| MENU:
Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki
Gratulujemy
Linki
|
 |
Reporterka i Wielki
Scenarzysta
Jacek Antczak, redakcyjny kolega siedzący o dwa metry ode mnie w tym samym
boksie, wybrał, skomponował, uzupełnił i zdokumentował fragmenty
przeprowadzonych przez kilkudziesięciu autorów rozmów z Hanną Krall.
Powstała z tego „Reporterka”. Zajęło mu to cztery lata.
Są wprawdzie godniejsi ode mnie, by o tym napisać, ale trudno, kto
pierwszy ten lepszy. Tylko co ja wiem o reportażu? Sam wprawdzie popełniłem
ich kilka, ale było to tak dawno, że nie bardzo pamiętam, czy to prawda.
Obowiązywały wtedy definicje:
Reportaż – sprawozdanie publicystyczne oparte na zebranych bezpośrednio
i autentycznych materiałach (podróż, wywiady).
Reportaż zbeletryzowany – odmiana z pogranicza publicystyki i
literatury, sprawozdanie, w którym prócz elementów autentycznych występować
mogą fikcyjne, wzbogacone często refleksjami i dygresjami, przy użyciu
artystycznych środków językowych. (St. Sierotwiński „Słownik
terminów literackich”, wyd. Ossolineum).
„Reportaż jest stary jak mowa ludzka”, rzecze Wańkowicz.
„Począł się już, kiedy pierwszy troglodyta przyniósł wiadomość
o pasących się na łące ichtiozaurach.” Tu mistrz (dla poprzednich
pokoleń czytelniczych) nieco przekoloryzował, bo ichtiozaury (rybojaszczury
podobne rekinom) nie pasały się na łąkach, a od troglodytów dzieliły
je miliony lat. Ale co do zasady –zgoda, zastąpmy tylko ichtiozaury
np. mamutami.
Dalej w poczet reporterów p. Melchior zalicza Homera (typowy dla gatunku
opis pojedynku Achillesa z Hektorem pod Troją), Galla Anonima, Długosza,
Paska, Dickensa, Defoe, Londona... jest ich legion.
Mimo sławnych, a nawet wiekopomnych nazwisk autorów, reportaż nie u
wszystkich cieszył się szacunkiem. Józef Czechowicz pisał w 1937 r.:
„Reportaż jest to rodzaj literacki bardzo niskiego gatunku. Kto wie,
czy w ogóle jest to rodzaj literacki. Służy celom doraźnym, przeczy
zasadzie fantazjotwórstwa”.
Uznany już reportażysta Egon Erwin Kisch w berlińskiej kawiarni nie śmiał
się przysiąść do stolika literatów, gdzie traktowano go z pogardą.
Nieraz reportaż zaprzęgano w służbę różnych idei.
Ignacy Fik: „Reportaż w pierwszych latach II Rzeczypospolitej uważano
za odkrycie mające zadać śmiertelny cios literaturze burżuazyjnej, a
stanowić alfę i omegę przyszłej literatury proletariatu”.
Mimo wszystko reporterzy robili swoje.
Steinbeck: „Jestem niepoprawny podpatrywacz. Nie zdarzyło mi się minąć
odsłoniętego okna bez zajrzenia do środka. Podsłuchuję rozmowy nie dla
mnie przeznaczone”.
Kisch: „Najbardziej gwałtowna z moich cech to ciekawość. Przygodnie
spotkanych ludzi zasypuję najbardziej osobistymi pytaniami. Żaden napis
tak mnie nie przyciąga, jak ten, że wejście jest wzbronione”.
Kraszewski: „Rozmowa jest gimnastyką umysłu. Ludzie, z którymi nie
byłoby o czym mówić, są rzadcy. Poszukać, a od każdego czegoś się
nauczysz”.
I, ponad sto lat po Kraszewskim, Hanna Krall: – Jak byłam młoda,
szukałam bohaterów, dzięki którym mogłam napisać ciekawy reportaż.
Ostatnio zauważyłam, że szukam bohaterów, dzięki którym mogę stać się
nieco mądrzejsza.
Lesław Bartelski: „Jest tyle gatunków reportażu, ilu reportażystów”.
Koło zatoczone. Wygląda na to, że reporter to stwór ponadczasowy; w każdej
epoce zawód ten przyciąga ludzi o podobnych cechach, temperamentach,
podobnych przemyśleniach. Ale przecież nie identycznych.
Jak widzą Hannę Krall koledzy po fachu?
Mariuszowi Szczygłowi udzieliła wielu rad, ale przytoczę tu jedną:
– Reporter ma rozumieć. Nie usprawiedliwiać, nie bronić, nie oskarżać,
nie osądzać – ale rozumieć.
Kazimierz Dziewanowski: –Jeśli chcesz wiedzieć coś o Polsce; o Żydach
w Polsce, o Polsce w Żydach, o Polakach (...) o tym, jacy tu potrafią być
ludzie, jak kradną, piją, donoszą, a także jacy bywają wzniośli,
niepowtarzalni i święci – powinieneś przeczytać książkę napisaną
przez największą czarownicę polskiego reportażu.
Sama o sobie: – Gdybym nie wierzyła w Wielkiego Scenarzystę
przedtem, zanim zaczęłam pisać, to uwierzyłabym dzięki losom, które
poznaję. Są tak kunsztownie prowadzone, tak kunsztownie się łączą...
Miewam uczucie, jakby kiedyś istniał pełny obraz, na którym było
wszystko. Później się rozproszył. Od czasu do czasu znajduję cząsteczki,
które do siebie pasują.
„Reporterka” to właściwie wywiad rzeka. Gdyby nie stosowne
oznaczenia, nikt by nie podejrzewał, że łączące się w logiczny ciąg,
następujące po sobie pytania i odpowiedzi są wyjęte z różnych tekstów
coraz innych autorów. Jacek Antczak bardzo to zgrabnie dobrał i pozszywał,
co wymagało iście mrówczej pracy. Swoją bohaterkę podziwia, a ponadto
sam jest reporterem o znaczącym dorobku, kilkakrotnie nagradzanym. Trzy
lata temu ukazał się zbiór jego tekstów pt. „W Radwanicach
najlepiej idą romanse”. Teraz Jacek patronuje w „Słowie
Polskim” reportażowi, zachęca do tego gatunku młodszych kolegów.
Może wychowa następców Krallówny albo Kapuścińskiego?
Okładka i projekt graficzny książki to dzieło także koleżanki ze
„Słowa” – Magdy Wosik. Dla mnie rewelacja i nie piszę
tego po znajomości; osądźcie sami.
Bohaterce publikacji określenie „czarownica reportażu" jakby
nie bardzo przypadło do gustu. Ale przecież czarodziejka brzmi zbyt słodko,
cukierkowato, disneyowsko... Nie, czarownica jest w sam raz, kojarzy się z
temperamentem, energią, akcją – czy to nie pożądane cechy
reporterskiego powołania? Szkoda, że podobne czarownice to dziś białe
kruki, żal, że wypierają je macherzy od kuglarskich sztuczek...
Andrzej
Górny
Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska
Skrócona wersja tej recenzji
ukazała się 24–25 III 2007 jako felieton
z cyklu „Z polskiego na nasze”
Hanna
Krall – reporterka w jednym zdaniu
– Po co mi fikcja, prawdziwe życie jest ciekawsze – mówi Hanna
Krall w książce Jacka Antczaka pt. „Reporterka”. Niestety, mam
wrażenie, że jej bohaterka jest przedstawicielką ginącego zawodu.
Podobnie jak Ryszard Kapuściński.
Parafrazując
słowa piosenki, można powiedzieć, że dziś prawdziwych reporterów już
nie ma. To oczywiście lekka przesada. Są, ale można ich policzyć na
palcach jednej ręki. W modzie jest dziennikarstwo szybkie, efekciarskie,
bez polotu. Liczy się afera, skandal. Przejmujące historie o ludzkich
losach, których nie da się opisać w kilku zdaniach, nie mają przebicia.
Pewien wprawiony w bojach reporter powiedział mi niedawno: – Jestem
przekonany, że jeśli dziś ktoś przyniósłby do redakcji reportaż na
miarę Hanny Krall, zostałby odesłany z kwitkiem. „Bo to za długie.
I kto to w ogóle będzie czytał” – usłyszałby zapewne.
I coś w tym jest. Tym bardziej warto docenić pracę wrocławskiego
dziennikarza Jacka Antczaka, który sam jest świetnym reporterem. Tym razem
jednak zebrał w całość rozmowy różnych autorów z Mistrzynią reportażu.
Po co? Ano po to, żeby pokazać innym, tym na początku drogi, jak to się
robi. I że prawdziwym reporterem po prostu się jest. A nie bywa.
– Powiedzmy, że pani nie znam. Niech pani sprecyzuje siebie w trzech
zdaniach – mówi jeden z dziennikarzy do Hanny Krall.
– Dlaczego w trzech? W jednym zdaniu. Jestem reporterką –
odpowiada autorka „Zdążyć przed panem Bogiem” i
charakteryzuje jednocześnie styl swojego pisania. Oszczędnego w słowach,
precyzyjnego.
Wbrew pozorom nie jest to jednak książka wyłącznie o pisaniu reportaży.
Antczak mimo wszystko stara się pokazać osobowość Hanny Krall. Bo ona
sama – jak podkreśla – nigdy nie napisze o sobie w pierwszej
osobie.
Reporterka szczegółowo autoryzowała książkę i mówi w niej tylko to,
co chce powiedzieć. Mam wrażenie, jakby rola bohaterki tekstu trochę ją
uwierała. Ona sama woli zadawać pytania. I rozmawiać z ludźmi, z którymi
nikt nie rozmawia.
Czasami zżyma się na swojego rozmówcę, że ten przerywa jej w
nieodpowiednim momencie albo zadaje złe pytanie. Niewiele mówi o swoim
wojennym dzieciństwie, domu dziecka, rodzicach. – To wszystko jest w
moich reportażach – podkreśla. Opowiada za to, jak po krwawych
wydarzeniach w Poznaniu 1956 roku stała się „dorosłą dziennikarką”;
jak cierpiała, kiedy podczas stanu wojennego odchodziła z
„Polityki” („14 grudnia płakała moja ZMP-owska dusza, która
uwierzyła w socjalizm”); i o tym, jak pisała felietony do
„Wiadomości Wędkarskich” pt. „Smutek ryb”, a Jerzy
Putrament powiedział jej, że „oczy węgorza to oczy diabła”.
– Nie mam mistrzów – mówi Krall. Przyjaźniła się z Kieślowskim,
ceniła Kapuścińskiego za „docieranie do spraw najważniejszych”.
Podziwiała swojego nauczyciela – Mariana Brandysa, ale nikogo nie
chciała naśladować. To on powtarzał jej niczym mantrę: „Prostota
jest formą najlepszą”. Zrozumiała to dopiero po trzydziestu latach.
– Moim źródłem inspiracji jest tylko i wyłącznie życie –
podkreśla Krall.
Fikcja literacka nigdy jej nie kręciła. Ona jest raczej sumiennym
researcherem. Kto wie, może kiedyś jakiś wielki pisarz w typie Faulknera
wykorzysta jej historie w swojej książce?
Mariola
Szczyrba
Echo Miasta – Wrocław
22 III 2007
Hanny
Krall szkoła życia
„Ci, którzy rządzą, dzielą świat. A ci, którzy go opisują, łączą
go na nowo” – mówi Hanna Krall w książce
„Reporterka”. Przewodnik po biografii i literaturze ma formę
wywiadu rzeki.
Z fragmentów rozmów ułożył go Jacek Antczak. Nadał książce spójną
formę i zbudował dramaturgię. Czytelnicy Hanny Krall otrzymują odpowiedź
na pytanie o istotę jej pisania. Reporterka wyjaśnia, jak trafia na
rozmaite historie i dlaczego nie korzysta z magnetofonu. Wrażenie robi
rozdział, w którym mowa o mszy odprawianej przez ks. Adama Bonieckiego.
Przeczytał fragment Ewangelii o przyjeździe pogan do Jezusa. Najpierw
poszli do Filipa, który zaprowadził ich do Andrzeja, ten skierował ich do
Mesjasza. – Dlaczego poganie nie udali się wprost do Jezusa? –
zwróciła się Krall do księdza. Przyznał, że nie zastanawiał się nad
tym. Spytał, czy Krall ten fragment wydaje się naciągany. „Na odwrót
– odparła. – Powiedzmy, że jestem wówczas reporterką i
naczelny posyła mnie do Nazaretu. Słyszę historię o poganach. Ciekawi
mnie, dlaczego nie poszli od razu do Jezusa, ale nikt nie potrafi
odpowiedzieć. Dla mnie byłby to dowód prawdziwości historii, ponieważ
nikt nie wymyśla bezsensownych zdań. Jeżeli wszystko jest logiczne, słucham
podejrzliwie. Jeśli ktoś opowiada historię, w której są niejasności,
mam pewność, że tak było naprawdę. – „Nie myślałem o
Ewangelii jako o reportażu” – rzekł ks. Boniecki.
Zastanawiam się, czy nie powinniśmy tej księgi potraktować właśnie
tak? Może bliższy stałby się nam jej bohater?
Krall opowiada tak, jak pisze. Posługując się skrótem, zmusza czytelnika
do uwagi. Przywiązuje wagę do detalu. Uważa, że na poziomie ogólnym można
przekazać tylko komunał. Powiada, że historie, które opisuje, zostały
przez kogoś utkane. Ona „tylko” je odkrywa. Nie ma w tym pozy,
jest pokora. Krall ma poczucie, że „kiedyś istniał obraz, na którym
było wszystko. Później się rozproszył. Czasem znajduję cząsteczki, które
do siebie pasują”. Myślę, że wielu może tego poczucia pozazdrościć.
Krall wie, jaka rola została jej przeznaczona.
Bartosz
Marzec
Rzeczpospolita
9 III 2007
Credo
Reporterki
Kupiłem dzisiaj opracowaną przez Jacka Antczaka książkę
„Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall”. To wywiad rzeka zmontowany
z różnych wywiadów z pisarką. Ucieszyłem się, bo nasza rozmowa, a właściwie
różne jej tematy i fragmenty, zajmuje w niej sporo miejsca. Wypowiedź z
naszej rozmowy, moje pytanie, w ogóle otwierają tę książkę. To mi
sprawiło dużo radości. Cytat z naszej rozmowy „Trzeba pytać o
widok z okna” jest tytułem jednego z rozdziałów. Zapytałem Hannę
Krall, o co pytać. Odpowiedziała wtedy: „O wszystko. O babcię, o
dziadka, o sąsiadów... O to, co było widać z okna, co stało naprzeciw,
kto tam mieszkał, czyj był ten sklep, jak była ubrana ta pani, o czym mówiła.
Trzeba pytać o rzeczy najdrobniejsze po to, by odtworzyć świat. Wszystko
jedno – bujny świat, kolorowy czy zwyczajnie bezbarwny.
Niecierpliwimy się, kiedy mówią ludzie starzy. To prawda, że czasami mówią
nieskładnie, ale trzeba wsłuchać się. Trzeba rozgarnąć słowa i dotrzeć
do ich historii”.
Cieszę się, że ta książka powstała, bo to credo reporterki, jej
autoryzowany portret. Mądra, ciekawa lektura. Wciąga, ja w każdym razie
podczytuję, otwieram, przyglądam się słowom, słucham. Zwłaszcza rytmu,
który jest tak charakterystyczny dla wszystkich tekstów Hanny Krall. (...)
Podobało mi się, co Hanna Krall powiedziała w rozmowie Jackiem Bińkowskim,
a co cytuje Jacek Antczak w „Reporterce”: „To bardzo ważne,
gdy człowiek może zmądrzeć dzięki bohaterom. Jak byłam młoda, szukałam
bohaterów, dzięki którym mogłam napisać dobry, ciekawy reportaż.
Ostatnio zauważyłam, że szukam bohaterów, dzięki którym mogę stać się
nieco mądrzejsza”.
Nie czuję się reporterem, ale też szukam takich bohaterów i pracy, która
rozwija. Aby ją kochać i chcieć do niej wracać. Mieć poczucie dobrze
spełnionego czasu.
Remigiusz
Grzela
blog internetowy:
„Z Kafką przy kawce – remigiusz-grzela.bloog.pl”
14 III 2007
Poczuć
historię
„Reporterka”
to osobliwy wywiad-rzeka z Hanną Krall, skompilowany z dziesiątków wywiadów,
jakich Krall udzieliła w prasie, telewizji czy na czatach internetowych. Z
rozmaitych wypowiedzi na przestrzeni lat wyłania się obraz reporterki i
pisarki, która przeszła długą drogę, by znaleźć swoją własną metodę
i styl, ale która też, dzięki wrażliwości na drugiego człowieka,
potrafiła usłyszeć zadziwiające historie wyłaniające się z pozornie
nieistotnych detali.
W wywiadach Krall opowiada o zawodowych początkach w „Życiu
Warszawy”, o latach spędzonych w „Polityce” i o
lewicowych złudzeniach, których kres nastąpił wraz z wybuchem stanu
wojennego. A także o uczniach, których już w nowym ustroju wychowała w
„Gazecie Wyborczej”. Ważni są też ludzie, którzy wpłynęli
na jej sposób patrzenia na świat. Jest więc między innymi Krzysztof Kieślowski,
który nierzadko wykorzystywał w filmach jej reportaże, czy Marian Brandys,
nauczyciel akademicki, z którym notorycznie się nie zgadzała, żeby po
latach przyznać mu rację. Osobną część wywiadu-rzeki stanowi jej współpraca
z Markiem Edelmanem przy pisaniu „Zdążyć przed Panem Bogiem”
– praca przy tej książce ostatecznie wyklarowała jej styl.
Na często powtarzające się pytania o dobór bohaterów oraz ich opowieści
reporterka daje niezmiennie tę samą odpowiedź: jej „organizm”
musi poczuć historię, musi być nią zaciekawiony, a ciekawość potrafią
wzbudzić drobne szczegóły – futro zakupione w czasie wojny, kolor
krzesła, na którym w piwnicy siedziała czyjaś babka. Nie ufa gładkim
narracjom, bez pęknięć i luk, bo według niej białe plamy znacznie więcej
mówią o rzeczywistości niż wymyślone uzupełnienia niewiedzy czy
niepamięci.
Czytelnik, który oczekuje, że dowie się czegoś od Hanny Krall na temat
jej własnej biografii, może być zawiedziony. Reporterka skromnie
stwierdza, że jej życie jest na niby i dlatego zajmuje się opisywaniem
cudzego, prawdziwszego.
Autor kompilacji niewątpliwie wykonał mrówczą robotę, przekopując się
i selekcjonując dziesiątki wypowiedzi reporterki, by stworzyć z nich
jednolity tekst. W efektach tej pracy widać jakby mimochodem, że w żadnym
z wykorzystanych przez niego wywiadów nikt nie zapytał jej o jakiś szczegół,
taki jak te, którymi wyważała drzwi do wspomnień swoich bohaterów.
Helena
Chmielewska-Szlajfer
Polityka
20
III 2007
Hanna
Krall, nożyczki i klej
Jacek Antczak, wrocławski dziennikarz, współcześnie i z powodzeniem
uprawiający bodaj najtrudniejszy gatunek dziennikarstwa, czyli reportaż,
stworzył rzecz już w starożytnym Rzymie nazywaną collectanaea,
czyli zbiorem wypisów z dzieł literackich. Ale obiektem zainteresowania
redaktora Antczaka nie były dzieła same w sobie, tylko rozmowy o nim
innych redaktorów z Autorem, też zresztą redaktorem. Ta trzypoziomowa
konstrukcja jest pewną osobliwością, ponieważ opowiadanie o jednym
dziennikarzu, poprzez cytowanie wycinków wywiadów z nim innych
dziennikarzy, dokonywane przez jeszcze innego dziennikarza, nie jest niczym
innym, niż próbą tworzenia nowej, lepszej (?) jakości z jakości już
uzyskanej w bezpośrednim kontakcie. Czy taki zabieg w stosunku do osoby
znanej i docenianej nie tylko w Polsce jest w stanie jakkolwiek wpłynąć
na powszechny odbiór jej twórczości?
Szczególnie, jeśli chodzi o autora najwyższej, mistrzowskiej klasy.
O Hannę Krall.
Z lektury książki „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall” wynosi
się przede wszystkim wrażenie, iż jej autor jest nie tylko zafascynowany
osobą H.K., ale przede wszystkim warsztatem znakomitej dziennikarki, o której
zresztą nie tak całkiem dawno napisał pracę magisterską, a która z
natury rzeczy musiała opierać się o większe czy mniejsze fragmenty
publikacji Hanny Krall, ich recenzje, wywiady, opinie itp. Jeśli tak, byłoby
to ilościowe rozwinięcie tego sposobu opowiadania o ulubionej Autorce,
czego dowodem jest bibliografia, licząca 56 pozycji.
Z 56 wywiadów, rozmów, publikacji, dotyczących twórczego dorobku
„reportażystki”, z których każdy i każda stanowiła całość
mniej lub bardziej smakowitą, Jacek Antczak wyłuskał to, co mu
najbardziej smakuje, niczym migdały i rodzynki z tortu. Rzecz w tym jednak,
że nie wszyscy przepadają za migdałami i rodzynkami, szczególnie wtedy,
kiedy podaje się je w wielkiej obfitości.
Obfitość, jak się rzekło, dotyczy dziennikarskiego warsztatu i w
zasadzie sprowadza się do powtarzanej przez Hannę Krall w wywiadach reguł
oczywistych: dziennikarz powinien przede wszystkim słuchać a nie gadać,
być cierpliwym, umieć odróżniać prawdę od zmyśleń i dbać o tzw.
szczegóły charakterystyczne, czyli tworzyć tło, swoistą scenografię
dla wydarzeń i osób.
Jednak, zdaniem pisarki, najważniejsza w reportażu jest prawda.
Przynajmniej w Jej reportażu. Prawda czasem mało ważna, wręcz
marginesowa, np. kolor fotela, na którym siedziała bohaterka czy czerwony
sweter dr. Marka Edelmana. Do tej prawdy, do faktów i wydarzeń niepodważalnych,
dociera H.K. poprzez niemal obsesyjny upór, nieustannie sprawdzając,
konfrontując, szukając innych źródeł, szperając w dokumentach i
archiwach. Również błądząc, co się zdarzyło w reportażu o nieszczęściach
pewnej kobiety, której piękne wiersze umieściła w tekście. Okazało się,
niestety zbyt późno, że są to przepisane utwory znakomitej poetki
– Ewy Lipskiej.
Najbardziej znaną częścią dorobku Hanny Krall są reportaże, często w
postaci książek, poświęcone ludziom ocalonym z Holocaustu. Wśród nich
dzieło wybitne, tłumaczone na wiele języków, wzbudzające nie tylko
podziw dla talentu autorki, ale też za pokazanie prawdziwej historii
powstania w warszawskim getcie, czyli „Zdążyć przed Panem
Bogiem”. Można powiedzieć, że jej bohater – Marek Edelman,
ostatni przywódca tego tragicznego, zbrojnego zrywu, został po latach
zapomnienia przywrócony do powszechnej świadomości Polaków. To wielka
zasługa Hanny Krall.
Pisarska metoda autorki opiera się więc na pokazywaniu prawdy, ale też na
prostocie języka, którym się posługuje. Jedno wypływa z drugiego.
Pewnie można pisać prawdę w inne sposoby, stosując parabole, kunsztowne
konstrukcje i inkrustacje, wyszukaną stylistykę itp., ale wtedy czytelnik
może zacząć podejrzewać, że jest to owszem prawda, ale owinięta w bawełnę.
I nie zechce mu się jej odwijać...
O tym wszystkim pisze Jacek Antczak, niestety w zdecydowanej większości
nie swoimi słowami, stosując, jak sam mówi, przede wszystkim nożyczki i
klej. Takie postawienie sprawy jest bez wątpienia uczciwe, bo przecież mając
do dyspozycji taką bibliografię, wiedzę „w temacie” i sprawne
pióro, można było dokonać pięknej kompilacji, nadając jej formę własną.
Co by się z pewnością również spodobało tzw. publiczności.
Tak więc powstaje pytanie; do kogo właściwie jest adresowana ta pozycja?
Miłośnicy Hanny Krall znają wszak i jej twórczość, i wszelkie
komentarze, wywiady czy recenzje. Dla tych, którzy takiej wiedzy nie mają,
książka Jacka Antczaka będzie bardzo wątpliwą zachętą do poznania
dorobku pisarki. Może być pomocą dla studentów dziennikarstwa na zajęciach
warsztatowych, stanowi bowiem pewną formę wykładu na ten temat.
Ale moja rada jest taka: najlepiej czytać Hannę Krall w stanie czystym,
bez pośredników!
Andrzej
Łapieński
|
Wywiad
z Jackiem Antczakiem
nt.
książki „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall”
przeprowadzony 18 marca 2007 roku przez Grzegorza Chojnowskiego w
studiu Polskiego Radia Wrocław
Grzegorz Chojnowski:
Witamy w studiu gościa. Dzień dobry. Jacek Antczak, dziennikarz,
autor książki „Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall”.
Jacek Antczak: Dzień
dobry.
GCh: Na okładce tej książki jest Hanna oparta o balustradę, a w tle widać
zwykły mur z cegły. Czy ta okładka powstawała w jakichś szczególnych
okolicznościach, czy nie?
JA: To zdjęcie zasugerowała Hanna Krall. To nie jest balustrada, to jest
trzepak.
GCh: Rzeczywiście tak.
JA: Zastanawiając się, które zdjęcie byłoby najbardziej symboliczne na
okładkę (bo oczywiście chcieliśmy bohaterkę książki uwiecznić
na okładce), posługiwaliśmy się skrótem: „To co? Bierzemy
to z trzepakiem czy jakieś inne?” To zabawna historia, ale zdjęcie,
jak myślę, oddaje dużo treści tej książki.
GCh: Zdecydowanie tak. No i oddaje osobowość Hanny Krall, która jest
bogata, ale z drugiej strony w pewnym sensie oszczędna w formie. Jaka
jest Hanna Krall prywatnie? Pije kawę, herbatę, słodzi, pije
nalewki, whisky, nic nie pije, ma w domu dywan czy panele?
JA: Nie wiedziałem, że będą takie pytania. Od razu mnie zaskoczyłeś.
Przepraszam słuchaczy, że zbyt dużo nie ujawnię, ale Hanna Krall
jest osobą – żeby to tak powiedzieć w jednym słowie –
niesamowitą! I bardzo trudne jest zadanie dla reportera spotkać się
z reporterką przez duże R. Powiem szczerze, że na początku byłem
bardzo speszony tymi spotkaniami, rozmowami, ponieważ wiedziałem, że
mam naprzeciw siebie osobę, która patrzy na mnie przenikliwym
wzrokiem i prawdopodobnie wie, co ja myślę. Czterdziestoletnie doświadczenie
reporterki, moim zdaniem genialnej, dawało tu znać o sobie. Mieszka
na Ursynowie, w zwyczajnym bloku, dwudziesto-czterdziestoletnim.
GCh: Pytam o te szczegóły, bo zastanawiam się, czy to ważne pytania dla
reportera.
JA: Trzeba pytać o widok z okna – tak brzmi jeden z tytułów
rozdziałów w książce. Prowadząc rozmowę, Hanna notowałaby te
drobiazgi i szczegóły, które znajdują się w tle, za jej rozmówcą.
Myślę, że na pewno zwracałaby na takie rzeczy uwagę.
GCh: Te kilka lat temu, kiedy zacząłeś pracę nad książką, to był Twój
pierwszy kontakt z Hanną Krall czy poznaliście się wcześniej?
JA: Nie poznałem jej wcześniej, aczkolwiek poprzez, jeśli tak można
powiedzieć, recepcję jej twórczości już dawno się znaliśmy. To
znaczy ja podziwiałem pióro Hanny Krall, znałem wszystkie jej
reportaże, nie powiem, że się wzorowałem, bo wzorowałem to jest złe
słowo, ale była moją mistrzynią. Była moją mistrzynią zarówno
co do reportaży, które pisała w „Polityce” w latach
siedemdziesiątych, jak i późniejszych jej książek, poświęconych
tematyce bardzo ważnej, sprawom życiowym. Hanna Krall opowiada w
„Reporterce”, że ona nie pisze o Żydach, o holokauście,
lecz pisze o ludziach, o matkach, żonach, o uczuciach.
GCh: Książka „Reporterka” powstawała kilka lat. Był jakiś
impuls do jej rozpoczęcia, a potem do zakończenia?
JA: Impulsem było to, że studiowałem polonistykę – to był mój
drugi fakultet – i trzeba było wybrać jakiś temat na pracę
magisterską. I pomyślałem sobie, że moja fascynacja Hanną Krall
mogłaby obrodzić pracą magisterską. Pracy nie skończyłem. Jednak
był to impuls i w momencie, kiedy okazało się, że w Laboratorium
Reportażu trwają prace nad opisaniem Ryszarda Kapuścińskiego,
Krzysztofa Kąkolewskiego i Hanny Krall i zaproponowano mi współpracę,
to pomyślałem, że trzeba te wszystkie zebrane doświadczenia,
archiwa, wykorzystać.
GCh: Wywiady ułożone są tematycznie w osobne rozdziały, ale złożone z
pytań i odpowiedzi wielu rozmów, które przeprowadzili różni
dziennikarze. Jak w praktyce układa się taką książkę?
JA: Jest to bardzo trudne. Od razu muszę przyznać, że to nie jest moja
książka. To jest książka, którą ja opracowałem.
GCh: Ale są tam również Twoje pytania.
JA: Tak, są również moje pytania. Książka powstawała, tak jak jest
napisane we wstępie, za pomocą nożyczek, kartek A4 i kleju. Po
prostu zgromadziłem te wszystkie wywiady, w późniejszym czasie
spisałem także wywiady radiowe, internetowe, telewizyjne, a potem próbowałem
to poukładać – na początku z przyjaciółmi w Laboratorium
Reportażu, potem już sam, a pod koniec już z panią Hanną Krall.
Była to praca benedyktyńska. Myślę, że tak benedyktyni pracowali.
GCh: To mi wyjąłeś kolejne pytanie z ust, bo chciałem zapytać: taki
kolaż to forma dość służebna, ale chciałem dodać: prowadziła
Cię skromność czy lenistwo? To już wiemy, że raczej skromność.
JA: Często spotykam się z pytaniem: „Jacek, a dlaczego nie
porozmawiałeś z panią Hanną Krall, nie zrobiłeś wywiadu
rzeki?” Myślę, że byłoby to niemożliwe z kilku powodów. Na
przykład Hanna Krall w wywiadach sprzed piętnastu czy trzydziestu
lat opowiedziała wspaniałe historie. Nie miałbym sumienia pytać ją
o to samo albo poprosić: „Pani Hanno, niech mi pani opowie tę
samą historię, którą opowiedziała pani dziennikarzowi piętnaście
lat temu”; „Niech mi pani odpowie na pytanie, na które
odpowiadała pani już osiemnaście razy”. Myślę, że ta forma
mówi o Hannie Krall być może więcej niż taki wywiad-rzeka.
GCh: A czy praca nad książką zmieniła obraz Hanny Krall, jaki miałeś
przed?
JA: Nie. Myślę, że nie. Natomiast moim najwspanialszym uczuciem było
to, że poznałem Hannę Krall. Miałem szczęście współpracować z
nią przy tej książce i wiem, że ona się cieszy „Reporterką”,
aczkolwiek na początku nie miała przekonania do tej formy.
GCh: Swojego czasu, to się zaczęło pewnie kilkadziesiąt lat temu, a miało
swoją kulminację dzięki Krall i Kapuścińskiemu między innymi,
reportaż zaczął odchodzić od dziennikarstwa, a przechodził na
stronę literatury. Taki gazetowy reportaż i ten, który pisze na
przykład Hanna Krall, to już właściwie dzisiaj różne gatunki. Był
też kiedyś taki podział na reportera i reportażystę. I Kapuściński,
i Krall nie lubią tego drugiego określenia: „reportażysta”.
A Ty?
JA: Ono w ogóle źle brzmi. Źle brzmi to słowo: „reportażysta”.
„Reporter” jest takim pięknym słowem i myślę, że
kwintesencja słowa „reporter” jest zawarta właśnie w
tej książce. Co mówi Hanna Krall? W motcie, które jest zawarte na
okładce – to jest zresztą pytanie z Internetu, raz w życiu
Hanna Krall wzięła udział w czacie internetowym – ktoś ją
pyta: „Powiedzmy, że pani nie znam, niech pani sprecyzuje
siebie w trzech zdaniach”. „Dlaczego w trzech? W jednym
zdaniu: jestem reporterką”. „Dlaczego się pani broni
przed określeniem «pisarka»?” „Bo reporter to
coś więcej”. Tak jak mówisz o tej literaturze i reportażu.
Hanna Krall tego nie rozgranicza.
GCh: Ona nie czuje się pisarką.
JA: Tak, nie czuje się pisarką. Pisarze tworzą literaturę, a życie
jest przecież bogatsze, ciekawsze, no i bardziej niesamowite czasami
od powieści.
GCh: Mówimy „reporter”, „reporterka”. Książka
jednak nazywa się „Reporterka”. Czy kobiecość, płeć
ma tu coś do rzeczy?
JA: Było takie pytanie w jednej z wersji. „Reporterka” miała z
szesnaście wersji i po kolei, zgodnie z sugestiami Hanny Krall i
moimi przemyśleniami, ta książeczka się zmniejszała, zmniejszała,
żeby stać się naprawdę kwintesencją opowieści o Hannie Krall.
Nie ma to znaczenia, czy kobieta reporterka, czy mężczyzna reporter.
W jednym z wywiadów, bodajże dwadzieścia czy dwadzieścia pięć
lat temu, Hanna Krall wspomniała o tym: no, może jest taka różnica,
że reporterka nie zawsze pije ze swoimi bohaterami albo w ogóle nie
pije ze swoimi bohaterami.
GCh: Tak, rzeczywiście jest taki fragment. Najważniejsze cechy dobrego
reportera to, według Hanny Krall, słuch i ciekawość świata, ale
też cechą tego zawodu jest samotność. Małgorzata Szejnert, która
zadała pytanie o samotność reportera, miała pewnie na myśli
skazanie, wyrok, czyli coś nieprzyjemnego. Z książki
„Reporterka” Hanna Krall jednak wyłania się jako osoba
lubiąca ten swój wyrok, ale zapewne miała jakieś dylematy. Możesz
coś o tym powiedzieć?
JA: Myślę, że samotność to jest rzeczywiście cecha reportera, ale tak
jak Hanna Krall mówi: samotność w wyborze tematu, w ujęciu go,
samotność z tymi kartkami. Przecież Hanna Krall pisze o sprawach,
niektórzy powiedzą: przerażających czy porażających, czy…
GCh: …ostatecznych…
JA: …ostatecznych, no i wtedy każdy reporter musi się z tym sam
zmierzyć. Nie pomoże mu przecież żadna redakcja, żadni
przyjaciele. On to ma w sobie, w swojej głowie, w swoich myślach, i
myślę, że to dotyczy wszystkich reporterów, piszących o różnych
sprawach.
GCh: To chyba jest też uczciwe, bo potem czytelnik właściwie sam czyta tę
książkę i też mierzy się z tą swoją samotnością.
JA: Tak. W Polskim Radiu Hanna Krall udzielała kiedyś wywiadu dotyczącego
książki „Król kier znów na wylocie” i w pewnym
momencie dziennikarz mówi: „Ale przecież to są takie porażające
sprawy! Ja nawet byłem załamany. Musiałem odłożyć tę książkę.
Nie mogłem jej czytać. Tak mnie to poruszyło”. Na to Hanna
Krall powiedziała: „Niech pan nie udaje. Nie może mi być pana
żal. Ci ludzie przeżyli to, ja dałam radę to napisać, to pan da
radę to przeczytać”. Na tym polega fenomen Hanny Krall: nie żałuje
czytelników. Daje im dawkę niesamowitych historii z życia. A w
mojej książce mówi, w jaki sposób to się dzieje, w jaki sposób
te książki powstają, w jaki sposób bohaterowie do niej docierają
i w jaki sposób ona wybiera temat. Opowiada o swoim warsztacie.
GCh: Sam jesteś również świetnym reporterem. Czy widzisz jakieś podobieństwa
albo różnice między Jackiem Antczakiem a Hanną Krall?
JA: Na to pytanie powiem tak: może w innym kontekście bym na to pytanie
odpowiedział, ale jak tutaj przede mną leży ta książeczka
„Reporterka” i miałbym się w jakikolwiek sposób porównywać
z Hanną Krall, to pozostanę milczący.
GCh: Która z historii Hanny Krall jest ci najbliższa?
JA: Z historii, które opisała?
GCh: Tak.
JA: Myślę, że ostatnia: „Król kier znów na wylocie”.
Niesamowita jest ta książka. I zdziwiłbym się, gdyby jurorzy największej
literackiej nagrody w Polsce, czyli nagrody Nike, w tym czy w przyszłym
roku nie docenili tej książki. Bardzo bym się zdziwił i miał
bardzo duże pretensje.
GCh: Jest jeszcze Angelus Silesius.
JA: Albo Angelus Silesius. A druga, to nieustająco genialna książka
„Zdążyć przed Panem Bogiem” – rozmowa, reportaż,
wywiad. Książka niesklasyfikowana gatunkowo i chyba nigdy nie będzie
sklasyfikowana. Z jednej strony to dobrze, że ta książka jest
lekturą szkolną, ale z drugiej strony bycie lekturą…
GCh: …może szkodzić po prostu.
JA: …może szkodzić książce.
GCh: Masz pomysł na następną książkę? Bo to jest Twoja druga książka
w karierze. Pierwsza to zbiór Twoich reportaży. No, a teraz
„Reporterka”.
JA: Pomysły mam, ale daj mi się, Grzegorzu, nacieszyć „Reporterką”,
ponieważ to rzeczywiście była praca kilkuletnia i kiedy osiągnęła
finał, jestem bardzo szczęśliwy, że ta książka trafi do
czytelników, do tysięcy wielbicieli Hanny Krall, osoby niesamowitej
w polskiej literaturze, w polskiej kulturze.
GCh: Bardzo dziękuję. Jacek Antczak, autor książki „Reporterka.
Rozmowy z Hanną Krall” był gościem Polskiego Radia Wrocław.
JA: Bardzo dziękuję.
Wywiad,
jakiego nie było
Jacek Antczak doszedł do wniosku, że postmoderniści mają rację –
wszystko już było. Zrobiono już tyle wywiadów z Hanną Krall, że nie ma
potrzeby przeprowadzać kolejnego. Wystarczy stare posklejać, pozszywać,
utkać w jeden (prawie) idealny. To najlepsza metoda, żeby opowiedzieć o
kimś, kto sam zszywa cudze losy. Wystarczy podopisywać, zagęścić i
powstaje rarytas – książka, która wciąga jak kryminał.
„Reporterka” jak każdy wywiad rzeka dzieli się na mniejsze
wywiady, rozdziały. Noszą one tytuły: „Reporter”,
„Reportaż”, „Czytelnik”. Brakuje mi jednak rozdziału
„Bohater”. Byłby wówczas kompletny trójkąt: Reporter pośredniczy
w przekazaniu opowieści Bohatera Czytelnikowi (co nie znaczy, że nie ma tu
nic o bohaterach, dwa teksty, „Temat na wszystko” i
„Trzeba pytać o widok z okna”, mogłyby złożyć się na
ciekawy rozdział).
Ale to, że wszystko już było, nie oznacza, że Krall powiedziała już
wszystko. Antczak ma się o co dopytywać. O przyszłych bohaterów do
opisania, przyszłe reportaże i przyszłość reportażu. „Reportaż
staje się coraz bardziej zachłanny i wchodzi w rewiry zastrzeżone dla
literatury pięknej. Okazuje się, że o mrocznych sekretach duszy można
pisać również reportaże” – mówi Krall.
Krall lubi tak mówić: „mój bohater”, „moja ewentualna
bohaterka”. Teraz ona staje się bohaterką, jednak nie do końca. Właściwie
nie odkrywa się przed nami. Zdawkowe odpowiedzi na bardziej osobiste
pytania o lektury, pasje, wiarę pozostawiają niedosyt. Tylko że ta
zdawkowość wynika z jedynego tabu, jakie istnieje dla Krall: ona sama.
„Nigdy nie napiszę o sobie samej w pierwszej osobie” – mówi.
A to Hanna Krall rozmawia tu z Hanną Krall. Widać to w rytmie zdań, w
puentach. Parafrazując reporterkę: „On z nią rozmawiał, a ona dawała
mu szkołę”. I może dlatego książkę czyta się równie płynnie
jak jej teksty. Szkoda jednak, że na 343 pytania, odpowiedzi i dopowiedzi
(bo są jeszcze wypowiedzi innych o Krall) tylko trzy dotyczą pobytu w Związku
Radzieckim, a żadne – książki „Na wschód od Arbatu”,
rewelacyjnej. Widać za to, że Hanna Krall ma dwie życiowe pasje –
Żydów i walkę z formą. I o tym opowiada z nerwem. Jak należy pisać i
że należy pisać tak, jak nie należy pisać. Tego nauczył ją Marek
Edelman. Pisać, żeby ocalić od zapomnienia („Staram się umieścić
w reportażach jak najwięcej imion, nazwisk i adresów”). Ale do
ocalania od zapomnienia też potrzebna jest forma. Więc: „Nie każde
życie nadaje się do opisania”. Bo: „Trzeba pisać tylko o tym,
co jest warte zapisania, o czym trzeba ZAWIADOMIĆ ludzi, a nie, co jest
potrzebne autorowi lub bohaterowi”. Czyli najważniejszy jest
czytelnik.
Ciekawe jest też wyśledzenie w tekście, jak Krall pięknie różni się
od Kapuścińskiego („Są dwa sposoby opowiadania o świecie. Poprzez
szeroką, rozległą panoramę, dzieje narodów, wojny i rewolucje, jak to
robi Kapuściński. Albo poprzez historię jednego człowieka, jak ja to
robię”) i jak go podziwia („On wszystko wiedział wcześniej. Są
tacy ludzie, którzy wiedzą wcześniej od innych: co myśleć, gdzie być,
co robić, a także, co ważniejsze, czego nie robić”). I ile jej w
uczniach. (Reportera powinna charakteryzować postawa zdziwiona; nie należy
zabierać ludziom czasu niepotrzebnie – mówią Krall i Wojciech
Tochman. Nie mamy wyobraźni, więc nie piszemy fabuł; odseparowywano nas w
dzieciństwie od życia, więc zostaliśmy reporterami – mówią Krall
i Mariusz Szczygieł). Krall została reporterką, kiedy przez okno sierocińca
obserwowała cudze życie. „Jedni ludzie żyją, a drudzy zapisują
ich życie”.
Nikt przed Antczakiem nie zapisał chyba wzajemnych poszukiwań Hanny Krall
i Wielkiego Scenarzysty, jak lubi mawiać Krall. Ona szuka Jego przez
pisanie reportaży. Przez sklejanie rozbitego dzbana. Tak odnajduje
„dowody na (Jego) istnienie”.
Justyna
Wodzisławska
Gazeta Wyborcza – Wrocław
15 V 2007
Reporter
i reporterka
Ona – Hanna Krall. On – Ryszard
Kapuściński. Już to powinno wystarczyć, by sięgnąć po książki
rozmów z nimi
Hanna Krall, która nie wierzy w przypadki, powiedziałaby, że los tak
chciał. Prawie tego samego dnia ukazały się dwie książki, których
specyficzne podobieństwo jest uderzające, choć poza tym różnią się od
siebie jak dwa drzewa w parku. Obie zostały misternie sklejone z dziesiątków
wywiadów i wypowiedzi obojga pisarzy-dziennikarzy. Tyle że w „Rwącym
nurcie historii” Kapuścińskiego punkt widzenia zdaje się
umieszczony na orbitalnej stacji kosmicznej, skąd widać nasz glob od
bieguna do bieguna. W „Reporterce” Krall widać stolik, dwa
krzesła, kawę i dymek z papierosa snujący się między dwójką rozmawiających
ludzi.
A przecież tej dwójce reporterów znacznie bliżej do siebie, niż to z
powyższego wynika. Każdy, kto zna „Cesarza”, pamięta siłę
tkwiącą w wielkich przybliżeniach, kiedy szczegóły rosną w metaforę
powiększającą opowieść do wymiarów globalnych. Taka sama jest metoda
Hanny Krall. Tu w ogóle wszystko składa się z przybliżeń. Dziennikarka
opowiada w „Reporterce”, że nie jest w stanie niczego napisać,
jeśli nie wie, jakiego koloru był fotel albo w jaki sposób w jaki sposób
torebka stała na stole. Mozaika ułożona z takich drobiazgów staje się
nie mniejszą metaforą niż tamte Kapuścińskiego.
„Rwący nurt historii”, ułożony z fragmentów wywiadów
przeprowadzonych z Kapuścińskim przez dziennikarzy z różnych krajów,
widzę obok „Lapidariów”, „Podróży z Herodotem”,
„Autoportretu reportera”. Wszystkie należą do osobnego nurtu w
twórczości R.K., bardziej refleksyjnego niż anegdotycznego. Tajemnicą
tej książki sklejanki, podobnie jak tajemnicą samego jej autora,
pozostaje fenomen aktualności właściwie wszystkich tez i myśli wygłaszanych
skądinąd nie tylko w różnych latach, ale i pośród „rwącego
nurtu historii”. Przyznaję, z obawą zabierałem się do tej lektury.
Składanki – wiedzą to melomani – zwykle są sztuczne i zdaje
się, że powstały głównie z komercyjnych względów. Z „Rwącym
nurtem historii” jest inaczej. To po prostu nowa książka Kapuścińskiego.
I bodaj ostatnia – obok „Lapidarium VI”. Trzeba więc
traktować ją jak najpoważniej.
Krall przyznała kiedyś, że w żadnej ze swoich książek nie występuje w
pierwszej osobie. Ważni są tylko ludzie, o których pisze. „Mam
kompleks, że oni żyją naprawdę, a moje życie, polegające na opisywaniu
ich prawdziwego życia, jest na niby” – powiedziała
Krzysztofowi Kieślowskiemu. Niby proste. Co jednak robi Hanna Krall, gdy żyje
na niby? Wysłuchuje ludzi, potem godzinami, dniami i miesiącami spisuje na
osobnych kartkach tamte historie, po czym doprowadza je do takiej perfekcji,
że zaczynają żyć życiem nieporównanie trwalszym niż świat, którego
dotyczą. Prywatne odpowiedzi, jakich udziela swoim licznym rozmówcom w
„Reporterce”, przypominają jej własne teksty literackie. Są równie
oszczędne, jasne i trafne. Czasem osiągają zwięzłość myśli Stanisława
Jerzego Leca.
Być może cała literatura jest na niby. Ale w czym lepiej mogą się
przechować nasze marne, prawdziwe prochy, jeśli nie w tych czarnych
znaczkach na niby?
Tadeusz
Nyczek
Przekrój
17 V 2007
Ryszard Kapuściński,
Rwący nurt historii. Zapiski o XX i XXI wieku. Wybór Katarzyna Strączek.
Reporterka. Rozmowy
z Hanną Krall. Opracował Jacek Antczak.
|
|