MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Linki

 

Wrocławscy dziennikarze
w międzynarodowych misjach pokojowych

Michał Żywień - Korea 1954-55

     Już wielokrotnie Polacy uczestniczyli w misjach międzynarodowych. Trwająca obecnie misja w Iraku wzbudza emocje. Inaczej było w przeszłości. Opinia publiczna albo akceptowała udział Polaków w tych akcjach, albo się nimi po prostu nie interesowała. Uczestniczyłem w kilku takich misjach. Tu chcę opowiedzieć o tej w Korei, gdzie po zakończeniu wojny w roku 1953 Polska była członkiem komisji międzynarodowej nadzorującej rozejm (byłem tam z drugim wrocławianinem - Stanisławem Łapetą, który dalej sam opowie o swoim udziale).

     Przypomnę fakty.

     W roku 1950 wybucha wojna koreańska. Kraj jest podzielony na dwie części: północna Korea niespodzianie napada na Koreę południową (związaną z Zachodem). W ciągu kilku tygodni przygotowani do wojny Koreańczycy z północy zajmują niemal cały kraj. Wtedy Stany Zjednoczone przeforsowują w Radzie Bezpieczeństwa wysłanie do Korei wojsk w celu przywrócenia status quo. Kilkanaście krajów wysyła tam swoje wojska, ale dominującą rolę odgrywają Amerykanie.

     Wojna będzie się toczyć przez trzy lata. Z pomocą komunistom koreańskim przybywają Chiny - wysyłają tzw. chińskich ochotników ludowych. Wojna kończy się rozejmem podpisanym w Panmundżonie, położonym na linii demarkacyjnej na 38 równoleżniku. Dokument przewiduje powołanie do życia międzynarodowej komisji nadzorującej rozejm, składającej się z przedstawicieli czterech państw: Polski, Czechosłowacji, Szwecji i Szwajcarii.

     Pracowałem w tej komisji w latach 1954-55. O co tam chodziło? Otóż raz po raz bądź to strona północna, bądź południowa zgłaszały pretensje do strony przeciwnej o naruszenie rozejmu. A to północ twierdziła, że Amerykanie naruszyli jej przestrzeń powietrzną, a to naruszono linię demarkacyjną dzielącą obie części Korei. Dokument rozejmowy przewidywał, że żadna ze stron nie może zwiększyć swego potencjału militarnego, więc w różnych punktach na północy i południu miały swoje siedziby placówki komisji i na bieżąco rejestrowały zachowanie się stron.

     Miło wspominam pobyt w Korei. W Panmundżonie, gdzie mieściła się siedziba wszystkich czterech zespołów, życie toczyło się w dobrej atmosferze. Ówczesny szef polskiej misji, gen. Leszek Krzemień, stworzył atmosferę wprawdzie wojskowej dyscypliny, ale jednak w klimacie życzliwości. Były więc wieczory z występami, zarówno członków misji, jak też przywożonych dla urozmaicenia nam życia zespołów bądź chińskich, bądź północnokoreańskich. Polacy i Czesi mieli swoje obozy po północnej części linii demarkacyjnej, a Szwedzi i Szwajcarzy - po południowej. Ale spotkania naszych z zachodnimi członkami komisji odbywały się nie tylko na płaszczyźnie oficjalnej - na cotygodniowych posiedzeniach lub też organizowanych raz po raz przyjęciach, lecz także, rzec można, towarzyskiej. Oto np. zorganizowano turniej szachowy. Wygrałem go. Pamiętam, ambasador Szwecji wręczał mi puchar. Odbył się również, było to w Kesongu, po stronie administrowanej przez północną Koreę, mecz piłki nożnej. Jedną drużynę stanowili członkowie komisji, przeciwnikiem był zespół koreańsko-chiński. Mecz przegraliśmy, ale nic dziwnego - po tamtej stronie grali piłkarze zawodowcy.

     Zajęcia sportowe, spotkania towarzyskie, to był - rzecz jasna - margines. W Panmundżonie toczyła się praca. Co tydzień odbywały się posiedzenia szefów komisji. Uczestniczyłem w nich regularnie - byłem tłumaczem. Do wspólnych ustaleń właściwie prawie nigdy nie dochodziło, bo zawsze strony północnej bronili Polacy i Czesi, a południowej Szwedzi i Szwajcarzy. Posiedzenia odbywały się zwykle w środy, a więc i życie toczyło się od środy do środy. Porządek dzienny był zwykle taki sam: rozpatrywanie meldunków z grup komisji rozrzuconych po obu stronach linii demarkacyjnej. Były więc siedziby grup na południu, m.in. w Taegu, Pusanie, Inczonie, Kunsanie; na północy - w głównych miastach tej części Korei. Gdy dochodziło do naruszenia rozejmu, bywało, że wysyłano na miejsce zdarzenia tzw. grupy ruchome komisji. Przez prawie rok pobytu w Korei zdążyłem być przez dłuższy czas w Panmundżonie, byłem też w Taegu i Kunsanie, a także kilkakrotnie w grupach ruchomych.

     W sumie pamiętam pobyt w tym kraju jako niezwykłą, wspaniałą przygodę. Wtedy, w połowie lat pięćdziesiątych, oczywiste było, że tam i z powrotem jechało się pociągiem. Jazda ekspresem Moskwa - Pekin to też było niezwykłe wydarzenie: Ural, Nowosybirsk, Irkuck, Bajkał, wreszcie Pekin, a w nim atrakcje turystyczne.

     Sprawdziłem się w Korei jako tłumacz. Rok później, w roku 1956, znowu pojechałem na wschód. Tym razem do Laosu. Ale to już temat na kolejne opowiadanie.

Michał Żywień

Michał Żywień - z wykształcenia prawnik, z zawodu dziennikarz. Pracował najpierw w wydawanym tuż po wojnie "Pionierze", a następnie "Słowie Polskim". Laureat Nagrody Miasta Wrocławia w dziedzinie dziennikarstwa. Współorganizator Towarzystwa Miłośników Wrocławia; współredagował "Kalendarz Wrocławski". Autor kilku książek, w tym: "Ze "Słowem Polskim" przez ćwierćwiecze Dolnego Śląska", "Spacerkiem po Europie". Ma licencję pilota wycieczek zagranicznych (do tej pory ponad 170 wycieczek do ponad 30 krajów świata).



W chwilę po przyjeździe polskiej zmiany do Kesongu
(Michał Żywień - trzeci od prawej, piąty od prawej - Stanisław Łapeta).


Szef polskiej misji - gen. Leszek Krzemień.
Obok niego generałowie szwajcarski i czechosłowacki.


Mijamy linię demarkacyjną w drodze na obrady komisji rozejmowej.


Okrągły stół podczas cotygodniowych obrad komisji.
Drugi z prawej: gen. Krzemień. Po jego lewej ręce (odwrócony tyłem) - Michał Żywień.


W towarzystwie Kim O Kian - dziewczyny z obsługi technicznej.


Te kolosy spod Panmundżonu pamiętają czasy średniowiecza.


Dyplom za wygrany turniej szachowy.


Stanisław Łapeta - Panmundżon 1954-1955

     Właśnie odbywałem służbę wojskową jako pisarz w kancelarii personalnej 40 Pułku Zmechanizowanego w Bolesławcu, gdy przyszło pismo z Ministerstwa Obrony Narodowej. Polecono wytypować dwóch żołnierzy służby zasadniczej do Jednostki Wojskowej 2000 w Warszawie. Nie podano, gdzie ci żołnierze będą pełnić dalszą służbę. Osobiście sądziłem, że chodzi o stolicę, a ponieważ do tej pory jej nie znałem, postanowiłem pozostały okres spędzić właśnie tam.

     Wytypowałem siebie i kolegę, który podobnie jak ja był pisarzem, tyle że w służbie żywnościowej. Jak się później okazało, obaj - a także nasze rodziny - byliśmy sprawdzani przez odpowiednie służby. Ostatecznie mnie zakwalifikowano do Jednostki Wojskowej 2000, a kolega, do którego były jakieś zastrzeżenia, musiał pozostać w Bolesławcu.

     Po przyjeździe do jednostki, która stacjonowała na Okęciu, zostałem poinformowany, że jestem w grupie żołnierzy przygotowywanej do Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych w Korei. Grupa składała się z 33 osób, w większości byli to żołnierze - ponadto znalazło się tu kilku kandydatów z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych oraz kilku tłumaczy języka angielskiego. Wśród tych ostatnich był dziennikarz z Wrocławia Michał Żywień.

Dwa tygodnie pociągiem

     Z Warszawy wyjechaliśmy do Panmundżonu pociągiem 1 października 1954 roku. Podróż trwała dwa tygodnie. Podczas jednego z posiłków w wagonie restauracyjnym zobaczyłem generała w radzieckich szlifach, którego twarz wydała mi się znajoma. Dopiero w rozmowie z nim wyjaśniło się, że służy w Wojsku Polskim, a udając się na urlop wypoczynkowy do ZSRR musiał zmienić mundur.

     Ostatnią naszą stacją kolejową było miasteczko Kesong. To tutaj od 1951 roku toczyły się rokowania rozejmowe, które zostały potem przeniesione do Panmundżonu. Serdecznie powitało nas kierownictwo polskiej misji, a szczególnie ucieszyli się ci, których mieliśmy zmienić.

Praca i czas wolny

     W naszej misji od śniadania do obiadu każdy z nas zajmował się wyznaczonym zadaniem, choć zdarzały się też zajęcia popołudniowe. Za to w czasie wolnym organizowaliśmy najczęściej rozgrywki sportowe - zarówno wewnętrzne, jak i międzynarodowe. Były to mecze piłki nożnej, siatkowej, turnieje szachowe, graliśmy także w brydża. Wieczorem oglądaliśmy filmy, które otrzymywaliśmy z kraju. Zapraszano nas także na wycieczki do zabytkowych miejsc Korei Północnej.

     Nierzadko gościliśmy zespoły estradowe - zarówno koreańskie, jak i chińskie. Po występach były tańce - próbowaliśmy sił i w koreańskich, i chińskich, ale nie było to łatwe. Natomiast artyści tych zespołów świetnie sobie radzili z naszymi tańcami.

     Pewnego dnia wybrałem się do kina w Kesongu. Podczas projekcji filmu kilkakrotnie ukazywał się na ekranie ich Ukochany Przywódca Kim Ir Sen. Publiczność każdorazowo wstawała witając go oklaskami. Aby nie potraktowano mnie tak, jak bym tego nie chciał oczekiwać, uczyniłem tak samo. Nigdy więcej do kina nie poszedłem.

Li Syn Man grozi

     Pierwsze trzy miesiące upłynęły w Panmundżonie dość spokojnie. W czwartym ówczesny prezydent Korei Południowej Li Syn Man nakazał nam wyjechać w ciągu 48 godzin. W przeciwnym razie zagroził wysłaniem samolotów, które miały zbombardować nasz obóz. Tę zaskakującą dla nas wiadomość przekazaliśmy natychmiast do Warszawy. Równie szybko otrzymaliśmy odpowiedź zakazującą nam opuszczenia siedziby. Wszyscy udawaliśmy bohaterów, ale trudno było wówczas przewidzieć, jaki nastąpiłby rozwój sytuacji w przypadku rzeczywistego ataku.

Ładuj trzema!

     W czasie naszej służby w misji nie mieliśmy żadnej broni. Nie brakowało nam jednak amunicji innego gatunku. Wódkę służbową, którą otrzymywaliśmy z kraju w sporych ilościach, wolno nam było pić tylko w uzasadnionych okolicznościach. Znajdowaliśmy je: były to na przykład rocznice wyzwolenia polskich miast spod okupacji hitlerowskiej.

     Każde takie spotkanie zaczynało się od przemówienia szefa polskiej misji generała brygady Leszka Krzemienia. Każdorazowo na zakończenie wystąpienia padała komenda: "Ładuj trzema!" Oznaczało to, że należało teraz wypić przynajmniej trzy kieliszki.

Było blisko czterystu, jest dwóch

     Komisja Nadzorcza w Panmundżonie została powołana na mocy porozumienia rozejmowego, podpisanego 2 lipca 1953 roku. W pierwszej polskiej zmianie było 391 osób, nasza liczyła już tylko 99. Gdy w 1956 roku zlikwidowano grupy inspekcyjne w terenie, w naszej misji pozostało tylko kilka osób. Obecnie działalność komisji ogranicza się do rozpatrywania zgłaszanych naruszeń układu rozejmowego. Na posiedzenia te z Polski dolatują dwie osoby. Od czasu podziału Czechosłowacji na dwa państwa w obradach nie uczestniczą Czesi. Pozostały więc tylko trzy kraje: Polska, Szwajcaria i Szwecja.

Powrót do kraju

     Pobyt w Panmundżonie zakończyłem w 1955 roku. Za naszą aktywną działalność w misji Chińczycy zaprosili nas do zwiedzenia Pekinu. Uczyniliśmy to w drodze powrotnej do Polski.

     W stolicy Chin spędziliśmy trzy dni. Zwiedziliśmy wspaniałe zabytki, w tym pałac cesarski. Wreszcie w majowe, gorące popołudnie wyruszyliśmy z pekińskiego dworca moskiewskim ekspresem w kierunku kraju. Wszyscy marzyliśmy już wtedy o jednym - żeby jak najszybciej znaleźć się w rodzinnych stronach.

Zamieniam Częstochowę na Wrocław

     Nie żałuję, że chcąc zobaczyć Warszawę, trafiłem na drugi koniec świata. Dzięki temu już w Panmundżonie zostałem milionerem. Jako żołnierz zawodowy otrzymywałem tam wynagrodzenie miesięczne w wysokości blisko dwóch milionów juanów. 

     Po zakończeniu służby zasadniczej planowałem początkowo wrócić w rodzinne strony i podjąć pracę w Częstochowie. Gdy wróciłem z Korei, zaproponowano mi jednak dalszą służbę we Wrocławiu. Wkrótce zostałem dziennikarzem gazety Śląskiego Okręgu Wojskowego "Żołnierz Ludu". Przesłużyłem w niej 30 lat.

     W tej chwili - blisko 50 lat od tamtych wydarzeń - jestem członkiem Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Stanisław Łapeta

Stanisław Łapeta - we Wrocławiu od 1955 roku; początkowo przy Sztabie Śląskiego Okręgu Wojskowego, następnie w redakcji "Żołnierza Ludu". Współpraca z centralną gazetą wojskową "Żołnierz Wolności" oraz z działami sportowymi prasy cywilnej, głównie wrocławskiej. Od 1992 r. na emeryturze wojskowej. Aktywny działacz Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk - skarbnik, członek zarządu. Członek Naczelnego Sądu Dziennikarskiego SDRP Warszawie. Sekretarz Zarządu Międzyregionalnego Syndykatu Dziennikarzy Polskich we Wrocławiu. Od 25 lat ceniony organizator imprez sportowych i rekreacyjnych dla dolnośląskiego środowiska dziennikarskiego.



W zabytkowej części Kesongu. Stanisław Łapeta - pierwszy z prawej.


Kesong - fragment zabytkowej budowli.


Autor wspomnień podczas treningu koszykarskiego.


Barak, w którym mieszkała część Polaków.


Kontakty z miejscową ludnością - niezależnie od wieku - były serdeczne.


Autor przed kontenerem radiostacji, używanej do łączności z krajem.


Zdzisław Czekierda - Bliski Wschód 1974, 1975, 1979

     Ziemia faraonów powitała mnie dusznym, lepkim, wilgotnym i gorącym powietrzem. I mimo że był to późny, wrześniowy wieczór, po wyjściu z samolotu miałem wrażenie, że ktoś mnie zamknął w piekarniku. Stałem na egipskiej ziemi, spoglądałem na ciemne niebo upstrzone milionami gwiazd i wchłaniałem zupełnie nieznane mi wcześniej, specyficzne zapachy, po których bezbłędnie rozpoznaje się ten region świata. A jeszcze kilka godzin wcześniej marzłem i mokłem na warszawskim Okęciu. Był 10 września 1974 roku. Dzień, w którym zmarł w Warszawie mój ulubiony pisarz Melchior Wańkowicz.

     Tymczasem ja byłem w Kairze, a dokładnie na największym w Afryce lotnisku Heliopolis, oddalonym od stolicy Egiptu o kilkadziesiąt kilometrów. Dla mnie, oficera - dziennikarza, taka egzotyczna podróż była nie lada gratką. Przyleciałem do Egiptu do stacjonującej w Ismailii (miasto nad Kanałem Sueskim w połowie drogi między Port Saidem a Suezem) Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej, która wchodziła w skład Doraźnych Sił Zbrojnych ONZ na Bliskim Wschodzie (UNEF - United Nations Emergency Force).

     O polskich żołnierzach w błękitnych beretach pisałem od początku ich pokojowej służby na Bliskim Wschodzie, która rozpoczęła się 13 listopada 1973 roku. Byłem bowiem dziennikarzem magazynu "Żołnierz Polski" - wyd. ONZ, wydawanego w Warszawie specjalnie dla uczestników tej misji. Był to świetnie redagowany, barwny, bogato ilustrowany dwutygodnik formatu A4, adresowany do żołnierzy pełniących służbę w Egipcie i Syrii oraz do ich rodzin w kraju. Do tej pory na łamach magazynu podejmowałem głównie tematykę krajową. A jeżeli zajmowałem się publicystycznie siłami pokojowymi ONZ czy sprawami polityczno-militarnymi w świecie, to wyłącznie z perspektywy krajowej. Teraz, jako korespondent wojskowy z Egiptu i Syrii, miałem wspaniałą okazję osobiście poznać realia, w jakich funkcjonowały Doraźne Siły Zbrojne ONZ, a także kraje Bliskiego Wschodu zaangażowane w konflikt izraelsko-arabski, na terenie których żołnierze z kilkunastu krajów wykonywali mandatowe zadania pokojowe.

     Przed wylotem do Egiptu gruntownie zapoznałem się z historią, kulturą i religią państw tego regionu, a szczególnie z przebiegiem konfliktu, trwającego tu od 1948 roku, czyli od momentu powstania Izraela. Kolejne fazy tego konfliktu, przybierającego charakter krwawych wojen, następowały w latach 1956, 1967 oraz 1973. W wyniku tzw. wojny czerwcowej (1967) Izrael zagarnął półwysep Synaj, Strefę Gazy, Zachodni Brzeg Jordanu wraz ze wschodnią częścią Jerozolimy oraz syryjskie Wzgórza Golan.

     Doraźne Siły Zbrojne Narodów Zjednoczonych (UNEF) pojawiły się w Egipcie jesienią 1973 r. na podstawie decyzji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Tym samym zrealizowana została rezolucja nr 340 z 25.10.1973 r. Głównym zadaniem "błękitnych hełmów" było nadzorowanie przerwania ognia pomiędzy siłami egipskimi i izraelskimi. Jednocześnie, zgodnie z kolejnymi rezolucjami i porozumieniami, wojska ONZ-owskie nadzorowały wycofywanie z linii frontu wojsk egipskich i izraelskich, kontrolowały strefy buforowe utworzone pomiędzy zwaśnionymi stronami, sprawdzały przestrzeganie ustalonych limitów broni i amunicji w strefie rozrzedzonych zbrojeń.

     Wprawdzie Polacy już znacznie wcześniej, bo od 1953 roku, uczestniczyli w misjach pokojowych pod flagą ONZ, ale dopiero jesienią 1973 roku wystosowano do rządu polskiego oficjalne zaproszenie do udziału w przygotowywanej operacji pokojowej zwartej jednostki Wojska Polskiego. Był to wówczas pierwszy przypadek, gdy kontyngent narodowy został wystawiony przez państwo należące do Układu Warszawskiego.

     Pierwsza zmiana Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej, którą dowodził płk Jerzy Jarosz (dziś emerytowany generał) stacjonowała na terenie hipodromu w Heliopolis pod Kairem. Żołnierze zakwaterowani tam byli w namiotach. Łatwo więc sobie wyobrazić, jakie panowały w obozie warunki pod tropikalnym, egipskim słońcem. Druga zmiana PWJS, pod komendą płk. Henryka Gradzika, która w połowie roku zastąpiła swoich poprzedników, przeniosła się do bazy Al Ghala w Ismailii, oddalonej od Kairu o 130 km. Polacy stacjonowali tam wspólnie z kontyngentem kanadyjskim. Ja przybyłem do bazy w momencie, gdy przeprowadzka dobiegła końca, a poszczególne kompanie kończyły urządzanie swoich rejonów zakwaterowania. 

     Wspólnie z Kanadyjczykami stacjonowaliśmy w dawnych koszarach armii egipskiej. Nad placem apelowym dumnie powiewały dwie flagi: biało-czerwona i błękitna. Tutaj organizowano apele całej jednostki oraz wojskowe uroczystości. Tutaj co pół roku pasowano nowo przybyłych z Polski żołnierzy na "misjonarzy". Odbywały się tu także uroczyste "medalparady", podczas których kończący swoją misję żołnierze odznaczani byli medalami "W służbie pokoju" przyznawanymi przez sekretarza generalnego ONZ.

     Tuż po przyjeździe do bazy i zameldowaniu się, zgodnie z wojskowym regulaminem, u dowódcy jednostki, spotkała mnie miła niespodzianka. Pułkownik Gradzik wręczył mi błękitny beret z emblematem ONZ, pasując tym samym na uczestnika pokojowej misji. Formalności dopełniono podając w rozkazie dziennym, że "Do służby w PWJS został oddelegowany por. Zdzisław Czekierda, dziennikarz "Żołnierza Polskiego" - wyd. ONZ.

     W ten sposób, przez blisko dwa miesiące, wspólnie z żołnierzami dzieliłem los uczestnika misji pokojowej na Bliskim Wschodzie. W ramach podziału zadań mandatowych, polski kontyngent zajmował się:

- transportem ludzi, żywności oraz materiałów pędnych,
- uzdatnianiem wody oraz dostarczaniem jej do wszystkich kontyngentów i na posterunki rozlokowane w strefie buforowej,
- rozminowywaniem, odpiaszczaniem dróg na Synaju oraz pracami inżynieryjno-budowlanymi,
- opieką medyczną całego personelu UNEF, poprzez prowadzenie szpitala polowego oraz polikliniki.

     Dzień w dzień, uzbrojony w dwa aparaty fotograficzne (do zdjęć czarno-białych i kolorowych) oraz notes, wyjeżdżałem z poszczególnymi grupami towarzysząc im w realizacji zadań mandatowych. Niewątpliwie najbardziej ekscytujące były wyprawy z patrolami saperskimi na Synaj. Ten olbrzymi półwysep, zaanektowany przez Izrael w czerwcu 1967 roku, był terenem krwawych walk w październiku 1973 r. Po zawieszeniu działań wojennych pomiędzy wojskami egipskimi i izraelskimi utworzono tu strefę buforową, w której zostały zlokalizowane - od Morza Śródziemnego aż do zatoki Morza Czerwonego - posterunki ONZ-owskie. Pełnili w nich służbę obserwacyjną żołnierze z Austrii, Finlandii, Ghany, Indonezji, Irlandii, Nepalu, Panamy, Peru i Szwecji. Zanim narodowe posterunki zostały rozmieszczone i urządzone, nasi saperzy miejsca te oczyścili z min, niewybuchów, granatów moździerzowych i wielu innych bojowych materiałów.

      Kiedy po raz pierwszy przekroczyłem promem Kanał Sueski i wjechałem na Półwysep Synajski, ten znany mi z Biblii pustynny teren wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Był on bowiem najeżony setkami rozbitych bądź spalonych czołgów, ciągników artyleryjskich, samochodów, transporterów opancerzonych i samobieżnych armat. Dla sił pokojowych, wykonujących tam zadania mandatowe, najbardziej niebezpieczne były miny. Zalegały one dosłownie wszędzie. Przeciwpiechotne i przeciwpancerne, metalowe i plastikowe, klasyczne i miny-niespodzianki.

     Z podziwem obserwowałem, jak nasi saperzy, wyposażeni w wykrywacze min i specjalne macki, przeczesywali metr po metrze pustynne piaski, wyławiając z nich śmiercionośne przedmioty. Odnalezione miny, granaty czy pociski były przenoszone w uprzednio wybrane miejsce, a następnie wysadzane przy użyciu trotylu. W ten sposób polscy żołnierze z narażeniem życia oczyszczali teren, na którym zlokalizowane były poszczególne ONZ-owskie posterunki.

     W trakcie mojego pobytu przejechałem w biało pomalowanych samochodach z dużymi, czarnymi literami UN, ponad 4 tysiące kilometrów po egipskich drogach i synajskich bezdrożach, uczestnicząc wraz z naszymi żołnierzami w realizacji zadań mandatowych powierzonych polskiemu kontyngentowi. Woziliśmy więc, uzdatnioną wcześniej przez naszych specjalistów, życiodajną w tym klimacie wodę do najbardziej odległych posterunków. W te same miejsca, ale już innymi samochodami i z innymi kierowcami, docieraliśmy z żywnością, paliwem, materiałami budowlanymi oraz tym wszystkim, co jest niezbędne do życia i działania w warunkach pustynnych. 

     Zupełnie inny charakter miały konwoje do Aleksandrii czy Kairu. Jechało się tam, w kolumnach złożonych z kilkudziesięciu nieraz starów, do magazynów ONZ-owskich po duże partie środków spożywczych oraz innych materiałów. Wyjazdy te, uciążliwe dla kierowców ze względu na duże odległości, wysokie temperatury i dość niebezpieczną jazdę tubylców, dla mnie były atrakcyjne z uwagi na ich walory poznawcze.

     Obok naszego kontyngentu, w Ismailii funkcjonował także, prowadzony przez polskich lekarzy, szpital polowy. Była to bardzo profesjonalnie zorganizowana placówka medyczna, złożona z trzech podstawowych oddziałów: wewnętrznego, chirurgicznego, zakaźnego oraz polikliniki. Żołnierze zachodnich kontyngentów początkowo z pewnym dystansem traktowali nasz szpital. Ale szybko się przekonali, że pracują tu znakomici specjaliści. Wielokrotnie miałem okazję pisać o medycznych dokonaniach naszych lekarzy. Kilkakrotnie też towarzyszyłem ekipom lekarskim w wyjazdach na Synaj. Polscy lekarze systematycznie bowiem odwiedzali wszystkie ONZ-owskie posterunki w strefie buforowej, sprawdzając ich stan sanitarny, dokonując określonych szczepień, bądź udzielając porad specjalistycznych.

     Po ponadmiesięcznym pobycie wśród żołnierzy Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej w Egipcie poleciałem do Syrii, gdzie od maja na Wzgórzach Golan misję pełnili nasi żołnierze w ramach sił pokojowych UNDOF (United Nations Disengagement Observer Force). ONZ-owskim samolotem, obsługiwanym przez Kanadyjczyków, dotarłem do Bejrutu, stolicy Libanu. Stamtąd gazikiem, malowniczą, krętą trasą przez blisko trzykilometrowej wysokości górskie pasma Antylibanu, przyjechałem do Damaszku i dalej, trzydzieści kilometrów na południe, do miejscowości Kanaker, gdzie stacjonował polski kontyngent. Jego dowódca, mjr Eugeniusz Nowak, opowiedział mi, z jakimi przygodami pokonywał ogromną kolumną samochodową trasę z Ismailii, przez cały Półwysep Synajski, terytorium Izraela, przez pasmo Wzgórz Golan, aż do bazy w Kanaker. Ponieważ w tym czasie Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Izraelem, więc terytorium tego kraju nasza kolumna, mimo że pod flagami ONZ-owskimi, mogła pokonywać jedynie nocą.

     W strefie buforowej na Wzgórzach Golan, utworzonej na pograniczu izraelsko-syryjskim, polscy żołnierze wykonywali podobne zadania, jak w Egipcie. A więc rozminowywali ścieżki patrolowe oraz tereny, na których zlokalizowane były pokojowe posterunki, rozwozili wodę, żywność, paliwo i materiały budowlane. Już po pierwszym wyjeździe w rejon działania uzmysłowiłem sobie różnicę pracy naszych kierowców w Egipcie i w Syrii. Tam monotonne, długie, wiodące wśród pustynnych przestworzy trasy, tutaj kręte, wąskie, o stromych podjazdach i raptownych zjazdach górskie drogi. Podziwiałem kierowców, którzy po mistrzowsku opanowali technikę poruszania się w tak ekstremalnych warunkach. Niezapomnianych wrażeń dostarczył mi zwłaszcza karkołomny wręcz wjazd na Hermon (2848 m n.p.m.), najwyższy szczyt Wzgórz Golan, gdzie dosłownie wśród chmur swój posterunek obserwacyjny mieli żołnierze austriaccy. Trasę tę pokonałem w austriackim transporterze gąsienicowym, gdyż - jak twierdzono - tylko taki pojazd mógł się tam wdrapać. Przekonanie to obalił polski sierżant, który, już po moim wyjeździe, cysterną na podwoziu stara przywiózł na górę, kompletnie zaskoczonym Austriakom, wodę.

     Przez dwa tygodnie przebywałem w Syrii, towarzysząc polskim misjonarzom w ich golańskiej służbie pokojowej. Służbie, która nieprzerwanie trwa od trzydziestu lat. I mimo że formalnie Syria i Izrael pozostają w stanie wojny, to w praktyce, dzięki obecności sił ONZ-owskich jest tam utrzymywany pokój.

     Z Syrii do Egiptu, a po następnych dwóch tygodniach wylot do Warszawy. Do Polski wracałem z kilkoma zapisanymi notesami i kilkudziesięcioma "wypstrykanymi" filmami. Ten bogaty materiał wykorzystałem do publikowanych w ONZ-owskim wydaniu "Żołnierza Polskiego" reportaży, fotoreportaży, wywiadów i artykułów, prezentujących pokojową służbę polskich żołnierzy w błękitnych hełmach.

     Dokładnie w rok po moim pierwszym pobycie na Bliskim Wschodzie, ponownie wylądowałem na kairskim lotnisku. I podobnie, jak poprzednio, zostałem uroczyście przez dowódcę IV zmiany PWJS symbolicznie pasowany na uczestnika misji pokojowej. I mimo że przyleciałem ze swoim "starym" błękitnym beretem, teraz otrzymałem nowy. I znów, jak rok temu, przemierzałem egipską i syryjską ziemię znanymi trasami, ale już z innymi kierowcami. Zdecydowanie poprawiły się warunki służby i wypoczynku naszych żołnierzy. W ismailskim obozie Al Ghala wyraźnie podniósł się komfort zakwaterowania. Z kolei polski kontyngent w Syrii przekwaterował się do Camp Faouar, w pobliże golańskiej strefy buforowej, gdzie były trochę lepsze warunki bytowe, chociaż ciągle dalekie od wymarzonych.

     Miałem świadomość, że nasi żołnierze i dowódcy, wykonując ramię w ramię zadania mandatowe z przedstawicielami kilkunastu kontyngentów, byli jednocześnie pilnie przez nich obserwowani. W końcu byliśmy jedyną armią Układu Warszawskiego w tym ONZ-owskim towarzystwie. Na szczęście do oceny poziomu realizacji naszych zadań mandatowych przez Kwaterę Główną UNEF nie były brane pod uwagę kryteria polityczne. Chwalono więc polski kontyngent za profesjonalizm i rzetelność, za ogromne zaangażowanie w wypełnianiu pokojowej misji.

     Trzeci raz do Egiptu przyleciałem w połowie maja 1979 r. I to na dłużej. Zostałem rzecznikiem prasowym dowódcy XII zmiany Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej. Ponadpięcioletnia obecność Doraźnych Sił Zbrojnych ONZ w tym regionie zaczynała przynosić spodziewane owoce. Trwające od pewnego czasu rozmowy pokojowe pomiędzy Egiptem a Izraelem zmierzały do pozytywnego finału. Nasza jednostka, podobnie jak i pozostałe kontyngenty, nadal sumiennie realizowała swoje mandatowe zadania. A ja, jak przed laty, starałem się jak najczęściej wyjeżdżać w teren, towarzysząc naszym żołnierzom w wypełnianiu ich codziennych obowiązków. Oprócz rzecznikowania, zajmowania się przyjeżdżającymi z kraju dziennikarzami, systematycznie pisałem teksty oraz wysyłałem zdjęcia do "Żołnierza Polskiego" oraz kilku gazet regionalnych. Ponadto prowadziłem audycje w rozgłośni radiowej "Słońce", dostarczając żołnierzom codziennej porcji aktualnych informacji z kraju oraz redagując koncerty życzeń.

     W lipcu tego roku został zawarty pokój pomiędzy Egiptem a Izraelem. Dla nas oznaczało to kres misji. Realizując nadal zadania mandatowe, kontyngent nasz, podobnie jak i uczestnicy misji z innych państw, rozpoczął przygotowywania do likwidacji bazy, pakowania sprzętu i szykowania się do powrotu do ojczyzny. Jako pierwszy swoją działalność zakończył polski szpital polowy. Ciężki sprzęt wracał do kraju drogą morską. Wyloty żołnierzy rozpoczęły się w październiku. Z racji moich kronikarskich obowiązków do Polski wróciłem jako jeden z ostatnich, w grudniu, po blisko ośmiu miesiącach pobytu w Egipcie i w Syrii.

     Od tego czasu w Egipcie nie byłem. Ale nasza obecność na tej ziemi zaowocowała trwałym pokojem. Inaczej jest na pograniczu izraelsko-syryjskim. Tam ciągle jest napięta sytuacja. I chociaż dzięki obecności sił pokojowych ONZ nie dochodzi do wymiany ognia, to do zawarcia pokoju jest jeszcze daleka droga. Przekonałem się o tym jeszcze dwukrotnie, w latach 1996 i 1999, goszcząc wśród polskich żołnierzy na Wzgórzach Golan, pełniących misję w siłach pokojowych UNDOF. Są tam już od trzydziestu lat.

Zdzisław Czekierda

Zdzisław Czekierda - pułkownik rezerwy, dziennikarz prasy wojskowej. W latach 1971-1990 pracownik redakcji: "Żołnierza Ludu", "Żołnierza Polskiego" - wyd. ONZ., "Żołnierskiej Rzeczy". 1990-1994 - rzecznik prasowy dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego, 1994-1997 - rzecznik prasowy szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. 1998-2002 (po przejściu do rezerwy) - rzecznik prasowy Oddziału Terenowego Agencji Mienia Wojskowego, 2003 - rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu. Współautor magazynu "Na spocznij" w Polskim Radiu Wrocław (1990-2002), autor i gospodarz niedzielnego programu "Wojsko inaczej" w Prywatnej Telewizji "Echo" (1992-1994), współautor magazynu "Kompas" w TVP Wrocław (1991-1994). Właściciel firmy public relations "Promex" (od 1998 r.).



Na biblijnym, pustynnym, górzystym Synaju (1974).


Z por. Eugeniuszem Łobowiczem nad Jeziorem Gorzkim.
W głębi, uwięzione po wybuchu wojny czerwcowej w 1967 r.,
polskie statki handlowe: "Bierut" i "Djakarta" (1974).


Memfis, pierwsza stolica połączonego Górnego i Dolnego Egiptu.
Pamiątkowe zdjęcie na tle starożytnego Sfinksa (1974).


W ismailskim obozie Al Ghala, wspólnie z egipskimi policjantami,
tuż przed przylotem prezydenta Anwara Sadata (1974).


W strefie buforowej na Synaju, wspólne zdjęcie z żołnierzami senegalskimi (1974).


Pamiątkowe zdjęcie z pielęgniarkami, pracującymi w Polskim Szpitalu Polowym w Ismailii (1975).


W polskim obozie gościł Ryszard Szurkowski, uczestnik wyścigu kolarskiego dookoła Egiptu.
Byłem współorganizatorem tego spotkania (1979).


Załoga działającej w polskiej bazie rozgłośni "Słońce", która codziennymi audycjami,
koncertami życzeń i serwisami informacyjnymi umilała żołnierzom
 czas wolny podczas poobiedniej sjesty (1979).


Mauzoleum alianckie w El Alamein, miejscu największej bitwy pancernej
podczas II wojny światowej w Afryce. Wspólnie z przedstawicielami polskiej ambasady
w Kairze odwiedziliśmy 1 listopada 1979 r. groby polskich żołnierzy, poległych na egipskiej ziemi.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław
tel./tel 48-71 341 87 60
sdrp.wroc@interia.pl