
| MENU:
|
Bogdan Parkoła (1932–2007)
Ważniejsze przecież jest to, co się działo między owymi wyznacznikami... Boguś był przede wszystkim człowiekiem wrażliwym, choć jego fizyczność na to nie wskazywała. Pochodził z kresowej rodziny szlacheckiej, a on sam czasami opowiadał o pokrewieństwie z generałem Żeligowskim i tatarskich praprzodkach. To jedno źródło wrażliwości, które wszak jest nieodłączną towarzyszką honoru. Drugim stała się wojenna wywózka do Kazachstanu – dietskij dom, włóczęgi z innymi biezprizornymi po stepie, walka o życie. Taka komunistyczna „szkoła przetrwania”, zostawiająca szramy na całe życie, do której niezbyt chętnie wracał pamięcią. Podobnie jak do salezjańskiej szkoły i bursy w Supraślu pod Białymstokiem, gdzie, osierocony, trafił po powrocie do Polski. Studiował już we Wrocławiu, filologię rosyjską. Ona, plus lata w Związku Sowieckim, dały mu perfekcyjną znajomość języka, ale przede wszystkim obdarowały wielkim uczuciem do rosyjskiej literatury. Miał sporą bibliotekę, w tym dużo pozycji po rosyjsku. Oczywiście klasycy, ale też Bułhakow, Babel, Achmatowa, Mandelsztam... W jego niewielkim blokowym mieszkaniu słuchało się Okudżawy, Wysockiego i takich perełek, jak białogwardyjskich pieśni w wykonaniu Żanny Biczewskiej. Poznałem Bogdana w roku 1961 jako dyrektora Pałacyku. Pałacyk, jak wiadomo mojemu pokoleniu, nie był zwykłym klubem studenckim, nastawionym na zabawę i żakowski wygłup. Tu się działa po prostu kultura: dobry jazz, teatr, literatura, tu znajdowali swoje miejsce do działania miłośnicy jeździectwa, turystyki, fotografii, alpinizmu itp. Bogdan dyrektor dawał sobie z tym radę wybornie – i takim go wszyscy pałacykowicze pamiętają. Po tym epizodzie, bo trwał około dwóch lat, poszedł w belfry. Został lektorem języka rosyjskiego, najdłużej w Akademii Ekonomicznej. Umiarkowanie wymagający, lubiany przez studentów, trochę brat łata, pracował tam aż do momentu, kiedy powaliła go, również w sensie dosłownym, choroba. Dla Bogdana, człowieka ruchliwego i towarzyskiego, był to cios podwójny. Unieruchomiony, nie mógł już spędzać wakacji na ukochanych Mazurach. Boguś był bowiem zapalonym żeglarzem i znawcą jachtingu. Parokrotnie pływaliśmy razem i wiele się od niego nauczyłem. Bo żeglarstwo to nie tylko pewna wiedza i umiejętności, które się nabywa wraz z kolejnymi rejsami, ale również styl i obyczaj przydatne w każdej sytuacji – nie tylko na wodzie. To odpowiedzialność, słowność, dżentelmeneria, gotowość służenia pomocą. I taki właśnie był Bogdan. Mam wielką nadzieję, że tam, gdzie jest teraz, są piękne, wielkie jeziora, wspaniałe łódki i że Boguś tam pływa w dobrym towarzystwie, np. swojej siostry Izoldy, niegdyś żeglarki z polskiej czołówki, oraz również pałacykowicza, znanego aforysty i facecjonisty, też żeglarza – Henia Jagodzińskiego. A ja kiedyś do nich dołączę. Andrzej Łapieński * Pożegnaliśmy Bogusia 28 grudnia 2007 roku na cmentarzu przy ul. Kiełczowskiej. |
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl