| MENU:
Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki
Gratulujemy
Linki
|
 |
Książki naszych
dziennikarzy
Jacek Antczak: "W Radwanicach najlepiej idą romanse"
Jacek Antczak: "Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall"
Jacek Antczak, Anna Fluder: "Wrocławianie. 30 rozmów"
Józef Bartoszewski: "Dolnośląskie portrety z przełomów"
Józef Bartoszewski: "Dziennikarza przygody z życiem"
Tomasz Bonek: "Przeklęty skarb"
Bruno Brożyniak: "Dzieciaki na wojnie"
Bruno Brożyniak: "Podszczypki: Złośliwości, frywolności, seksafery i kpiarskie bajery"
Iwona Bucka: "Otrzeć łzy"
Kazimierz Burnat: "Wiew przeznaczenia"
Kazimierz Burnat: "Przenikanie"
Wojciech Chądzyński: "Wrocław, jakiego nie znacie"
Wojciech Chądzyński: "Wędrówki po Dolnym Śląsku i jego stolicy"
Wojciech Chądzyński: "Niekonwencjonalny przewodnik po wrocławskiej katedrze"
Leszek Musa Czachorowski: "W życiu na niby"
Musa Czachorowski: "Samotność"
Musa Czachorowski: "Na zawsze • Навсегда"
Zbyszek Dobrzyński: "Grajkowie i waganci znad Nysy Łużyckiej"
Anna Fastnacht-Stupnicka: "Saga wrocławska, 74 opowieści rodzinne"
Anna Fastnacht-Stupnicka: "Od św. Jadwigi do Marka Hłaski..."
Zbigniew Fedus: "Wielki słownik sportowy rosyjsko-polski"
Zbigniew Fedus: "Syberia wryta w pamięć dziecka"
Barbara Folta: "Tadeusz Zastawnik - człowiek Polskiej Miedzi"
Wiesław Gałązka, Andrzej Krywicki: "Nie wystarczy być... czyli od zera do lidera"
Elżbieta Gargała, Danuta Góralska, Teresa Misior-Zalewska, Wiesława Raczkiewicz: "Kareta dam"
Olaf Honsza: "Stosunek pozytywny"
Jerzy Jacyszyn: "Wykonywanie wolnych zawodów w Polsce"
Bohdan Krakowski (red.): "Wrocław. Turystyka bez barier"
Bohdan Krakowski: "105 tras spacerowo-turystycznych po Dolnym Śląsku"
Krzysztof Kucharski: „Burzyński na tropach teatru jednego aktora”
Antoni Kuczyński (red.): "Polacy w nauce, gospodarce i administracji na Syberii w XIX i na początku XX wieku"
Antoni Kuczyński: "Syberia. 400 lat polskiej diaspory. Zesłania, martyrologia i sukces cywilizacyjny Polaków"
Joanna Lamparska, Krzysztof Góralski: "Magia dolnośląskich zamków"
Joanna Lamparska: "Niezwykłe miejsca wokół Wrocławia"
Joanna Lamparska: "Tajemnicze zakątki na północny wschód od Wrocławia"
Zdzisław Smektała: "Lucille"
Jan Szczerkowski: "Ogień - Król Podhala"
Jan Szczerkowski: "Strzały na południu"
Jan Szczerkowski: "Rozstrzelany Stanisławów"
Tadeusz Szwed, Maciej Szwed, Mariusz Urbanek: „Wrocław z nieba – Ostrów Tumski”
Krystyna Tyszkowska (red.): „Skąd my tu? Wspomnienia repatriantów”
Stanisław, Stefan, Zbigniew i Cezary Żyromscy: "Historia jednej kresowej rodziny"
Michał Żywień: "Spacerkiem po Europie"
Jacek Antczak:
"W Radwanicach najlepiej idą romanse"
Debiutancka książka Jacka Antczaka to opowieść o Dolnym Śląsku i Dolnoślązakach rozpisana na 33 reportaże. Wrocławski dziennikarz posługując się dynamicznym, reporterskim zapisem opowiada o niecodziennych zdarzeniach, albo z pozoru zwyczajnych miejscach przez pryzmat ludzi - ich losów, pasji, miłości. Kreśląc sylwetki swoich bohaterów, autor obserwuje znaczące szczegóły, przytacza nieznane fakty, jednocześnie pisząc jasnym, czasem pełnym humoru, czasem dramatyzmu, stylem. Ze swadą - z dialogów i sytuacji - maluje portrety ludzi i miejsc.
Reporter zaczyna swoją opowieść przedstawiając chrząszcza z Namibii, który wpłynął na życie dwóch wrocławian: mało znanego naukowca i słynnego koszykarza.
Pisze też m.in.
- o mordercach, których lubi pewien zakonnik,
- o wielkiej awanturze o słodki przedmiot pożądania ze Śnieżki,
- o niemieckim Stalinie, który w Przesiece żył pod jednym dachem z polskim żołnierzem,
- o sołtysie, który zaczął rządzić Ciechanowicami za czasów Bieruta i wytrzymał na stanowisku do Kwaśniewskiego.
Reporter przypomina jak Michael Jackson powiedział nam w Lubiążu "I love
you" i jaki dramat przeżyli
mieszkańcy Kłodzka podczas powodzi tysiąclecia. W "części wrocławskiej" wyjaśnia dlaczego Solorz zbudował "Bar" na Świdnickiej, skąd się wzięły mrówki w mrówkowcu na Drukarskiej, półkowniki na Proletariackiej, a Kurdowie na Strzegomskiej.
Z książki Jacka Antczaka dowiadujemy się jednak najważniejszego, dlaczego - choć reportaż jest królem dziennikarstwa - to jednak...
w Radwanicach najlepiej idą romanse. (Od Wydawcy)
Miałem wrażenie, że Jacek wpadł w pułapkę, w jaką wpada każdy młody reporter: napisał o wrocławskim taksówkarzu, który uwodzi rzesze kobiet i fotografuje je nago aparatem ukrytym w żyrandolu. Obawiałem się, że Jacka pociągną tematy marginalne, dziwaczne i przyczynkarskie - narkotyk chyba każdego młodego reportera, używka, której trudno się wyrzec. Jacek jednak zaskoczył mnie. Okazało się, że udanie potrafi pisać nie tylko o marginaliach. Pociągają go także sprawy, które nie są reporterskimi samograjami - tematy niełatwe, powiedziałbym zasadnicze. Które leżą w głównym nurcie życia nowej Polski.
[ze wstępu Mariusza Szczygła]
Jacek Antczak (ur. w 1969 roku w Kaliszu) jest z wykształcenia kulturoznawcą, a z zawodu (i z powołania) reporterem. W dziennikarstwie od 11 lat ("Gazeta Wyborcza", Radio Kolor, "Słowo Polskie", "Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska"). Za reportaże otrzymał 5 nagród w ogólnopolskich konkursach, w tym nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (tzw. polski
Pulitzer). Był też dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza
Szweda, przyznawanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk. Publikował m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Życiu" i "Nowym Państwie" oraz w wielu gazetach regionalnych. Jest współautorem przygotowywanej do druku książki o
Hannie Krall i Ryszardzie Kapuścińskim, najsłynniejszych polskich reporterach. Jest również autorem i kompozytorem poetyckich ballad, które przez lata z powodzeniem wykonywał z zespołem Wolny Wybór. Był także pomysłodawcą i szefem artystycznym Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Studenckiej "Łykend" we Wrocławiu.
Spotkania autorskie
Pierwsze spotkanie czytelników z autorem odbyło się we wtorek 26 X 2004 r. o godz. 17 we wrocławskiej Księgarni Dolnośląskiej, ul. Świdnicka 28.
Prowadziła je znana dziennikarka "Słowa Polskiego • Gazety Wrocławskiej" Joanna
Lamparska. Z Jackiem Antczakiem czytelnicy mogli się również spotkać 30 października
2004 r. we wrocławskim
Empiku Megastore (Rynek).

Na
spotkanie w Księgarni Dolnośląskiej przybyło około trzydziestu osób,
w tym klasa o profilu dziennikarskim jednego z wrocławskich liceów.
Fot. ze strony www.matras.pl
Napisali
o książce
Jacek
Antczak:
„Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall”
Do księgarń trafiła książka Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall.
Autor – Jacek Antczak – zebrał w niej wywiady i rozmowy
z jedną z najwybitniejszych polskich reporterek – Hanną Krall.
Hanna Krall – kronikarka życia setek polskich Żydów – niechętnie
opowiada o sobie. Dlatego Antczak z setek wywiadów, wypowiedzi dla TV i
radia, a także czatów internetowych wyszperał informacje dotyczące życia
wybitnej reporterki. „To przypominało nieco pracę detektywa, a i tak
książka w większym stopniu odnosi się do twórczości Krall, niż do jej
prywatnego życia” – przyznał Antczak.
Zebrane wypowiedzi dobrze ilustrują rozwój warsztatu pisarki. Czytelnicy
książek Krall znajdą tu prapoczątki jej twórczości, komentarze i
dalsze ciągi wielu opisywanych przez nią historii. W książce znalazły
się też wywiady uzupełniające relacje autorstwa Jacka Antczaka.
Hanna
Krall urodziła się 20 maja 1935 roku w Warszawie. Ukończyła Wydział
Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego, pracowała w Życiu Warszawy
i do 13 grudnia 1981 w Polityce. Opublikowała m.in. Na wschód od
Arbatu (1972), Zdążyć przed Panem Bogiem (1977), Sześć
odcieni bieli (1978), Sublokatorkę (1985), Okna (1987), Hipnozę
(1989), Taniec na cudzym weselu (1993), Dowody na istnienie
(1995), To Ty jesteś Daniel (2001). Jej ostatnia książka nosi tytuł
Król kier znów na wylocie (2006).
*
* *
- Powiedzmy, że pani
nie znam, niech pani sprecyzuje siebie w trzech zdaniach.
Dlaczego w trzech? W jednym zdaniu. Jestem reporterką.
- Dlaczego z takim naciskiem nazywa się pani reporterką? Nie nęci pani
literacka fikcja?
Po co mi fikcja, jeśli prawdziwe życie jest ciekawsze?
- Broni się pani przed określeniem, że jest pisarzem?
Pisarz to ktoś wielki, kto ma ogromną odwagę, stwarza świat,
zaludnia go. Są parowy, ulice, domy, topografia, rozpoznaje się miejsca i
ludzi, jak u Faulknera. A ja nie stwarzam, ja mówię o świecie stworzonym
przez kogoś innego.
Fragment
rozmowy z Hanną Krall
*
* *
Po odejściu Stanisława Lema i Ryszarda Kapuścińskiego, którzy po
swojemu zapisując świat wpływali i na mój jego obraz, pozostała mi jako
ulubiona autorka Hanna Krall. Mistrzyni intuicji w przeżywaniu ludzkiego
losu wzbogaca od czasu „Zdążyć przed Panem Bogiem”, czyli od
lat trzydziestu, moją refleksję nad złem i dobrem w epoce, w której
przyszło mi świadomie żyć. Nigdy się na niej nie zawiodłem.
Władysław
Bartoszewski
Marzec 2007
Rekomendacja trafiła na okładkę
książki

W sobotę, 2
grudnia 2007 r., w ramach 16. Wrocławskich Promocji Dobrych Książek,
w BWA Awangarda odbyło się – w szczelnie wypełnionym Dużym Salonie
Literackim –
spotkanie z Hanną Krall, która podpisywała książkę-wywiad Reporterka.
Spotkanie prowadził Jacek Antczak, fragmenty książki czytała aktorka
wrocławskiego Teatru Polskiego Ewa Skibińska.
Fot.
Marcin Osman/Polska•GW
O książce
Jak
zapisałem Hannę Krall
Goście
Wandy Ziembickiej – Telewizja TELKA
Jacek
Antczak, Anna Fluder:
„Wrocławianie.
30 rozmów”
Profesor Bogusław Bednarek
skasował trzy nagrobki z lastryko, profesor Stanisław
Bereś omal nie pobił się z Wojaczkiem, a Robert
Gonera stylizował się na Zbyszka Cybulskiego - te i inne
ciekawostki z życia znanych wrocławian znajdziecie w książce Jacka
Antczaka i Anny Fluder
„Wrocławianie”.
30 wywiadów, które najpierw ukazywały się w dzienniku „Polska
• Gazeta Wrocławska” oraz na antenie Radia Ram, to fascynująca
opowieść o wielkich ludziach związanych z Wrocławiem, ale również o
samym mieście. Bo jak mówi Jacek Antczak, współautor książki, każdy z
nas ma takiego niesamowitego sąsiada, chociaż nie zawsze o tym wie.
Wicemistrzyni olimpijska Maja Włoszczowska
wszakże mieszka teraz w Jeleniej Górze, ale wciąż ma swoje studenckie
lokum na wrocławskim Biskupinie. Autor „Śmierci w Breslau” Marek
Krajewski umawia się na wywiady na Nowym Dworze, a Robert Gonera
przyznaje, że we Wrocławiu zostawił serce. Poza tym już Zbyszek
Cybulski, który był związany z pobliskim Dzierżoniowem, mawiał, że
jest „aktorem regionu”, „drużynowym odpowiedzialnym za
swoją małą ojczyznę” – opowiada aktor. - Im dłużej
żyję na tym świecie, tym bardziej przekonuję się, że to, co przychodzi
z kolejnymi filmami, z tymi rolami, ma mniejszą wartość niż własne
miejsce na ziemi, stały narożnik.
Z książki dowiemy się również, czy profesor
Jan Miodek jest cool, dlaczego były koszykarz Maciej
Zieliński ma dość Szekspira oraz czy pisarz Marek
Krajewski morduje swoich wrogów.
Mariola
Szczyrba
kulturaonline.pl
21 XI 2008
Jacek i Ania namówili na zwierzenia 30 wrocławian: Marka Krajewskiego,
Kingę Preis, Roberta Gonerę, Lecha Janerkę, Alicję Chybicką, Bogusława
Bednarka, Stanisława Beresia, Zofię Białoszewską, Andrzeja Czamarę,
Erazma Humiennego, Pawła Jarodzkiego, Wacława Juszczyszyna, Adolfa Juzwenkę,
Macieja Łagiewskiego, Andrzeja Malickiego, Ewę Michnik, Jana Miodka, ks.
Stanisława Orzechowskiego, Arkadiusza Osiaka, Leszka Pacholskiego, Dariusza
Patrzałka, Krzysztofa Pełecha, Monikę Słowik, Włodzimierza Suleję, José
Torresa, Zbigniewa Walasa, Mirosława „Klekota” Walczaka, Maję
Włoszczowską, Wojciecha Wrzesińskiego i Macieja Zielińskiego. Książka
(str. 368) z płytą CD ukazała się nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego.
O
książce
Józef Bartoszewski:
"Dolnośląskie portrety z przełomów"
Józef Bartoszewski ze wszystkich form dziennikarstwa najchętniej uprawia wywiad i reportaż, gdyż - jak twierdzi - w nich najbardziej można odkryć, pokazać człowieka, a przecież każdy człowiek to temat do książki. "Opisz swoją wioskę - cytuje
Lwa Tołstoja - a opiszesz świat".
Ostatnia jego książka pt. "Dolnośląskie portrety z przełomów" opisuje burzliwe lata transformacji ustrojowej i gospodarczej w naszym kraju. Są to portrety
niepozowane, oddające w pełni ludzkie losy, często niezwykłe. Dużą zaletą książki jest barwny, soczysty język, charakteryzujący różnorodność sylwetek
jej bohaterów.
Książka zawiera sylwetki 16 ludzi związanych z różnymi dziedzinami życia, różnych profesji i z różnych regionów Dolnego Śląska, zwanych przez autora "małymi ojczyznami". We wstępie do
"Portretów..." autor pisze m.in.: "Transformacja jest zbyt ważnym dziejowym wydarzeniem, by kroniki jej nie rejestrowały. Postanowiłem pójść tropem indywidualnych losów ludzi związanych z różnymi dziedzinami życia. Dowodów na to, że w gospodarce rynkowej, gdzie najważniejszy jest zysk, można działać w sposób uczciwy, z korzyścią dla ludzi - prawda, że często w dramatycznych uwarunkowaniach. I to mi dało drobinę nadziei, optymizmu".
Józef Bartoszewski urodził się w Wicyniu w powiecie Złoczów na dawnych Kresach południowo-wschodnich. Okres wojny spędził na tych terenach. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Przez 20 lat pracował w Polskim Radiu - najpierw
w rozgłośni zielonogórskiej, później wrocławskiej. Współpracował z prasą lokalną i ogólnopolską. W 1978 przeszedł do tygodnika "Wiadomości", potem do "Gazety Robotniczej". Do tej pory wydał m.in. "Portrety wpisane w kryształ" (1996) i "Niejednoznaczną śmierć szpiega" (1997).
Józef
Bartoszewski:
„Dziennikarza przygody z życiem”
Jego ostatnią książką, najważniejszą i niestety drukowaną w pośpiechu
(specjalnie dla pozostającego już w szpitalu Autora drukarnia oprawiła
trzy egzemplarze z przygotowywanego nakładu!), jest pamiętnik pod wiele mówiącym
tytułem Dziennikarza przygody z życiem. Pamiętnik składa się z
trzech części: „Podolski western” – wspomnienia z
rodzinnego, kresowego Wicynia, „Urok gwałcicielek” – po
przybyciu w 1945 r. do Szymiszowa w powiecie Strzelce Opolskie,
„Swoisty świat niespokojnych ludzi” – dziennikarskie
dzieje Bartoszewskiego od zielonogórskiej rozgłośni radiowej, z którą
związał się w 1957 r., do wrocławskiego radia i telewizji, a potem
tygodnika Wiadomości oraz Gazety Robotniczej. To opowieść,
która aż się prosi o ciąg dalszy. W swej mądrości i szacunku dla
minionych pokoleń autor opowiedział o tym wszystkim, czego z każdym dniem
brakuje nam coraz bardziej. Uczciwość, szacunek, dobry humor i ten czasem
banalny optymizm to to, co jest z nami od pierwszej strony tej książki.
Książka zostanie wydana w lipcu 2007 r. Zobaczenie i przeczytanie tych
wspomnień będzie dane – niestety! – już tylko nam. Józef
Bartoszewski zmarł po ciężkiej chorobie 25 czerwca 2007 r.
*
* *
Mroźne popołudnie. W małej izbie babcia Katarzyna i matka Kasia na kądzielach
przędły zmiędlony len. Nie miałem jeszcze siedmiu lat. Ich polecenie było
jednak jednoznaczne:
– Naciągnij motek świeżych nici.
Wisiał już na haku wbitym w powałę. Gdy na nim usiadłem, babcia
zasugerowała:
– Przeżegnaj się, żebyś nie spadł w czasie kolebania.
Postulat zlekceważyłem, ponieważ pochłonęły mnie nieznane dotąd
widoki. Piec kuchenny, stojący obok gliniany garniec z zakiszonymi
burakami, skrzynia otoczona ławą i bambetlem, służąca do przechowywania
czystej bielizny oraz jako stół jadalny, pelargonie stojące w doniczkach
na parapetach obydwu okien, zatem przedmioty, z którymi obcując dniami i
nocami żyło się za pan brat, znało je w najdrobniejszych szczegółach,
teraz, z wysokości motka widziane, przybrały postać nieznanych, obcych,
wręcz bajecznych. Ten nowy widok mnie porwał. Przyśpieszyłem huśtanie.
Nie tylko w przód i w tył, ale również ile sił w lewo, w prawo, coraz
szybciej, coraz wyżej. Podobno prządki mitygowały, przed najgorszym
jednak nie ustrzegły.
Gdy otworzyłem oczy, powała nade mną była jaśniejsza od tej widzianej z
motka. Znak, że trafiłem do izby większej, gościnnej. Ale na jej dalszą
penetrację zabrakło sposobności. Bo oto dostrzegłem wpatrzoną we mnie
całą rodzinę. W komplecie! W pełnym składzie! Jakaż wielka łaska
losu. Ja – najmłodszy z czterech braci, przedostatni z sześciorga
rodzeństwa, zawsze uważany za jego ogon, margines, ponieważ starsi byli
ważniejsi, bo silniejsi, bardziej przydatni w gospodarstwie – jestem
ośrodkiem powszechnego zainteresowania. Szczęśliwość z tego powodu mnie
ogarniająca musiała wyraźnie się objawić, skoro ojciec powiedział:
– Ta jak się śmieje od ucha do ucha, to nic mu nie będzie.
– Jakby mnie posłuchał i przed wszystkim si przyżegnał, toby głowy
ni rozbił, z motkiem by na klepisko nie poleciał, boby motek z haka nie
wyskoczył – babcia na to. – Jakby si przyżegnał...
– E tam, gadanie – burknął ojciec i ruszył w kierunku drzwi.
Za nim reszta. Tylko babcia Katarzyna klękła przed swoim ulubionym obrazem
Matki Boskiej i półgłosem zaczęła wznosić modły. Za mnie. Za moje
zdrowie i kapłańskie powołanie. Nie po raz pierwszy, ani ostatni. W ten
sposób coraz bardziej mnie anektowała, uczyła stawiać krzyżyki, na
plecach wiązać chusty mające imitować ornaty, charakterystycznie rozkładać
ręce nad prowizorycznymi ołtarzykami, śpiewać niezrozumiałe słowa –
mjase kulase kulorum. Ośmieszałem się w oczach sióstr i braci, rówieśników,
rosłem w oczach babci. Nawet jeśli ewidentnie zbroiłem, to żadne z
rodziców, ze starszego rodzeństwa tym bardziej, nie tylko klapsa, ale
nawet reprymendy dać mi nie mogło.
Fragment
części I:
„Podolski western”
Tomasz
Bonek:
"Przeklęty skarb"
Czy klejnoty warte 100 milionów dolarów można wyrzucić na śmietnik? Można! Tak stało się w 1988 roku w podwrocławskiej Środzie Śląskiej. To tu znaleziono słynny skarb średzki, nazywany przez niektórych przeklętym skarbem.
Przez tę biżuterię zginął w średniowieczu bogaty Żyd o imieniu Mojżesz. 650 lat później w niewyjaśnionych okolicznościach życie stracił dolnośląski cinkciarz, w którego ręce wpadł orzełek - fragment średzkiej korony. Kilkudziesięciu osobom prokuratura postawiła poważne zarzuty, a wielu prominentów straciło stołki.
Skąd w Środzie Śląskiej wzięła się tak cenna średniowieczna biżuteria? Dlaczego ginęli przez nią ludzie, a inni mieli kłopoty z prawem? Jak to się stało, że skarb trafił na wysypisko? Czy w podwrocławskiej miejscowości nadal można znaleźć cenne klejnoty?
O tym opowiada reportaż Tomasza Bonka
Przeklęty skarb. To pierwsze całościowe opracowanie tego tematu.

Najcenniejsze fragmenty skarbu średzkiego.
Spotkanie autorskie:
We wtorek – 24 maja, o godz. 18.00 – autor opowiedział we wrocławskim
salonie Empiku Megastore w Rynku o największej aferze ostatnich lat PRL, która
ciągnie się do dzisiaj. O 100 milionach dolarów, które wyrzucono na śmietnik.
Powiedzieli o książce...
Bruno
Brożyniak:
„Podszczypki.
Złośliwości, frywolności, seksafery i kpiarskie bajery”
Drugie wydanie Podszczypków zostało rozszerzone o wiele aktualnych
kpinek, żartów, szyderstw związanych z wydarzeniami obyczajowymi i społeczno-politycznymi,
jakie przechodzi nasz kraj. Materiału na satyryczne spojrzenia nazbierało
się sporo, wszak państwo między Bugiem a Odrą raz po raz przypomina
rozgrzany, kipiący kocioł, w którym stadko czartów miesza z dużą
uciechą. Dlatego z rozbawienia lub satyrycznego zadziwienia sięgałem po długopis
lub chwytałem za klawiaturę komputera, aby w kpiarskim tonie skwitować
bulgot owego kociołka, parujące bąble, które bulwersowały, śmieszyły,
niejednokrotnie kłóciły się ze zwykłym zdrowym rozsądkiem.
W okresie półwiecza pracy we wrocławskich redakcjach, przede wszystkim w Słowie
Polskim, pisanie fraszek, aforyzmów, kalamburów traktowałem jako
swoisty przerywnik w wykonywaniu zawodu dziennikarskiego. Wiele z nich, głównie
te z I wydania Podszczypków z 2000 r., moim zdaniem oparło się
naporowi czasu, więc zostały włączone do tej książki. Być może
„skrzywienie” satyryczne, kpiarskie, mam w genach. Urodziłem się
w Czortkowie na Podolu (obecnie Ukraina). Przez kilkanaście lat mieszkałem
wśród barwnej mieszanki kresowej: Polaków, Ukraińców, Żydów, którzy
potrafili pokpiwać z kłopotów, biedy, śmiesznych lub dziwnych sytuacji i
zachowań własnych oraz cudzych. W tym nurcie mieściła się życiowa
filozofia mojej kresowej babki, która dziwne, zaskakujące dylematy kwitowała
jędrnymi powiedzonkami w rodzaju: „I miód, i gówno są żółte,
ale to trza w życiu odróżniać”. Ano właśnie…
Na koniec przyznam się bez stawania przed komisją śledczą, lustracyjną,
gmeracyjną (może powstanie kolejna – po prostu do gmerania w
ludzkich żywotach?): jestem nie tylko kpiarskim złośliwcem, ale także
leniwcem. Stąd uprawianie lapidarnych form satyrycznych, które być może
lepiej współgrają z obecnymi czasami pośpiechu i esemesowych skrótów.
Gdybym przy mojej naturze wziął się za pisanie opasłej, wierszowanej
epopei, pewnie zasnąłbym przy pierwszym rozdziale i musiałyby mnie budzić
słynne trąby jerychońskie. Co zrodziła symbioza złośliwca i leniwca,
pozostawiam ocenie Czytelników.
(Od
autora)
Bruno Brożyniak – dziennikarz i satyryk, Kresowiak z Czortkowa na
Podolu (obecnie Ukraina), na Uniwersytecie Wrocławskim uzyskał dyplom mgra
filologii polskiej, uprawiał zawód dziennikarski blisko pół wieku,
przede wszystkim w Słowie Polskim, współpracował z radiowym
Studiem 202 oraz pismami satyrycznymi: Szpilkami i Karuzelą.
Aktywnie działał w stowarzyszeniach dziennikarskich. Po uzyskaniu
stosownych uprawnień pilotował liczne wycieczki zagraniczne, w tym
samochodowe PZMot – najdłuższe
prowadziły na Krym oraz do Gruzji. W młodości podszczypywał dziewczyny,
teraz w kolejnych tomikach fraszek podszczypuje nasze narodowe przywary.
*
* *
A więc, oceńmy:
Penetracja głowy
Lustracyjny podjudzacz
Gdyby głowa była z wieczkiem,
Jego największe chucie –
W niejednej odkryłbyś sieczkę.
Przeciw rodakom szczucie.
Zaskakująca kariera
Najstarszy ciągnik
Od ciemnego typa
Czyś rad, czy nierad,
do nobliwego VIP-a.
Musisz ciągnąć życia kierat.
Dorobek Wrocławia
Portrecik
Kogut ze Lwowa
Mały biuścik, mała nóżka,
z Wilna gąska,
Mała rączka, małe ustka,
- i powstała nowa
Takiż nosek oraz uszka,
rasa śląska.
W małej główce wielka pustka.
Postawa moralna
Credo satyryka
Na dobrą sprawę
On do ostatniej kropli krwi
Nawet pełzając, masz postawę.
Kpi…
*
* *
Postmodernizm,
postkomunizm, postindustrializm i… postprzyzwoitość między ludźmi?
*
* *
Od pluralizmu do
plugawizmu bywa nieraz krótka droga.
Goście
Wandy Ziembickiej – Telewizja TELKA
Bruno
Brożyniak:
„Dzieciaki na wojnie”
(…) Czortków rozłożył się
tarasowato w głębokiej dolinie Seretu. Najlepiej powiatowe, mniej więcej
dwudziestotysięczne miasto, które dzieciakowi jawiło się wielką
metropolią, można było oglądać zza rzeki, z Górnej Wygnanki. A więc
budynki różnych urzędów, w tym ratusz, gotycki, strzelisty kościół,
zabytkową cerkiew, bóżnicę, trochę jakby turecki w wyglądzie bazar z
rzędami jatek i sklepików i ruiny potężnego zamku. Z zapartym tchem słuchałem
gawęd babci Antoniny, mamy, ciotek i wujków o burzliwych dziejach grodu
nad Seretem. O tym, że swą nazwę zawdzięcza Czartkowiczom herbu Korab,
którzy w XV wieku zamieszkali nad Seretem, że podobnie jak całe Podole,
gród był wielokrotnie napadany i plądrowany, że w XVII wieku z dwustu
domów ostało się po pożarze tylko kilkadziesiąt. Podolską osadę
wielokrotnie najeżdżali Tatarzy i Turcy, a po pokoju buczackim przez parę
lat w Czortkowie rezydował turecki subpasza. W czasie powstania
Chmielnickiego toczyły się w Czortkowie ciężkie walki o zamek. Z
rozdziawioną buzią słuchałem opowieści o tym, że w naszym mieście gościł
król Jan Kazimierz, a także Jan Sobieski, którego podejmował kolejny właściciel
grodu – hetman Andrzej Potocki. W takim oto podolskim mieście zgodnie
mieszkali obok siebie Polacy, Ukraińcy i Żydzi. (…)
Autor, Kresowiak z Czortkowa na Podolu, swoje wspomnienia rozpoczął od
rodzinnego miasta, poprzez czas wojny, a skończył na dramatycznych
wydarzeniach w Obornikach Śląskich, dokąd trafił z rodziną po
ekspatriacji. Dramatycznych, bowiem w 1947 roku, jako piętnastolatek, został
aresztowany wraz z kolegami i podejrzewany o udział w zbrojnej grupie,
która ponoć przygotowywała zamach przeciw władzy ludowej. Koronnym
zarzutem był mocno uszkodzony karabin, znaleziony w obornickich lasach.
Iwona
Bucka:
„Otrzeć łzy”
Iwona Bucka,
doświadczona dziennikarka i urodzona reporterka, zadebiutowała prozą: Imieniny,
czyli zlot czarownic w 2002 r. Od tej pory – w przerwach między pisaniem artykułów do
czasopism ogólnopolskich – gromadziła materiały do kolejnej
pozycji, na którą miały się składać reportaże z wałbrzyskich
biedaszybów, a raczej dzieje ludzi, którzy się tam znaleźli. Otrzeć
łzy nie jest jednak tą książką.
Autorka, przez wiele miesięcy przyglądając się pracującym przy kopaniu
węgla kobietom i mężczyznom, poznała ich historie, przeżyła z nimi
emocje związane z utratą pracy, domu, rodziny, tkwiła w ich nieszczęściach
i krótkich chwilach radości. Utrwalała to wszystko na dziesiątkach zdjęć.
Ale tak głęboko wniknęła w ich przejścia, że ukazywanie tego światu
uważałaby za zdradę ludzi, którzy jej zaufali. Część tej wiedzy
przeniosła jednak do powieści Otrzeć łzy i w dużej mierze
przedstawione wydarzenia są faktami, przeżycia – naprawdę doświadczonymi
emocjami, ludzie – niejednokrotnie nazwani swoimi prawdziwymi
imionami. Ale jest coś jeszcze...
Jak każdy pisarz, autorka ma prawo do fikcji literackiej, które to prawo z
całą konsekwencją wykorzystuje. Zmyślenie potrzebne jej jest do rozjaśnienia
kolorów życia. Sama jest osobą wrażliwą, a przy tym pozytywnie
nastawioną do świata i ludzi. Wyznaje zasadę, że choć życie niesie człowiekowi
wiele cierpień, trzeba się umieć cieszyć mimo wszystko. Zauważać
chwile przerwy między kolejnymi niespodziankami losu. Ta wewnętrzna radość
towarzysząca jej naturze wyczuwalna jest w tekście, przymrużone oko
pozwala wierzyć, że przydarzające się człowiekowi nieszczęścia nie
oznaczają bezsensu życia. I że zawsze w którymś momencie zaświeci słońce,
odmieni się los.
Otrzeć łzy napisana jest
precyzyjnym językiem reporterskim, charakterystycznym dla tej pisarki i
dziennikarki. Tu dialogi „budują” atmosferę, a
niedopowiedzenia pozostawiają miejsce wyobraźni czytelnika. Wartka akcja i
intrygujące losy głównej bohaterki przykuwają uwagę. I tylko żal, że
książkę czyta się tak szybko...
Elżbieta
Sura
Iwona Bucka urodziła się i
wychowała w Wałbrzychu. Z wykształcenia jest politologiem (skończyła
Instytut Nauk Politycznych na Uniwersytecie Wrocławskim). Jako dziennikarka
pracuje od 1982 r. Pisała dla Trybuny
Wałbrzyskiej, Tygodnika Wałbrzyskiego, była wydawcą Nowej Wałbrzyskiej. Jej teksty ukazywały się w Kulisach, Przeglądzie, Tygodniku Solidarność. Od kilku lat współpracuje
z wydawnictwem Bauer, pisze m.in. do Chwili dla Ciebie, Życia na gorąco.
Jako pisarka zadebiutowała w 2002 r. książką
pt.Imieniny, czyli zlot czarownic,
która ukazała się w 2002 r.
Kazimierz
Burnat:
„Wiew przeznaczenia”

[…] Uznanie Przeznaczenia za siłę wiodącą w poezji wymagało od
poety szczególnej determinacji psychicznej, a jednocześnie pomogło mu nie
tyle w tworzeniu / wyraźnego zresztą / dystansu do rzeczywistości, co w
uzyskaniu względnego moralnego spokoju. Konsekwencją tej decyzji jest więc
kształt poezji zawartej w tomie Wiew przeznaczenia, niezwykle syntetycznej, zwartej, w formach
nawiązujących do Juliana Przybosia i Zbigniewa Herberta, a równocześnie
bardzo własnej, osobistej, oryginalnej, bo nie tyle opisującej, co
definiującej nasz świat. Są to notatki z głębokiego zamyślenia, a każdy
wiersz stanowi osobną, zamkniętą kompozycję, jak oszlifowany diament czy
stalowy klucz do różnych drzwi, wobec których ogarnia nas niepewność
lub wahanie. Z dna odmętu / wydobywasz bezgłos i jest to przekładaniec
słów i milczenia, który jakże powoli dojrzewa w snach / do
wiersza, lecz już po napisaniu i tak jesteś skazany na czerń
– biel, i nie masz praktycznie innych możliwości…
[…] Czytam wiersze Kazimierza Burnata na przemian z
„Owocobraniem” Rabindranatha Tagore i zastanawiam się, jak
wiele łączy wybitnego polskiego poetę z wielkim poetą Indii.
Rabindranath zmarł 7 sierpnia 1941 roku w Kalkucie. Kazimierz Burnat urodził
się 1 lipca 1943 w Szczepanowicach nad Dunajcem… Dzieli ich więc
czas i przestrzeń, chyba że uwierzyłbym w reinkarnację. Bowiem wiersze z
tomu Wiew przeznaczenia jak i z tomów poprzednich, są jakby
syntetycznym odbiciem, tych szlachetnych idei, które głosił twórca Zbłąkanych
ptaków: apoteozy miłości, humanitaryzmu, tolerancji i zrozumienia, a
także „entuzjastycznego optymizmu” wobec naszej niedoskonałej
cywilizacji. I chociaż właściwie więcej powinno ich dzielić, również
w sferze tradycji i formy, to przecież łączą ich właśnie idee - wartości
ogólnoludzkie i dostrzeganie świata z perspektywy wewnętrznego spokoju. A
jest to spokój mędrca! […]
Andrzej Zaniewski
Także: "Za
obzor"
Także:
"Вивернути
час на лiву
сторону"
Kazimierz
Burnat:
"Przenikanie"
...W Przenikaniu widać wyraźnie, że autor dostąpił wtajemniczenia
- został przyjęty do cechu poetów prawdziwych, umiejących wykreować
w wierszu nastrój i zawrzeć w nim wiedzę o cząstce i o panoramie.
Przeniknął do krainy lirycznej, w której wszystko jest wyraziste i
zarazem rozmyte, gdzie prawda bywa fałszem, a miłość jątrzy się
jak rana, gdzie słowo brzmi jak głos dzwonu i zarazem zamyka
szczelnie eter. Takie przenikanie jest zarazem doświadczaniem zmienności
i zgodą na odwieczną metamorfozę. Świadomość poetycka łagodzi ból
przemijania w ciągu koniecznych zmienności i wskazuje kolejne ważkie
cele etyczne...
...Burnat
jest poetą doświadczenia i każdy jego wiersz ma w sobie drugie dno,
w konkretnej sytuacji egzystencjalnej i w określonym kształcie
przeszłości. Odrealnienia zacierają jednakże kontury i powodują,
że wykreowany świat ma plastyczną głębię. To jest też głębia
ontyczna i ściśle zestrojona z wierszem epistemologia poetycka, wykład
o sobie i o człowieku, rozważania o bycie i o poznaniu, ale też
tajemnica słowa i tajemnica nazywania...
Dariusz T. Lebioda
Kazimierz Burnat urodził się 1 lipca 1943 r. w
Szczepanowicach nad Dunajcem. Od 1968 r. mieszka we Wrocławiu, gdzie
ukończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim; organizację i zarządzanie
oraz handel zagraniczny na Akademii Ekonomicznej. Wieloletni dyrektor
w Polarze i spółkach prawa handlowego. Uczestniczył w misjach
handlowych do Indii, Japonii i Kanady. Wspierał sport. Działał na
rzecz honorowego krwiodawstwa, samorządu pracowniczego oraz spółdzielczości
pracy dla niewidomych. Współtwórca drużyn harcerskich dla młodzieży
trudnej w ramach Nieprzetartego Szlaku. Spadochroniarz, były żołnierz
czerwonych beretów. Jego dewizy życiowe to: pamięć o zmarłych źródłem
długowieczności, czynienie dobra drogą do człowieczeństwa.
Interesuje się numizmatyką, medalierstwem, podróżami, filozofią,
literaturą.
Poeta, publicysta, redaktor książek,
wydawca. Autor tomów poetyckich: W kolejce po (1995), Cichnące
(2003) i Przenikanie (2006) - książki nagrodzonej Wielkim Laurem XVI
Międzynarodowej Galicyjskiej Jesieni Literackiej i wyróżnionej w
konkursie na najlepszą książkę 2006 r. XXIX Międzynarodowego
Listopada Poetyckiego w Poznaniu. Współautor ponad czterdziestu
almanachów, antologii i monografii. Swoją twórczość prezentował
w czasopismach i na spotkaniach autorskich w kraju i za granicą, w
radiu i telewizji. Jego wiersze tłumaczono na języki ukraiński,
francuski, niemiecki, wietnamski i esperancki. Organizator i współorganizator
przedsięwzięć kulturalnych. Aktywny uczestnik wielu ogólnopolskich
i międzynarodowych spotkań oraz festiwali literackich.
Jest prezesem Grupy Literackiej Dysonans,
redaktorem naczelnym pisma społeczno-kulturalnego Bez kurtyny i
redaktorem kwartalnika kulturalnego Obok. Członek Związku Literatów
Polskich i Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.
Spotkania
autorskie
|
Wojciech
Chądzyński:
"Wrocław, jakiego nie znacie"
Nieustannie w biegu, zaaferowani problemami życia codziennego, rzadko kiedy
zwracamy uwagę na mijane w pośpiechu pamiątki przeszłości. A przecież
każdy dom, każda kamienica, świątynia czy zaułek ma jakąś niezwykłą
historię, snuje swoją własną, niepowtarzalną opowieść. Dlatego przy
wielu z nich warto przystanąć, by choć przez chwilę nacieszyć oczy ich
pięknem oraz z nostalgią powspominać minione lata. Pomoże w tym ta książka,
w której znajdziecie sporo nieznanych faktów, legend i opowiadań, mówiących
nie tylko o przeszłości miasta, ale również o ludziach, którzy w nim żyli.
Dowiecie się m.in.: jak powstał Rynek, dlaczego na Ostrowie Tumskim
wybudowano dwupoziomowy kościół, jak przebiegał słynny w średniowieczu
i przegrany przez duchownych proces o końskie oko, przy jakiej ulicy
produkowano w XIX wieku cukier z trzciny cukrowej, z jakich powodów stojący
obok gmachu głównego uniwersytetu szermierz jest nagi oraz kiedy we Wrocławiu
rozbłysły pierwsze gazowe latarnie. Przeczytacie o zegarze kluskowym,
pierwszych wrocławskich tramwajach, o łysym aniołku na pomniku św. Jana
Nepomucena i niecnym czynie wrocławskiego ludwisarza.
Wojciech Chądzyński – z wykształcenia historyk; studia na Uniwersytecie Wrocławskim. Z
dziennikarstwem związany od 1974 r. – początkowo w Gazecie
Robotniczej, a później w Słowie
Polskim. Tematyka jego publikacji to głównie problemy ludzi, ich
sprawy, pasje, a także historia Wrocławia na przestrzeni dziejów. Stale
współpracuje ze Słowem Polskim
• Gazetą Wrocławską oraz Gazetą
Południową. Cykl publikacji „Wrocław, jakiego nie znacie”
stał się podstawą do opracowania na nowo zestawu opowiadań o Wrocławiu
i jego mieszkańcach od czasów najdawniejszych do dziś. Obecnie prowadzi
warsztaty dziennikarskie w XIII Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu.
Jest pomysłodawcą i opiekunem Młodzieżowej Wszechnicy Dziennikarskiej,
która wydaje miesięcznik Szlif.
Kilkoro uczestników Wszechnicy osiągnęło już znaczące sukcesy na niwie
dziennikarskiej publikując teksty nie tylko w czasopismach krajowych, ale i
zagranicznych.
O książce...
Wojciech Chądzyński:
„Wędrówki
pod Dolnym Śląsku i jego stolicy.
Fakty, legendy,
sensacje”
Wulkan na Ślęży, Frankenstein pod Wrocławiem, największe organy na świecie,
Ślązak, który uratował cesarza, słoń i mumia w renesansowym Wrocławiu
- to tematy tylko kilku opowiadań, które znajdziecie w tej książce.
Kolejna - po wydanej w 2005 r. pod tytułem Wrocław, jakiego nie znacie -
publikacja Wojciecha Chądzyńskiego pozwala nam wędrować i poznawać już
nie tylko Wrocław, ale i Dolny Śląsk. Ich historia i zabytki z suchych
faktów i mało znanych, rzadko zauważanych budowli zmieniają się na
kartach książki w dramatyczne wydarzenia, wynik ludzkich działań i
ambicji. Losy architekta Aleksisa Langera, ambicji biskupa Franciszka
Ludwika Neuburga czy pasji twórczych Maxa Berga i profesora Lipińskiego,
choć odległe od siebie w czasie, są najlepszym tego przykładem. Pokazując
zawiłe i zaskakujące dzieje cudownego obrazu z Hodowicy, uniwersytetu,
pechowej świątyni biskupa Foerstera, lotniska i wielu innych, Autor ożywia
je dla nas.
A wraz z tym otrzymujemy barwny obraz obyczajów dawnych wieków, rozrywek,
wydarzeń, z których niektóre, gdyby nie to, że potwierdzone
historycznie, wydałyby się nam nieprawdopodobne, jak choćby opowieść o
ofierze, która wyrokiem sądu musiała pod groźbą śmierci sama stać się
katem i zgładzić swego prześladowcę.
Tę książkę można czytać tradycyjnie, ale również dać się wciągnąć
opowiadaniom nietworzącym przecież regularnego wywodu, ale przybliżającym
i dającym poznać naszą małą ojczyznę. Poznajemy opowiedzianą ze swadą
historię regionu od średniowiecza po dzień dzisiejszy, okraszoną
legendami, anegdotami i losami współczesnych ludzi zafascynowanych
zabytkami przeszłości i ocaleniem ich od zapomnienia. Wojciech Chądzyński
umiejętnie zachęca nas do odwiedzenia, poznania tych miejsc i ich
historii. Sądzę, że będzie to z korzyścią dla każdego z nas.
Arkadiusz Dobrzyniecki
- historyk sztuki
O książce
Wojciech
Chądzyński:
„Niekonwencjonalny przewodnik po wrocławskiej katedrze”
Katedra – obok ratusza i Hali Stulecia – jest najbardziej znaną
budowlą Wrocławia i najprawdopodobniej nie ma wrocławianina, który by
jej choć raz w życiu nie odwiedził. Niewiele jednak osób może powiedzieć,
że poznało ją dobrze. Dlatego właśnie powstała ta książka. Odwracając
kolejne jej kartki, należy pamiętać, że nie jest to sensu stricto
przewodnik po tej wspaniałej świątyni, lecz raczej zbiór niezwykłych
opowiadań, zapomnianych legend, relacji z zaskakujących wydarzeń oraz
sensacyjnych historii z nią związanych.
Czytając ten nietypowy przewodnik, dowiemy się, dlaczego strzegący wejścia
do katedry lew nie ma grzywy, jak biskupowi Nankierowi podstępem zabrano
Milicz i jak później ekscelencja musiał uciekać przed chcącymi go zabić
wrocławianami, co sprawiło, że natchnione oblicze Matki Boskiej Bolesnej
przypomina twarz pięknej rzymskiej mniszki, w jakim sposób na jednym z
witraży znalazł się portret Józefa Stalina i z jakich powodów kardynał
Fryderyk von Hessen-Darmstadt nie chciał być pochowany w katedralnej
krypcie. Przeczytamy też o męczeństwie dziesięciu tysięcy legionistów,
o piratach, którzy próbowali ukraść płynące statkiem z Italii rzeźby
przeznaczone dla kaplicy św. Elżbiety, oraz o niezwykłym wydarzeniu związanym
z posągiem tajemniczej Madonny, wyrzeźbionym przez Karola Steinhäusera z
Bremy.
Spotkanie
z autorem
O książce
Leszek
Musa Czachorowski:
„W
życiu na niby”
Prof. Marek M. Dziekan napisał o tych wierszach:
(...) Nie jest to poezja łatwa. Zafascynowała mnie od pierwszych linijek
swoją niezwykłą wewnętrzną mocą, którą jednak od początku trudno mi
było zdefiniować, stąd niniejsze refleksje z niejakim trudem spływają
na klawisze po którejś już z kolei lekturze tomiku.
Zbiorek „W życiu na niby” to w znacznej części poezja
archetypów męskości i kobiecości. Poeta analizuje męski i kobiecy punkt
widzenia świata, przeciwstawiając się jakby modnej obecnie uniformizacji
świata i ludzi. Mężczyzna jest mężczyzną, kobieta – kobietą: Kobieta
zamyka oczy / jej twarz pogrąża się w półcieniu oczekiwania (s. 7);
Kobieta pochyla głowę / I spogląda zalotnie na mężczyznę (s.
9); Kobieta stoi przy oknie / Patrzy nieobecna w lustra swoich oczu
(s. 12); Kobieta odsłania swe czarodziejskie lustro (s. 16). A mężczyzna?
Mężczyzna otwiera oczy / i nie może się zorientować gdzie właściwie
jest (s. 22); Mężczyzna jechał tramwajem w najdalszy zakątek
miasta (s. 23); Mężczyzna milczy / Bo cóż może powiedzieć / Gdy
nie lubi samego siebie (s. 26).
Oto skrócone portrety bohaterów poezji Czachorowskiego. Choć i kobieta, i
mężczyzna starają się przeczuć świat i siebie, to jednak nawet z tych
muśnięć piórem (w dalszych częściach poszczególnych utworów portrety
te nabierają bardziej zdecydowanych barw), pozostają na dwóch krańcach
istnienia – w ten sposób dopełniając się, tworząc jedność, której
życie (nasze, nie abstrakcyjne) oczekuje.
(...) O ile portrety Kobiety i Mężczyzny w tomiku Czachorowskiego zdają
się być jednoznaczne (nawet jeśli to „niejednoznaczna jednoznaczność”,
powiązana z wszechobecnym w tej poezji pytaniem o prawdę i sens), to
poetyckie „ja” miota się między krańcowymi uczuciami. Bohater
nie wie, jak istnieć, nie jest pewien, czy lepiej istnieć, czy lepiej nie
istnieć i być kochanym, jak ktoś nieistniejący (w wierszu „Chory
na ciebie”). Ale ów Mężczyzna czasem przekształca się w poetyckie
(autorskie?) „ja”. „On” płynnie przechodzi w
„ja”. Kolejny palimpsest. Poszukiwanie własnego
„ja” we własnym „on”. Bo przecież to wszystko
tylko jedna z wersji. Jedna z wersji na niby.
Leszek Musa Czachorowski – urodzony w
roku 1953 we Wrocławiu, gdzie wciąż mieszka. Były żołnierz zawodowy,
dziennikarz, poeta. Debiutował
wierszem w roku 1975, debiut książkowy: Nie-łagodna (1987).
Wydał następujące tomiki poetyckie: Nie-łagodna (1987), Ile
trwam (1988), Chłodny listopad (1990), Dotknij mnie
(1998), W życiu na niby (2006). Wiersze jego znajdują się w
licznych almanachach i antologiach, m. in. w Gdzieś w nas (1988), Wtedy
i teraz (1994), Imiona istnienia (1997), Horyzonty słowa (2004).
Publikował m. in. w Odrze, Odgłosach, Okolicach, Poezji, Kulturze,
Kulturze Dolnośląskiej i Roczniku Tatarów Polskich. Laureat
wielu konkursów poetyckich. Zajmuje się także tłumaczeniem z języka
czeskiego i rosyjskiego. W latach 2004–2006 był redaktorem naczelnym
Muzułmańskiego Magazynu Społeczno-Kulturalnego As-Salam. Jest
autorem 11 katalogów poświęconych współczesnej falerystyce wojskowej,
m. in. Insygnia polskich jednostek specjalnych, Litewskie insygnia
wojskowe, Insygnia elitarnych jednostek Armii Rep. Czeskiej.
Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny
Śląsk i Związku Tatarów RP.
Także: „Insygnia
elitarnych jednostek Armii Rep. Czeskiej”
Także: „40
rad dla muzułmańskiego domu”
Musa
Czachorowski:
„Samotność”
W połowie lutego 2008 r. ukazała się Samotność – nowy
tomik poetycki Musy Czachorowskiego. Tak napisał o nim prof. Marek M. Dziekan:
(...) Nie rozumiem tej „samotności” Czachorowskiego. Nie ma jej
w opisywanym tomiku, którego najbardziej charakterystyczną cechą jest
oryginalny dwugłos poetycki. Autor staje czasem „obok siebie”,
każąc mówić kobiecie tkwiącej w rozdwojonym „ja” narratora
(...). W tym kontekście można najwyżej mówić o dwóch samotnościach
– samotności zakochanej kobiety i samotności zakochanego mężczyzny,
których głosy symultanicznie słyszymy na kolejnych stronach zbioru.
(...) To przecież ciągły dialog zakochanych, przeżywających swoją miłość
duchem i ciałem. Opisują swoje uczucia, mówiąc o własnym wnętrzu, ale
także opisują jednoznacznie sceny, w których jednocześnie oboje
uczestniczą, a poetyckie „ja” zmienia się na chwilę w
poetyckie „my”, a kiedy powraca do „ja”, nie wiemy
już, kto mówi – narrator-kobieta czy narrator-mężczyzna
|
Dla
Z. |
|
|
Uprawiamy
miłość o piątej nad ranem
pięknie nam dojrzała
bezsenni z pożądania
nieprzytomni z namiętności
oddajemy się sobie kęs po kęsie
bierzemy co najlepsze
więcej i więcej
dotykam
cię jak przez sen
dotykasz mnie jak we śnie
coraz przejrzyściej
coraz boleśniej |
|
|
(s.23) |
|
Delikatnie, subtelnie zarysowany, ale wyraźny i jednoznaczny erotyzm poezji
Czachorowskiego to wielki jej atut. Poeta nie boi się wielkich słów, nie
boi się mówić o fizycznej miłości, która stoi za tymi wielkimi słowami
(a zatem: nie pustosłowiem!).
(...) Szczególnie frapująca jest owa duszna atmosfera budowana przez
misternie dobrane słowa, czy też mimetycznie odtwarzające gęstą tkankę
uczuć, jaka przenika cały zbiór. I choć o miłości to wiersze, to owa
miłość jakoś specyficznie boli, może zbyt głęboko penetruje nasze wnętrza,
odwykłe już od takich namiętności, staromodnych i – zdawałoby się
– przebrzmiałych. Ale przecież naszych, ludzkich.
(...) Ja przede wszystkim czuję w wierszach Czachorowskiego wszechogarniającą
miłość i wzajemność, w jakiś niezwykły sposób mistyczną, może
nawet tantryczną.
A skoro miłość, skoro mężczyzna i kobieta, to skąd owa samotność? A
może właśnie ta miłość zaślepiła mnie i nie umiem już dostrzec
samotności w Samotności?
Zapraszam do wędrówki po zakamarkach naszej (nie)świadomości, którą
funduje nam Musa Czachorowski. Naprawdę warto poszukać skrawków siebie w
gęstwinie słów i sensów Samotności.
Marek
M. Dziekan
(„Samotność?
O wierszach
Musy Czachorowskiego
raz jeszcze”)
Musa
Czachorowski:
„Na
zawsze • Навсегда”
W połowie kwietnia 2008 roku ukazał się kolejny tomik wierszy Musy
Czachorowskiego: Na
zawsze • Навсегда.
Tym razem, oprócz wierszy – po polsku i rosyjsku –
znajdziemy tu tekst prof. Marka M. Dziekana. Jest on posłowie, nie tylko
bardzo ciekawie interpretującym wiersze Czachorowskiego, ale i próbującym
umiejscowić jego poezję w szerszym kontekście. Interesujące jest również
to, iż prof. Dziekan, jako czytelnik i analityk, towarzyszył dwóm wcześniejszym
tomikom tego autora: W życiu na niby oraz Samotności. Oto,
jak odebrał on Na zawsze •
Навсегда:
Testament
Agaj-Hana
Najnowszy, dwujęzyczny, polsko-rosyjski zbiór wierszy Musy Czachorowskiego
zdecydowanie różni się od dwóch poprzednich (W życiu na niby i Samotność),
ale nie ilustruje żadnego konkretnego etapu w jego twórczości –
daty, pojawiające się pod utworami, sięgają od końca lat 80. do roku
2007. Wiąże je jednak klimat i w jakimś sensie tematyka, choć w żadnym
wypadku Na zawsze to nie tomik monotematyczny.
W stosunku do ostatnich publikacji tematyka uległa zmianie, pozostały
jednak najbardziej charakterystyczne cechy poezji Czachorowskiego –
przede wszystkim owa dotykalna niemal gęstość wypowiedzi – tak opisów,
jak i refleksji. W tatarskim kontekście motywów przeważających w
warstwie obrazowej, tomik nasuwa skojarzenia z gotycką powieścią Krasińskiego
o Agaj-Hanie (...). Te same mroczne krajobrazy, ten sam smutek i niepokój
– smutek i niepokój stepu. Czy może, jak w tytule tomu poetyckiego
polsko-tatarskiego poety Selima Chazbijewicza – mistyka – tutaj
raczej tatarskich stepów niż kresów? Motywy kresowe, litewskie, też są
tu obecne, umieszczając tatarskość zbioru w kontekście dziejów Tatarów
polsko-litewskich (...).
(...) Szczególne wrażenie mogą zrobić na czytelniku dwa wiersze w formie
japońskich haiku. W sposób doskonały poecie udało się uchwycić ową
bezczasowość i jednocześnie trwanie, charakterystyczne dla tej formy
poetyckiej. Jednocześnie dostrzegamy tutaj bez-przestrzeń: to może być
tatarski step, ale może być każde niemal inne miejsce – byle rosły
tam topole i byle był tak ktoś, dla kogo step jest żywym wspomnienie, żywą
metaforą trwania pokoleń i żywą pamięcią przeszłości. Pamięcią, która
wzrasta na tle czystego, błękitnego nieba bezkresu.
Jest zatem Na zawsze migotliwą
mozaiką obrazów i uczuć: miłości do kobiety, miłości do Boga,
szacunku dla pokoleń minionych i czułości wobec własnego potomstwa. Czułości
także – chyba – w stosunku do własnego dzieciństwa, jak w pięknym
utworze Tylko. To podróż przez step, pozostający w podświadomości i w
fizycznym doświadczeniu tatarskiego Wschodu.
Marek
M. Dziekan
Także: „Islam.
W poszukiwaniu wiedzy”
Zbyszek Dobrzyński:
"Grajkowie i waganci znad Nysy Łużyckiej"
Przedstawiam Państwu książkę autorstwa Zbyszka Dobrzyńskiego poświęconą polskim teatrom amatorskim, działającym od grudnia 1945 roku na terenie powiatu zgorzeleckiego. To fenomen historii doskonale dokumentujący wielką potrzebę kultury u ludzi przybyłych tu ze wschodu i osiedlających się na obcej im ziemi, nad Nysą Łużycką i Miedzianką. Następujące po sobie w wyniku działań wojennych społeczności lokalne poniosły wtedy najboleśniejszy koszt obalenia wrogiego ludziom hitleryzmu. Żyjący członkowie ich rodzin przez łzy cieszyli się z zakończenia drugiej wojny światowej.
Autor jest dziennikarzem. Nie pisze więc i nie stara się nawet pisać dokładnej kroniki wydarzeń. Wybiera z nurtu życia to, co ważne, co służy przyszłości. Właśnie teraz, gdy - 1 maja 2004 roku - granice między państwami w Europie przestały mieć dla nas znaczenie podziału narodowego, a właściwie państwowego, ważne jest dla niego i czytelników tego pamiętnika oraz dla wszystkich pozostałych mieszkańców Ziemi Zgorzeleckiej, by Polaków osiadłych po wschodniej stronie granicznej rzeki Nysy Łużyckiej ocenić jako ludzi wnoszących konkretny wkład do wspólnego dorobku kulturalnego całego regionu. Przykładem może być opisany konkretny dorobek uczestników amatorskiego ruchu artystycznego.
W pierwszym rozdziale książki spotykamy się z ciekawie skomponowaną polemiką odpowiadającą na pytanie - co to jest "teatr amatorski"? W dyskusji wypowiadają się: Jego Magnificencja rektor Akademii Teatralnej w Warszawie oraz przyjaciel
"teatralników" w Zgorzelcu prof. dr Lech Śliwonik, swoje oceny pisze także (niedawno odeszły od nas) krytyk teatralny red. Tadeusz Burzyński. Spór merytoryczny z nimi wywołuje autor, przywołujący do dyskusji czwartą postać - znanego nam w Zgorzelcu reżysera Mariana Szałeckiego. Panowie eksperci za cel ruchu amatorskiego stawiają dążność do wysokich osiągnięć artystycznych jego uczestników. Autor zaś uważa, że działalność ta winna służyć przede wszystkim wychowaniu ludzi do kultury. Dowcip sprawy polega na tym, że wszyscy oni mają swoją rację, zależną od wybranych właśnie dla siebie celów podejmowanej działalności. Tu, na rubieżach Rzeczypospolitej, głównym celem było przekształcenie przybyszów w społeczność lokalną mocno utożsamiającą się z regionem.
Następne rozdziały dokumentują działania artystyczne w Zagłębiu Turoszowskim, rozumianym geograficznie jako obszar od Sieniawki przez Bogatynię po powiatowy Zgorzelec. Dużo w nich faktów i wyjaśnień. Uzyskujemy nową wiedzę o społecznościach górników i energetyków Turowa. Warto zauważyć na przykład, że ci drudzy pojawili się w naszych miastach dopiero po wybudowaniu Elektrowni Turów, w początkach lat 60. ubiegłego stulecia. Dalej w książce znajdujemy krótko podaną historię teatrów funkcjonujących w Powiatowym i Miejskim Domu Kultury w Zgorzelcu oraz wspominki o teatrach w całym powiecie. Nie sposób wymienić ich wszystkich.
Środowisko energetyczne Turowa odegrało ogromnie ważną rolę w historii Ziemi Zgorzeleckiej i jej powiatowego miasta. Załogi obu przedsiębiorstw państwowych, z ich woli dzisiaj dwu spółek akcyjnych zjednoczonych w holdingu
BOT, przyczyniały się do stabilizowania, integracji i rozwoju tutejszych społeczności lokalnych. Jest to zasługa ponad wszelkie oceny. Podzielam przekonanie autora, że fakt ten był, jest i pozostanie cenny dla podkreślenia polskości tych ziem.
Ostatnie dwa rozdziały to analiza własnej twórczości teatralnej poddana publicznej ocenie. Znalazł się tam między innymi nagrodzony pamiętnik z lat świetności górniczego Teatru Młodzieży "Brygada", z której wywodzi się wiele postaci znanych w naszym regionie. Rzecz kończy "Turoszowska Ballada", reportaż sceniczny o ludziach spośród budowniczych kopalni w Turoszowie i elektrowni w Trzcińcu.
- Po co to wszystko? Autor na pytanie odpowiada w zakończeniu jednego z rozdziałów:
Za trzydzieści parę lat, jak dobrze pójdzie... - przestaną istnieć dzisiejsze podziały ludzi, zarówno ten narodowy przez granice, jak i zawodowe w społeczności lokalnej. Pozostanie w niej tylko wspomnienie o teatralnej przygodzie ich dziadków, tych "kilkudziesięciu szaleńców" z pokolenia przełomu wieków XX i XXI. Pozostanie też po nich największy skarb dzisiejszego Zagłębia - ludzie, którzy od kilkunastu lat są już kształtowani na przyszłych rozumnych i kulturalnych Europejczyków.
Dziękując Zbyszkowi Dobrzyńskiemu za kolejną zachętę do podejmowania badań nad rozwojem kultury w naszym regionie, gorąco zachęcam Państwa do przeczytania tej książki.
Mirosław Fiedorowicz
Burmistrz Zgorzelca, 2004
(Przedmowa)
...Było to może szczęście w nieszczęściu, gdyż lukę wypełniła "Brygada", powołana przez jednego z największych "szaleńców" amatorskiego ruchu teatralnego. Zespół powstał jakby na przekór rzeczywistości, w miejscu, w którym przystawał do otoczenia jak kwiat do kożucha. Tak mogło się przynajmniej wydawać komuś, kto tu przelotnie zajrzał, nadział się na scenkę rodzajową w którejś z knajp lub zajrzał na sobotnią zabawę...
- tak napisał o autorze książki jego przyjaciel Tadeusz Burzyński, krytyk teatralny, w
Scenie, w maju 1976 r.
Zbyszek Dobrzyński - ur. 14.02.1936 r. w Warszawie; pedagog, dziennikarz, działacz społeczny. Studia: w Łodzi - mgr pedagogiki (1973) i Warszawie - doktor nauk humanistycznych (1983). Autor wielu opracowań naukowych i artykułów drukowanych m.in. na łamach
Roczników Jeleniogórskich i kwartalnika Kultura Dolnośląska; długoletni redaktor górniczego
Biuletynu Turowa (do 2001), inicjator ogólnopolskich Dni Piegowatych w Zgorzelcu (1964-1968), współtwórca Turniejów Łgarzy w Bogatyni (od 1984). Twórca i reżyser Teatru Młodzieży "Brygada" działającego w Zgorzelcu w latach 1963-1983 - wydarzeniami repertuarowymi w tym teatrze były: "Pluskwa na estradzie" (wg W. Majakowskiego, 1968), "Papkinowo" (wg
Zemsty A. Fredry, 1974) oraz "Turoszowska ballada" (program cytujący listy budowniczych kombinatu Turów, 1970). Teatr był kilkakrotnym laureatem dolnośląskich i ogólnopolskich przeglądów zespołów amatorskich (m.in. w Polanicy, Wrocławiu, Płocku). Od chwili przejścia na emeryturę kierował społecznie Klubem Miłośników Melpomeny LO im. Braci Śniadeckich w Zgorzelcu. Publikacje książkowe:
Od początku na nowym (o Zgorzelcu, 2001), Płynie struga węgla (o kopalni węgla brunatnego w Turoszowie, 2002), współautor wydawnictwa
Pod stuletnią kopułą (o 100-letnim obiekcie MDK w Zgorzelcu, 2003),
Grajkowie i waganci znad Nysy Łużyckiej (2004). Autor wielu satyr, śpiewanych na karczmach górniczych. Jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk oraz International Federation of
Journalists.
Także: "Płynie struga węgla"
Anna
Fastnacht-Stupnicka:
Saga wrocławska, 74 opowieści rodzinne
"Saga wrocławska" jest zbiorem poszerzonych i uzupełnionych artykułów, które ukazywały się w "Słowie Polskim" w latach 2000-2001 w cyklu "Saga rodów dolnośląskich". Składają się na nią 74 opowieści o dziejach rodów lub poszczególnych rodzin, pochodzących z różnych regionów kraju. Łączy je jedno - ich przedstawiciele po 1945 roku osiedlili się we Wrocławiu lub na Dolnym Śląsku, wpisując się w jego najnowszą historię.
Większość sag dotyczy rodzin ziemiańskich. Są tu nazwiska znane, jak
Czartoryscy, Lubienieccy, Mańkowscy, Odrowążowie, Platerowie, Zamoyscy,
Sokolniccy, i mniej popularne, ale prawie w każdej opowieści pojawiają się postaci związane z historią Polski, zasłużone w różnych dziedzinach. Ich sylwetki i losy opowiedziane są w sposób zwyczajny, w stylu rodzinnej gawędy, zabarwionej anegdotami oraz ciekawostkami z życia codziennego i osobistego.
W publikacji wykorzystano liczne materiały archiwalne, fotografie, dokumenty, wspomnienia, dotychczas na ogół
nieujawniane.
Anna Fastnacht-Stupnicka - urodziła się i wychowała we Wrocławiu, skończyła filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, po studiach zamieszkała w Brzegu. Szlify dziennikarskie zdobywała współpracując z Rozgłośnią Regionalną Polskiego Radia w Opolu, pisząc artykuły do czasopism regionalnych, w latach 80. redagując
Prostownik, pismo podziemnej Solidarności. Od 1990 roku w Nowej Trybunie Opolskiej - najpierw kierowała sekretariatem redakcji, następnie działem społeczno-politycznym (reportaże i wywiady z politykami, m.in. pierwszy w polskiej prasie wywiad z Wachowskim i ks. Cebulą). Od 1994 roku znów we Wrocławiu. Jako dziennikarka
Gazety Wrocławskiej pojechała w styczniu 1995 r. do
Czeczenii, skąd z red. Cezarym Trytką relacjonowała pierwszy etap wojny. Pracowała następnie w redakcjach pism ogólnopolskich: krótko w
Gościu Niedzielnym oraz w Przeglądzie Pod Tytułem jako sekretarz redakcji. Współpracowała z
Ziemianinem Wrocławskim, Słowem Polskim (Saga rodów dolnośląskich),
Gazetą Poznańską. Wydała kilka broszur, np. o Franciszku Myśliwcu, działaczu polskim na Śląsku, oraz o swoim ojcu Adamie Fastnachcie, kustoszu Ossolineum, przygotowała także do druku jego prace. Obecnie współpracuje z
Panoramą Dolnośląską, w której publikuje artykuły o wybitnych postaciach związanych z Dolnym Śląskiem od najdawniejszych do obecnych czasów (Portrety z czasoprzestrzeni).

We wrocławskim Klubie Muzyki i Literatury, prowadzonym od lat przez Stefana Placka, spotkania autorskie są zawsze bardzo udane.

W Opolu spotkanie odbyło się w Miejskiej Bibliotece Publicznej.
W tym mieście autorka znana jest bardzo dobrze.
Przeczytaj więcej
o książce
Anna
Fastnacht-Stupnicka:
„Od św. Jadwigi do Marka Hłaski. Niezwykłe losy wybitnych ludzi na
Dolnym Śląsku”
Co śląską księżnę z XIII wieku, słynącą z pokutniczego życia, może
łączyć z dwudziestowiecznym pisarzem o niepozbawionej ekscesów
biografii? Zrządzenie losu. Oboje trafili do Wrocławia z odległych stron
i zżyli się z tym miastem jak z rodzinnym. Jadwiga, poślubiając śląskiego
Piasta; Hłasko, osiedlając się tutaj z matką, gdy wojna obróciła ich
dom w ruinę. Podobnie jest w przypadku pozostałych bohaterów tej książki.
Postaci wybitnych, o trwałym miejscu w historii, wyznaczonym przez ich
dokonania, twórczość bądź drogi życiowe, a zarazem związanych z Wrocławiem
lub innym miastem na Dolnym Śląsku. Ludzie różnych profesji, pochodzący
z różnych regionów, żyjący w różnych epokach. Przybyli tu z własnego
wyboru albo przypadkiem, z powodów zawodowych albo osobistych. Jedni
zatrzymali się na chwilę, inni na zawsze. A może to genius loci,
duch opiekuńczy Wrocławia, ich wszystkich tutaj pospraszał?
Aloisa Alzheimera, by został dyrektorem kliniki, Czacheritza, by zaprowadził
dyscyplinę w kłodzkim klasztorze, Jana Kasprowicza i Adama Asnyka na
studia, Mariannę, córkę króla Niderlandów, żeby zagospodarowała swe
śląskie dobra i przeżyła wielką miłość. Wśród bohaterów tej książki
jest Arnošt z Pardubic, pierwszy arcybiskup Pragi, pochowany w Kłodzku, i
Mikołaj Kopernik, wspomagany podczas studiów we Włoszech dochodami z Wrocławia,
księżniczka Feodora, wnuczka brytyjskiej królowej Wiktorii, i Hanna
Reitsch, mistrzyni przestworzy. Niektórzy, jak Wincenty Pol, Józef Ignacy
Kraszewski, Stanisław Wyspiański, tylko przemknęli przez Dolny Śląsk,
zostawiając w notatkach lub szkicowniku ślad swoich wrażeń, inni
zamieszkali tu po wojnie, bo nie mieli dokąd wracać – profesor
Witold Romer ze Lwowa, Stanisław Ryniak, pierwszy polski więzień obozu w
Oświęcimiu, Zbyszek Cybulski, harcerz z Dzierżoniowa, a potem dopiero
najpopularniejszy z aktorów.
Większość tekstów, składających się na tę książkę, ukazała się
w podobnej formie w latach 2004 i 2005 na łamach „Panoramy Dolnośląskiej”
pod wspólnym tytułem Portrety z czasoprzestrzeni. Prezentując
sylwetki wybitnych postaci, ich losy i osiągnięcia, starałam się
dostrzec w nich również zwyczajnych ludzi, którzy mieli swoje słabostki,
wrażliwość, przeżywali radości i smutki. Jak każdy z nas. Niepełna to
galeria portretów, bo też nie chodzi tutaj o przegląd wszystkich najważniejszych
postaci historycznych z Wrocławiem i Dolnym Śląskiem w życiorysie,
raczej o odkurzenie wizerunków, które lśniły kiedyś pełnią życia i
blasku, a potem zostały zapomniane.
Anna
Fastnacht-Stupnicka
(Słowo wstępne)

30 listopada 2006 r. w Miejskiej Bibliotece Publicznej Filii nr 3 przy ul.
Morelowskiego 43 na Oporowie, w ramach Wrocławskich Promocji Dobrych Książek,
odbyło się spotkanie z Anną Fastnacht-Stupnicką, połączone z promocją
jej książki „Od św. Jadwigi do Marka Hłaski. Niezwykłe losy
wybitnych ludzi na Dolnym Śląsku”. W zgodnej opinii licznie przybyłych
miłośników talentu tej autorki, dawno już nie było tutaj tak ciekawej
imprezy literackiej, czego dowodem choćby półtoragodzinna, gorąca
dyskusja o książce i pisarstwie.
Fot.
Radek Bugajski
DeFacto – Agencja
Fotograficzna
www.df.com.pl
O
książce...
Zbigniew
Fedus:
Wielki
słownik sportowy rosyjsko-polski
Большой
русско-польский
спортивный
словарь
Słownik zawiera około 50.000 terminów, połączeń wyrazowych i skrótów
z zakresu wszystkich dyscyplin sportowych, leksykę związaną z międzynarodowym
ruchem sportowym, wędkarstwem, myślistwem, sportami obronnymi oraz
terminologię z zakresu anatomii, fizjologii, psychologii sportu, masażu
sportowego, medycyny sportowej, architektury sportowej, odpoczynku,
rekreacji, turystyki, praktyki i teorii treningu sportowego, nowych
dyscyplin, które się pojawiły stosunkowo niedawno.
Hasła opracowano na podstawie rosyjsko- i polskojęzycznej literatury
sportowej, wykorzystując m.in. klasyczną literaturę sportową, podręczniki
akademickie, encyklopedie, regulaminy zawodów. Wiele haseł zaczerpnięto
ze sportowych transmisji radiowych i telewizyjnych, codziennej prasy
sportowej i wydawnictw periodycznych, referatów i doniesień na sympozjach
naukowych oraz innych publikacji pośrednio związanych z kulturą fizyczną
i sportem.
W światowym piśmiennictwie sportowym i turystycznym występuje wiele skrótów
literowych, często trudnych do rozszyfrowania. W związku z tym w odrębnym
rozdziale podano ich spis alfabetyczny oraz charakterystykę radzieckich i
rosyjskich – w tym dawnych republik ZSRR – zrzeszeń sportowych,
prasy sportowej i turystycznej.
Słownik jest adresowany do szerokiego kręgu specjalistów z zakresu sportu
i turystyki, pracowników naukowych uczelni i wydziałów wychowania
fizycznego, studentów tych szkół, trenerów i instruktorów, nauczycieli
wychowania fizycznego, tłumaczy i dziennikarzy sportowych prasy, radia i
telewizji, lektorów studiów języków obcych, wojskowych, lekarzy i
psychologów sportowych, rehabilitantów, masażystów sportowych, ale też
szerokiego kręgu czytelników interesujących się rosyjską literaturą
sportową i turystyczną, a także sportem w ogóle.
Słownik ukazał się w
serii:
SEMIOSIS LEXICOGRAPHICA, vol. XXVII
Założyciel, wydawca i redaktor serii:
Jan Wawrzyńczyk
(Instytut Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego)
Zbigniew Fedus (ur.
w 1930 r. w Medwedowcach k. Buczacza na Kresach Wschodnich), w pierwszej wywózce
10 lutego 1940 r. wraz z
rodziną deportowany do Kraju Krasnojarskiego. Na Syberii pracował jako kąpielowy,
ciął drewno, rybaczył i polował, na Ukrainie zaś był pomocnikiem
szofera i kombajnisty, traktorzystą, ale też szewcem. Z mamą i siostrą
wrócił do kraju w lutym 1946 r. Wraz z ojcem zdemobilizowanym z I Armii WP
zamieszkali w Potaszni w powiecie milickim. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego.
Emerytowany nauczyciel akademicki, filolog, leksykograf, publicysta,
instruktor fotografii. Autor kilkuset artykułów i tłumaczeń, opracowań
i recenzji, obejmujących różnorodną tematykę: od II wojny światowej
poczynając, na wędkarstwie kończąc. Jest autorem m.in.: Podręcznego
rosyjsko-polskiego słownika sportowego
i Podręcznego polsko-rosyjskiego
słownika sportowego,
trzech skryptów Język rosyjski
dla studentów AWF.
W 1998 r. w Bibliotece Zesłańca wydał
książkę Syberia wryta w pamięć
dziecka wyróżnioną przez Instytut Zachodni i Ośrodek KARTA. Jest
też autorem patentu na produkcję czarnego ziarnistego kawioru z mięsa
ryb.
Odznaczony
m.in. Honorową Odznaką Sybiraka, Krzyżem Zesłańców Sybiru, Złotym
Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Czytaj więcej...
Także: "Wielki
słownik sportowy polsko-rosyjski"
Także: "Siatkówka.
Słowniczek rosyjsko-polski"
PRZEDMOWA
Ponad ćwierć wieku temu, w 1979 roku, ukazał się we Wrocławiu, nakładem
tamtejszej Akademii Wychowania Fizycznego, Zbigniewa Fedusa Podręczny
rosyjsko-polski słownik sportowy. Książka została wydana bardzo
skromnie (tekst powielono z maszynopisu), co nie umniejszało jej wartości
merytorycznej, gdyż była ona w dziejach polskiej leksykografii drugim
dopiero – po wielojęzycznym Słowniku sportowym, opublikowanym
w 1959 r. przez Biuro Organizacyjne II Międzynarodowych Igrzysk Sportowych
Młodzieży w Warszawie – obszernym, zaktualizowanym, fachowym
opracowaniem rosyjsko-polskich relacji przekładowych w sferze terminologii
sportu i dyscyplin pokrewnych. Autor, wykładowca języka rosyjskiego we
wrocławskiej AWF, mający w swym bogatym dorobku m.in. podręczniki języka
rosyjskiego dla studentów wychowania fizycznego, opracował przekładowo
ok. 22.000 terminów i skrótów dotyczących najrozmaitszych dyscyplin
sportowych, kultury fizycznej, rekreacji i turystyki.
Nie tylko kronikarski obowiązek nakazuje mi odnotować, że Podręczny
rosyjsko-polski słownik sportowy został uhonorowany nagrodą
indywidualną Przewodniczącego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i
Sportu (ważnej instytucji państwowej ówczesnej Polski). Sam Autor
przechowuje w swej wdzięcznej pamięci także nazwiska profesorów
Aleksandra Barańskiego, rektora AWF we Wrocławiu, oraz Ludwika
Grochowskiego i Stanisława Kochmana, recenzentów wydawniczych, których życzliwość
i merytoryczna pomoc przyczyniły się do powstania słownika, natychmiast
zauważonego przez prasę krajową, w tym gazety sportowe. Użyteczność
praktyczna pracy Zbigniewa Fedusa była oczywista, odnotować też należy,
iż również językoznawcy, rusycyści sięgnęli po to dzieło – zwłaszcza
badacze porównujący systemy terminologiczne języka rosyjskiego i
polskiego.
Bardzo dobrze się stało, że Zbigniew Fedus nie porzucił pracy
leksykograficznej, lecz wytrwale ją kontynuował, przez następne dziesięciolecia
doskonaląc, rozbudowując i modernizując swoje dzieło z 1979 r. Efektem
tych trudów miłośnika języka rosyjskiego – leksykografa praktyka
jest niniejszy Wielki słownik sportowy rosyjsko-polski, wyróżniający
się znaczną objętością, zawierający ok. 50.000 terminów i połączeń
wyrazowych. Jest to współcześnie najobszerniejszy opis przekładowy
terminologii sportowej języka rosyjskiego i polskiego; będzie on stanowił
w dziejach polskiej leksykografii dwujęzycznej niewątpliwie bardzo istotny
rozdział; ma też Zbigniew Fedus, ze swym niezwykłym życiorysem –
przez Niego samego plastycznie opisanym i bogato udokumentowanym w książce
Syberia wryta w pamięć dziecka (Warszawa – Wrocław 1997)
– miejsce w planowanym przeze mnie Słowniku
polskich leksykografów.
Jan
Wawrzyńczyk
Fragment recenzji:
(...) Duża wartość [słownika] polega na tym, że autor skupił się na tłumaczeniu znaczenia pojęć, które nie mają odpowiedników w języku
polskim. Wymagało to dużego nakładu pracy polegającej na konsultacjach ze specjalistami poszczególnych dziedzin kultury fizycznej lub wiedzy ogólnej. Dlatego też pojęcia te stanowią też funkcję poznawczą.
(...) Biorąc pod uwagę zakres i wysoki poziom oraz fakt, że nie ma tego typu słownika, uważam, że zapełni on choć w części wielki brak tego rodzaju opracowania.
Prof. dr hab. Marian Golema
AWF Wrocław
Zbigniew
Fedus:
„Syberia wryta w pamięć dziecka”
Przez lata o masowych deportacjach i zsyłkach, o egzekucjach i przymusowej
niewolniczej pracy, o niespotykanym w dziejach ludzkości głodzie na
Ukrainie i ofiarach kolektywizacji wsi, o prawie sześciuset tysiącach
leningradczyków, którzy zmarli śmiercią głodową podczas oblężenia
miasta, o działalności Czeka i NKWD, o ofiarach budowli socjalizmu i GUŁAG-ach,
o zbrodni katyńskiej – dowiedzieć się można było przede wszystkim
z zachodnich rozgłośni radiowych. Rzadziej z powielaczowej literatury
wspomnieniowo-łagrowej pojawiającej się w drugim obiegu. (…)
„Nieludzka ziemia” była przeznaczona i dla swoich, i dla
obcych. Budowany nowy system podobny był do walca drogowego, który miażdżył
wszystkich i wszystko, co znalazło się na jego wyboistej drodze. Niszczył
z czasem i tych, którzy ten system budowali. (…)
Wiem, że książka ta jest jedną z wielu opisujących zesłańczy los
polskich dzieci. Starałem się jednak o to, by mimo upływu lat od czasu,
gdy przyszło mi żyć w syberyjskiej głuszy, nie uronić nic, co składało
się na moje życie. Jest więc w książce pokazana miłość Matki i Ojca
do swych dzieci. Jest chwila rozstania z Ojcem, który „poszedł”
na wojnę. Jest walka o byt, zbieranie leśnego runa, łowienie ryb,
„polowanie” na łosie, ale też na wróble i wrony. Wreszcie
jest kradzież żywności i innych rzeczy, by tylko utrzymać się przy życiu.
Słowem, Syberia wryta w pamięć
dziecka jest obrazem, który najbardziej utrwalił się małemu naonczas
chłopcu. Ten obraz niosę ku Wam, Drodzy Czytelnicy, wierząc, iż pozwoli
on lepiej zrozumieć – dla wielu – czym było zesłanie, a dla
tych, którzy je przeżyli, będzie jakąś cząstką ich własnego losu.
Losu, którego opisać nie zdołali, bojąc się często powrotu do wspomnień
lat wojny lub – po prostu – niestety, nie zdążyli…
Zbigniew
Fedus
(Zamiast
wstępu)
O książce
Świadkowie
historii
Barbara
Folta:
Tadeusz Zastawnik – człowiek Polskiej Miedzi
Bohater monografii Barbary Folty to legenda Polskiej Miedzi. Dr inż.
Tadeusz Zastawnik – honorowy obywatel m. Lubina – urodził się
16 marca 1922 r. w Trzebini. Dyplom inżyniera budownictwa lądowego uzyskał
na Politechnice Gliwickiej, a w 1964 r. otrzymał tytuł magistra ekonomii w
Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach. Trzykrotnie przebywał na Dolnym
Śląsku w roli naczelnego dyrektora odpowiedzialnej placówki.
Z przemysłem miedziowym związany jest po raz pierwszy w 1951 r., kiedy
jako świeżo upieczony absolwent objął posadę dyrektora inwestycyjnego z
jednoczesnym pełnieniem obowiązków dyrektora zatopionej w czasie wojny
kopalni „Konrad” i kierował jej pracą przez trzy lata do
chwili uruchomienia produkcji.
Po raz drugi w dniu 1 sierpnia 1962 roku został dyrektorem generalnym
Kombinatu Górniczo-Hutniczego Miedzi w Lubinie (późniejszej Polskiej
Miedzi SA). Funkcję tę pełnił przez 13 lat. Okres zarządzania firmą
przez dyrektora Zastawnika zaliczany jest do budowy od podstaw polskiego
przemysłu miedziowego, w oparciu o odkryte w 1957 r. złoża rud w rejonie
Lubina i Polkowic. Za jego czasów oddano do eksploatacji kopalnie
„Lubin”, „Polkowice” i „Rudna”,
uruchomiono Hutę Miedzi Głogów I oraz kompleks zakładów zaplecza
miedziowego, usługowego i naukowo-badawczego. Dzięki odważnym decyzjom
wynikającym z wiedzy i doświadczenia doprowadził do szybkiego opanowania
zagrożeń naturalnych przy budowie pierwszego szybu oraz skrócenia czasu
budowy kopalń. Był promotorem wdrożenia nowoczesnej techniki w górnictwie
i hutnictwie miedzi, które przynoszą korzyści do chwili obecnej.
Po raz trzeci – jako dyrektor naczelny Zakładów Badawczych i
Projektowych Miedzi CUPRUM. Centrum to powołane zostało z jego inicjatywy
początkowo jako zamiejscowy oddział Biura Projektów BIPROMET w
Katowicach, a następnie jako samodzielna placówka badawczo-projektowa dla
KGHM. Dyrektorem tej placówki był w latach 1986-1990.
Obecnie Tadeusz Zastawnik mieszka w Warszawie, ale kilka razy każdego roku
uczestniczy w ważnych uroczystościach w dolnośląskim zagłębiu
miedziowym. Warto tu zacytować fragmenty posłowia z ostatniej strony książki:
Jest rok 2004. 7 maja w hucie „Głogów”
wszyscy hutnicy KGHM świętują Dzień Hutnika – flagi i poczty
sztandarowe, zaproszeni goście, prezes KGHM w górniczym mundurze, obok
niego w cywilnym garniturze dr inż. Tadeusz Zastawnik. Ktoś mówi: TO
IDZIE NASZA HISTORIA!
Barbara Folta pierwsze nagrania wywiadów z dr. Tadeuszem Zastawnikiem zaczęła
gromadzić w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku – początkowo
dla Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu, a następnie dla powstającego
od 1962 roku wrocławskiego Ośrodka TV. Autorka wykorzystała także
wspomnienia rodziny i współpracowników, fotografie ze zbiorów
prywatnych, archiwalia oraz artykuły z prasy lokalnej i ogólnopolskiej.
Obok głównego bohatera w książce występuje także cała plejada jego
współpracowników.
Nie zabrakło również wspomnień o ludziach przedstawiających na łamach
prasy, w eterze i na ekranie bohaterów i twórców Polskiej Miedzi. Są to
nasi wieloletni koledzy dziennikarze, m.in.: Maksymilian
Kubica, Józef Wolny, Józef Świtalski, Jan Szatsznajder, Ryszard Pollak,
Stanisław Wolniewicz, Tadeusz Szwed.
Barbara Folta – urodzona w
Jaśle, po studiach dziennikarskich na Uniwersytecie Jagiellońskim pracowała
w Polskim Radiu we Wrocławiu, a następnie od grudnia 1962 roku we Wrocławskim
Ośrodku TVP. Obecnie redaguje ilustrowany kwartalnik "Spotkajmy się
we Wrocławiu".
Pierwsze nagrania wywiadów z LUDŹMI POLSKIEJ MIEDZI zaczęła gromadzić
od początku powstania KGHM, a pierwsze reportaże na antenie TVP realizowała
wraz z operatorami filmowymi Tadeuszem Zielińskim, Jerzym Pyrkoszem i
Romualdem Klonowskim i dźwiękowcami Ryszardem Wysockim i Erykiem Sławińskim
przy współpracy z oświetlaczami z Wrocławskiej Wytwórni Filmów, gdyż
w tych latach do głębionych szybów trzeba było transportować duży, ciężki
sprzęt filmowy.
Drugą pasją reporterki jest i było lotnictwo oraz organizacja rajdów
lotniczych wraz z Aeroklubem Polskim i PLL Lot. W archiwum radiowym i
telewizyjnym znaleźć można jej wywiady nagrane za granicą z mieszkającymi
po wojnie na emigracji lotnikami, pisarzami i sławnymi malarzami, których
nazwiska wpisane są w historię kultury i nauki polskiej
Opinie
o książce
Wiesław
Gałązka, Andrzej Krywicki:
"Nie wystarczy być... czyli od zera do lidera"
|

|
TO
nie JEST tylko INSTRUKCJA dla POLITYKÓW!!!
JAK POZNAĆ SWOJE MOŻLIWOŚCI?
JAK PRZEKONUJĄCO MÓWIĆ?
JAK BUDZIĆ ZAUFANIE WYGLĄDEM?
JAK PLANOWAĆ KARIERĘ POLITYCZNĄ?
JAK POZNAĆ WYBORCĘ?
JAK ZROZUMIEĆ WŁASNY PROGRAM?
JAK RADZIĆ SOBIE Z WROGAMI I PRZYJACIÓŁMI?
JAK POZYSKAĆ SYMPATIĘ MEDIÓW?
JAK ZROBIĆ SKUTECZNĄ KAMPANIĘ?
JAK BYĆ ZWYCIĘZCĄ?
JAK ZROBIĆ TO WSZYSTKO ŹLE?
JAK ZROBIĆ TO WSZYSTKO DOBRZE?
100 PYTAŃ TESTOWYCH
100 PORAD DLA AMATORÓW I ZAWODOWCÓW
CYTATY PRZYDATNE W WYSTĄPIENIACH PUBLICZNYCH |
TO
POWINNI WIEDZIEĆ POLITYCY, KANDYDACI NA POLITYKÓW I WYBORCY!!!
Wiesław Gałązka – dziennikarz i publicysta, wieloletni dyrektor kreatywny w
agencjach reklamowych, ekspert w zakresie prawa i etyki reklamy, public
relations i mediów. Doradca medialny w sztabach wyborczych różnych
ugrupowań politycznych w latach 2000, 2001 i 2002. Prowadzi zajęcia w
Podyplomowym Studium Komunikowania i Kreacji Wizerunku Publicznego w
Instytucie Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Andrzej
Krywicki
– wydawca literatury popularnonaukowej i wydawnictw artystycznych.
Prowadzi agencję reklamową. Specjalista w zakresie marketingu
politycznego. Działacz polityczny i społeczny. Od lat 90. aktywnie
uczestniczył w pracy wielu sztabów wyborczych, w których sprawował
funkcje kierownicze lub doradcze. Nadzorował
kampanie i przedsięwzięcia medialne oraz organizował szkolenia kandydatów
Opinie
i recenzje
Elżbieta
Gargała, Danuta Góralska, Teresa Misior-Zalewska, Wiesława Raczkiewicz:
„Kareta dam”
Termin „poezja kobieca” drażni i wywołuje uśmieszek na
ustach, ciągle jednak funkcjonuje. Bywa odczytywany jako sygnał inności,
na którą patrzy się z pobłażaniem – coś w rodzaju „przypadłości”
albo „słabości” kobiecej. Z drugiej strony, działa on niejako
automatycznie na oznaczenie czegoś miękkiego, delikatnego, może z lekka
sentymentalnego, i w tym punkcie zbliża się w swej konotacji do
„zniewieścienia”, o którym mówi się niekiedy, mając na
uwadze niezbyt męskie zachowania bohaterów wierszy pisanych przez panów.
„To jest takie kobiece” – mówi się wówczas i stają za
tym utrwalone w kulturze mniemania dotyczące funkcji, ról, zachowań, póz
i min. Pojawiają się również próby hierarchizowania w obrębie „płci
pisania” i zdarza się czytać w recenzjach, że ta i ta autorka nie
ma sobie równej „w obrębie liryki kobiecej”. Domyślamy się
wobec takiego zawarowania, że gorzej wypadłaby na tle piszących mężczyzn.
Przekora podpowiada nam wówczas obraz jakiejś drugiej ligi, która w
przeciwieństwie do niebotycznej ligi męskiej, gromadzi niezrealizowane w
swych samiczych funkcjach kobiety piszące.
Biorąc to pod uwagę, chciałem zaproponować jakiś rodzaj
„nieuprzedzonego spojrzenia” na wiersze czterech wałbrzyskich
poetek, które postanowiły wystąpić przed czytającą publicznością w
zespole, w grupie. I być może jest to w moim wykonaniu „rodzaj samobójstwa”,
bo tak naprawdę, cóż facet może wiedzieć o kobiecie, i to w dodatku o
„kobiecie piszącej”? Tutaj mamy cztery osobowości uzupełniające
się i tworzące razem swoistą, bardzo ciekawą całość, podobną do
mitycznego bóstwa żeńskiego o czterech twarzach. Jako krytyk
„podchodzę cicho i czytam”, rzucając spojrzenia zza ramienia.
I to jest tak, jakbym dotykał kobiecego ciała, albowiem w wielu tekstach
mamy do czynienia z niesamowitym stopniem duchowej nagości, obnażenia, odsłonięcia
się. Nie wiem, na ile ta szczerość jest kontrolowana i zamierzona, nie
mnie o tym wyrokować. Chodzi także o to, że sam proces pisania nasycony
jest w tym sposobie poetyckiego punktu widzenia aspektem prawie cielesnym i
kojarzy się raz jako akt prokreacji, to znów jako akt rodzenia, a kartka
papieru wyobrażona jest tu na podobieństwo żywej, delikatnej, nadwrażliwej
skóry, na której bezceremonialny świat wypisuje swoje okrutne
esy-floresy. Jak pisze Wiesława Raczkiewicz, chodzi o wybór samobójstwa,
rodzaj ryzykownego układania się ze światem, w wyniku którego
niezapisana kartka wydaje się niebezpieczną głębią, niepewną przepaścią.
Z kolei Teresa Misior-Zalewska uważa, że poezja jest procedurą
cierpliwego wyłuskiwania poezji z szarej materii codzienności. W wielu
tekstach tej książki podkreśla się intymność, prawie biologiczną,
tego procesu. Intymność połączoną z poczuciem osamotnienia i
odrzucenia. Poetki „rodzą” w samotności i rodzą się z
samotności, rodzą się w nocy, gdy „Pan Bóg zamyka oczy”, jak
to trafnie ujęła w swym wierszu Elżbieta Gargała. Po co więc piszą,
skoro z tą czynnością skojarzony jest ból i cierpienie? Bardzo ujmująco
odpowiedziała na to pytanie Danuta Góralska: „Wiersz pomaga mi żyć,
a ja pomagam mu przyjść na świat”. Muszą to robić, choć jest to
zajęcie ryzykowne i niepewne, a w cytowanym wierszu Raczkiewicz poetycko
utożsamiane z samobójstwem. To nadaje ich życiu dodatkowy, niekiedy nadrzędny,
sens, to porządkuje istnienie, które na co dzień wydaje się chaotyczne i
bezsensowne. Dopiero w chwili poetyckiej zadumy szczeliny spękanego świata
zaczynają nabierać stosownego blasku i wszystko wydaje się wracać na
swoje przyrodzone miejsce.
To w końcu jak? – Jest poezja kobieca czy jej nie ma? Słyszałem, że
na jakiejś uroczystości w Poznaniu, podczas której wręczono Wisławie
Szymborskiej nagrodę za dorobek, konsekwentnie zwracano się do niej per
„poeta”, dając do zrozumienia, że w tym przypadku doszło do
opuszczenia wstydliwych konotacji związanych ze słowem
„poetka”. Uważam, że prezentowane tu wałbrzyskie poetki nie
mają się czego wstydzić, a nawet wręcz przeciwnie.
Karol
Maliszewski
(„Rodzaj
samobójstwa”)
Elżbieta
Gargała – urodziła się w Zgierzu. Pracuje jako dziennikarka w Tygodniku
Wałbrzyskim. Nagrody i wyróżnienia na konkursach poetyckich.
Publikacje w tomikach pokonkursowych, w Almanachu
Wałbrzyskim i w prasie lokalnej.
Danuta
Góralska – urodziła się w Morągu. Od 1970 mieszka w Wałbrzychu.
Pracuje w wałbrzyskim oddziale Banku PKO BP. Zadebiutowała w roku 1977 w
wałbrzyskim Almanachu
Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Wielokrotna laureatka konkursów
poetyckich. Publikacje: prasa, tomiki pokonkursowe, Almanach Wałbrzyski.
Teresa
Misior-Zalewska – urodziła się w Wałbrzychu. Pracuje jako
dziennikarka Tygodnika Wałbrzyskiego.
Wyróżnienia na konkursach poetyckich. Publikacje: prasa, tomiki
pokonkursowe.
Wiesława
Raczkiewicz – mieszka w Świebodzicach. Laureatka wielu konkursów
poetyckich. Publikowała w prasie, tomikach pokonkursowych, Almanachu
Wałbrzyskim.
Olaf
Honsza:
„Stosunek pozytywny”
Główny bohater tej uroczej, mieszczańskiej bajki to człowiek na
eksponowanym stanowisku, mąż swej żony i ojciec swojego syna, czyli szczęśliwy
posiadacz sporego kawałka oswojonej przestrzeni życiowej. Amadeusz Piotr
Niebiański nie jest szpiegiem, podróżnikiem ani słynnym wynalazcą
maszyny wiążącej krawaty (zresztą, po co? Sam robi to znakomicie). To
mieszczanin doskonały, zarówno w hipermarkecie, jak i w papciach przed
telewizorem. Wie, jaka woda toaletowa jest na topie, co wypada przeczytać,
co obejrzeć w kinie i jak utrzymywać dobry kontakt z licznym gronem
przyjaciół. Co więcej, wie jak bez naruszania obyczajowej konwencji
pofolgować tej nie do końca reformowalnej, hedonistycznej cząstce duszy,
pożądającej perwersji i adrenaliny. Jest bystrym obserwatorem i żywiołowym
komentatorem konsumpcyjnej rzeczywistości, najczęściej w zacisznym wnętrzu
własnych szarych komórek, co w połączeniu z alkoholem przekłada się na
niezwykle sugestywne sny. Czy prawdziwy romans pomoże jego artystycznej
duszy swobodniej kreować swoje wizje? Jak uniknąć schizofrenii, pożądając
jednej kobiety i jednocześnie pragnąc bliskości drugiej? I wreszcie
– w wątku sensacyjnym – czy największy adwersarz jest prawdziwą
szują?
Na te i inne pytania usiłuje odpowiedzieć Amadeusz – Mad, snując
autoironiczną opowieść o swoim życiu. Ciekawa narracja w pierwszej
osobie, płynne przejścia od głębokich problemów egzystencjalnych do
szczegółów fizjologicznych i odwrotnie, dynamiczne opisy stresujących
sytuacji i spontanicznych rozwiązań sprawiają, że książka ta jest
znakomita zarówno do czytania w pociągu, jak i wieczorem, w ciepłym
fotelu. Stosunek pozytywny adresowany jest jednak przede wszystkim do
ludzi tolerancyjnych, otwartych i niepozbawionych poczucia humoru!
Olaf Honsza. Urodził się i mieszka we Wrocławiu, gdzie ukończył
prawo na tutejszym uniwersytecie. Po studiach pracował w archiwum państwowym,
następnie jako redaktor w Wieczorze Wrocławia. Jest członkiem
Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. W latach 90. współpracował z kilkoma
regionalnymi czasopismami, był menedżerem, prowadził działalność
gospodarczą związaną z mediami oraz doradztwem personalnym. Od 1997 roku,
przez siedem lat, pełnił funkcję dyrektora administracyjnego w
Akademickim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu. Obecnie zajmuje się
konsultingiem prawnym i medycznym.
I czasami coś pisze…
O książce
Jerzy
Jacyszyn:
Wykonywanie wolnych zawodów w Polsce
Wolny zawód jest pojęciem często używanym w literaturze i praktyce
gospodarczej, jednak – jak do tej pory – nie ma definicji
normatywnej. W doktrynie krajowej i zagranicznej toczy się dyskusja wokół
pojęcia wolnych zawodów i kryteriów, które identyfikowałyby to określenie.
Obecnie zagadnienie wolnych zawodów jest regulowane w wielu odrębnych
aktach prawnych, które dotyczą wybranych wolnych zawodów, nie stanowiąc
zamkniętej ich listy.
Problematyka wolnych zawodów dotyczy spraw o rozmaitych wątkach wywodzących
się nie tylko z prawa, ale także gospodarki, socjologii oraz innych
dyscyplin nauki i praktyki gospodarczej. Powoduje to powstanie wielu
zagadnień spornych, m.in. pytania, czy problematyka wolnych zawodów nie
powinna zostać uregulowana w jednym akcie prawnym, pozostawiając
zagadnienia szczegółowe w kompetencji korporacji samorządowych, które
powinny przejmować w coraz większym stopniu zadania państwa w sprawach
określonych grup zawodowych.
Autor
o swojej książce
Bohdan Krakowski (red.):
Wrocław. Turystyka bez barier
Staraniem Regionalnej Spółdzielni Usług Rehabilitacyjno-Socjalnych "Resurs"
ukazał się przewodnik turystyczny dla osób mających problemy z poruszaniem się... lecz nie tylko. "Resurs"
od 12 lat zajmuje się organizacją turystyki - głównie dla osób niepełnosprawnych - i prowadzi turnusy połączone z rehabilitacją leczniczą i społeczną.
Wydanie przewodnika jest uwieńczeniem działań, jakie podejmowano w 2003 roku, który został ogłoszony Europejskim Rokiem Osób Niepełnosprawnych. Książka ta otwiera szeroko drzwi osobom mającym kłopoty z poruszaniem się. Wydawca ma nadzieję, że jej czytelnicy skorzystają także z bogatych informacji historycznych i turystycznych o Wrocławiu, a wiele z nich odkryje to miasto dla siebie od nowa.
Wydawnictwo przygotował od strony redakcyjnej Bohdan
Krakowski – laureat pierwszego konkursu "Dobre Praktyki"
zorganizowanego w 2005 r. przez Wrocławski Sejmik Osób Niepełnosprawnych
(za rozwijanie kajakarstwa wśród młodzieży), dziennikarz od wielu lat zajmujący się we wrocławskich gazetach tą problematyką (m.in. pełnokolumnowe dodatki do "Słowa Polskiego", a później "Słowa Polskiego • Gazety Wrocławskiej). Trasy opracowała Katarzyna
Halla, zaś mapy Maciej Zwoliński.
Warto przybliżyć nieco treść przewodnika według rozdziałów: "Nieco o historii i dniu dzisiejszym miasta", "Trasy turystyczne godne zaliczenia", "Mosty spoiwem miasta", "Pomniki polskiego Wrocławia", "Wrocław przyjazny osobom niepełnosprawnym", "Informacje różne, ale przydatne".
Władysław Rudak
Przeczytaj
o drugiej części: "Okolice
Wrocławia. Turystyka bez barier"
Przeczytaj o książce:
"Kajakiem
po Odrze we Wrocławiu"
Przeczytaj
o przewodniku: "Kajakiem
po Odrze z Wrocławia do Głogowa"
Bohdan
Krakowski:
„105 tras spacerowo-turystycznych po Dolnym Śląsku”
(Przewodnik dla niepełnosprawnych)
Publikacja Bohdana Krakowskiego, który jest autorem także kilku
innych przewodników po regionie (patrz wyżej) to pierwsza tego typu książka
w Polsce. Każda trasa, bardzo szczegółowo opisana, zawiera informacje o
okolicy, przydatne adresy i numery telefonów urzędów, placówek
medycznych, dworców kolejowych i autobusowych. Każdą z nich autor
konsultował z osobami niepełnosprawnymi. Do przewodnika dołączona jest
mapa dolnośląskich tras i obiektów turystycznych. Książkę wydał Urząd
Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego oraz Dolnośląska Organizacja
Turystyczna.
Każdy, a więc także osoba niepełnosprawna, powinien dbać o swój stan
zdrowia. Służą temu m.in. różne formy rekreacji, a nade wszystko
spacery i turystyka na świeżym powietrzu. Turystyka stanowi uzupełnienie
rehabilitacji leczniczej, zawodowej i społecznej. Zmusza do pokonywania
przeszkód w terenie, wyrabia samodzielność i czyni osobę niepełnosprawną
bardziej otwartą na kontakty ze światem zewnętrznym. Można więc
stwierdzić, że aktywność ruchowa w ogóle zaspokaja pragnienia ludzi do
poznania własnej wartości, zaskarbienia uznania w środowisku, tworzenia
więzi społecznych czy kompensowania ułomności wynikających z wszelkich
dysfunkcji organizmu.
Wszystkim tym celom – szansie na ciekawsze życie osobom sprawnym
inaczej – służy z powodzeniem omawiana książka, zwłaszcza że w
regionie ciekawych i dostępnych miejsc nie brakuje. Ponadto omawiane trasy
mogą być przydatne również osobom starszym oraz rodzinom z małymi dziećmi.
Jeśli zaś wydawnictwo to wpadnie w ręce osób zdrowych, może zachęci je
prostowania niektórych dróg i obniżania krawężników lub likwidacji
schodów.
W prezentacji przewodnika, która odbyła się 17 lipca 2007 r. we Wrocławiu
na Ostrowie Tumskim, wziął udział marszałek województwa dolnośląskiego
Andrzej Łoś oraz wrocławski poseł Platformy Obywatelskiej Sławomir
Piechota, który sam porusza się na wózku.
Bohdan Krakowski jest osobą niepełnosprawną od lat młodzieńczych po
ciężkiej kontuzji nogi podczas szkolnych zawodów sportowych w 1952 r.
Mimo długiego leczenia szpitalnego ukończył studia ekonomiczne w
Poznaniu, a także podyplomowe na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu.
Przepracował zawodowo 48 lat, w tym aż 33 lata na stanowiskach
kierowniczych w przemyśle energetycznym i w budownictwie. Zawsze był związany
ze sportem i turystyką, a od 1992 r., po przejściu na rentę inwalidzką,
aktywnie działa w środowisku osób niepełnosprawnych. Przez 8 lat
redagował dodatek specjalny dla niepełnosprawnych POMOCNA DŁOŃ w Słowie
Polskim i nadal współpracuje z wieloma czasopismami zajmującymi się
tą problematyką. Działa w zrzeszeniu START i w Oddziale Wrocławskim
PTTK. Opracował już 5 przewodników turystycznych dla osób niepełnosprawnych,
w tym 2 kajakowe. W 2005 r. założył Integracyjny Klub Kajakowy Osób
Niepełnosprawnych KAPOK, którego jest prezesem. Za swą działalność
zawodową i społeczną, głównie wśród młodzieży, wyróżniony został
wieloma odznaczeniami branżowymi, sportowymi, regionalnymi i państwowymi,
m.in. Brązowym, Srebrnym i Złotym krzyżami zasługi, a w 1992 r. Krzyżem
Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Marszałek Andrzej Łoś: – Na Dolnym
Śląsku mamy około 450 tysięcy osób
niepełnosprawnych, co stanowi 15 proc. populacji regionu. Także ci mieszkańcy
potrzebują poprawy dostępu do atrakcji turystycznych, ale i
informacji o tym,
gdzie bezpiecznie mogą dotrzeć.

Poruszająca się na wózku wrocławianka
Agata Jabłońska (użyczyła swego wizerunku
na okładkę przewodnika) podkreśliła, że będzie można teraz szybciej
zaplanować spacer
czy podróż, a zaprezentowane trasy są bardzo dobrze zharmonizowane
z ograniczeniami niepełnosprawnych.

Promocja przewodnika w Szklarskiej Porębie.
Zdjęcia:
Stanisław Francuz
www.interior.net.pl
"105
miejsc bez barier" – TVP
Wrocław
"Dolny
Śląsk – przewodnik"
"Zabytki
bez barier" – SP•GW (PDF)
O
przewodniku
Krzysztof
Kucharski:
„Burzyński na tropach teatru jednego aktora”
Trzymając się najszerzej
znaczenia słowa wyborca (w końcu i przede wszystkim to ktoś, kto kogoś
wybiera), pozwoliłem sobie wybrać dziesiątki cytatów z publicystycznego
dorobku mojego redakcyjnego kolegi, wybitnego polskiego krytyka teatralnego,
wziętego publicysty kulturalnego i znakomitego felietonisty Tadeusza
Burzyńskiego używającego pseudonimu, skrótu od swojego nazwiska
– Buski. […]
Proszę
mi już teraz wybaczyć, że będę pisał o autorytecie, redaktorze
Tadeuszu Burzyńskim, per Tadeusz, Tadzio, „Prymus”, „Nasz
Główny Specjalista”, wreszcie „Klasyk Gatunku”, ale tak
zwracała się do Niego lub mówiła za Jego plecami dziennikarska brać. W
tych pozornych przezwiskach więcej było podziwu i zazdrości niż złośliwości
czy ironii. No i trochę żartu. Tadzia naprawdę szanowali wszyscy.
[…]
Ta
praca nie ma charakteru naukowej dysertacji, a jest specyficznym esejem, którego
celem było pokazanie procesu oswajania nowego zjawiska, jakim na początku
był dla nas teatr jednego aktora oraz próbą zdefiniowania idealnej formy
tego teatru, czy też pokazania, jak rosły oczekiwania wobec najmniejszych
teatrów. Moje wtręty służą tylko i wyłącznie temu, żeby to nie był
suchy zbiór cytatów.
Fakt,
iż tej definicji czy recepty będziemy dociekali akurat w Tadeusza Burzyńskiego
twórczości dziennikarskiej ma bardzo proste wytłumaczenie. Nikt poza Nim
nie zajmował się tym ruchem od samego początku. Nikt też poza Nim nie poświęcił
temu zjawisku w teatrze tyle uwagi. Nikt poza Tadeuszem nie próbował ogarnąć
fenomenu teatrów jednego aktora krytyczną refleksją, nazwać kryteria,
jakimi trzeba się posługiwać, przyglądając się na scenie monodramom.
[…]
To,
co zaraz przeczytacie – mam nadzieję jednym tchem – będzie o
powszechnie dziś znanym, zaakceptowanym, uprawianym pod różnymi szerokościami
geograficznymi wyjątkowym, odrębnym gatunku teatralnym. […]
Wyborca Kucharski
„Słowo
wyborcy”
Krzysztof Kucharski – dziennikarz
Polska • Gazeta Wrocławska,
krytyk teatralny. Debiutował recenzją z „Pepsi” Victora w reżyserii
Haliny Dzieduszyckiej w maju 1973 roku. Publikuje w wielu czasopismach,
komentuje spektakle w lokalnym programie TVP „Rewolwer
Kulturalny”. Laureat nagrody warszawskiego Towarzystwa Kultury
Teatralnej w kategorii krytyki teatralnej za rok 1997 i dolnośląskiej
nagrody im. Tadeusza Szweda – Dziennikarz
Roku 2003. Autor „Podróży w labiryncie gestu” w albumie Wrocławski
Teatr Pantomimy 50 lat (2007). Od ponad czterdziestu lat związany z
ruchem teatrów jednego aktora, jeden z ojców założycieli WROSTJA.
Antoni
Kuczyński (red.):
„Polacy
w nauce, gospodarce i administracji na Syberii w XIX
i na początku XX wieku”
Udostępniany
Czytelnikom tom pt. Polacy w nauce, gospodarce i administracji na Syberii
w XIX i na początku XX wieku stanowi pokłosie obradującej jesienią
roku 2006, w gościnnych progach „Domu Polonii” w Pułtusku,
kolejnej konferencji poświęconej tematyce syberyjskiej. Zawiera on 43
studia i artykuły, w sporej części mające charakter pionierski, poświęcone
zarówno zagadnieniom już zadomowionym w tradycji badawczej, zwłaszcza jeśli
chodzi o kwestię wkładu polskich uczonych w dziedzinę badań nad kulturą,
geografią, geologią czy florą i fauną Sybiru […], jak i
problematyce rozpoznanej dotąd słabo, a związanej z działalnością
Polaków, zazwyczaj niebędących więźniami politycznymi, w różnych
agendach rządowych bądź w sferze gospodarczej. W wielu tekstach losy zesłańców
splatają się z biografiami ludzi, którzy pobyt na Syberii wybrali
dobrowolnie, w niektórych bohaterami stają się prawie wyłącznie ci
drudzy. W sumie ta wielogłosowa narracja historyczna tworzy nową opowieść
o bytności Polaków na Sybirze, przede wszystkim w okresie pomiędzy
powstaniem styczniowym i końcem pierwszej wojny światowej, do tego bowiem
przedziału czasu odnosi się większość tekstów. Nową opowieść w tym
znaczeniu, iż mocniej niż dotychczas w książkach poświęconych dziejom
obecności Polaków za Uralem wyeksponowano rolę dobrowolnych osiedleńców,
wzbogacając tym samym panoramę polskich doświadczeń na Syberii o nowe
elementy.
Ze
Wstępu
Wstęp
- Jerzy Fiećko
Wspólnota
ludzkich losów
Antoni
Kuczyński:
"Syberia. 400 lat polskiej diaspory. Zesłania, martyrologia i
sukces cywilizacyjny Polaków"
W
tradycji rodzinnej autora książki, etnologa i historyka nauki, profesora
Uniwersytetu Wrocławskiego, związki polsko-syberyjskie rozpoczynają się
po powstaniu styczniowym, a kończą w okresie drugiej wojny światowej.
Te znaczone martyrologią tradycje stanowiły impuls do skierowania
zainteresowań naukowych autora na temat miejsca Syberii w historii i
kulturze narodu polskiego.
Tematyce tej poświęcił wiele książek oraz prawie 500 artykułów
naukowych i popularnych publikowanych także za granicą. Jest laureatem
nagrody Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku oraz prestiżowych
nagród krajowych.
Wiele pokoleń Polaków cierpiało na Syberii, ale – jak podkreśla
autor – na przekór zesłaniom dali oni tej ziemi swój trud, wiedzę
i umiejętności. Świadomość tego wkładu ożywa współcześnie wśród
syberyjskich Polaków i Rosjan. Również w Polsce warto przypominać o różnorodności
i bogactwie tej spuścizny, gdyż nierzadko koncentrując się na prześladowaniach
oraz cierpieniach naszych rodaków, zapominamy o bogactwie ich dokonań.
Książka Syberia. 400 lat polskiej
diaspory. Zesłania, martyrologia i sukces cywilizacyjny Polaków jest
rozszerzonym i uaktualnionym o najnowsze badania naukowe wydaniem z roku
1993. Jest próbą zwrócenia uwagi na nasze związki z Syberią, nie tylko
w aspekcie martyrologicznym. Podkreśla się w niej kulturotwórczą rolę
Polaków na tych ziemiach. Wyraża się to przede wszystkim w dwu
monograficznych rozdziałach, których dopełnieniem jest część
antologiczna. Teksty zostały tak dobrane, by wzbogacały inne partie książki,
by ukazywały, jak w trudnych warunkach dochodziło nieraz do twórczego wkładu
w poznanie tej krainy.
O książce
Joanna
Lamparska, fotografie: Krzysztof Góralski
"Magia dolnośląskich zamków - rezydencje i ich losy"

Zamczyska na wysokich górach, warownie strzegące miast, pałace ukryte w romantycznych parkach to nieodłączne elementy dolnośląskiego krajobrazu. Wystarczy nieco zboczyć z wytyczonych szlaków, aby trafić na magnackie siedziby, albo na to, co po nich pozostało. Do II wojny światowej na tzw. ziemiach odzyskanych znajdowało się ponad siedem tysięcy zabytkowych budowli z różnych epok. Oprócz kościołów były to głównie wspaniałe rezydencje i zamki. Archeolodzy twierdzą, że na Dolnym Śląsku znanych jest około 500 miejsc, w których niegdyś stały bądź stoją średniowieczne warownie.
Na przełomie XIII/XIV wieku książęta świdnicko-jaworscy stworzyli rozległy system obronny, który obejmował cały południowy i zachodni Dolny Śląsk. Jakaż to potężna sieć warowni! Południowych granic broniły zamki w Jeleniej Górze, Niemczy, Ząbkowicach Śląskich, Kamiennej Górze, Książ, Cisy, Nowy Dwór, Lubno, Radosno, Rogowiec, Grodno, zachodu - zamki w Bolesławcu, Chojnowie, Chocianowie i we Wleniu. Większość z nich legła w gruzach, w niektórych, np. w Bolkowie i na Chojniku, ciągle tętni życie, a urządzane tam turnieje rycerskie przywołują na chwilę dawne czasy. Do świetności wracają też, systematycznie niszczone i rozgrabiane tuż po zakończeniu wojny, dolnośląskie pałace. Teraz coraz częściej urządza się w nich stylowe hotele i restauracje, miejsca spotkań miłośników historii lub po prostu muzea.
Wiele z tych obiektów znajduje się w prywatnych rękach, a podnoszenie z ruin wiekowych rezydencji to praca dla kilku pokoleń. W większości obiektów nie zachowały się żadne meble ani pamiątki, a odnalezienie fotografii wnętrz często graniczy niemal z cudem. Bywa, że jedynym wspomnieniem świetności są resztki zabytkowego parku lub ogrodu.
Te wszystkie miejsca fotografuje od lat Krzysztof Góralski - wrocławski fotoreporter, autor zdjęć do wielu publikacji poświęconych zabytkom Dolnego Śląska. Na początku XX wieku te same zamki i pałace uwieczniał niemiecki fotografik Robert Weber. W obszernym albumie
Zamki śląskie pokazał piękno i przepych kilkuset rezydencji. Kiedy Krzysztof Góralski postanowił pójść ich śladem, okazało się, że dziś zostało ich zaledwie kilkadziesiąt. Te, które przetrwały, ciągle zaskakują swoim pięknem. Dzięki nim Dolny Śląsk jest jedną z najbardziej magicznych krain na świecie.
W książce znalazły się czterdzieści dwa obiekty. Ich fotografie zostały uzupełnione nie tylko podstawowymi wiadomościami historycznymi, ale i ciekawostkami. Znajdują się tu także informacje o godzinach otwarcia poszczególnych obiektów, możliwościach noclegu i zjedzenia posiłków.
Dodatkowym walorem albumu jest wysmakowana oprawa edytorska.
 |
Joanna Lamparska jest dziennikarką Słowa Polskiego • Gazety Wrocławskiej, współpracownikiem
National Geographic oraz autorką książek o ukrytych skarbach, tajemnicach II wojny światowej, zamkach, twierdzach i podziemiach. W wolnych chwilach otwiera dziwne kolekcje, penetruje stare sztolnie, szuka zaginionych dóbr kultury. Bez przerwy podróżuje i na ogół zawsze za daleko. Wielokrotnie nagradzana, w 2005 roku otrzymała wyróżnienie Polskiej Organizacji Turystycznej za promowanie walorów Dolnego Śląska
[GRATULUJEMY => "Skarb, nie
turystka"]. |
|
|
 |
Krzysztof Góralski od lat fotografuje dolnośląskie zabytki, współpracuje z wieloma redakcjami i wydawnictwami. W czasie zawodowych wędrówek podąża śladami sławnego niemieckiego fotografa Roberta Webera, który w latach dwudziestych XX wieku uwiecznił na zdjęciach wszystkie rezydencje Dolnego Śląska. Dokumentuje życie różnych mniejszości religijnych, zbiera archiwalia dotyczące historii Polski południowo-zachodniej. Owocem jego wypraw w najdalsze rejony świata są liczne wystawy. |
Napisali
o książce...
Joanna
Lamparska, zdjęcia: Krzysztof Góralski
„Niezwykłe
miejsca wokół Wrocławia”
Jaką tajemnicę zostawili na Dolnym Śląsku templariusze? Czy rzeczywiście
istnieje podziemna fabryka pod klasztorem w Lubiążu? Skąd w Sośnicy wzięły
się Święte Schody? Dlaczego mieszkanka Świdnicy ma swój krater na
Wenus? Z jakich powodów Mojżeszowi urosły rogi?
W tym „przewodniku innych innym niż wszystkie” podążycie śladem
zagadek wokół Wrocławia. Joanna Lamparska, związana z polską edycją National
Geographic, poprowadzi Was m.in. szlakiem zamków i pałaców nad
Bystrzycą, przez cysterskie klasztory, malutkie świątynie, których początki
sięgają głębokiego średniowiecza, i romantyczne parki, pełne
niespodzianek. Wspólnie odkryjemy zakątki, które znają tylko wytrawni
poszukiwacze. Niezwykłe miejsca wokół
Wrocławia to znakomity przewodnik, który nie tylko sprawdza się w
podróży, ale barwnymi opowieściami wciągnie Was już od pierwszej
strony.
Książka zawiera wiele materiału ikonograficznego – starych rycin i
zdjęć. Współczesne fotografie są autorstwa Krzysztofa Góralskiego.
O książce...
Spotkanie
autorskie
We
wtorek, 30 maja 2006 r., o godz. 17.00 zapraszam na spotkanie autorskie
dotyczące mojej nowej książki Niezwykłe
miejsca wokół Wrocławia – w Księgarni Dolnośląskiej przy ul.
Świdnickiej 28 we Wrocławiu. Poprowadzi je Jacek Antczak.
www.matras.pl/lamparska.php
Joanna
Lamparska
Joanna
Lamparska, zdjęcia: Krzysztof Góralski
„Tajemnicze zakątki na północny wschód od Wrocławia”
To czwarta już część „przewodników innych niż wszystkie”.
Ich założeniem było od początku pokazywanie Dolnego Śląska troszkę w
inny sposób, jakby przez dziurkę od klucza, ujawniając w ten sposób również
te nieco wstydliwe tajemnice. Nie poznacie dzięki tym książkom wszystkich
dat i faktów, ale na pewno znajdziecie odpowiedzi chociaż na część pytań,
które często zadają sobie podróżujący po Dolnym Śląsk turyści.
Dlaczego piękny jeszcze w 1945 roku pałac jest dzisiaj ponurą ruiną?
Gdzie się podziały zabytkowe rzeźby z jednego z najwspanialszych parków?
Jak pozbywali się żon znudzeni mężowie w dawnych czasach? Intrygujące,
prawda? Szczerze mówiąc, miałam nieco wątpliwości przygotowując się
do opisywania tego leżącego na północny wschód od Wrocławia kawałka
Dolnego Śląska. Wydawał mi się nieco ponury, bardzo zaniedbany, niemalże
zapomniany. Szukając materiałów, natrafiałam jednak na tak wiele
niesamowitych historii, że w końcu się przekonałam. Tym razem więc
udajemy się do krainy zrujnowanych rezydencji, starych parków oraz do
największego w Polsce i jednego z najpiękniejszych rezerwatów. To
„Stawy Milickie” leżące w malowniczej Dolinie Baryczy, okolica
pełna duchów, wodnic, dziwnych zdarzeń i wyjątkowych ludzi. Tak się
jakoś złożyło, że Tajemnicze zakątki zdominowali
bohaterowie absolutnie nietuzinkowi, choć nie zawsze występujący na
pierwszych stronach podręczników historii. Odnalazłam więc w pobliżu
Wrocławia książąt alchemików, władców tworzących tajne zakony,
arystokratki romansujące z robotnikami oraz siostry nazistów ukrywające
Żydów. Wszystko to w otoczeniu bajkowej przyrody. (…)
(Ze
wstępu autorki)
O książce
Opowieść o bluesie i
miłości
Do tej książki trzeba się
przyzwyczaić. Słowo po słowie: do detalicznych opisów codzienności, do
mocnej erotyki, do rozpaczy, do chaosu i chorób, które zniszczyły życie
jej bohaterów. Do bluesa.
1
To było kilka dni
temu. Nie doczytałem jeszcze do setnej – z ponad czterystu
–strony, kiedy znajoma sprzedawczyni z księgarni zapytała mnie, jak
się Smektale udała jego najnowsza, ósma czy dziewiąta, powieść. Bez
przekonania, bo przecież dopiero zacząłem czytać, odpowiedziałem, że
owszem, udała się, ale raczej nie spodoba się kobietom. Że zbyt dosadna
w opisie fizycznej miłości, zbyt wulgarna, że mało romantyczna, co,
akurat dla mnie, nie jest wadą.
– Myślę, że nie ma pan racji – odpowiedziała pani z księgarni.
– To właśnie podoba się kobietom. Żeby nie myśleć i nie pisać o
nich jak o aniołach.
Kiedy kończyłem czytać “Lucille”, czułem mało męską
wilgotność w oczach i szczypanie w sercu. Kurwa, Zdzichu! – pozwól,
że posłużę się Twoją ulubioną apostrofą – wzruszyłeś mnie. I
chyba nie tylko mnie.
2
“Lucille” to powieść o miłości. Ostatniej i bezpowrotnie
utraconej.
“Pozostał po niej kłąb zapomnianej czernizny pośledniej kategorii.
(...) Udające brabanckie koronki biustonosze z wszytym zakrzywionym drutem.
I papieskiego koloru bieliźniany zestaw triumpha wzburzający przed laty
moją krew. Nim właśnie zwabiała mnie między szeroko rozwarty trójkąt
ud. Na Rudą Kosodrzewinę, która zalegała Wierzchołek. W kuchni
dogorywają bezpańskie garnki oszronione czarnym nagarem. I żelazko
Siemensa z przebarwioną aluminiową stopą, Na balkonie właśnie umierają
– lub już umarły z braku wody – aloes zwyczajny, sępolia fiołkowa,
dziwło modre oraz karolińska juka”.
Fabuła szczątkowa. Bezimienny narrator (“Blues to moje jedyne imię.
Nie byłem bierzmowany. Brzmi zwyczajnie – Blues. A nazwisko Brother.
Jestem niezaprzeczalnie klonem amerykańskiego aktora i komedianta Johna
Belushiego”), krótko po rozstaniu z ukochaną, opowiada o swoim życiu,
muzyce, no i o kobiecie, którą pokochał. Retrospekcje przeplatają się z
drobiazgowym raportem o codzienności. Wiemy, że Blues to popularny muzyk,
wirtuoz bluesowej harmonijki. Lat pięćdziesiąt, smakosz, miłośnik
dobrych ubrań i butów. Rozwiedziony, niespecjalnie rozpustny, nałogowy
kolekcjoner mało przydatnych drobiazgów, erudyta, od alkoholu nie stroni,
ale raczej z nim nie przesadza. Ma wygodnie i stylowo urządzone mieszkanie
we wrocławskim Śródmieściu, samochód terenowy, dobry sprzęt
audio-wideo. No i tysiące płyt, których słucha na okrągło, w samotności
i razem z Lucille, swoją ukochaną. Płyt z wszelkimi rodzajami muzyki, na
której zna się lepiej, niż po facecie szyjącym na co dzień prostego
dwunastotaktowca można by się spodziewać. Blues brzmi, rzecz jasna; najczęściej.
A blues to zmęczenie życiem i egzystencjalny skowyt. A także niechęć do
ugrzecznionych form oraz skłonność do rzeczy, które inni uznają za
nieeleganckie. Może nawet zboczone.
Tak – zboczone i chore. Bo miłość, którą przeżywa Blues, jest
chora, choć na pozór piękna; spontaniczna i nienasycona. Tak ją widzi i
opisuje nasz bohater. Ale przecież, gdy razem z nim poznajemy przeszłość
Rudej Kobiety, przekonujemy się, że demony nigdy nie zasypiają. Zrodzone
w rodzinnym domu, w czasie nocnych wizyt opuchniętego od wódy tatusia w
dziewczęcym pokoju, za cichym przyzwoleniem upokorzonej tą “zdradą”
i mszczącej się za to upokorzenie matki... Smektała w psychologiczne
niuanse się nie bawi. Kwestię pedofilii w oczywisty sposób wiąże z późniejszą
patologiczną skłonnością bohaterki do rozkładania nóg pod byle kim.
Oraz z postępującą chorobą umysłową. Ale że taka postać idealnie
pasuje do opowieści o życiu Bluesa, czytelnik wybacza to uproszczenie. Współczuje.
3
Język powieści może szokować. Zwłaszcza gdy mowa o często tu
uprawianym seksie. Dosadne wulgaryzmy sąsiadują z określeniami niemal
poetyckimi. Swoim intymnościom na przykład bohaterowie nadają imiona.
Jemu – B.B. King (i wszystko jasne). Jej – Mała Lucille (dla
niezorientowanych: to imię, którym słynny król bluesa obdarza wszystkie
swoje gitary). Męskie nasienie oraz wszelkiego rodzaju płyny
fizjologiczne, nie wyłączając krwi, potu, łez oraz uryny, leją się tu
strumieniami. Toteż nie zdziwię się, jeśli dzieło uznane zostanie za
wzorzec, by tak rzec, literatury ejakulacyjnej. Mimo wszystko – nie
pornograficznej, bo erotyczne podniecenie jest ostatnią z rzeczy, które
mogą towarzyszyć lekturze. Komentarzem do emocjonalnej drogi przez mękę
Bluesa są gęsto rozsiane między rozdziałami tłumaczenia piosenek
legendarnego bluesmana Roberta Johnsona oraz varia, swoją różnorodną
poetyką do złudzenia przypominające felietony, które Smektała pisywał
kiedyś do “Gazety Robotniczej”. Jeszcze zanim nowy właściciel
zmienił tytuł i zrezygnował z jego pióra.
4
Większość zdarzeń rozgrywa się we Wrocławiu. Blues zna (i wymienia z
nazwiska) istniejących w rzeczywistości ludzi, a także bywa w
rzeczywistych miejscach i na rzeczywistych imprezach. Ale trudno uznać
“Lucille” za kronikę życia miasta na przełomie wieków. Wrocław
jest po prostu tłem tej smutnej historii. Niekiedy tłem zdumiewająco
sugestywnym. Jak w scenie, gdy Blues gra dla niemieckich turystów
“Mszę kreolską” Ramireza w kościele św. Elżbiety. Chwila
niemal mistycznego uniesienia, po której bohater wychodzi na ulicę i...
natyka się na Rudą Kobietę. To ich pierwsze spotkanie.
Ale i tak najpiękniejsza scena powieści rozgrywa się nie we Wrocławiu, a
w Zgorzelcu, rodzinnym mieście Bluesa (i samego Smektaly). I zupełnie nie
ma związku z nieszczęsnym romansem, jest natomiast wspomnieniem najważniejszego
Bożego Narodzenia w życiu bohatera, wspomnieniem prawdziwej, czystej,
matczynej miłości i – jakkolwiek zabrzmiałoby to trywialnie –
wspomnieniem narodzin Bluesa.
Adam
Domagała
Gazeta Wyborcza – Wrocław
21 - 22 V 2005
Zdzisław Smektała jest felietonistą, pisarzem, smakoszem, związanym
z Wrocławiem na zawsze. Urodzony w Zgorzelcu, w roku 1951 (Wodnik).
Absolwent scenopisarstwa w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, Filmowej
i Telewizyjnej w Łodzi. Właściciel festiwalu Blues Brothers Day.
Wielokrotnie zyskiwał miano najpopularniejszego dziennikarza Dolnego Śląska.
Autor dziewięciu książek, dwóch tysięcy felietonów i prowadzonego od
1989 roku dziennika “Jazz dla Mass”. Lubi rozmowy z ludźmi.
Najbardziej z prawdziwkami. Bez umiaru słucha bluesa i jazzu w każdej
postaci. Akceptuje bezmyślne wpatrywanie się w horyzont. Często domaga się
smażonego karpia, młodej świni i gorącego grochu purée. Ma nieustanną
chcicę na gliwiejące francuskie sery. Z ciekawością przegląda stare
tomy. Nowe książki narkotycznie wącha. Lubi zapach gorącego asfaltu. W
przeszłości kupował na bazarach ruskie towary: fińskie noże, skórzane
portfele, nakręcane zegarki, wojskowe lornetki i kompasy, pistolety
sportowe, wodę kolońską typu Sierp i Młot, rękawice bokserskie,
blaszane butelki do wódki. Oraz przyrządy do wzmacniania siły ręki.
Dezodorantami zamiast pach spryskuje twarz. Jest fanem Gustawa Le Bona i
jego genialnej pracy “Psychologia tłumu”. Wertuje zapiski, pamiętniki,
dzienniki słynnych ludzi. Od dziesięciu lat prowadzi na wrocławskim Rynku
galerię “Jazz dla Mass”, w której wystawia także rysunki
Andrzeja Mleczki.
[Fot. Wojtek Wilczyński (SP•GW)]
O
książce...
Jan
Szczerkowski:
„Ogień – Król Podhala”
Zdaje się, że nie ma na Podhalu postaci o bardziej zwichrzonej osobowości
niż góralski partyzant z Waksmundu Józef Kuraś, ps. „Orzeł”
i „Ogień”. To o niego kłócą się historycy. Zacięty spór
wiodą nawet mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości. Jedni twierdzą, że
większego patrioty i bohaterskiego partyzanta na próżno by szukać wśród
synów tej skalistej ziemi. Inni przekonują, że był on typowym watażką,
zasługującym z racji swoich występków bardziej na potępienie niż
pochwałę. Jest zarówno mitem, jak i mroczną legendą Podhala: bohaterem
i okrutnikiem w jednej osobie, człowiekiem prawym i okrzykniętym przez AK
zdrajcą, osobą kontrowersyjną – najpierw z własnej chęci został
szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Nowym Targu, by nagle znienawidzić swojego
pracodawcę, czyli komunistyczną władzę, i zwalczać ją na wszelkie możliwe
sposoby.
Przyznaję, że ta skomplikowana osoba pociągała mnie od dawna, jej
legenda towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Jednak do pisania historii życia
Józefa Kurasia, harnasiowatego watażki i żołnierza zbrojnego podziemia,
przystąpiłem z dość mieszanymi uczuciami. Temat jest mi bliski od
kilkudziesięciu lat z racji moich góralskich korzeni, a także dlatego, że
wielu moich familiantów również było w „bandzie Ognia”. Jako
„zaplute karły reakcji”, czyli żołnierze Armii Krajowej, byli
po wojnie obiektem polowań służby bezpieczeństwa. Czy ci chłopcy mogli
wybierać sztandar walki z wrogiem? Na Podhalu rządziła partyzantka spod
znaku AK, do niej też wstąpili nie ze względów politycznych, lecz
dlatego, że chcieli się bić, nie godzili się z rolą biernej ofiary. Za
patriotyzm spadły na nich po wyzwoleniu represje, zmuszające
zdesperowanych górali do schronienia się w oddziale słynnego „Króla
Gorców”. Ci, którzy tego nie uczynili, odsiedzieli swoje w
kazamatach bezpieki.
Nie jest moim zamiarem usprawiedliwienie decyzji budowy, a następnie tak
uroczystego, bo dokonanego przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, odsłonięcia
pomnika poświęconego „Ogniowi”, lecz nie zgadzam się również
z tym, by on sam i wszyscy jego ludzie skazani byli na wieczne piętno, bo
na to zdecydowana większość powojennych partyzantów sobie nie zasłużyła.
Ale też przyznaję, że i w ich szeregach nie brakowało typowych
rzezimieszków, „pracujących na konto postaci bohaterskiej i jednocześnie
bardzo trudnej w odbiorze”.
Przemierzyłem gorczańskimi szlakami kilkaset kilometrów, rozmawiałem z
dziesiątkami osób, żywo wspominających tragiczną historię tych ziem.
Jako nastolatek przez kilkanaście lat życia wydeptywałem ścieżki dwóch
jego gór-mateczników: Lubania i Turbacza. Mam prawo twierdzić, że Gorce
nie mają dla mnie tajemnic. Tak jak „Ogień” i jego partyzanci,
przemieszczałem się górskimi szlakami z Czerwonych Wierchów do Nowego
Targu, z Turbacza do Rabki. Może w ten sposób chciałem, chociaż
symbolicznie, pokonać drogę mojej matki do obozu partyzanckiego, która
jako 14-letnia dziewczynka dźwigała tamtym szlakiem „panscorek”,
czyli kosz wiklinowy z prowiantem dla leśnych. Ona, bo tak było
bezpieczniej. Zatrzymujący ją kilkakrotnie żandarmi czy żołnierze
niemieccy wierzyli w tłumaczenie wychudzonej i niewielkiej dziewczyny, że
„niesie jedzenie dla chorej ciotki tam na groniu”. Ta niby
„ciotka” wiedziała, że ma taką właśnie wersję potwierdzić.
Niemniej obie podejmowały straszne ryzyko. Gdyby któryś ze złapanych
partyzantów wyznał aprowizacyjną prawdę, to nie tylko one, lecz całe
rodziny żywnościowych zaopatrzeniowców, bez względu na wiek, zostałyby
natychmiast rozstrzelane lub w najlepszym przypadku zesłane do obozu
koncentracyjnego. Nie mówię już o puszczeniu z dymem domów sprzymierzeńców
„leśnych bandytów”. Dlatego też książeczkę dedykuję mojej
wspaniałej i dzielnej Mamie – Anieli – oraz jej śp. ojcu
chrzestnemu z Mszany Górnej, legendarnemu dowódcy AK – kapitanowi Władysławowi
Szczypce „Lechowi”. Niniejszym składam też cześć i oddaję
hołd wszystkim członkom mojej góralskiej rodziny, walczącym może pod różnymi
partyzanckimi sztandarami, ale zawsze w słusznej sprawie – o wolną
Polskę! Ten swój patriotyzm opłacili ogromną daniną własnej krwi i życia.
Stara to prawda, że generalizowanie historii zawsze tworzy nieprawdy, a w
najlepszym razie półprawdy. Bez wątpienia Kuraś był postacią tragiczną,
niepotrzebnie obecnie mitologizowaną. Jedni i tak będą go uważać za
bohatera, inni za watażkę. Zostawmy na boku spory wokół zakopiańskiego
pomnika, na który on i większość jego partyzantów zasłużyła z racji
swojej patriotycznej postawy, ale jednocześnie piszmy szczerze o
dramatycznych wydarzeniach na Podhalu przed i po wojnie.
Jan
Szczerkowski
(Wstęp)
Jan
Szczerkowski – dziennikarz z wykształcenia, historyk z zamiłowania.
Autor dwóch książek, jakże różnych tematycznie. Pierwsza to typowy
pitawal dolnośląski, oddający w humorystycznej konwencji kryminalne
zdarzenia na Dolnym Śląsku. Druga jest jakby biografią legendarnego i
wielce kontrowersyjnego Króla Gorców – Józefa „Ognia”
Kurasia. Wkrótce ukaże się druga część historii niepodległościowego
podziemia partyzanckiego na Podhalu pt. Wiarusy – ostateczne rozwiązanie.
Do jej napisania namówił autora przyjaciel i jednocześnie jego wydawca
– Marek Paśko. Tematyka nie dziwi, bowiem Janek wychował się na
stokach Turbacza w przepięknym miasteczku Mszana Dolna. Od dzieciństwa
fascynowała go historia skalnej krainy, zwłaszcza lata okupacyjne i świeżo
powojenne. Wszyscy mężczyźni ze strony jego Mamy i znanego na Podhalu
rodu Kołodziejów walczyli w partyzantce pod sztandarami Armii Krajowej.
Wielu z nich walkę o wolną Polskę opłaciło ogromną daniną życia i
krwi. Kilku pojechało w nagrodę „podziwiać polarne noce i poskramiać
białe niedźwiedzie”. Ale było, minęło. Teraz w modzie są inni
kombatanci...
Opinie
Także: "Wiarusy
– ostateczne rozwiązanie"
Jan
Szczerkowski, Marek Paśko:
„Strzały na południu.
Czyli
mało znana historia walk o górską granicę w latach
1918–1945”
Jeszcze nie ucichły strzały podczas ostatniej wojny, a już graniczne
spory polsko-czechosłowackie odżyły na nowo. W 1945 roku władze czechosłowackie,
przy poparciu radzieckiego dowództwa wojskowego, likwidują spontanicznie
utworzone na Zaolziu zaraz po wyzwoleniu polską administrację i milicję.
Ludność Polska, zwłaszcza ta przybyła po 1938 roku, zostaje poddana
represjom. Republika Czechosłowacka wysuwa także pretensje terytorialne
wobec części ziem wchodzących przez kilkaset poprzedzających II wojnę
światową lat do Niemiec. W Nachodzie utworzono „Národní
výbor pro území Kladska”, czyli Radę Narodową dla Ziemi Kłodzkiej,
a w Pradze powstał „Svaz
přátel Kladska”
– Związek Przyjaciół Kłodzka. Rząd w Pradze ogłosił
przynależność Kłodzka do Republiki Czechosłowackiej „ze względów
historycznych, etnicznych, geograficznych, gospodarczych i
komunikacyjnych”. Dochodzi do incydentu zbrojnego. 15 czerwca 1945
przez Przełęcz Międzyleską przetacza się czechosłowacki pociąg
pancerny. Ponoć wszystko przez to, że Stalinowi pomyliła się Nysa Kłodzka
z Łużycką…
Z taj racji na Śląsku krążył dowcip, jak to nad Olzą w Cieszynie podjeżdżają
czołgi polski i czechosłowacki, stają z wycelowanymi jeden w drugiego
działami, po czym otwierają się włazy, wychodzą dowódcy, machają do
siebie rękoma, a jeden woła: „Dawaj, Wania, zakurim!”…
A cały ten spór zaczął się w 1918 roku…
O
książce
Jan
Szczerkowski:
„Rozstrzelany Stanisławów”
Bez najmniejszego oporu dałem się namówić na zwiedzenie Stanisławowa i
okolic tego pięknego miasta. Z kilku podstawowych powodów. Przede
wszystkim zaproszenie nadeszło od kilku stanisławowian, których miałem
przyjemność i zaszczyt wcześniej poznać we Wrocławiu. M.in. wspaniałego
duchownego – ks. kanonika Stefana Helowicza i Leszka Wierzejskiego,
takiego niespotykanego już duetu dobrych duchów kresowiaków. Szkoda
tylko, że Oni tej książki już nie przeczytają, ale, Boże drogi,
wszystko, co zostało oddane przeze mnie w druku, doskonale znali z
autopsji. Ostatecznie pod ich wpływem powstała ta książeczka o dumnym
grodzie Rewery. Po drugie – chciałem bardzo zobaczyć rodzinne strony
krewniaka i jednocześnie najlepszego przyjaciela Adasia Janowskiego, którego
los, a właściwie miłość do pięknej cioteczki Krysi połączyła na
zawsze z moją góralsko-dolnośląską rodziną. To w końcu ten mój Adaśko
godzinami opowiadał mi o pięknie dawnych Kresów, a następnie był moim
cicerone po takich kresowych miastach, jak Lwów, Stanisławów, Kamieniec,
Jaremcze i jeszcze innych miejscowościach. On, jak mało kto, reprezentuje
sobą niezłomność charakteru dawnych i współczesnych polskich mieszkańców
Kresowych Ziem. Stąd też Adasiowi i Krysi dedykuję również tę książeczkę
o Stanisławowie, mieście nie mniej dzielnym i dumnym od Lwowa.
Jan Szczerkowski
Wstęp
Ostrów Tumski jest miejscem szczególnym. Tu zaczęła się historia Wrocławia;
ta pisana i ta sprzed roku 1000, którą poświadczają odkrycia archeologów.
Tu od tysiąca lat ludzie przychodzili modlić się do Boga o pokój, o
zdrowie, o powszedni chleb. Na Wyspie szukali schronienia przed najeźdźcami,
przed zarazą i pożarami. Na Ostrowie prosili o szczęście dla siebie, dla
bliskich, dla Ojczyzny, bo to miejsce zawsze wydawało się najbliżej Boga.
Mimo ponad tysiąca lat, jakie upłynęły od erygowania we Wrocławiu
biskupstwa, mimo iż kilkukrotnie zmieniały się państwa, których częścią
było miasto, zmieniały się języki, którymi mówili jego mieszkańcy,
Ostrów pozostaje wciąż tym samym świętym miejscem.
Album fotografii, wykonanych z samolotu przez Macieja i Tadeusza Szwedów,
pokazuje zapisaną w układzie ulic, usytuowaniu kościołów i klasztorów
historię Ostrowa Tumskiego, a jednocześnie dzięki „niebiańskiej”
perspektywie pozwala zrozumieć szczególną rolę tego miejsca w dziejach
Wrocławia i historii Kościoła na Śląsku.
Mariusz
Urbanek
Album ukazał się także w języku niemieckim pod tytułem Breslau
vom Himmel. Die
Dominsel.
Tadeusz
Szwed (1938–1999) – fotografik. Ukończył technikum
fototechniczne w Grudziądzu.
W Instytucie Geografii Uniwersytetu
Wrocławskiego był fotografem, od połowy lat 60. aż do śmierci
najpierw współpracował, a następnie pracował jako etatowy fotoreporter
wrocławskiej Gazety Robotniczej,
późniejszej Gazety Wrocławskiej.
Autor zdjęć dokumentujących życie Wrocławia i Dolnego Śląska, od początku
festiwalu Wratislavia Cantans jego kronikarz. Fotografował także chętnie
sport. Wystawy fotograficzne
– wśród nich z wypraw do Nigerii, Jugosławii, Bułgarii, Rosji oraz
szlakiem walk polskich żołnierzy: Monte Cassino, Lenino, Narwik. Autor
albumów: Ziemia Kłodzka; Powódź.
Wrocław od 12 do 14 lipca 1997; Mój Wrocław. Publikował swoje
zdjęcia także w innych gazetach w całym kraju, także w licznych
albumach, a jego fotografie pokazywane były również na wystawach za
granicą (m.in. wystawę jego zdjęć z powodzi
tysiąclecia z 1997
roku pokazywano w Kalifornii).
Laureat Nagrody m. Wrocławia. Od 2001 r. jego imię nosi doroczna nagroda
Dziennikarza Roku przyznawana przez organizacje dziennikarskie we Wrocławiu.
Maciej
Szwed – urodzony w 1968 r. we Wrocławiu, 1992 – absolwent
geografii Uniwersytetu Wrocławskiego. Fotograf, fotoreporter, współpracuje
z czasopismami oraz wydawnictwami w całej Polsce. Zajmuje się głównie
fotografią dla firm oraz zdjęciami lotniczymi. Jego zdjęcia publikowano w
licznych albumach o Wrocławiu i Dolnym Śląsku. Prezentował zdjęcia na
wystawach we Wrocławiu (1996, 2006), Gdyni i Wejherowie (1999). Wraz z
ojcem Tadeuszem był współautorem albumu o powodzi we Wrocławiu w 1997 r.
W 2005 r. wydał album pt. Wrocław z
nieba – Ostrów Tumski. Po śmierci ojca kontynuował dokumentację
Festiwalu Wratislavia Cantans oraz jest kronikarzem WROSTJA – Wrocławskich
Spotkań Jednego Aktora.
Mariusz
Urbanek – ur. w 1960
r. w Krapkowicach.
Publicysta i pisarz. Z wykształcenia prawnik. W latach 1983–1990 pracował w tygodniku itd,
później w Przeglądzie Tygodniowym (1990–1991) i Wprost
(1992–1993). W latach 1994–2005 był reporterem w
tygodniku Polityka, obecnie kieruje działem
publicystyki i historii we wrocławskim miesięczniku Odra, gdzie od 1990 roku publikuje także
stały felieton pt. „stan przejściowy”. W 2007 r. zaczął
publikować felietony w Gazecie Giełdy Parkiet. Był współtwórcą, zastępcą
redaktora naczelnego, a później współpracownikiem Tygodnika
Internetowego TIN, który ukazywał się w latach 2001–2004, a w roku 2005 współtworzył i był
zastępcą redaktora naczelnego Tygodnika Dolnego Śląska Piątek. W latach 1997–2001 współtworzył
cykliczny program telewizyjny „Jestem” (rozmowy z wykonawcami
tzw. piosenki środka). Autor biografii
i reportaży historycznych, m.in. Wieniawa.
Szwoleżer na Pegazie; Zły Tyrmand; Kisiel; Tuwim, baśni wrocławskich:
Mostek czarownic oraz Baśnie
Dolnego Śląska, felietonów Przecieki
niekontrolowane. Współautor albumu Powódź.
Wrocław, lipiec 1997. Laureat Nagrody Dziennikarz Roku (2001)
przyznanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk.
O albumie
Krystyna
Tyszkowska (red.):
„Skąd my tu? Wspomnienia repatriantów”
Wybór tekstów: Antoni Kuczyński,
komentarz historyczny: Marek Czapliński
[…] Książka, którą polecamy uwadze czytelników, przynosi
oryginalne, wybrane teksty. Ich autorki i autorzy to osoby już niemłode,
reprezentujące całą gamę zawodów. Piszą kolejarze, nauczyciele,
rolnicy, urzędnicy. Wspólną cechą pamiętników jest ich ujmująca
otwartość, bezpretensjonalna chęć dzielenia się doświadczeniami,
potrzeba ogłoszenia i utrwalenia swojej prawdy. Tym mocniejsza po latach
milczenia.
Interesującym składnikiem wspomnień jest opisanie świata, który
bezpowrotnie przeminął. Są to opisy życia w miastach i wioskach Polski
międzywojennego dwudziestolecia, wspomnienia o organizacjach, szkołach, świętowaniu
i obyczajach, które wyrugowała współczesność. Także – w niektórych
tekstach – zwraca uwagę terminologia wzięta z gwary dawnych Kresów
południowo-wschodnich, czyli tak zwany bałak, już tak zapomniany, że
przygotowując tekst do druku, trzeba było podać znaczenie wielu słów (w
nawiasach).
Czas, jaki przedzielił przeżycia od ich opisania, niewątpliwie złagodził
spontaniczność wypowiedzi. Tęsknota za tamtymi krajobrazami już tak nie
doskwierała, ze stratami materialnymi się pogodzono, krzywdy częściowo
zostały wybaczone. Dzięki temu wspomnienia, choć obfitujące w opisy
sytuacji nader dramatycznych, wolne są od agresywnych uogólnień, choć
niewolne od ocen. To cecha godna podkreślenia, gdy się zważy, że doświadczenia
ludności dawnych Kresów Wschodnich z wyjątkową trafnością potwierdzały
prawdę, że wojna budzi w ludziach wszelkiego rodzaju upiory: nacjonalizm,
bratobójstwo, nienawiść, chciwość. […]
Na książkę złożyło się 19 wybranych tekstów odpowiadających na
pytanie: „Skąd my tu?”. Dołączono do nich pozakonkursowe
wspomnienia dwóch osób, które ten sam czołg historii potraktował z równą
bezwzględnością, choć z innych przyczyn. Są to wspomnienia Niemek.
[…]
Dziś już od nas i następnych pokoleń zależy, czy potrafimy budować
przyszłość opartą na przyjaznym poszanowaniu innych ludzi oraz chęci
akceptowania tych wartości, które łączą ludzi.
Krystyna Tyszkowska
Przedsłowie od redakcji
Pamiętniki i wspomnienia nie są łatwym źródłem historycznym. Są
bardzo często nasycone emocjami. Wymagają nie tylko uważnego czytania,
ale i krytycznego podejścia. Choć często wnioskuje się z nich o faktach,
tak naprawdę najlepiej oddają odczucia ludzkie, pokazują postawy swoich
autorów.
Marek Czapliński
Krystyna
Tyszkowska – ur. w roku 1926 w
Brzeżanach na Kresach Wschodnich. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie
Wrocławskim. Dyplom otrzymała w roku 1957 i w październiku tego samego
roku rozpoczęła pracę w redakcji Gazety
Robotniczej, gdzie przez wiele lat kierowała działem kultury. Za
wybitne walory jej publicystyki wielokrotnie nagradzana nagrodami
dziennikarskimi i regionalnymi. M.in. w 1964 roku otrzymała Nagrodę im. B.
Winawera za popularyzację nauki. W 1969 roku uhonorowana Nagrodą Miasta
Wrocławia. Członek Społecznego Komitetu Budowy Panoramy Racławickiej. W
1986 roku wyszła z druku jej książka Panorama
Racławicka. W 1982 roku przeszła na emeryturę. W latach
1984–1990 była redaktor naczelną kwartalnika Kultura
Dolnośląska. Była także w latach 1982–1999 członkiem zespołu
redakcyjnego miesięcznika Odra. Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi.
O
książce
Stanisław, Stefan, Zbigniew i Cezary Żyromscy:
"Historia jednej kresowej rodziny"
Książka, nosząca podtytuł:
Rodowód Żyromskich przydomek Chwalibóg na tle dziejów miasta Monasterzyska, jest kolejną, popularną dziś próbą odnalezienia rodzinnych korzeni. Jednak gdyby ograniczyła się jedynie do opracowania dziejów rodu, notabene sporządzonego bardzo obszernie i sięgającego do odległych wydarzeń sprzed wielu lat, mogłaby zainteresować głównie przedstawicieli tej familii. Jej olbrzymią zaletą natomiast jest bardzo wnikliwe, profesjonalne odtworzenie historii miasta leżącego w dawnym powiecie buczackim na Kresach południowo-wschodnich, którego ostateczna nazwa utrwaliła się w XV wieku. Tu fachowość jest uzasadniona - inicjatorem
Rodowodu był dr Stanisław Żyromski, z wykształcenia demograf, dysponujący zatem odpowiednim instrumentarium. Z powodu przedwczesnej śmierci nie zdążył jednak ukończyć tego olbrzymiego przedsięwzięcia, wymagającego żmudnego badania źródeł historycznych, pamiętników, archiwów, ksiąg metrykalnych i relacji ustnych żyjących jeszcze byłych mieszkańców
Monasterzysk. Kontynuowali po nim ten trud inni członkowie "klanu" Żyromskich: ppłk
Stefan, inżynier Zbigniew (wydał
także album Miasto
kresowe Monasterzyska wczoraj i dziś zawierający 204 zdjęcia
– stare i nowe – mieszkańców, obiektów i wydarzeń oraz
najnowszy, kolorowy album Miasto
kresowe Monasterzyska po latach – plon
fotograficzny wielu wypraw z lat 2000–2006) i emerytowany
dziennikarz Cezary. Swój udział
w ostatecznym kształcie książki ma jeszcze jeden wrocławski dziennikarz
– Mariusz Żyromski,
który zajął się częścią składu i grafiki komputerowej.
Uzupełnieniem dziejów miasta jest broszura Historia
Matki Boskiej Bolesnej z Monasterzysk, w
której zawarto losy oraz wizerunki – dawny i obecny – cudownego
obrazu, który znajduje się obecnie w kościele w Bogdanowicach koło Głubczyc
na Opolszczyźnie, gdzie co roku w połowie września spotykają się dawni
monasterzyczanie.
Tak oto na tle burzliwych dziejów miasta, które było od zarania świadkiem zmagań polskiego oręża z najeźdźcami turecko-tatarskimi, aż
po dramatyczne wydarzenia drugiej wojny światowej, która przyniosła trzech wrogów: niemieckiego, sowieckiego oraz ukraiński nacjonalizm, powstała równie barwna historia rodu,
do którego należeli i stolnik wileński, marszałek wojsk W.X. Litewskiego
Kazimierz Chwalibóg, i rzemieślnicy oraz rolnicy, uprawiający w znoju swoje połacie żyznych podolskich pól, i bardzo znany w latach dwudziestolecia socjalista
francuski
Jean oraz jego ojciec, historyk sztuki i literatury Ernest, a także wojskowi - wśród nich kapitan
Antoni, ofiara obozu w Starobielsku - przedsiębiorcy, sportowcy, lekarze, naukowcy i wielu innych, rozsianych dziś po całym świecie.
I choć nie można doszukiwać się pieczęci rodowych tej rodziny, można o jej członkach powiedzieć słowami profesora
Karola
Estreichera: "Dźwiga się szlachta nowa, ryjąc na pieczęciach wyrazy - CHLUBIĘ SIĘ, ŻE ANTENATAMI MYMI JEST PRACA RĄK MOICH".

Stanisław syn Jana |

Stefan syn Wiktora |

Zbigniew syn Henryka |

Cezary syn Wacława |
Napisali
o książce...
Michał Żywień:
"Spacerkiem po Europie"
Każdy, nawet najbardziej znany, zakątek ma swoje tajemnice. Wieża Eiffla,
Akropol, Montparnasse, zamki nad Loarą czy też Big Ben – mimo że
opisywane przez liczne przewodniki, ciągle kryją zagadkowe historie. Ich
śladem właśnie prowadzi popularny przewodnik, pilot turystyczny i
dziennikarz Michał Żywień w swoich wspomnieniach wydanych w formie książki
zatytułowanej "Spacerkiem po Europie".
Ten spacerek to setki ciekawostek, anegdot, opowiastek. To prawdziwa podróż
w czasie i przestrzeni, pełna przygód i innych niezwykłych wydarzeń. Jak
pisze sam autor, książka regionach i krajach przedstawia to, co jest dla
turysty najciekawsze. Podążmy więc za autorem w jego niektórych
spacerkach według tytułów rozdziałów:
Grecja - kolebka naszej demokracji. Cypr - wyspa Afrodyty. Hiszpania - gorące
słońce, ciepłe morze, wspaniałe zabytki przeszłości. Francja - od Paryża
po Lazurowe Wybrzeże. Austria - nad pięknym modrym Dunajem. Niemcy - do
Berlina niedaleko. Wielka Brytania - do you speak English? Wenecja - miasto
na stu wyspach. Benelux - czyli Belgia, Holandia i Luksemburg. Stambuł -
miasto dwóch części świata. Minikraje
Europy - San Marino, Monako, Gibraltar, Andora, Liechtenstein. Szwajcaria
- dach Europy. Dania, Finlandia - sąsiedzi zza Bałtyku. Chociaż lektura
książki nie zastąpi wycieczki, ale niech będzie ona zachętą do
wybrania się w świat.
Poliglota
Żeby podróżować, trzeba znać języki obce. Już Napoleon mówił, że
jeden żołnierz, który zna dwa języki, jest lepszy niż dwóch żołnierzy,
którzy nie znają żadnego. Michał Żywień – wrocławski obieżyświat
– może się dziś pochwalić znajomością pięciu języków. Oprócz
rosyjskiego (wychował się w Wilnie), niemieckiego, angielskiego (ukończył
prawo i filologię angielską) rozmawia także po włosku i francusku. Dzięki
znajomości języków pracował jako tłumacz w komisjach nadzorujących układy
rozejmowe po wojnach w Korei oraz Indochinach (czytaj także: “Wrocławscy
dziennikarze w międzynarodowych misjach pokojowych”).
Podróżuje od połowy lat 70. Najpierw jeździł do Bułgarii, Rumunii i
Związku Radzieckiego. To były bardzo barwne wycieczki – twierdzi,
wspominając rejsy po Morzu Czarnym. Do tej pory zdążył już zwiedzić całą
Europę, północną Afrykę i Azję – ponad 170 wycieczek do ponad 30
krajów świata. Nie był nigdy w Stanach Zjednoczonych i Australii.
Przestrogi
Do swoich opowieści pan Michał, oprócz anegdot i wątków historycznych,
wplótł kilka rad czysto praktycznych, np. jak się nie dać okraść? A
oto kilka z nich:
-
Panie mają często zwyczaj w lokalu przewieszać torebkę na poręczy krzesła.
Tego robić nie wolno! Pamiętajmy: turysta zawsze budzi zainteresowanie złodziei.
- Jeśli wokół nas robi się tłok, czy będzie to w metrze, kolejce do
kasy, gdzieś w muzeum czy kościele, to trzymajmy się wtedy za portfel i
mocniej ściskajmy torebkę.
- Jeżeli jedziemy samochodem, nigdy nie należy na noc zostawiać bez
opieki pojazdu wypchanego wszelkim dobrem. Rano prawdopodobnie będzie
pusty.
Są to rady ogólne. Ale co kraj, to obyczaj - na zachodzie i na
wschodzie...
Władysław
Rudak
Michał
Żywień – z wykształcenia prawnik, pionier wrocławskiego
dziennikarstwa. Rozpoczął pracę w 1945 r. w dzienniku "Pionier", który zmienił w 1946 r. nazwę na
"Słowo
Polskie". Pracował w tej redakcji nieprzerwanie aż do przejścia w
1990 r. na emeryturę. Współorganizator w 1956 r. Towarzystwa Miłośników
Wrocławia, przez wiele lat redaktor roczników TMW "Kalendarz Wrocławski".
Inicjator i organizator Międzynarodowych Turniejów Szachowych im. Akiby
Rubinsteina w Polanicy Zdroju. Założyciel i aktywny działacz (od 1968 do
dziś) Ogólnopolskiego Klubu Wysokich – pierwszego w Europie. Tytuł
Pilota Roku w latach 1997-2001 i laureat Plebiscytu Czytelników na
najlepszego pilota wycieczek zagranicznych. Wykładowca i egzaminator pilotów
wycieczek. Laureat Nagrody Miasta Wrocławia w dziedzinie dziennikarstwa,
Kawaler Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
Autor książki "Ze Słowem Polskim przez ćwierćwiecze Dolnego Śląska".
|