MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Rezydenci i bywalcy

     Co wieczór przed wejściem do Pałacyku identyczny obrazek: kilkudziesięcioosobowa grupa młodych ludzi wciskająca się przez uchylone jedno skrzydło wielgachnych drzwi do przedsionka, za którym - po sforsowaniu jeszcze trzech schodków, biletera za stolikiem i bramkarzy - rozciąga się władztwo codziennego (prócz poniedziałków) karnawału - pląsów, muzyki żywej i z grajszafy, wesołości wspomaganej "Gellalą" i innymi znakomitymi markami win, odszukiwania w tłumie bliższych i dalszych znajomych (najlepiej z bardziej zasobną kasą), wypatrywania kandydatek na podryw, samych podrywów wreszcie, rozmów, gwarów, śmiechów mądrych i głupich, słowem atmosfery hałaśliwej, rozluźnionej, choć niepozbawionej lekkiego napięcia, oczekiwania, że zdarzy się COŚ...

     Tak zapamiętałem Klub Studencki Pałacyk przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i później, bez wątpienia dekady najlepszej w jego historii. To był zresztą znakomity czas dla najrozmaitszych ruchów studenckich w ogóle, a "klubowania" w szczególności. Gdański Żak, krakowskie Jaszczury, łódzka Cytryna, wspaniałe warszawskie Hybrydy z Mokotowskiej, Stodoła - wszystkie one i wiele innych, mniej znanych, kształtowały inny niż ZMP-owski model młodego inteligenta, biorąc z natrętnej, niemądrej ideologii obowiązującej w PRL tyle tylko, ile było potrzebne dla zachowania możliwie maksymalnej w ówczesnych warunkach niezależności. Bo jeszcze Gomułka nie całkiem zdurniał, bo jeszcze nie przebrzmiały echa Odwilży z Października '56, już socrealizm diabli wzięli, a Marzec '68 był daleko...

     Dla dzisiejszych zagonionych, zakuwających do wyczerpania, ścigających się o materialny sukces w najbliższej przyszłości studentów, tamte czasy to historia i pewnie nigdy nie będą w stanie pojąć, jak można było przejść przez studia tanecznym krokiem, bawiąc się jednocześnie w kabarety, teatry, nałogowo chodząc w góry czy jaskinie, pisząc i śpiewając wcale niegłupie piosenki, włócząc się po festiwalach, przeglądach, rajdach, dyskutując o poezji, egzystencjalizmie, Butorze, Faulknerze, Erenburgu, rżnąc nocami w brydża (a nierzadko i w pokerka), nieźle popijając, słowem - nieustannie goniąc króliczka i jeszcze "wyjść na ludzi". Bo zdecydowanej większości to się udało.

     Pałacyk stanowił własność ZSP i tam też miała siedzibę Rada Okręgowa zrzeszenia. Studenccy działacze zajmowali trzy czy cztery pokoje na parterze i - co oczywiste - byli również klubowiczami. Tworzyli grupę trochę osobną, łatwą do identyfikacji, bo z reguły odzianą w garniturki i krawaty, a sale raczej przebiegali niż przechodzili, rzadko prywatnie uczestnicząc w wieczornych zabawach, widać uznając, że to nie przystoi powadze ich urzędów. Ale też nie przeszkadzali, nie pouczali ani nakazywali i w efekcie końcowym, przy bliższym poznaniu, okazywali się całkiem sympatycznymi facetami. Rzeczywiście byli zajęci, bo ZSP w bardzo nikłym stopniu wypełniało funkcje polityczne, skupiając się raczej na działalności bratniackiej i korporacyjnej, firmując i wspierając dziesiątki przedsięwzięć, za które z pewnością studencka społeczność owego czasu jest do tej pory wdzięczna.

     Ich przeciwieństwem była "złota młodzież", nie wiedzieć dlaczego zwana bananowcami, też towarzystwo dość hermetyczne, głównie studenci architektury pochodzący z dobrych, a z pewnością dobrze sytuowanych rodzin. W markowych dżinsach, swetrach i kurtkach, a jeśli w marynarkach to koniecznie zamszowych, stanowili obiekt szczególnego zainteresowania pięknych dziewczyn, nie bez powodu liczących na zimowy wypad do Zakopca czy letni do Sopotu, a przynajmniej na zaproszenie do Klubu Związków Twórczych czy Dziennikarzy. Bo ci chłopcy mieli wszędzie "wejścia", plus skutery lambretta, niektórzy samochody, w tym jednego jaguara. Ale jak się było artystą, człowiekiem dowcipnym i niebanalnym, to owe piękności zdecydowanie miękły. A artystów w Pałacyku nigdy nie brakowało.

Teatry i literaci

     Bo koniec lat pięćdziesiątych to nieprawdopodobny rozkwit studenckich teatrów i kabaretów, czas odreagowywania socrealizmu, nadganiania Zachodu przynajmniej na polu kultury, wyjazdów za żelazną kurtynę, które - choć ściśle reglamentowane - dawały choćby złudzenie przynależności do innego, normalnego świata. 

     W każdym akademiku pojawiały się ansamble i... znikały najczęściej po pierwszym, no może po trzecim "spektaklu". Ich miejsce zajmowały nowe. Był ruch, był ferment, była świetna, wyrabiająca smak i poszerzająca tak zwane horyzonty, zabawa. Wielu to nie wystarczało i ci trafiali do zespołów bardziej profesjonalnych.

     Takim był Kalambur funkcjonujący w Pałacyku do momentu otrzymania własnej siedziby przy ulicy Kuźniczej w roku 1963. Ile osób się przez niego przewinęło, zapamiętał chyba tylko jego szef Boguś Litwiniec, bo w końcu to senatorska głowa. Kilkudziesięcioletnia działalność teatru została gruntownie opisana i zdokumentowana, znane są fakty, daty i wydarzenia. Ale kalamburowscy artyści to była również konfraternia niestroniąca od zabawy, mądrego wygłupu, wesołej popijawy, bratająca się z ludźmi spoza "branży", oczywiście przede wszystkim w Pałacyku.

     W towarzystwie Edzia Lubaszenki (obdarzonego szaliapinowskim głosem), Januszka Hejnowicza (bodaj najlepszego aktora w zespole), Piotrka Załuskiego (reżysera i dziennikarza), Ryśka Wojtyłły (aktora i tekściarza), Jurka Wojciechowskiego (pianisty i mistrza szpady) czy Piotrka Wieczorka (scenografa) nie sposób było się nudzić. Wowka Herman, popychający Kalambur w stronę bardziej poetycką (reżyser pięknych małych form - "Pieśń nad pieśniami", "Inge Bartsch", "Niobe"), nieustannie zabiegany w poszukiwaniu nowych talentów scenicznych, w chwilach luzu bezbłędną ruszczyzną opowiadał pieprzne i polityczne dowcipy. 

     To Herman właśnie współorganizował świetne Noce poezji i jazzu, na które przychodziło się nie tylko dla doznań artystycznych, ale i dla atmosfery: przyćmione światła sali lustrzanej, punktowe reflektory na recytatorów i muzyków, papierosowy dym, wino. Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi...

     Podobny, półtowarzyski charakter miały Turnieje jednego wiersza, gdzie o nagrodę pieniężną rywalizowali głównie młodzi poeci, a bywało, iż w jury zasiadali wybitni krytycy, m.in. Sandauer, Bieńkowski czy Kubikowski, których werdykty zazwyczaj szanowano. Aliści pewnego razu niezadowolony krakowski twórca Wicek Faber wygłosił coś na kształt manifestu, rugając dostojne grono grubym słowem, po czym zszedł piętro niżej, by kontynuować to, co znacznie wcześniej zaczął, czyli... propinację.

     Sympatyczną gromadkę stanowili młodzi adepci literatury, którzy co prawda publikowali niezbyt często, ale każdy, jak sami mawiali, "druk" wywoływał u nich pragnienie możliwe do zaspokojenia jedynie przez płyny otrzymywane w zamian za honorarium. Szczebel wyżej na pałacykowym parnasiku stali autorzy z dorobkiem książkowym - tomików poezji czy powieści, tym samym pasowani na prawdziwych literatów. Zaś autentyczną nobilitacją była przynależność do ZLP, dająca już konkretne profity; stypendia, wyższe stawki honorariów, płatne wieczory autorskie, a nawet wyjazdy zagraniczne. Tych ostatnich w kręgu Pałacyku było niewielu.

     Krąglutki Janek Czopik, wiecznie pomieszkujący kątem u życzliwych przyjaciół i ciągnący za sobą wielkie paki z książkami, przebiegał klubowe sale w poszukiwaniu rosłych blondynek siedzących z jakimiś znajomymi. Przysiadał się bez skrupułów i rozpoczynał tokowanie. Zalane potokiem słów blondynki kompletnie traciły rozum i dawały się wyprowadzić z lokalu. Niestety, Jasio nie dysponował chatą, rzecz więc kończyła się odprowadzeniem otumanionej pod jej rodzinny dom czy akademik i szarmanckim pożegnaniem. Występował w postaci klasycznego psa ogrodnika. Ale był to pies bez wątpienia inteligentny, sympatyczny, czujny, wspaniale merdający ogonem, choć niecałkiem rasowy.

     Brodaty i niewielki Krzyś Coriolan zamęczał słuchaczy opowieściami o swojej wędkarskiej pasji, lekkoatletycznych biegach i literaturze amerykańskiej - osobliwie Faulknerze. Pozował nieco na guru wobec młodszych i początkujących. Miał sporą bibliotekę w przedwojennym dużym mieszkaniu, do którego przychodziło się na mądre, choć raczej nudnawe, literackie dyskusje i piekielnie mocną herbatę, osobiście i ceremonialnie parzoną przez gospodarza. Kiedy jednak naturalną koleją rzeczy przechodziło się do spożywania cieczy jeszcze mocniejszych, Coriolan popadał w pridumku i zaczynał bulgotać, przeraźliwie zgrzytając zębami. Ta niesamowita umiejętność dziś dałaby mu z pewnością wpis do księgi Guinnessa.

     Henio Gała uprawiał poezję awangardową i takiż dramat. Swoje jednoaktówki wystawiał we własnym teatrze "CzłoWiekXX", oczywiście we własnej reżyserii. Było to interesujące przedsięwzięcie intelektualne, funkcjonujące około dwóch lat, bo na tyle - jak się zdaje - wystarczyło repertuaru. Na domiar złego najlepszą aktorkę podebrał mu Litwiniec i na wszelki wypadek wziął z nią ślub. Halinka Litwińcowa została damską podporą Kalambura, do dziś żoną, matką dorosłego syna i właścicielką stylowej, artystyczno-literackiej kawiarni "Pod Kalamburem". Henio zaś prowadził życie poety-filozofa, składające się jak wiadomo z wina, kobiet i śpiewu, do której to działalności Pałacyk nadawał się wyjątkowo. Śpiewał nie najlepiej, ale do reszty nikt nie mógł mieć zastrzeżeń.

     Teatr "Plama" błysnął nie tyle jedynym spektaklem w swojej historii, co zdecydowanym odporem na publicznie i mocno wyrażoną wątpliwość co do wartości przedstawienia i artystycznych kompetencji jego twórcy. Twórca - Olgierd Łotoczko, student historii sztuki z całkiem uzasadnionymi ambicjami literackimi, wystawił czteroosobową, mistyczno-demoniczną, awangardową w swoim czasie jednoaktową ramotkę Michela de Ghelderode pt. "Escurial", sposobami i siłami bardzo amatorskimi. Rzecz całą niemiłosiernie zjechał kolega Ola ze studiów Jacek Ciechanowicz w recenzji zamieszczonej bodaj w "Gazecie Robotniczej", a złośliwie zatytułowanej "Plama na honorze", wywołując furię całej trupy. Emocje wzięły górę nad rozsądkiem i chytrze podprowadzony pod jedno ze skrzydeł Pałacyku nieszczęsny krytyk dostał po pysku i kilka kuksańców. Jacek, młodzieniec postury raczej mikrej, w typie wzorowego ucznia dobrego angielskiego college'u, najpierw narobił wrzasku, a potem polazł na milicję, ta zaś słusznie uznała, że kiedy artyści biorą się za łby, to nie trzeba im przeszkadzać. Sprawa jednak nabrała rozgłosu i jakiś czas potem, w sali kominkowej, odbył się sąd koleżeński nad biednym Olem i resztą napastników. Przewodniczył Boguś Litwiniec. Ola solidnie opieprzono, nakazano przeprosić Jacusia, zaś teatr rozwiązano.

     Krótkotrwałym zjawiskiem był również całkowicie autorski, makabryczno-surrealistyczny teatr "Trumna" Adasia Rząsy, przez kilka lat etatowego plastyka Pałacyku. Adaś, człowiek obdarzony inteligencją w ilości odwrotnie proporcjonalnej do wzrostu, miłośnik kiczu i częstochowskich rymów, napisał teksty, które wygłaszał ze śmiertelną(!) powagą, wywołując konwulsje śmiechu u widzów. W takiej samej, nieco "toporowskiej", konwencji sporządził scenografię. Rzecz cała, pomyślana jako totalny, bezpretensjonalny wygłup, nieoczekiwanie stała się całkiem sensownym, awangardowym happeningiem, przysparzając autorowi zasłużonego uznania i jeszcze więcej gości w pracowience nad estradą w sali lustrzanej. Zdarzało się, że Adaś przez kilka dni z niej nie wychodził, i to nie za przyczyną nawału plastycznych zleceń...

Bywalcy i goście specjalni

     Postacią równie popularną był Marek Gołębiowski, wieloletni student architektury, muzyk, aktor, mim w teatrze "Gest", człowiek o wyrazistej twarzy białego clowna, facecjonista, gospodarz i barman w piwnicy "Arka". Marek podawał za umiarkowaną cenę (a często i bez!) glühwein, czyli grzańca osobiście sporządzanego na bazie wina patykiem pisanego, cynamonu i goździków, a być może z dodatkiem kwasu solnego. Trunek ten nazajutrz wywoływał potężnego kaca, ale za to spożywało się go w dobrym towarzystwie. Do "Arki" schodzili po występach goszczący w Pałacyku artyści, jeszcze o mało znanych choć już cenionych nazwiskach i tam często-gęsto następował ciąg dalszy koncertu - najzupełniej prywatny i niecenzuralny w jak najszerszym znaczeniu tego słowa. Pamiętam dwudniowy, a właściwie dwuwieczorny, maraton Janka Pietrzaka i Jonasza Kofty z "Hybryd" śpiewających przy własnym gitarowym akompaniamencie utwory, również po rosyjsku, nadające się wyłącznie dla męskich uszu i absolutnie nienadające się dla uszu przedstawicieli przewodniej siły narodu. Bywał również w "Arce" Wojtek Młynarski czy Leszek Długosz, którego "Gołąb" darzył estymą szczególną. Na znak uwielbienia przyklękał i całując po dłoniach szeptał - Mistrzu! Do tej pory nie wiem czy była to zgrywa, czy serio. Myślę, że Marek też tego nie wie... 

     Przychodzili do Pałacyku ludzie znani i rozpoznawalni - m.in. Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, a raz(?) nawet pojawił się Roman Polański. Wkroczył do sali na parterze w asyście grona akolitów, po czym zamówił w biurze telefoniczną rozmowę z Tokio, gdzie kręciła film jego żona Barbara Kwiatkowska. Polański był już po "Nożu w wodzie", który dzięki fatalnym oficjalnym recenzjom, okolicznościom towarzyszącym jego realizacji i opinii niepokornego skandalisty, zyskał rozgłos nie tylko w tzw. środowisku, ale znacznie szerszy. Ponieważ do rozmowy z Tokio chyba nie doszło, a reżyser szybko się z klubu wyniósł, nie zawierając z nikim bliższej znajomości, któryś z zawiedzionych stwierdził: trzeba było na pocztę!

     Cybulski - jak wiadomo - zawierał przyjaźnie w sposób spontaniczny i w ilościach hurtowych. W Pałacyku miał przynajmniej kilkunastu kumpli. Pamiętał ich imiona i nazwiska nawet po dłuższym niewidzeniu, ci zaś nie traktowali go jak gwiazdora, tylko jak fajnego, wesołego koleżkę. Był po prostu swój. Zupełnie inaczej niż w Związkach Twórczych, gdzie byle cinkciarz poklepywał go po plecach i usiłował stawiać wódkę. Podobnym typem człowieka był Kobiela. 

     Nie sposób nie pamiętać Czesia Smoleńskiego, cudownego gadułę, absolutnego ulubieńca pań w każdym wieku, które komplementował ku ich ukontentowaniu z wdziękiem starego, mądrego świntucha Rabelais'go, choć był jeszcze młodzieńcem. Utalentowany grafik i malarz, znawca heraldyki i sfragistyki, miłośnik starożytnej Grecji i Rzymu twierdzący, iż jest... poganinem, erudyta totalny, obdarzony na dodatek męską urodą i poczuciem humoru, niestroniący od wysokoprocentowych napojów, choć rzadko przekraczający miarę, trochę literat i poeta, wymyślacz a vista arcyciekawych, nieprawdopodobnych historyjek, słowem - błyszcząca dusza towarzystwa w najlepszym tych słów znaczeniu. Przez długi czas przychodził do Pałacyku ubrany jak landlord - jaskółka, sztuczkowe spodnie, lakierki, białe getry, czarna dyplomatka, parasol i... melonik. Skąd on to, cholera, wziął? Choć przyjaźniliśmy się do ostatnich lat jego życia, nigdy się tego nie dowiedziałem. 

     Byli jeszcze bywalcy trochę "drugiego szeregu", niestudenci, chłopcy raczej nieskomplikowani, ale znakomicie przystosowujący się do pałacykowych obyczajów i studenckiej atmosfery. Byli, z małymi wyjątkami, akceptowani. Rzadko znani z nazwisk, mieli swoje ksywki: Agrafka, Ali, Siniak, Wagabunda, Strzelba, Azjata, Lord, Dżof, Geniusz. Nie bardzo wiem, co się z nimi dziś dzieje.

     Napisałem o ludziach, których znałem, lubiłem, z niektórymi chyba przyjaźniłem. Z nimi przede wszystkim kojarzy mi się Pałacyk. Mój Pałacyk. Innym "wspominaczom" będą się z pewnością kojarzyć inni znajomi i przyjaciele. Ale ci wszyscy wspominani i wspominający stanowili jakąś niezwyczajną wspólnotę młodości, zabawy, twórczych porywów, świadomości uczestnictwa w czymś, co zdarzyć się może tylko raz w życiu. Wielu już nie ma wśród nas...

     Wypijmy za nich!

Andrzej Łapieński

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl