MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Roman Karpiński (1931–1994)

     To dziwne: przez ponad cztery dziesięciolecia stale się z nim spierałem, często chodziliśmy na te same zebrania, studiowaliśmy w jednym czasie na tym samym wydziale, jeździliśmy pod plandeką ciężarówki na wieś gdzieś pod Pułtuskiem, żeby namawiać chłopów, aby nie chowali zboża po stodołach, albo nad „ruską” granicę za Węgorzewem, aby w czasie wakacji z PGR-owskich pól zebrać plon; szliśmy razem w pochodach, bawiliśmy się na Mariensztacie, a po latach graliśmy w tenisa na kortach Stadionu Olimpijskiego, truchtaliśmy po obornickich lasach, zjeżdżaliśmy przez ścianę pod Szrenicą, a w ogóle byliśmy tej samej lewicowej marksistowskiej orientacji – a tak mało Go znałem!

     Redaktor Roman Karpiński, który w wieku 63 lat umarł we Wrocławiu 19 XII 1994 r., był moim kolegą i towarzyszem. W pamięci bliskich Mu ludzi pozostanie jako nietuzinkowy przedstawiciel polskiej lewicy intelektualnej, który wszystko, czego się jął, traktował nadzwyczaj poważnie. Nigdy nie wypowiadał pochopnych, zbyt szybkich opinii, wszystko musiał sobie na podstawie własnych dociekań, lektur, badań sam przemyśleć: tam, gdzie można by się dopatrywać „oportunizmu”, była w jego wypowiedziach swoista nadprzenikliwość, odbierana przez jednych jako oryginalność, przez drugich odczytywana jako „dziwność”. Jego życie było czasem nienadążaniem, częściej wyprzedzaniem. Dla chwili bieżącej był zbyt, powiedziałbym, hardy, nawet bezkompromisowy...

     W jego curriculum vitae skupiły się pewne charakterystyczne cechy polskiego inteligenta, nie tyle zagubionego, ile poszukującego swego miejsca w burzliwej międzyepoce drugiej połowy XX wieku. Wyboru orientacji dokonał już pod koniec lat 40., gdy był uczniem I Liceum we Wrocławiu. Byłoby chyba niesprawiedliwe, gdybym napisał, że to czas wessał Go w siebie. Kto tamte lata zna jedynie z karykatur sztuk Kajzara lub z filmów typu „Bieg Pokoju”, nigdy nie pojmie siły entuzjazmu młodego pokolenia, które przeżywszy w trwodze i głodzie czas wojny znalazło szansę uczestnictwa w polskiej dziejbie, poczynającej się pod hasłami społecznej sprawiedliwości i równości. Cokolwiek by rzec o tragizmie pierwszych lat powojnia, także o zbrodniczości aparatów przymusu – dla pokolenia Romka, które było moim pokoleniem, czas ten liczył się inaczej. Ani Jego, ani siebie, od grzechu niewiedzy czy nieświadomości uwalniać nie chcę. To, że się nie wiedziało albo wiedziało tylko jednostronnie, usprawiedliwieniem nie jest. Jest to fakt! Ale pamiętam, jak z Romkiem rozmawialiśmy wiosną 1956 r. o tajnym referacie Chruszczowa na temat „kultu jednostki”, czyli zbrodni stalinowskich, po części tylko wtedy ujawnionych: tekst krążył we wrocławskim środowisku dziennikarskim i wstrząsnął nami, ale, gdy wkrótce potem rozległy się w Poznaniu czerwcowe salwy, chyba i Romek wiedział, że plusquamperfectum to jeszcze nie jest.

     Wybór Romka wynikał z tego, że przeżył wojnę. Ośmioletniego chłopca zastała ona w Lublinie. Z matką i trzyletnią siostrą zatrzymali się tu, gdy podczas powrotu z wywczasów gdzieś na kresach wschodnich rozległa się wieść o rychłym niemieckim ataku. Ojciec, wysoki urzędnik bankowy, pośpieszył do miejsca pracy w NBP w Tczewie, pozostawiając żonę z dwojgiem dzieci u rodziny, z dala od tzw. korytarza, o który miała być ta wojna. Gdy niemieckie zagony pancerne groziły zagarnięciem i Lublina, Pani Karpińska poszła piechotą dalej na wschód. Pod Łuckiem gruchnęła wieść o najeździe Rosjan od wschodu. Matka zdołała znaleźć miejsce w ewakuowanym eszelonie w kierunku Rumunii. Po paromiesięcznej tułaczce grupa bankowców zatrzymała się w Chorwacji, niedaleko Triestu. Mała polska kolonia przetrwała tam do listopada 1943 r. Po „buncie marszałka Badoglia”, gdy Niemcy zajęli cały obszar kontrolowany przez Włochy, Polaków wywieziono do obozu pod Klagenfurt. W styczniu 1944 r. oddzielono dzieci od dorosłych. Mężczyzn wywieziono do Sachsenhausen, kobiety, w tym matkę Romka, do Ravensbrück. Gdyby Roman był o trzy miesiące starszy, wzięto by i Jego do obozu koncentracyjnego, bo Niemcy za „mężczyzn” brali już czternastolatków. Tak więc razem z siedmioletnią siostrą zostali oddzieleni od matki, która z Ravensbrück już nie powróciła. Roman z siostrą znaleźli się w Krakowie, poprzez Radę Główną Opiekuńczą skierowani zostali do rodziny pewnego Ukraińca, który był na tyle ludzki, że pozwolił Romanowi skontaktować się z ojcem przebywającym w Sandomierzu.

     Ojciec Romana, pan Rudolf Karpiński, we Wrocławiu znalazł się już jesienią 1945 r. i zakładał na placu Wolności I Oddział NBP. Latem 1946 r. ściągnął dzieci. Był więc Roman związany z naszym miastem przeszło 48 lat. Tu w 1959 r. zdał w I Liceum maturę, tu po trzyletnich studiach w Sekcji Dziennikarstwa Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego i po krótkim okresie pracy w „Trybunie Ludu” w Warszawie powrócił. Pierwsza jego praca to było redagowanie zakładowego pisma „PAFAWAG”. Zbyt obszerny to temat, aby współczesnym wytłumaczyć znaczenie takiego zatrudniania się młodego i ambitnego dziennikarza. Może i tu objawiał się swoisty inteligencki kompleks Romana: poszedł właśnie do pisma w zakładzie, o którym wtedy poeci wiersze pisali.

     Do „prawdziwego” pisma trafił redaktor Karpiński już po Październiku 1956. Powstawały wtedy na fali demokratyzacji życia nowe pisma: we Wrocławiu były to „Poglądy” oraz „Nowe Sygnały” nawiązujące do tradycji lewicowych „Sygnałów” we Lwowie. W tym zespole znalazł się Roman, w dziale reportażu kierowanym, o ile mnie pamięć nie myli, przez Czesława Ostańkowicza, pisarza, żołnierza i oświęcimiaka. Z tego czasu pamiętam głośny tekst Romana o wspaniałym człowieku teatru – Henryku Cudnowskim, uczniu Gabrieli Zapolskiej. Sędziwy aktor był co prawda dziwakiem, ale na ubezwłasnowolnienie i umieszczenie w zakładzie psychiatrycznym z pewnością nie zasłużył. Roman broniąc go, oskarżył lekarzy i „pewne czynniki” o zmowę. Jego postulat o potrzebie nowelizacji prawa psychiatrycznego doczekał się spełnienia już po Jego śmierci. Było jeszcze wiele głośnych reportaży Romana pomieszczonych potem w „Odrze”, powstałej z połączenia obu tygodników. Sławę przyniosły mu teksty z tzw. Polski powiatowej, za które otrzymał w 1959 r. Nagrodę im. Juliana Bruna.

     Gdzieś w połowie lat 60. objął Roman Karpiński redakcję prowincjonalnych „Wiadomości Legnickich”, przez pewien czas dojeżdżał do pracy, następnie, po przeniesieniu pisma na prasowe podwórko przy Podwalu we Wrocławiu, zaczął je przekształcać w tygodnik o ambicjach ponadregionalnych. Ta druga połowa siódmej dekady, czyli schyłkowy już okres Gomułki, dla inteligencji była podła. Roman, zwłaszcza po marcu 1968 r., wyszedł z tego jakoś obolały. Zapłacił swoją cenę za krytycyzm pisma skierowany tylko w jedną stronę. Nie miał takiego talentu do wyślizgiwania się z niedobrych sytuacji, jak np. Werblan. Był potem krótko w „Słowie Polskim” zastępcą redaktora naczelnego, ale okres „gierkowszczyzny” – inaczej jak u większości – nie budził Jego entuzjazmu i to Mu przeszkadzało pielęgnować cnotę lojalności. Chyba wtedy dojrzał do tego, by uzupełnić swój dziennikarski fach warsztatem naukowca. A może uciekał od chybotliwości bieżącej polityki „zawsze słusznej”? Gdy przez krótki czas korzystał ze stypendium językowego w Oxfordzie, nie tylko udoskonalił swój angielski, ale pogłębił swe spojrzenie na świat politycznie i ideologicznie podzielony. Rozpoczął pracę w Instytucie Nauk Społecznych Politechniki Wrocławskiej, nadal pisząc do gazet i czasopism. Prowadząc zajęcia z podstaw nauk politycznych i seminarium z historii filozofii, pracował nad swym doktoratem, który obronił w 1975 r. na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Rzecz poświęcona treściowej analizie polskich pism regionalnych ukazała się drukiem w Państwowym Wydawnictwie Naukowym pod tytułem „Prasa w systemie kultury”. Wprawiony dzięki pracy nad dysertacją w metody badań socjologicznych zajmował się analizą wiedzy i świadomości potocznej i tej kwestii, która miała być tematem habilitacji, pozostał już wierny do końca życia.

     Jego dorobek naukowy i publicystyczny zasługuje niewątpliwie na osobne omówienie. Wspomnę więc tylko o tomie jego esejów wydanych w 1985 r. w „Książce i Wiedzy” w serii Refleksje i Poglądy pod tytułem „Polskie miary czasu”. W jednym z tekstów znalazłem takie zdanie: „...polska lewica intelektualna ma tylko taki wybór: albo maskować rzeczywistość, pomnażać mity, albo podjąć ryzyko analizy prawdziwych sprzeczności społecznych”. Najgłówniejszą dla Niego i dla Jego orientacji lewicowej sprzecznością był rozziew między tzw. zasadami ustrojowymi a rzeczywistością. Karpiński mity demaskował i starał się dotrzeć do istoty sprzeczności. W latach, które – jak powiadają – minęły, próbował wyjaśniać mechanizmy działania kapitału spekulacyjnego, ukazywał w tym rolę warstwy biurokratycznej, współtworzącej układ pasożytniczy wobec społeczeństwa żyjącego z pracy, i generalnie poddawał ostrej krytyce prywatne zawłaszczenie społecznego bogactwa. Cechą jego pisarstwa było, że przestał się dziwić czemukolwiek, usiłował natomiast objaśniać i wyjaśniać. Nie złorzeczył, dawał tylko do myślenia.

     Gdyby nie strawiła Go nieuleczalna choroba, czyniłby to dalej...

Julian Bartosz
Kalendarz Wrocławski 1996

* * *

Red. Roman Karpiński zmarł 19 XII 1994 r., pochowany został 22 XII 1994 r. na cmentarzu Osobowickim.

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl