| MENU:
Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki
Gratulujemy
Linki
|
 |
W restauracji Bałtyk
bywali aktorzy, pisarze, dziennikarze
Ostatni rejs
Wrocław leży daleko od morza. Ale Instytut Morski przez lata pełnił ważną
rolę dla wrocławskiej kultury, był portem spotkań ludzi niezwykłych. W
tym skromnym, swojskim lokaliku od peerelowskich czasów zderzały się różne
światy.
Nie wiadomo od kiedy knajpa przy ulicy Ofiar Oświęcimskich zwana była
Instytutem Morskim. Dlaczego? To taki żarcik bywalców, rozkochanych w tym
specyficznym, siermiężnym "bałtyckim" klimacie. Jak z filmów
Barei. Kiedy świat zaczął się zmieniać, w Bałtyku czas się zatrzymał.
I tak trwał, aż do ostatniego tygodnia, kiedy z kultowej knajpy wyszedł
ostatni gość.
Odpłynął flagowy
okręt
Bałtyk walczył dość długo, nie dając się przemianom dziejowym dzięki
swej zawadiackiej, bujnej historii. Ale w końcu i on podzielił los większości
barów o PRL-owskim rodowodzie. Na szczęście, nie wszystkich.
– Do dziś przetrwała Syrenka – bar przy ul. św. Wincentego.
Udało nam się ją ocalić. I dzięki temu może teraz przygarnąć załogę
Bałtyku – mówi Radosław Pajer, prezes zarządu Gastronomicznej Spółdzielni
Inwalidów. – Aby ratować pracowników, postanowiliśmy ruszyć z
produkcją garmażerki w Syrence. Teraz pierogi robi się tam na dwie zmiany
– od 6 do 21.
Chmury zbierały się nad Bałtykiem od dawna, przede wszystkim z powodu słabych
przychodów, wykruszającej się klienteli.
– W końcu stanęliśmy przed ścianą. Nie było wyjścia, trzeba było
zrezygnować. Miasto, właściciel lokalu, korzystając z tego, że zalegaliśmy
z czynszem za kilka miesięcy, wypowiedziało umowę, a następnie
zaproponowało ceny z kosmosu: zamiast dotychczasowych trzech złotych
– dwadzieścia. Z bólem w sercu musieliśmy się poddać –
opowiada prezes.
Żal
mu Bałtyku, który teraz miał szansę stanąć na nogi. Oławska i Ofiar Oświęcimskich
wkrótce zamienią się w spacerowy pasaż, a wtedy do restauracji trafiałoby
więcej nowych gości, nie tylko wtajemniczeni. Pewnie w przyszłości w
nowym pasażu, zamiast swojskich pierożków, przekąsić będzie można
tylko wszechpanującego fast fooda.
Prezes jest pewien, że miasto ma już plany co do tego magicznego miejsca,
może i gastronomiczne. – Ale już nigdy nie będzie tu tak, jak kiedyś.
Mój teść wspomina tamte czasy z łezką w oku – mówi.
Prawdziwy socjalizm
W Bałtyku nie było rozwarstwień społecznych. Wszyscy byli tu razem
– profesorowie uniwersyteccy, aktorzy, artyści, dziennikarze, licealiści
z pobliskiej "dziewiątki".
Wszędzie docierała sława niebiańskich "bałtyckich" śledzi i
pierożków. – Narobił się człowiek tych pierogów, aż ręce
odpadały, ale smakowały. Czasem przyjeżdżał po nie samochód z
telewizji wrocławskiej, z drugiego końca miasta – wspomina kucharka
Helena Kurzątkowska.
Zastępczyni
kierowniczki lokalu oraz bufetowa i kelnerka, Danuta Łazaruk, uzupełnia:
– I niedrogo, porcja ruskich 4,50 zł, a z kapustą 5,50.
Lornetka z meduzą
Poza piwkiem klienci najczęściej zamawiali "lornetkę z meduzą",
jak przystało na Bałtyk, czyli setkę wódki w dwóch pięćdziesięciogramowych
kieliszkach i galaretę. W czasach, gdy procentowe napoje miały rację bytu
dopiero od godz. 13, upragnione przez gości piwo podawano wyłącznie do
obiadu, w sprzedaży wiązanej. Bractwo wybierało więc najtańsze zupki. A
to doprowadzało do szału kierowniczkę, panią Marysię (obecnie na
emeryturze). Kłóciła się więc z klientami: – Zupa to nie jest
obiad!
– Ale my w domu jemy tylko zupę! – odpowiadali bywalcy.
– Ja bym takim pijusom też nie gotowała drugiego dania – śmiała
się bufetowa i sprawa rozchodziła się po kościach.
Stali goście wspominają też czasy, w których w Bałtyku zamawiało się
tylko popitkę i po pięćdziesiątce, by mieć kieliszki. Wódka była tańsza
w pobliskim sklepie. Piło się więc "podstoliczną", a obsługa,
gdy była w dobrym humorze, udawała, że tego nie widzi. Ale bywało
gorzej. – Pamiętam, gdy raz kierowniczka-bufetowa, pani Marysia, wylała
zarekwirowaną "podstoliczną" do zlewu – opowiada bywalec.
– Przy stolikach zapanowała żałość, jak po utracie kogoś
bliskiego.
Klinowali się w
drzwiach
W okolicach stanu wojennego i po nim panował kryzys piwny, zespół "Perfect"
śpiewał rzewnie "Błagam PePe, wróć!" – pepe, czyli piwo
pełne. We Wrocławiu występowało w małych pękatych butelkach tzw.
generałach. Na ogół szanse na wychylenie tego złotego płynu były
marne. Szefowie Bałtyku dbali o klientelę, piwko w niedzielny poranek było
zawsze. Kolejka już od godz. 9.30 zakręcała na Oławską, aż za dom
handlowy Łada. O godz. 10 knajpa otwierała podwoje, a tłum klinował się
w drzwiach, tak darł do stolików. Każdy zamawiał od razu całą skrzynkę
piwa. Niektórzy z braku miejsca pili na stojąco.
W latach 60. dziennikarze wrocławscy byli zaprzyjaźnieni z szefem tej słynnej
restauracji. W nocy kończyli dyżur w drukarni i szli do nieczynnego Bałtyku.
Portierka wpuszczała zgłodniałych i spragnionych żurnalistów do środka,
sami się obsłużyli. Potem na ladzie zostawiali pieniądze i kartkę z
wyszczególnieniem: za ile wypili i za ile zjedli. Takie były to czasy,
ludzie sobie ufali...
Bohema ostro się bawi
Bałtyk to nie była spelunka. To przez lata było magiczne miejsce. Stoliki
godzinami okupowali okoliczni mieszkańcy, jak w jakimś irlandzkim czy
londyńskim pubie. Nie tylko pili, ale wspólnie rozwiązywali krzyżówki,
grali w karty, szachy czy w numery na banknotach. Mieli tam kredyt u
bufetowej. "Smajku", "Helmut", "Żarówa",
"Koparka", "Komin", "Telewizorek",
"Bronek", "Bolek", "Rączy Jeleń", "Gała",
"Kalibabka", "Skansen", "Gruby Zbyszek", cała
ekipa pocztowców z Purkyniego i inni tworzyli domowy klimat i barwę tego
miejsca. Gdy się szło do Bałtyku, miało się pewność, że się spotka
kogoś znajomego. Biesiadowali tam też drukarze z drukarni dziełowej z ul.
Oławskiej oraz prasowej, wyburzonej już, przy Piotra Skargi.
Przychodzili trenerzy, sędziowie, działacze sportowi z pierwszych stron
gazet – przy gorzale kończyli związkowe zebrania, rozpoczęte w
siedzibie federacji przy Łaciarskiej. Bywalcy kibice mogli spytać
zwyczajowo: "ze mną się nie napyjesz?!".
Bywali aktorzy, pisarze, dziennikarze (zwłaszcza z "Wieczoru Wrocławia",
który miał redakcję przy Wierzbowej), satyrycy, malarze. Tu na
knajpianych serwetkach powstawały celne aforyzmy i fraszki śp. Henia
Jagodzińskiego czy jednego z braci Motasów. Nazywano ich "flaszkopisarzami".
Tu arie śpiewał Wojtek Zaborowski, dziennikarz – krytyk operetki. A
jak wpadali z gitarami Cyganie, cała sala śpiewała zamawiane przez
starszych bywalców 'Pierwszą brygadę", czy "Czerwone
maki". Kiedy grano mniej patriotycznie, w każdej chwili można było
ruszyć do tańca. Tańczyły nawet kelnerki, czasem naprawdę urodziwe, jak
blondynka Zosia, pani już w kwiecie wieku, ale z największym powodzeniem.
Do męskich awantur w tym zgranym gronie dochodziło rzadko. Raz w lokalu
szalał furiat, który dźgnął nożem w szyję kolegę od stolika.
Zmierzch legendy
Aż trudno uwierzyć, że kiedyś szybkie zdobycie wolnego stolika graniczyło
z cudem! Najtłoczniej było tu ostatnio w dzień jubileuszu 50-lecia IX LO
przy Piotra Skargi [X 2004 – przyp. red. Witryny]. Absolwenci wymknęli
się z oficjalnej uroczystości i przyszli powspominać dawne dzieje. Ale
poza tym Bałtyk od dawna świecił pustkami.
– Klienci nam powymierali – kwituje Helena Kurzątkowska, w bałtyckiej
kuchni od 1992 roku.
Pani Lucyna – szatniarka, kiedyś kelnerka, nazywana "Biedronką"
– mówi: – W gastronomii pracuję 24 lata, połowę tutaj. To
kawał historii. I co się dziwić, że jak się rozniosło, że idziemy pod
młotek, zrobił się straszny smutek. Ludzie mówią, że to ostatni lokal
dla ludzi pracy. I gdzie teraz pójdą na schabowego i śledzia? Do fast
foodów?
Zdzisław Borowiec, przewodnik turystyczny z Klubu PTTK Fabryczna, który w
niedzielne popołudnie spotkał się tu z innymi przewodnikami, był tym, który
zamówił ostatnie piwo w Bałtyku, ostatnie w dziejach kultowej knajpy.
–Tak przeszedłem do historii – śmieje się. – A gazetę
z tekstem o Bałtyku wyślę do kolegi, do Kanady. Pewnie się wzruszy.
Barbara
Chabior
Bartłomiej Czekański
("Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska", 27-28 XI 2004)

Chmury zbierały się nad Bałtykiem od dawna,
przede wszystkim z powodu
słabych przychodów i wykruszającej się klienteli.

Zastępczyni kierowniczki, bufetowa i kelnerka
Danuta Łazaruk
oraz kucharka Helena Kurzątkowska.

Załoga – jeszcze uśmiechnięta.

Szatniarka, kiedyś kelnerka, pani Lucyna
–
zwana przez bywalców pieszczotliwie “Biedronką".

Kiedyś tu był ruch!

Zdjęcia:
Marek Grotowski (SP•GW)
Echa publikacji
Przyczynek
do “Ostatniego rejsu”
Dopiero teraz
dotarło do mnie "Słowo Polskie • Gazeta Wrocławska" z
27-28 XI 2004 r. żegnające piórami Barbary Chabior i Bartłomieja Czekańskiego
restaurację Bałtyk. Wyrażając uznanie autorom za utrwalenie w pamięci
czytelników tej kultowej już knajpki, gdzie przez dziesięciolecia spotykała
się wrocławska bohema, pozwolę sobie na małe uzupełnienie.
Piszą autorzy:
"Nie wiadomo, od kiedy knajpa przy ulicy Ofiar Oświęcimskich zwana była
Instytutem Morskim. To taki żarcik bywalców, rozkochanych w tym
specyficznym, siermiężnym »bałtyckim« klimacie". Otóż
śpieszę wyjaśnić, że ojcami tego terminu był nie kto inny, jak red.
Czesław Kryczek z tygodnika "Wiadomości" oraz niżej podpisany,
który pracował wówczas jako dziennikarz w "Słowie Polskim", o
czym sympatyczny red. Bartek Czekański nie może wiedzieć, jako że w owym
czasie (początek lat 70.) był jeszcze pilnym uczniem renomowanego IX
Liceum im. Słowackiego. Szkołę tę obaj mile zresztą wspominamy. On
– w artykule, ja jako jej były belfer polonista.
Ale ad rem. Otóż dziwnym zbiegiem okoliczności i red. Kryczek, i ja mieliśmy
podobny zwyczaj wczesnego przychodzenia do redakcji. Już o godz. 7 - 8 rano
pracowicie wystukiwaliśmy teksty, by o 9 - 9.30, gdy inni koledzy dopiero
do pracy przychodzili, zasłużyć na przerwę w dziennikarskich czynnościach.
A gdzie ją spędzić? Najchętniej w sąsiedniej restauracji Żubr przy ul.
Dworcowej lub w trochę dalej od Podwala położonym Bałtyku. Sięgaliśmy
więc za telefon… i – no właśnie. Telefony były na podsłuchu,
w centrali też diabli wiedzą, co robili z usłyszanymi informacjami,
przekazywaliśmy więc sobie wiadomości o planowanej konferencji prasowej,
na której powinniśmy się zjawić za pół godziny. Raz była w Instytucie
Leśnym (Żubr), raz znów w Instytucie Morskim (Bałtyk).
Terminy przyjęły się w naszym środowisku błyskawicznie. Być może
przypadkowych ojców było więcej, ale przy tym poczęciu byłem osobiście!
Dr
Wojciech W. Zaborowski
Frankfurt n. Menem
*
* *
Dzwonię z Toronto. Właśnie od kolegi dostałem waszą gazetę z listopada
i dowiedziałem się, że zlikwidowana została restauracja Bałtyk.
Niezmiernie z tego powodu ubolewam. Knajpka nie była ekskluzywna, ale z
tradycjami, polskim, prostym i dobrym jedzeniem, a takiej oczytanej babci
klozetowej, jak tam, nie spotkałem nigdzie, choć widziałem niejedno. Jako
wspomnienie po latach spędzonych w tamtej nietuzinkowej restauracji pozostał
mi numerek z szatni.
Jacek
Miarczyński, Kanada
|