tt

MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Jerzy Taczalski (1943–1990)

Z żalem zawiadamiamy, że 20 kwietnia 1990 r. zmarł w Warszawie

JERZY TACZALSKI

zastępca dyrektora Centrum Sztuki STUDIO

nasz długoletni, nieodżałowany Przyjaciel

Pogrążeni w smutku
KALAMBUROWCY
Słowo Polskie
24 IV 1990


Wspomnienie o Jurku

     Trudno uwierzyć, że już dziesięć lat nie ma Jurka. Umarł w teatrze, trzymając w ręku słuchawkę telefonu. Porozumiewał się z pracownicą organizacji widowni w sprawie rozpoczęcia przedstawienia. 20 kwietnia 1990 roku w Teatrze Studio w Warszawie, którego był wicedyrektorem, miała odbyć się premiera sztuki Aleksandra Galina „Gwiazdy na porannym niebie”, z udziałem Anny Chodakowskiej i Gabrieli Kownackiej.

     W raporcie przedstawienia, w rubryce „uwagi”, znajduje się adnotacja inspicjentki: „O 19.02 zasłabł dyr. Taczalski. Natychmiast podjęto akcję reanimacyjną, sprowadzono pogotowie. Spektakl został odwołany”.

     Zaledwie dwa lata wcześniej, jesienią 1988, Jurek przeprowadził się do stolicy. Pojechał, by współpracować z Jerzym Grzegorzewskim. Jego sztukę rozumiał i podziwiał. Łączyła ich głęboka przyjaźń, która narodziła się we Wrocławiu. Jurek Taczalski pracował już w Teatrze Polskim trzy lata, gdy w 1975 roku pojawił się reżyser Jerzy Grzegorzewski, by rozpocząć próby „Ślubu” Gombrowicza. Jurek był wtedy kierownikiem technicznym, czyli najbliższym współpracownikiem scenografa. Grzegorzewski sam tworzył scenografię do wszystkich swoich przedstawień. Właściwie komponował obrazy na scenie, nadając nowe znaczenia istniejącym już obiektom, jak pudła fortepianów, tramwajowe pantografy, skrzydła szybowców… „Nie ma problemu, to się sprowadzi do teatru” – mówił Taczalski i wszystko było na scenie. To wtedy ukształtował się, działający do dzisiaj, „podstawowy sztab techniczny” Teatru Polskiego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. „Nie ma problemu” – teraz mówi to Jurek Laskowski; główny rekwizytor.

     Styl pracy teatru rodzi się z poczucia wspólnoty, bezinteresownej przyjaźni, poczucia, że praca każdego jest potrzebna i doceniana. Taką atmosferę tworzą ludzie mądrzy, skromni, ogarnięci pasją. Taki był Taczalski. Myślałam o Nim; kiedy rok temu w warszawskim Teatrze Powszechnym zebrali się współpracownicy, uczniowie i przyjaciele dyrektora Zygmunta Hübnera w 10. rocznicę Jego śmierci. Jeśli się intensywnie żyje dla innych, jest się potem długo obecnym w sercach i myślach ludzi.

     „Nie ma, nie ma prawdziwej miłości bez rozstania” – śpiewała, jakby na pocieszenie, Barbara Dziekan na Hübnerowskim wieczorze wspomnień. Tę piosenkę skomponował Stanisław Radwan. Był także autorem muzyki do wrocławskich spektakli Grzegorzewskiego. Wtedy zaprzyjaźnił się z Taczalskim.

     Jedną z najpiękniejszych kompozycji Radwana była muzyka do „Ameryki” Kafki – ostatniego przedstawienia (premiera 1980) dyrekcyjnej kadencji Grzegorzewskiego we Wrocławiu. Jurek Taczalski ciągle oglądał „Amerykę”, ponieważ, jak mówił, wzruszała Go scena „teatru w Oklahomie”. 14 lat później, na „Wystawie dla Przyjaciół”, zorganizowanej w warszawskim Teatrze Studio, poświęconej pamięci Jurka Taczalskiego i dwu przedwcześnie zmarłych reżyserów: Helmuta Kajzara i Witolda Zatorskiego (obaj pracowali również w teatrach wrocławskich), Stanisław Radwan grał na fortepianie słynny motyw z „Ameryki”: „Zobaczymy się w Oklahomie, to wcale nie tak trudno znaleźć się tam”.


Zaproszenie na „Wystawę dla Przyjaciół” poświęconą pamięci Jurka Taczalskiego
i dwu przedwcześnie zmarłych reżyserów: Helmuta Kajzara i Witolda Zatorskiego.

     Jerzy Taczalski był wrocławianinem od początku lat 60. Studiował na Politechnice, wcześniej związał się z ruchem studenckim. Pracował w Radzie Okręgowej ZSP, w Pałacyku; Teatrze Kalambur, festiwalu Jazz nad Odrą. Wtedy objawiły się Jego organizatorskie talenty, umiejętność pracy w zespole, a przede wszystkim rozeznanie, co jest prawdziwą sztuką, a co efektowną imitacją. Ta wiedza procentowała w teatrze, któremu oddał całe życie. Tylko na jeden sezon 1973/74 opuścił Wrocław dla Poznańskiego Teatru Tańca Conrada Drzewieckiego. W tym krótkim czasie zdołał sobie zaskarbić przyjaźń wielu poznaniaków. Był wśród nich Piotr V., o którym Jurek snuł opowieści, wyraźnie zafascynowany ekonomiczną wiedzą przyjaciela. To Piotr był fundatorem stypy po pogrzebie Jurka, która zgromadziła w Klubie Związków Twórczych chyba ze sto osób. Snuto wspomnienia, grano jazz, śpiewali Singersi Włodka Szomańskiego, byli przyjaciele, obaj Andrzeje – Kuryło i Mrozek, Krzysztof Materna, Waldemar Dąbrowski; wybitni artyści teatralni z Warszawy, Krakowa, Poznania, koledzy ze studenckich czasów. Tajemnicza pani z Wiednia przysłała 50 białych róż. To był dziwny dzień. Ogromny żal i jednocześnie poczucie intensywności życia, które może zostać nagle przerwane. Tyle spraw niedokończonych...

     Nie będzie już takiego biura festiwalu sztuk współczesnych, w którym na tablicy informacyjnej teatrów znajdzie się plansza z napisami: „szef powiedział” i „szef załatwił”, a w rogu stanie udekorowany fortepian, na którym „personel” gra ragtime’y. Szef panował nad wszystkim. Zamawiał plakaty u wybitnych artystów, organizował papier i moce przerobowe drukarni, sprowadzał piasek do wizji artystycznej reżysera, tłumaczył cenzurze, że sztuka ma już stosowne pieczątki, a dramaturg rozum. Wydawał też rozkazy. Na przykład: „Masz zrobić wystawę, bo na festiwalu jest za mało imprez towarzyszących”. Z rozkazu powstała pierwsza wielka wystawa międzynarodowej recepcji twórczości Różewicza, a potem dwie następne: „Historia jednego dramatu” i „Iredyński”.

     Jurek miał oko scenografa. „Napisy informacyjne powinnaś umieścić na drzwiach”. „Ale tu nie ma żadnych drzwi”. „To się przyniesie z Teatru Kameralnego”. Po godzinie przez Rynek szły w stronę Biblioteki Wojewódzkiej drzwi, a za nimi Jurek. Albo: „Autor ma być na premierze, bo wszyscy się strasznie napracowali, masz to załatwić”. A potem dyskretnie dyrygował teatralnym ceremoniałem. Sam usuwając się za kulisy.

     Wśród starych papierów znalazłam jeden krótki wywiad z Jurkiem. Mówi o wspaniałości współpracowników, atmosferze wzajemnej życzliwości, i ani słowa o własnej pracy. Żył skromnie, niczego nie zdążył się dorobić. Jedynak, w wieku 14 lat osierocony przez ojca, miał tylko mamę, mieszkającą koło Gorzowa. Stale trapiły Go wyrzuty sumienia, że odwiedza ją zbyt rzadko. Kiedy porządkowałam Jego dokumenty, znalazłam kilka krótkich podań: „Proszę o jeden wolny dzień, ponieważ chciałbym pojechać do Matki”.

     Choć pracował całymi dniami, nigdy nie mówił po prostu: „Jutro mnie nie będzie”. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że jest u siebie i zawsze pomoże załatwić służbowe i życiowe sprawy.

     Kiedy po rocznym pobycie w Warszawie przyjechał ze swoim teatrem na gościnne występy do Wrocławia, jakoś trudno było nie traktować Go tu jak gospodarza. Jurek zwlekał z urządzeniem się w stolicy na dobre, chyba ciągnęło Go na „stare śmieci”. Nikt nie przypuszczał, że tak szybko powróci… na zawsze. Warszawiacy napisali o Nim w „Gazecie Stołecznej” 26 kwietnia 1990: „Był człowiekiem życzliwym ludziom, prawdziwym przyjacielem artystów w każdym miejscu pracy. Całym sercem oddany teatrowi, służył mu swoim talentem, dobrocią, prawością...”. Takim Go pamiętamy.

Maria Dębicz
Gazeta Wyborcza Wrocław
11 V 2000

Balowicz o duszy artysty

     Jurek był postacią barwną. Poznaliśmy się, kiedy jeszcze wytrwale studiował na Politechnice – myślę, że w Pałacyku na Kościuszki, gdzie właściwie spotykali się wszyscy, całe środowisko.

     Był, jak my wszyscy, zagorzałym bankietowiczem, birbantem i opojem. Uwielbiał też namiętnie grę w karty – pamiętam, jak już na Ofiar Oświęcimskich, kiedy „stary” Pałacyk był w remoncie, zamykaliśmy się w malutkiej kanciapie bez okien i graliśmy w pokera całe noce na bębenku od perkusji. Uczestniczyli w tych sesjach Wojtek Siwek, Boguś Klimsa, Marek Jankiewicz, Romek Runowicz (z R&R), Lech Ignaszewski i incydentalnie inni. Kiedyś tak niemiłosiernie ich ograłem, że przez kilka miesięcy rysowali jakieś projekty, żeby mnie spłacić – ale Jurek miał duszę hazardzisty.

     Miał też duszę artysty. Jego praca w teatrze, gust, estetyka wielokrotnie wpływały na kształt przedstawień, mimo że był tylko kierownikiem technicznym, a potem dyrektorem administracyjnym Teatru Polskiego we Wrocławiu.

     Wcześniej na parę lat związał się z poznańskim teatrem Conrada Drzewieckiego, na koniec zaś wyjechał do Warszawy, gdzie w Teatrze Studio był podporą najpierw Jerzego Grzegorzewskiego, a potem Waldemara Dąbrowskiego. Symboliczna była Jego śmierć – w chwili rozpoczęcia premierowego przedstawienia w tym teatrze; zmarł na rękach Waldka Dąbrowskiego z powodu pęknięcia tętniaka.

     Zrobiliśmy Mu we wrocławskich Związkach Twórczych całonocną stypę. Śpiewali Spiritualsi – tak jak lubił.

     Kiedy wygrzebuję z pamięci te strzępy wspomnień to pamiętam, że był człowiekiem bardzo zaangażowanym w to, co się dzieje, a były to czasy niełatwe – najpierw gierkowska propaganda, a potem stan wojenny. Bywał w moim domu często, niekiedy do białego rana, z kolejnymi narzeczonymi. Wesoły i dowcipny, dobrodusznie złośliwy. Znał wszystkich i wszyscy znali Jego.

     Pamiętam, jak już w Warszawie przegadaliśmy u Niego całą noc, dyskutując o tym, jaka będzie Polska za kilkanaście lat, a był to początek lat dziewięćdziesiątych. Niestety, Jurek nie doczekał – ciekawe, co by powiedział teraz? Często o Nim i o tym myślę.

Andrzej Kuryło


Pałacyk 1966 – Piwnica „Pod Edulem”. Od lewej: Marian Ciupka, Jerzy Taczalski, ? ?,
Eugeniusz Wójcik, na gitarze gra Amper – Jerzy Ambrożewicz. Wszyscy na tle graffiti,
którego autorem był Adam Antoni Pius Jezus del Rząsa y Flamaster.
Fot. Zbigniew Lachowicz

Teatr – Jego miłość

     Do Wrocławia przyjechał studiować na Wydziale Elektrycznym Politechniki Wrocławskiej z niewielkiego Deszczna. Już w czasie studiów dał się poznać jako animator studenckiej kultury. Zostaje dyrektorem programowym legendarnego klubu PAŁACYK i tylko dzięki życzliwemu mecenatowi, który klub uosabiał, mogło powstać i artystycznie egzystować wokół Pałacyku wiele imprez, twórców i zespołów. Kabaret Ojców, Teatr Karzeł, Romuald i Roman, Elar, Jazz nad Odrą, Jan Sawka, Stanisław Lose – to jedni z wielu tu przywołanych.

     Zawsze uśmiechnięty (prezentował wtedy wspaniały garnitur śnieżnobiałych zębów), życzliwy wszystkim i koleżeński, był kumplem, duszą towarzystwa i pożądanym uczestnikiem imprez i bankietów. Jednak najbardziej umiłował „Taczal” teatr, z którym, poza pracą, związany był bardzo emocjonalnie, nie tylko przez szacunek dla dramatu czy sztuki aktorskiej, ale poprzez liczne miłostki, miłości i romanse z artystkami teatru i sceny. A miał gdzie i w czym wybierać, bo pracował na kierowniczych stanowiskach (zwykle jako dyrektor techniczny lub administracyjny), między innymi w Teatrze Polskim we Wrocławiu, Teatrze Tańca Conrada Drzewieckiego w Poznaniu czy Teatrze Studio Grzegorzewskiego w Warszawie.

     Intensywne życie towarzyskie, praca, brak dbałości o własne zdrowie, złożyły się na to, że zmarł nagle – w teatrze, miejscu, które ukochał najbardziej.

Bogusław Klimsa

* * *

Jurka Taczalskiego pożegnaliśmy 27 kwietnia 1990 r. na cmentarzu Grabiszyńskim.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl