W kwietniu 1990 roku
przestała działać cenzura
Piętnaście lat temu skończyła się państwowa kontrola nad słowem
pisanym. Przestał istnieć niesławny Główny Urząd Kontroli Prasy,
Publikacji i Widowisk, a wraz z nim zniknęła PRL-owska cenzura. Dotarliśmy
do kilku pracowników wrocławskiego GUKPPiW. Większość z nich to dziś
emeryci. Niektórzy pracują - w prywatnych firmach, ale też państwowych
instytucjach. Tylko jeden z byłych cenzorów - Jan Poniatowski, pracownik
Okręgowego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk we Wrocławiu w
latach 1985-1990 - zgodził się na rozmowę i ujawnienie swojego nazwiska.
Nie chciał natomiast, byśmy opublikowali jego zdjęcie. Oto rozmowa z byłym
cenzorem.
Wszystko pod kontrolą
Rozmowa z byłym cenzorem Janem
Poniatowskim
* Czym Pan się właściwie zajmował?
- Sensacji
to w tym naszym urzędzie nie było. Wie pan co, ta prawdziwa cenzura to się
odbywała na zupełnie innych szczeblach, w innych instytucjach i gremiach.
Innymi sposobami. Ale o to już nie mnie trzeba pytać. Pracowałem we wrocławskiej
cenzurze na stanowiskach starszego radcy i specjalisty. Zajmowałem się głównie
kontrolą druków ulotnych, drukarni i punktów poligraficznych. Nadzorowałem
także prace delegatur w Legnicy, Jeleniej Górze, Wałbrzychu i Opolu.
* Jak
Pan został cenzorem?
- Potrzebowałem zmiany pracy. Kolega ze studiów wspomniał o wolnym
miejscu w okręgowym urzędzie. Zgłosiłem się i uznali moje kwalifikacje
za wystarczające. A ja uznałem, że warunki pracy i płacy są
satysfakcjonujące. Przeszedłem szkolenie urzędnicze, zdałem egzamin. No
i zacząłem pracować. Odchodziłem w roku 1990, bo wiadomo było, że urząd
przestanie działać. I trzeba było sobie poszukać nowej pracy. Nie miałem
z tym zresztą kłopotów.
*
Kwalifikacje? Trzeba było się wykazać jakimś szczególnym zaangażowaniem
w zwalczanie wolności słowa?
- Niech pan nie próbuje być złośliwy. Wykształcenie wyższe, najlepiej
humanistyczne oraz umiejętność czytania tekstu ze zrozumieniem - to były
potrzebne kwalifikacje.
* Wierzył Pan, że cenzura jest potrzebna, że to, co Pan robił, miało
sens?
- Drogi panie, a co to znaczy „wierzyć w sens pracy”? Praca to
jest wykonywanie przyjętych obowiązków i źródło dochodów osobistych.
Wiara to jest w religii, w ideologii i w życiu uczuciowym, a nie w robocie.
Myśmy – a przynajmniej ja – nie podchodzili do swoich zadań
ideowo. Po prostu robiło się to, co nakazywał zakres obowiązków i
przepisy. Bardzo solidnie byliśmy szkoleni w zakresie owych przepisów i
bardzo mocno wymagano od nas właściwego ich wykonywania.
* Nie wstydzi się Pan dzisiaj?
- W życiu!
* Przecież cenzura była, obiektywnie rzecz biorąc, złem –
moralnym, społecznym, publicznym.
- Co to znaczy „obiektywnie rzecz biorąc”? Kto ową normę
obiektywności ustalił lub ustala? Było takie prawo, jakie było. Czy ono
było złe, czy dobre, nie mnie sądzić. Zresztą: dura lex, sed lex.
* Można przyjąć taką postawę. Ale trzeba przecież zastanowić się nad
konsekwencjami pracy cenzury.
- Proszę?
* Pan dobrze wie, o czym mówię. Przecież wyście pracowali po to, by
ludzie nie mogli znać prawdy. I byliście jednym z istotnych elementów
pilnowania interesów niedemokratycznego państwa. To Panu nie przeszkadzało?
- To pytanie jest nieuprawnione! Proszę pana, ja wykonywałem obowiązujące
przepisy. Pilnowałem zapisów konstytucji i tajemnicy państwowej. To była
mechaniczna praca. Zwykły urząd. Jeśli pan ma na myśli szeroko pojętą
cenzurę, to niech pan sobie uświadomi, że decyzje polityczne o tym, co można
puszczać, a czego nie można, nie zapadały w urzędzie. To się działo wyżej.
W KC, w wielkiej polityce. Myśmy dostawiali instrukcje do wypełnienia i
nie mieliśmy z polityką nic wspólnego.
* A kiedy Pan był tym cenzorem, albo później, po roku 1990, odczuł Pan
jakoś tę swoją cenzorską przeszłość? Czy nigdy nikt Pana nie nazwał
świnią?
- Zazwyczaj mało mnie obchodzą czyjekolwiek opinie na mój temat. Zresztą,
nigdy nie odnosiłem takiego wrażenia, żeby jacyś znajomi się ode mnie
odwrócili, albo ktoś mnie wytykał palcami na ulicy.
* To dlaczego nie chce Pan pokazać w gazecie swojej twarzy?
- Bo jestem niefotogeniczny i źle wypadam na zdjęciach.
Rozmawiał Wojciech Szymański
(„Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska”, 30 IV – 1 V
2005)

Pierwsza strona "Wieczoru Wrocławia"
z 21 III 1981 r.
z białą plamą po ingerencji cenzury, która zdjęła tekst
o pobiciu Jana Rulewskiego na zjeździe "Solidarności" w
Bydgoszczy.
Pocięta
rzeczywistość
Podstawy prawne działania cenzury w PRL dał dekret z 5 lipca 1946 roku
powołujący Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
Pierwszym szefem był Leon Zabłudowski. W kwietniu 1990 roku Urząd zamykał
ostatni prezes Sławomir Kosicki. Instytucja formalnie podlegała
premierowi, ale bezpośrednie sterowanie i nadzór miały specjalne komórki
partyjne – Biuro Prasy KC PZPR, Wydział Propagandy, Prasy i
Wydawnictw KC. GUKPPiW zajmował się przede wszystkim kontrolą realizacji
przez środki masowego przekazu polityki informacyjnej. Rzeczywistość
opisywano według odpowiednich wzorów, a z treści przekazu
"wycinano" wszystkie fakty i zjawiska, które zakłócałyby model
rzeczywistości.
Nożyce cenzora
HONOR I SEKRETARZA.
W roku 1969 Wrocław wizytował I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka. W
księdze pamiątkowej wrocławskiego ratusza wpisał kilka słów
przypominających o zwycięstwie nad hitlerowskim faszyzmem. Zdjęcie z tego
wydarzenia zamieścił "Wieczór Wrocławia". Gazeta już się
drukowała, gdy cenzor po raz kolejny obejrzał pierwszą stronę. Dopiero
wtedy zauważył, że słowo "hitlerowski" Gomułka napisał przez
"ch". Wstrzymano druk, zdjęcie wymieniono, WW dotarł do kiosków
z opóźnieniem, ale honor I sekretarza ocalał.
NIEBEZPIECZNY PKS. W
GUKPPiW działała specjalna komórka zajmująca się wojskowością.
Interweniowała w najróżniejszych przypadkach, bo tajemnicą wojskową było
objęte niemal wszystko. Nawet rozkłady jazdy PKS. W Pilichowicach koło
Jeleniej Góry na rozkładzie podane były trzy miejsca postoju autobusu:
Pilichowice, Pilichowice - most, Pilichowice - zapora. Po ingerencji cenzury
zostały: Pilichowice, Pilichowice, Pilichowice.
RADZIECKIE SIĘ NIE
PSUJE. W latach 70. i 80. cenzura bardzo pilnie śledziła prasowe
kroniki wypadków - zwłaszcza pożarów. Dlaczego? Bo często pożary były
wywoływane przez zwarcie instalacji elektrycznej w radzieckich telewizorach
marki Rubin. Wówczas nazwa - decyzją cenzora - była wykreślana.
NIEPRAWOMYŚLNE
NEKROLOGI. Cenzurowano wszystko, co było możliwe. Nawet zaproszenia ślubne
i nekrologi - w pierwszych latach PRL nie można było zamieścić
informacji, że zmarły był członkiem Armii Krajowej. Obowiązywał zapis
"członek ruchu oporu".
GŁOS ZE SŁUCHAWKI.
"Rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana" - ten słynny
komunikat dochodzący ze słuchawki telefonu to nie tylko greps z filmu
Stanisława Barei. Tak było w rzeczywistości, choć - jak dziś wiadomo -
obliczony był raczej na efekt psychologiczny. Biorąc pod uwagę ówczesne
zaawansowanie technologiczne, podsłuchiwanie wszystkich rozmów było
zwyczajnie niemożliwe.
CZERWONY
NIEDOZWOLONY. Jedna z częściej wspominanych anegdot dotyczących pracy
cenzury opowiada o interwencji w sprawie popularnego słuchowiska radiowego
"Jeziorany". "Coś ty taki czerwony?" - mówił jeden z
bohaterów do drugiego, który właśnie wrócił z pola. "Nie będzie
kpić z komunistów" - orzekł cenzor i zażądał usunięcia zdania z
audycji.
ŚWIŃSKIE
SKOJARZENIA. Oberwało się także
Misiowi Uszatkowi. W jednym z odcinków popularnej bajki dla dzieci Uszatek
prosi swoich przyjaciół: "Pomożecie Prosiaczkowi?" (jeden z
bohaterów kreskówki). W odpowiedzi padło: "Pomożemy". Cenzor
uznał, że to zbyt duża aluzja przywodząca na myśl słynne słowa
towarzysza Edwarda Gierka. - A przecież ten nie może kojarzyć się ze świnią
– stwierdził.
(„Słowo
Polskie • Gazeta Wrocławska”, 30 IV – 1 V 2005)
|