
| MENU:
|
Tadeusz
Burzyński (1939 - 1998)
35 lat swojego dziennikarstwa zamienił bowiem Tadzio w służbę. Mimo chwil niezapomnianych, nierzadko przecież niewdzięczną. Od samego początku pełnił ją w naszej Gazecie. Najpierw jako szary, terenowy reporter, potem nauczyciel wielu wstępujących do zawodu dziennikarzy, w końcu jako uznany i szanowany teatralny krytyk. Nikt w redakcji nie pamięta, by Tadeusz kiedykolwiek tracił swoją niespotykaną pogodę ducha. Nawet wówczas, gdy zmuszono Go do odejścia z Jego Gazety na długie osiem lat, nikt nie usłyszał od Niego słowa żalu. „Wątpię, więc jestem” – tak uważał i mottem tym na ponad 20 lat opatrzył swoje cotygodniowe rozmowy z czytelnikami. Od wczoraj Tadzio już nie wątpi. Nie ma już „ptaka w klatce”. Umarł dziennikarz. Może jeden z ostatnich… Gazeta
Wrocławska Odszedł od nas Tadeusz Burzyński Przedwczoraj, 30 lipca 1998 r., w przeddzień 59. rocznicy urodzin, po niszczącej Go od wielu miesięcy chorobie (koszmarny rak), zmarł Tadeusz Burzyński. 35 lat swojego dziennikarstwa zamienił red. Burzyński w służbę. Mimo chwil niezapomnianych, nierzadko przecież niewdzięczną. Od samego początku pełnił ją w Naszej Gazecie Robotniczej, dziś Wrocławskiej. Najpierw jako szary, terenowy reporter, potem nauczyciel wielu wstępujących do zawodu dziennikarzy pracujących dziś w różnych mediach, w końcu jako uznany i szanowany teatralny krytyk w skali ogólnopolskiej. Był też jurorem i komentatorem wielu teatralnych festiwali i wydarzeń. Był jednym z niewielu na świecie ludzi, którzy w każdej chwili w sposób wyczerpujący i kompetentny, a vista, mogli powiedzieć coś oryginalnego o twórczości Jerzego Grotowskiego. Od lat sześćdziesiątych komentował życie teatralne na Dolnym Śląsku. Był kronikarzem odbudowy Teatru Polskiego po pożarze. Fascynowała Go osobowość i naukowa myśl prof. Juliana Aleksandrowicza, do którego często się odwoływał. Był zaufanym człowiekiem wielu artystów, chętnie korzystających z Jego doświadczenia. Nikt w redakcji nie pamięta, by Tadeusz kiedykolwiek tracił swoją niespotykaną pogodę ducha. Nawet wówczas, gdy zmuszono Go do odejścia z Jego Gazety na długie osiem lat, nikt nie usłyszał od Niego słowa żalu. Felietony „Wątpię, więc jestem” przez ponad 20 lat były Jego cotygodniowymi rozmowami z czytelnikami, co dokumentują tysiące listów. Będzie Go nam bardzo brakować. Koleżanki
i koledzy Pisał sercem… Wczoraj [3 VIII 1998] na cmentarzu przy ul. Bardzkiej we Wrocławiu rodzina, przyjaciele i przedstawiciele świata kultury pożegnali zmarłego w czwartek dziennikarza Tadeusza Burzyńskiego. Ceremonia, w której uczestniczyło wiele znanych osób, była skromna. Mszę i wspólną modlitwę poprowadził duszpasterz środowisk akademickich ks. Stanisław Orzechowski. W skupieniu żegnała Tadeusza Burzyńskiego rodzina, senator Leon Kieres, Wojciech Dzieduszycki, dyrektor Teatru Współczesnego Zbigniew Lesień, wrocławski poeta Leszek Bartelski i wielu dziennikarzy, z którymi pracował. Nad grobem dziennikarza ostatnie słowo wygłosił ks. Orzechowski, który był od kilku lat jego przyjacielem i przewodnikiem duchowym. – Pomódlmy się dzisiaj nie tylko za Tadeusza, ale także za wszystkich ludzi pióra. Niech światło Ducha Świętego będzie dla nich natchnieniem. To w ich rękach spoczywa wielka odpowiedzialność – mówił ksiądz Orzechowski. Zwracając się do rodziny zmarłego, ks. Stanisław Orzechowski powiedział, że w ostatnich tygodniach życia Tadeusz Burzyński pisał sercem. Niestety, nie zdążył napisać swojego najważniejszego – jak sam mówił – tekstu „Biblii dla ateistów”. Ceremonię pogrzebową zakończyła pieśń do Matki Boskiej Lwowskiej. ACZ Jak dobrze mieć sąsiada… ...zwłaszcza piętro niżej. Można mu bezkarnie zalać własnym, wodnistym tekstem jego wypieszczone mieszkanko, można grubszym słowem sponiewierać jego ukochane dziennikarskie perełki. Dobrze jest mieć takiego sąsiada na dole, zwłaszcza że sąsiad ten, z powodu swojej wrodzonej dobroci, nawet nie podniesie głosu, nie odburknie jakby należało, nie walnie na odlew. Przyjmie każde draństwo z pokorą i jeszcze przeprosi, że się ośmielił zamieszkać pod gburem, prostakiem, grubianinem, no, facetem bez serca, że nie wspomnę o tolerancji. Ten mój sąsiad z parteru 30 lat temu wtajemniczał mnie w arkana naszego, okropnego zawodu i z tego powodu rościł sobie pretensje. Od razu wyjaśniam –były to jedyne pretensje, które od niego słyszałem. – Możesz mówić, że jesteś moim uczniem. – Jeszcze czego! – W tym fachu największą wartością jest prawda. A to przypadkiem jest prawda. – Akurat! Ja sam... – ... z niewielką pomocą... – Dobrze, profesorze. Kiedyś za to napiszę twój nekrolog. – O, nie! Na to, żebyś ty to zrobił, to ja się właśnie nie zgadzam. – Dlatego napiszę. Ze wszystkimi szykanami, z uwzględnieniem każdej regułki. – I powstanie w ten sposób jeden z najbardziej cynicznych tekstów... Nie mam już sąsiada na dole. Siadłem do pisania nekrologu. Co słowo to idiotyzm, co zdanie to kretyństwo. – Dobrze, Tadziu! Poddaję się. Nie napiszę tego p... nekrologu. Wolę nadal wrzucać Ci impertynencje, złośliwie wymyślać z pierwszego piętra, a najchętniej bezczelnie poniewierać i tłamsić Twoje wycyzelowane zdanka. Tylko powiedz mi, do cholery, jak mam to robić? W końcu jesteś nauczycielem... Aleksander
Malak Tadeusz Odchodzą moi przyjaciele. Młodsi ode mnie. Kiedy umierają starcy, to jest bolesne, ale naturalne. Śmierć młodych rodzi rozpacz i bunt, tych w sile wieku żal i protest. Należę do pokolenia lat dwudziestych. Moje dzieciństwo „sielskie, anielskie” skończyło się w roku 1939. W 1939 roku urodził się Tadeusz. Od kilku lat byliśmy sąsiadami na tej kolumnie. Różnica wieku nie miała żadnego znaczenia. Widzieliśmy świat w tych samych barwach. Nadawaliśmy na tych samych falach. Bardzo mądra pani, Hanna Świda-Ziemba, wydała w ubiegłym roku na Uniwersytecie Warszawskim interesującą pracę: „Człowiek wewnętrznie zniewolony”. Wśród socjologów panuje opinia, że „jest to najinteligentniejsza praca o tym, co działo się z nami w ciągu złych 45 lat”. Profesor Świda-Ziemba pisze, że urodzeni przed rokiem 1930 odznaczali się tym, że zostali uformowani jeszcze w świecie tradycyjnych wartości i byli przez władze traktowani z wrogością, spychani na margines. Nadzieje reżimu stanowiły roczniki lat trzydziestych. Z tą nadzieją komunistów to prawda, ale rzeczywistość zadała im cios bolesny. I roczniki lat trzydziestych, i te późniejsze, już powojenne, wymykały się spod terroru partyjnej indoktrynacji. Taka była siła tradycji rodzinnej przekazywanej z dziada na wnuka, taki wpływ Kościoła. Tadeusz, kiedy się zastanawiał, kim jest, odwoływał się do matki, ojca, nauczycieli... i przeczytanych książek. „Byłbym – pisał w „Ptaku w klatce” –może zupełnie inny (...) gdybym miał innych nauczycieli i gdybym był wychowywany w innej tradycji religijnej”. Ze szczególną miłością i czułością pisał o swojej matce. I jak najpoważniej traktował zaciągnięty dług wdzięczności. „Gdy dorastaliśmy, sposobiąc się do tego, że i my wkrótce będziemy rodzicami – pisał – uważaliśmy za naturalne, że dług zaciągnięty u poprzedniego pokolenia tak naprawdę i do końca spłacimy następnym”. Kochał góry. Były dla niego miejscem „magicznym”, świętym. Góry przywracały mu poczucie rzeczywistych proporcji spraw i wartości. I oczyszczały. Polecał „górskie rekolekcje” wszystkim umęczonym, rozognionym gniewem, spalonym ambicjami i napędzanym nienawiścią. Ludzi chodzących po górach zniewolenie się nie ima. Zawsze pozostają wolni. Schodząc z wysokich grani, mógłby napisać jeszcze wiele mądrych i pięknych tekstów. Nie napisze. Ale jeśli istnieje niebo, znajdzie w nim i Czarny Staw, i Orlą Perć. Wiesław
Wodecki Nasze czasy się mijały… – Długo umawialiśmy się na wywiad. Stale były jakieś przeszkody. Moje podróże, Jego obowiązki, moja choroba, potem Jego choroba. Dopytywałem się, co z tą operacją. Dowiedziałem się, że już wszystko dobrze, więc nie było powodu do pośpiechu. Kiedy spotykaliśmy się od czasu do czasu, zachęcałem: Panie Tadeuszu, proszę zadzwonić… „Nie mam śmiałości, może Pan pracuje…”. To może ja do Pana zadzwonię. Proszę mi dać telefon. Przypominało mi to trochę umawianie się na ostatnią rozmowę z Puzyną [Konstanty Puzyna, krytyk teatralny, zmarł w sierpniu 1989], którą planowaliśmy i do której w końcu nie doszło. Burzyński był wyjątkową postacią w środowisku dziennikarskim. Byłem zawsze ujęty Jego kulturą osobistą, delikatnością. Może nie powinien był pracować w gazecie codziennej, ale w jakimś instytucie teatralnym. Zawód dziennikarza wymaga często agresji, nawet pewnej brutalności. Przy Burzyńskim człowiek czuł się bezpieczny, że nie przekręci tego, co się mówi. Jego kultura dawała taką gwarancję. O Burzyńskim wiedziałem, że jest człowiekiem lojalnym. Chciałem Mu opowiedzieć, jak widziałem wrocławskie teatry, kiedy tu w 1968 roku zamieszkałem. On był tu świadkiem życia teatralnego dłużej. Pamiętam Go na moich próbach „Kartoteki rozrzuconej” i jak Go żartobliwie po nazwisku wywoływałem z widowni. Pytałem, czy jest. Czasem nie może dojść do spotkania. Nasze czasy się mijały… Chciałbym kiedyś o Nim napisać. Tadeusz
Różewicz O Przyjacielu Janusz Degler: Ireneusz Guszpit: Bogusław Litwiniec: Gazeta
Wrocławska * * * Pożegnaliśmy Tadeusza 3 sierpnia 1998 roku na wrocławskim cmentarzu przy ul. Bardzkiej. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl