MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Stanisław Kors (1935 - 2002)
Wspomnienie o przyjacielu artyście 

     W dalekiej Pretorii w RPA zmarł nagle 29 czerwca 2002 r. człowiek wielkiego serca i talentu, przyjaciel serdeczny, artysta malarz Stanisław Kors. 

     Od dwudziestu lat żył i pracował w RPA, serce zostawił we Wrocławiu. Złe wieści potrafią być bolesne, ta była bardzo bolesna. Staszek nie żyje, szok. 

     Poznaliśmy się w latach 1955-56, przyszedł do nas do akademika na Pobożnego, rówieśnik. Jego inteligencja, dowcip, zainteresowanie sztuką zbliżyły nas. Trudny start życiowy odsunął edukację na lata dojrzalsze. Ojczyzna przypomniała o zasadniczej służbie wojskowej, którą w znacznej części odbył w Śląskim Okręgu Wojskowym jako plastyk dekorator. Na przepustce będąc, wpadał do nas do akademika. Potem praca i intensywna nauka w liceum dla pracujących, traktował to bardzo serio i odpowiedzialnie. Po maturze nie miał problemu z podjęciem decyzji, co studiować, oczywiście PWSSP. Będąc studentem, dzielił ze mną przez pięć lat mieszkanie i pracownię. Bywało krucho, ale pogoda ducha i optymizm zawsze pozwoliły wybrnąć z tarapatów. Były to czasy siermiężnego socjalizmu, a u nas kasztany kwitły przez cały rok. Staszek miał niezwykły dar zjednywania i przyciągania ludzi, łatwość nawiązywania kontaktów i to sprawiało, że dom był często oblegany przez gości, niejednokrotnie w godzinach dość dziwnych. Wspominaliśmy nieraz te lata z rozrzewnieniem i nostalgią: “a pamiętasz?"... 

     Przez kilka lat w trójkę ze Staszkiem i Tuniem współpracowaliśmy z Funduszem Wczasów Pracowniczych, projektując wnętrza, elewacje i kompozycje malarskie do wielu obiektów FWP, czas intensywnej pracy łączyliśmy z wypoczynkiem i zabawą. W kontaktach z inwestorami Staszek jako menedżer i negocjator był niezastąpiony. Potem było malowanie reklam na ścianach budynków, wspinaczka po prymitywnych rusztowaniach, kaskaderskie wręcz wyczyny na wysokościach, praca w warunkach urągających bezpieczeństwu, ale myśleliśmy przecież o sztuce, chociaż chodziło najzwyczajniej o przetrwanie. 

     Koniec lat 70. – regres ekonomiczny, rok 1980 – brak jakichkolwiek szans na wyjście z matni, dylemat “jak zabezpieczyć byt” rodzinie, lęk przed “braterską pomocą”. Przyszłość rysowała się w czarnym kolorze, a czerwień, której nie brakowało, kolor miłości, mogła spłynąć ulicami miast. Decyzja o wyjeździe była trudna, wręcz dramatyczna, ale zdała się jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji. Johannesburg stał się miejscem, w którym wraz z Rodziną rozpoczął Staszek nowe życie od zera. To bardzo trudne, próbuję to sobie wyobrazić, ale rzeczywistość bywa zaskakująca i niewyobrażalna, zwłaszcza ta południowoafrykańska, z tyloma problemami i konfliktami, a wkrótce po osiedleniu jeszcze się skomplikowała z powodu sankcji ekonomicznych nałożonych na ten kraj. Staszek postawił wszystko na jedną kartę, postanowił malować i malarstwo stało się jedynym źródłem utrzymania Jego rodziny. Miesiące, lata katorżniczej pracy, Staszek dał się poznać i zaistniał w RPA jako artysta o niezwykłej wyobraźni, artysta, który stworzył własny, niepowtarzalny i rozpoznawalny świat – świat, o którym mówił własnym, bardzo klarownym i precyzyjnym językiem, poruszał się w przestrzeniach wielowymiarowych, nawarstwiających się, rozświetlonych i dynamicznych. Precyzja form i struktur doprowadzona perfekcyjnie aż do bólu.


Jedna z prac Staszka Korsa z cyklu określanego przez Niego INFRAREALIZMEM.

     Galijska klarowność formy, angielska elegancja i niemiecko-szwajcarska precyzja Jego obrazów, połączona ze słowiańską, polską, wolną jak wiatr od morza wyobraźnią, zadziwia i wzrusza, zmusza do refleksji i zadumy. Jest w tym, co stworzył, artystą wielkiego formatu, artystą, którego korzenie pozostały tu, we Wrocławiu – mieście, za którym tęsknił niezmiernie, które dane mu było odwiedzić tylko raz, do którego planował przyjechać tej wiosny, ale los sprawił inaczej. 

     Stasiu, nie zapomnimy.

Edward Kostka


Lubił być najlepszy i taki został do końca

     W sobotę wieczorem 29 czerwca, w uroczystość Piotra i Pawła, zadzwonił telefon z następującą informacją – dzisiaj w Pretorii zmarł Staś. Poprosiłam o powtórzenie, bo wiadomość wydała mi się nieprawdopodobna – to niemożliwe... przecież w rozmowie telefonicznej zapewniał nas, że przyjedzie, aby zobaczyć się z nami – koleżankami i kolegami ze studiów, z “naszym rokiem”. Dzisiaj usiadłam, aby coś o Nim napisać – wspomnienie? To jeszcze zbyt świeże, aby już wspominać – to garść zdań o Staszku... 

    Chciałam ten tekst opatrzyć jakimś wersem, ale każdy z tych, które pamiętałam, wydawał się banalny. Nagle olśnienie – tak jak ks. Jan Twardowski – duży napis na billboardzie, taki prosty, ale jak prawdziwy i ujmujący istotę problemu: “Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą...”. Ale o Staszku trudno pisać w czasie przeszłym, bo w pamięci mam nasze “zielone”, a może “szczenięce” lata studiów. Rok 1961 – początek. Egzamin wstępny do ówczesnej PWSSP – Staszek: osobą niewielki, duchem potężny, imponujący elokwencją, czarujący koleżanki, jednym słowem – gość. 

     Zawsze miał Staś cechy przywódcze – lubił być najlepszy i taki został do końca. Z racji pewnego (dość dużego) podobieństwa do najbardziej popularnego Francuza zwany Napoleonem. Czasami “robił” Napoleona – swoje wówczas dość bujne włosy przyczesywał w charakterystyczny dla cesarza sposób, rękę zakładał do tyłu i recytował: “Sto wieków na was patrzy”. A myśmy patrzyli na Stasia – dobrego z rysunku, malarstwa, liternictwa, ale zdecydowanie gorszego z przedmiotów teoretycznych. Przecież wiedzieliśmy, że już wtedy studiował i pracował równocześnie, a były to ciężkie czasy. Wielokrotnie przysypiał na wykładach – a zwłaszcza na historii sztuki, kiedy to profesor prowadzący włączał epidiaskop i sala tonęła w mroku, a Staś w objęciach Morfeusza pochrapywał sobie słodko, co jakiś czas potrącany i budzony przez litościwą koleżankę.

     Był Staś duszą towarzystwa na imprezach w Pałacyku – na balach paradował w cylindrze, w którym wyglądał tak, jakby się w nim urodził. Znany z humoru, płatał figle nudnym wykładowcom. Miał ogromne zdolności aktorskie – głos foniczny – czasami więc na lektoracie u tzw. Hibunga zapamiętale czytał angielskie teksty, udając, że włada tym językiem znakomicie. No i stało się w końcu to, że język angielski stał się u Stasia drugim językiem obok polskiego.

     W czasie studiów Staś jak my wszyscy pracował społecznie, ale głównie fizycznie przy odbudowywaniu naszej szkoły – przy noszeniu cegieł, wożeniu zaprawy w “japonkach”. Nikt nie pytał, za ile pracujemy – to były inne czasy.

     Były też milsze prace społeczne przed pochodami jeszcze pierwszomajowymi i przed juwenaliami – Staś w pracowni rzeźbiarskiej przygotowywał w glince modele ogromnych kukieł, aby potem zrobić maski z papier-mâché, pomalować i ruszyć z nimi w miasto. A miasto było rozśpiewane, wszystkie kluby i knajpy otwarte dla studentów. Pochody kończyły się więc nieodmiennie w jednym z trzech miejsc: w Pałacyku, Związkach Twórczych albo w Klubie Dziennikarza.

Tych sześć lat studiów wspominam z rozrzewnieniem – byliśmy cudownie zżytą bandą, a od 13 czerwca 1967 roku, od uzyskania dyplomu, każdy z nas wziął się za bary z życiem codziennym już na własną rękę. Trzymam teraz w dłoni naszą fotografię absolwentów PWSSP z roku 1967 zrobioną w czerwcu – trzymam i patrzę, liczę, ilu nas zostało z tej grupy młodych, roześmianych ludzi. Wśród tych, o których można powiedzieć w czasie przeszłym, jest Staś – nasz “Napoleon”, który potrafił pracować na ogromnych obrotach, robił wiele rzeczy jednocześnie i taki był do końca. Będzie go nam brak...

ANIOŁEK
(tak zostałam nazwana przez Stasia na I roku studiów, a dlaczego – to nasza tajemnica, którą znał Staś i nasi z roku)

*     *     *

     Staszek Kors spoczywa w Pretorii (RPA).

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław
tel./tel 48-71 341 87 60
sdrp.wroc@interia.pl