To właśnie wtedy wpadł w ubecką sieć, z której nie potrafił wyplątać się przez ponad 20 lat. W 1949 r., gdy podpisywał zgodę na współpracę z UB, jego żona spodziewała się dziecka, a on sam miał do stracenia o wiele więcej niż przeciętni obywatele Polski Ludowej. Skutków tej słabości – a może po prostu strachu przed państwem, które mogło go, stuprocentowego arystokratę i z definicji wroga klasowego, zmiażdżyć w jednej chwili, a jednak pozwalało na więcej niż innym – nigdy nie poznamy. Skrupulatni urzędnicy IPN znaleźli ponad 400 raportów jego autorstwa, choć nie wskazali przypadku, w którym Dzieduszycki rzeczywiście komukolwiek zaszkodził. Krytyk, który nie krytykował Przyjaciel Dzieduszyckiego Jerzy Waldorff powiedział o nim kiedyś: „Uważam Wojtka za jednego z najdzielniejszych ludzi, jakich poznałem. W czasach komunizmu potrafił pracować z korzyścią dla ogółu, nie zaprzedając się jednocześnie komunistom”. W tym okrągłym zdaniu, dziś brzmiącym niemal ironicznie, jest bardzo dużo prawdy. Dzieduszycki szefował młynom, wykładał na Politechnice Wrocławskiej, uczył w technikum spożywczym, napisał podręcznik „Metody badań zboża, mąki i chleba”. Karierę inżyniera zakończył w połowie lat 50. W tym czasie był już ważną postacią wrocławskiego środowiska muzycznego i teatralnego: kierownikiem artystycznym Zespołu Pieśni i Tańca Śląskiego Okręgu Wojskowego, współorganizatorem orkiestry symfonicznej (ze słowem „robotnicza” w nazwie), protoplastki Filharmonii Wrocławskiej. Przyczynił się do powstania operetki wrocławskiej – najpierw przy operze, a później jako samodzielnej instytucji. Uczył savoir-vivre'u w domu kultury przy ul. Mazowieckiej (dzisiejszym Imparcie). Podczas zajęć Klubu Zielonej Szpilki pokazywał, jak elegancko siadać, zakładać nogę na nogę, zapalać papierosa, prowadzić rozmowę. Współorganizował Festiwal Chopinowski w Dusznikach-Zdroju. Został felietonistą i korespondentem kulturalnym Polskiego Radia Wrocław, lokalnych gazet i ogólnopolskich czasopism ze „Słowem Polskim” i „Przekrojem” na czele. Jako recenzent – a pióro miał lekkie i stylowe – zasłynął tym, że nigdy nie krytykował. Co najwyżej w ogóle nie pisał o kompromitującym występie. Był już lokalną znakomitością, gdy w 1960 r. założył kabaret Dymek z Papierosa. Kabaret istniał 18 lat. Jego szef – upozowany na przedwojennego eleganta z laseczką i w cylindrze – zdobył ogromną popularność w całym kraju. Programy, z założenia nostalgiczne i staromodne, robiły furorę wśród polonusów na całym świecie. Nie bał się śmierci Jego otoczona krzewami róż willa przy ul. Kampinoskiej zawsze była domem otwartym, bywali tu słynni pisarze, muzycy, aktorzy. Dzieduszycki prowadził i zapowiadał koncerty i imprezy kulturalne w małych i dużych miejscowościach. Przez kilkadziesiąt lat skrzętnie robił notatki o praktycznie wszystkich ważniejszych wydarzeniach muzycznych na Dolnym Śląsku. Efektem – i swoistym pomnikiem – jest raptularz Trąby Jerychońskie prowadzony przez kilkadziesiąt lat w miesięczniku „Odra”. W latach 70. kierował redakcją muzyczną we wrocławskim oddziale Telewizji Polskiej. Na emeryturę przeszedł w 1987 r. Miał już szafę pełną nagród, dyplomów i odznaczeń, ale dopiero w latach 90. spłynęły na niego największe zaszczyty: liczne obywatelstwa honorowe, m.in. Ziębic, Kłodzka, Dusznik i Wrocławia, najwyższe odznaczenia państwowe, doktorat honoris causa wrocławskiej Akademii Muzycznej. Ostatnim dziełem Tunia był pomnik Chopina w parku Południowym. Zabiegał o niego przez kilka ostatnich lat, do ostatniej chwili osobiście zabierając fundusze, ciesząc się jak dziecko, gdy monument paradował na lawecie po Wrocławiu, gdy robotnicy z mozołem ustawiali go na cokole. Później, już coraz bardziej schorowany, rzadko pojawiał się na konferencjach, koncertach i premierach. Rozmawiałem z nim dzień po śmierci Jana Pawła II. Powiedział, że spokój, z jakim Papież czekał na śmierć, daje mu pewność, że życie się nie kończy, że nie ma się czego bać. Rok później, gdy młodzi dziennikarze wrocławskiego radia i telewizji ilustrowali materiały o współpracy Dzieduszyckiego z komunistyczną bezpieką opowieściami ofiar stalinizmu, z fantazją przyprawiając mu gębę zbrodniarza, Tunio napisał do mnie krótki list, później zadzwonił. Rozmawiałem z nim, mechanicznie potakując, i nie wiedząc, co odpowiedzieć na podziękowania za to, że nie przyłączyłem się – tak odebrał ton mojego gazetowego pisania o całej sprawie – do chóru potępienia. Wieści z IPN i postawa młodszych od Tunia o trzy pokolenia naukowców brzydziły mnie, do dziś też nie rozumiem, czemu ten spektakl miał służyć. A jednocześnie trudno było zaprzeczyć faktom i nie pomyśleć, że ten scenariusz nie tak miał się skończyć. Bohater filmu nie tak miał wychodzić z kadru i napisy końcowe miały być zupełnie inne. Adam Domagała Jego
życie było pełne dramatycznych zwrotów
– Nie – odpowiedział zdecydowanie przyszły hrabia Wojciech Dzieduszycki. Dramatyczny życiorys jednego z najbardziej rozpoznawalnych wrocławian mógłby być kanwą psychologicznego filmu. Podwójne życie prowadziło w XX wieku wielu ludzi, ale nie każda historia ma tyle kolorowych fajerwerków oraz cieni i głębokich rys. Ta niezwykła biografia też rozpada się na dwie części. Jasną i mroczną. * * * Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz wszedłem do willi państwa Dzieduszyckich na wrocławskich Krzykach. Zaprosiła nas – szkolną paczkę z „dziewiątki” – Małgosia Dzieduszycka. Jej tatę poznałem dopiero za drugim razem. Bywałem w tym domu często. Pan Wojciech z mamą Małgosi – Haliną – przygotowywał wtedy we wrocławskim ośrodku telewizji „Dymki z papierosa”. Ten kabaret zdobył sobie tak mocną pozycję na estradach w Polsce, że potem można go było zobaczyć też w telewizji. Wtedy był tylko jeden program telewizyjny – była połowa lat 60. Tata Małgosi zapraszał nas, licealistów, do programu w charakterze publiczności. Wszystko leciało na żywo i pamiętam, jak hrabia ubrany oczywiście we frak, owinięty białym szalem z szapoklakiem na głowie śpiewał „Puchowy śniegu tren” i… rzeczywiście sypał z góry śnieg. Był to starty na tarce styropian. Twórca popularnego, wtedy już nie tylko we Wrocławiu, kabaretu, łapiąc oddech, „zaciągnął się” owym „śniegiem”. Na szczęście w finale programu. Długo nie mógł tego wykasłać. Przejście na „ty” zaproponował mi Tunio, gdy dobijałem trzydziestki i byłem już dziennikarzem. Spotykaliśmy się często, bo bywał na każdej teatralnej premierze, na każdym koncercie, które komentował w telewizji albo opisywał w prasie. Był niezwykle aktywną osobą i powszechnie lubianą. O kontakt z nim zabiegali nawet partyjni sekretarze, choć ideowo hrabia był im obcy. Ale nie mówili do niego „towarzyszu hrabio”. Był osobą ciepłą i przystępną. Recenzentem i krytykiem wyrozumiałym i życzliwym. Sztuka we wszystkich odmianach i zawiłościach była jego pasją. Kochał bywać, a ponieważ zawsze gdzieś był zapraszany, pruł samochodem marki Warszawa z jednego końca Polski na drugi. Nigdy go to nie męczyło. Stał się osobą bardzo opiniotwórczą. Ważne było, że Dzieduszycki uważa, iż we Wrocławiu powinna być orkiestra symfoniczna czy operetka. Piszę tutaj o „pradziejach”. Czasach, kiedy to miasto było gdzieś daleko na Ziemiach Zachodnich (wtedy pisało się dużymi literami), pełne gruzów i stresów, ale też niezwykłych ludzi. W tym gronie głos Tunia był istotny. Już wtedy był kimś w rodzaju znaku rozpoznawczego miasta. Był na wszystkich najpoważniejszych festiwalach muzycznych w Polsce nie tylko w charakterze melomana czy krytyka, ale też konferansjera, gospodarza koncertu albo autorytetu wygłaszającego słowo wstępne. Jego recenzje, relacje i felietony pojawiały się regularnie w „Przekroju”, „Życiu Literackim” i „Odrze”. Pisywał też do „Wieczoru Wrocławia” i „Życia Warszawy”. Rozmawiałem z Tuniem tysiące razy. Potrafił najdramatyczniejsze zdarzenia opowiedzieć w sposób żartobliwy i przewrotny. Nawet jak trafił do obozów – najpierw jenieckiego, a potem wprost z więzienia na Montelupich w Krakowie do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen. W ostatniej chwili przed śmiercią uratowało go, że hitlerowiec rozpoznał w nim tenora, którego słyszał w operze wiedeńskiej: – Czy to nie paradoks? Uratowały mnie przedwojenne struny głosowe… Przed wojną pod pseudonimem Sas Dzieduszycki robił karierę na scenach operowych. Był też aktorem i autorem receptury na mąkę wrocławską. Nie będę pisał, co Tunio jeszcze zakładał i wymyślał, bo to długa lista. Pamiętam jego łzy wzruszenia, gdy w parku Południowym stanął pomnik Fryderyka Chopina, o który walczył parę lat. To było jego ostatnie spełnione marzenie.
* * * „Bardzo źle ustosunkowany do robotnika i rządu. Opracowany kandydat jest nam obecnie potrzebny do rozpracowania wrogiego elementu na obiekcie PZZ ponieważ jest na stanowisku kierowniczym i ma dużo możliwości” – pisał w notatce służbowej z 8 lutego 1949 funkcjonariusz UB. Ten „wrogi element” oznaczał byłych oficerów Armii Andersa i przedwojenne ziemiaństwo, którzy znaleźli pracę we wrocławskich Państwowych Zakładach Zbożowych. Decyzja „werbować!” zachowana w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej datowana jest na 10 lutego. 12 lutego o czwartej po południu do Dzieduszyckiego, na przystanku tramwajowym, podszedł mężczyzna. „Poprosiłem na przesłuchanie UB, ob. Dzieduszycki bardzo się zmieszał i po chwili zdecydował się wykonać moje polecenie i doprowadziłem ww. do mieszkania konspiracyjnego przy Tęczowej, tam od razu przystąpiłem do ustnego przesłuchania zarzucając winę, że podczas jego pracy w PZZ opuścił się i popełnił sabotaż, ponieważ z jego winy powstają częste wypadki, jak pęknięcie części od maszyn młyńskich (…), kandydat od razu się załamał (…). Po upływie kilku minut kandydat zaczął błagalnie prosić o okazanie mu pomocy w dalszej pracy i prosił o utrzymanie z nim ścisłego kontaktu. Widząc, że się psychicznie załamał, przystąpiłem do werbunku i po upływie kilku minut ww. podpisał zobowiązanie o współpracy z organem bezpieczeństwa, wybierając sobie pseudonim Jeden”. Druga żona Dzieduszyckiego była wtedy w ciąży. Miała się urodzić córka Małgosia. Jeden, a później Turgieniew, w ciągu 23 lat współpracy dwa razy próbował wyrwać się z matni. Bez skutku. Był jednym z niewielu tajnych współpracowników, który sam sobie wyznaczał zadania. Jego doniesienia wykorzystano w kilku sprawach zakończonych procesami karnymi i wysokimi wyrokami za działalność antykomunistyczną. W raportach pisał o wszystkim. O kazaniach w kościele parafialnym, rozmowie przypadkowo spotkanych pasażerów pociągu. O problemach Wilama Horzycy i Zygmunta Hübnera, o frakcjach w środowisku artystycznym, o ucieczce bratanicy do Szwecji i o wrocławskich homoseksualistach. Zrobił charakterystyki ludzi związanych z Radiem Wolna Europa oraz środowiska generała Maczka. W 1970 roku tajny współpracownik Zabłocki donosił, że we wrocławskim ośrodku telewizji „żartobliwie mówi się o nim hrabia na tajnych usługach”. Współpracę rozwiązano w 1972 roku. Z inicjatywy SB. * * * Te fakty nie mogą zasłonić sylwetki Hrabiego jako postaci wyjątkowej w budowaniu kulturalnej tożsamości Wrocławia. Mamy nadzieję, że jasne i piękne karty z jego życiorysu oraz te ciemne, głębokie rysy na portrecie – trafią na sprawiedliwą wagę. Krzysztof
Kucharski * Tłumy żegnały hrabiego
Przycmentarną kaplicę wypełniło wielu znanych artystów, animatorów kultury, nie tylko z Wrocławia i całego Dolnego Śląska, ale także z kraju z reżyserką i byłą minister kultury Izabelą Cywińską na czele. W ostatniej drodze towarzyszyli hrabiemu przedstawiciele starych polskich rodów, ale także wielu Jego współpracowników z wrocławskiego ośrodka telewizyjnego i liczne grono lwowiaków, dla których był postacią niemal symboliczną. Słowami żegnali zmarłego m.in. jego wieloletni przyjaciele: profesorowie Eugeniusz Sąsiadek z Akademii Muzycznej i Janusz Degler z Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy wspominali spotkania i różne inicjatywy oraz przedsięwzięcia Tunia, które – jak podkreślali wszyscy zabierający głos nad urną z Jego prochami – nawet trudno wymienić. – Tunio odkrył przede mną niezwykły świat muzyki i legendę polskiego, przedwojennego Lwowa – wspominał teatrolog, prof. Janusz Degler. – Potrafił niezwykle barwnie i z wielkim sercem o nim opowiadać, do tego stopnia, że to miasto stało mi się bliskie. Pełne bardzo osobistych odniesień słowa pożegnania wygłoszone przez wrocławskiego naukowca zgromadzeni w kaplicy spontanicznie nagrodzili brawami, co zdarza się w czasie takich smutnych uroczystości bardzo rzadko. Konduktowi towarzyszyła dęta orkiestra. Nad grobem pożegnała ojca w sposób niezwykle wzruszający córka – Małgorzata Dzieduszycka. Krzysztof
Kucharski |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl