MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Piotr Stando (1941–1994)

     Wielometrowe korytarze Rozgłośni przemierzał wydłużonym krokiem wytrawnego piechura, a na widok każdego – koleżanki bądź kolegi – rozwierał ramiona: – Staaarenia, jak się masz?

     Obładowani taśmami, tekstami, śpiesząc do studia na realizację audycji, „na wczoraj”, opędzaliśmy się od niego jak od natrętnego komara.

    – Pietrek, odwal się. Nie mam czasu.

     – Starenia, a ja cię i tak kocham – śmiał się basem. – Wiesz, piszę książkę.

     – O rety, kto ją tam będzie czytał? – odgryzaliśmy się, mknąc do swoich spraw. Za chwilę, wiedzieliśmy, już z kimś innym rozmawiał właśnie o swojej nowej książce (a napisał dwie), albo o wielośladzie, jak to on go wykorzysta w swojej audycji, albo o tym, jak pomóc młodym w zdobyciu mieszkania. Wiele bardzo ważnych spraw załatwiał mimochodem. Bardzo wielu, ot, tak, mimochodem – pomógł w najważniejszych sprawach życiowych.

     Piotrek Stando do Rozgłośni Wrocławskiej przybył w 1973 r. już jako człowiek żonaty i dzieciaty. Ojciec dwóch synów, wyglądał jak ich starszy brat. Był zawsze młody i z wyglądu, i z charakteru, i... postępowania.

     Na przykład punktualność nigdy nie należała do jego najprzedniejszych cnót. Jako prawie sąsiadka, chcąc go mieć w redakcji przynajmniej około godziny dziewiątej, wymyśliłam, że ma mnie podwozić do Radia. A wyglądało to tak: około ósmej czterdzieści pięć stawałam pod blokiem na Grabiszyńskiej, gdzie mieszkał Piotr, i na podwórku darłam się: Pietrek! Natychmiast pojawiał się w oknie, czasem w piżamie. – Starenia, lecę! Rzeczywiście, za pięć minut był na dole. Rzucał się do czegoś, co było jego samochodem, i zaczynaliśmy jechać. Kiedyś spostrzegłam, że za chwilę wpadniemy na wóz przed nami.

     – Pietrek, do cholery, nie widzisz?

     – Starenia, nie denerwuj się, nie widzę, bo wczoraj stłukłem okulary. Ale jakoś przecież dojedziemy.

     Cały Piotr. Jak żywy!

     Na jego sposób życia i bycia niemały wpływ wywarły zapewne studia filozoficzne na Uniwersytecie Wrocławskim. Ale filozofem był nie tylko z wykształcenia, z przekonania również. Ze spokojem godnym starożytnych podchodził do spraw codziennych, a w okresie, kiedy zaczynał pracę w Rozgłośni, wcale to nie było łatwe. Zarzucano mu na przykład, że nie zorganizował zebrania partyjnego.

     – Nie było o czym mówić – odpowiadał ze stoickim spokojem. Nie napisał opinii potrzebnej do uzyskania przez kogoś odznaczenia.

     – Delikwent napisze sobie sam. Wie o sobie najlepiej, a ja skoryguję –odpowiadał i „pośmichiwał się” basem.

     W opinii napisanej przez śp. Władysława Pawłowicza, zastępcy Redaktora Naczelnego Rozgłośni, przeczytałam: „Piotr Stando – bezkonfliktowy, sumienny, koleżeński, zaangażowany”. Nic ująć, nic dodać, choć może brzmieć to stereotypowo. Takim był. W życiu i pracy.

     Pracą radiową się bawił. Miksował dźwięki i słyszał w nich to, co mu było do tekstów potrzeba Nie chwalił się, a był artystą-estetą.

     Gorzej wychodził na codziennej żmudnej harówce, a zatem i wierszówce. Jako dlugoletni korespondent radiowy z województwa legnickiego był postrachem i zmorą poszczególnych kierowników wydawnictw informacyjnych, czyli dzienników radiowych. Pisał na ostatnią chwilę. Na szczęście ciekawie i... rzetelnie.

     Był nie tylko radiowcem. Nim osiadł we Wrocławiu, przeszedł staż w „Trybunie Opolskiej” i w Szczecińskim Wydawnictwie Prasowym. Obyty z piórem, pokochał mikrofon. Dźwięki odbierał całym sobą i dlatego chyba został radiowcem.

     Na początku listopada 1994 r. wpadł do mojego pokoju: – Starenia, zadzwonię od ciebie do syna. Chcę, żeby pojechał ze mną po Izę do szpitala, gdzie przechodziła zabieg.

     – Pietrek, weź taksówkę, odrywasz chłopaka od roboty!

     – Masz rację, ale… Izie będzie przyjemniej, jeżeli przyjedzie ze mną chociaż jeden syn. Ja wysprzątałem mieszkanie, zmieniłem pościel. Będzie rada.

     Równo tydzień potem leżał nieprzytomny w szpitalu. Po siedmiu dniach, 16 listopada 1994 roku, już nie żył. Miał pięćdziesiąt trzy lata.

     I tak na oko lekkoduch, który zamiast zmontować w terminie audycję, wolał pójść na piwo z red. Józkiem Wolnym i posłuchać, co ludzie mówią: sekretarz partyjny, który nigdy nikomu nie narzucił swojego zdania, ani komu zaszkodził; ten, który materiały, za jakie mu płacono, oddawał na ostatnią chwilę, pamiętał, że był filozofem, pamiętał o tym, o czym nie wszyscy mają odwagę pamiętać: że życie ma kres. I zostawił rodzinie testament: Zwłoki spopielić, na pogrzebie mają grać jazz.

     Było, jak chciał. Na cmentarzu Grabiszyńskim zeszli się przyjaciele i byli dygnitarze, ludzie wierzący i niewierzący. Nikogo nie raził zespół jazzowy, którego melodie płakały za nas wszystkich, ani niewielka urna z prochami. Nie było w niej Piotrka Standy. On został z nami.

     Starenia, widzę jak idziesz korytarzem Rozgłośni.

Wiesława Bandyra-Staniszewska

Kalendarz Wrocławski 1996

* * *

     Piotr Stando urodził się 27 września 1941 roku. Od roku 1966 pracował w „Trybunie Opolskiej”, potem w RSW „Prasa-Książka-Ruch” w Szczecinie i Koszalinie. Od 1973 roku zatrudniony był w Rozgłośni Polskiego Radia we Wrocławiu.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl