
| MENU:
|
Jan
J. Dębek (1946–1984)
Janek nie żyje. Miasto mówiło o Nim Jasiu. Nie miał nic przeciwko temu, bo chociaż bywało, że lubił ponarzekać, to jednak nigdy z powodu łamania konwenansów. Na to akurat nie zwracał uwagi. Był jednym z tych dziennikarzy, którzy w tym publicznym i politycznym zawodzie zawsze mają coś istotnego do załatwienia. Zachłannie szukał prawdy, odważnie bronił swoich przekonań. Właśnie dlatego był widoczny. Drażnił nas agresywnością osądów, nie zapominając jednak o tym, iż od opakowania słów ważniejsze są racje. Racje ważył bardzo starannie, jakby nie po swojemu, bez raptowności. Skrupulatnie.
Dziennikarzem był niemal od dziecka. Zaczął tę pracę jeszcze jako student. I do ostatnich dni, do końca, przez prawie 18 lat pracy we wrocławskiej i zielonogórskiej prasie, pozostawał tak samo młodzieńczo niespokojny. Mógł nie pisać, lecz nie potrafił nie myśleć. Odczuwał każde, najdrobniejsze nawet, wahnięcie na barometrze społecznych zachowań. Może dlatego w najtrudniejszych chwilach nie miewał wątpliwości. Wtedy ta Jego pewność siebie – a przecież taki właśnie był: pewny siebie – miała wytłumaczenie właśnie w argumentach. Taki był Janek. Umarł tak jak żył. W biegu. Ta wiadomość zaskoczyła wszystkich. Janka już nie ma między nami. Niesamowite. Janek nie żyje. W ostatnich tygodniach trafił wreszcie na to, czego szukał od dawna. Jeszcze niepewnie, jeszcze niespokojnie chwalił się początkami prywatnego, domowego szczęścia. Cieszyliśmy się razem z Nim. Cieszyliśmy się krótko. Zmarł nagle. Lekarze stwierdzili zanik akcji serca. Sucha, okrutna informacja. Jan J. Dębek nie żyje. Cześć Jego pamięci! PRZYJACIELE Piekące serce pod żebrami
Poznań miał Andrzeja Babińskiego i Burtowego, Warszawa – Kazimierza Ratonia, Wrocław – Rafała Wojaczka, Grudziądz – Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Bydgoszcz – Zdzisława Polsakiewicza. W Zielonej Górze takim poetą niepogodzonym i zaskoczonym był Jan Dębek. W posłowiu do Jego debiutanckiego tomiku „Zapewne mnie zrozumiesz” (Towarzystwo Przyjaciół Zielonej Góry, 1987) Czesław Sobkowiak pisze m.in.: „(…) był postacią nieprzeciętną. We wszystkim, co wychodziło spod Jego pióra, widoczne było piętno Jego osobowości. Zawsze starał się żyć pełnią. Nie unikał pytań drastycznych. Nie był z tych, którzy boją się publicznie wątpić, a nawet gmatwać się w sądach, obnażać własną bezradność czy pomyłkę. Dlatego o Nim mówiono, dlatego wrósł w to Miasto. Wszędzie, gdzie się znalazł, wprowadzał ruch, ożywiał każde towarzyskie spotkanie – dyskusję o poezji, o życiu społecznym, teatrze czy sztuce”.
Do Zielonej Góry przyjechał z Wrocławia. Był rok 1972. Pracował w „Gazecie Zielonogórskiej” na chleb i coś do popicia. Jak umiał, tak żył! Cóż pisać o młodym chłopaku, który żył tylko 38 lat i nie wytarł czoła smugą cienia? Na pewno miał silnie rozgrzaną głowę i piekące serce pod żebrami. Jan Dębek pisał komunikaty poetyckie. Pisał sznytem Andrzeja Bursy i Rafała Wojaczka. Gęsto krasił swoje zapiski cytatami z dzieł profesora Antoniego Kępińskiego. Jego twórczość to pewnego rodzaju dziennik osobisty. Swoisty zapiśnik. Znajdziemy wśród tych wierszy fajne kłaczki liryczne i okaleczone strofy wyzute z nadziei. Pełno tu tęsknot, głodów, obsesji, powrotów (Matka), pęknięć, bezsilności wobec świata i ludzi. Poezja ta jest w całej krasie okrucieństwa słownego. Myślę, że w wielu wierszach Autor mocno przesadzał. To znak, że był z natury łagodny i nostalgiczny. Każdy zapis Jana Dębka to świadome pożegnanie się ze światem; oswajanie się ze śmiercią. To kolejne przerabianie lekcji Rafała Wojaczka. Jan Dębek, niczym Włodzimierz Szymanowicz, pisał: „(…) już dawno się wyzbyłem marzeń o utraconym raju”. Za życia rzucił różę zamiast diamentów… Mimochodem w nawiasie zamknął (wiosną następnego roku). Słowa dotrzymał. Wiosną odszedł, bo przestały Mu smakować ziemskie pokarmy. Nie wińmy za to poezji, że odszedł. Odszedł z własnej woli (wiersze i dziennik świadkiem). Młody chłopak, który jedną nogą wchodził w wiek męski. Jan Dębek to kolejny w tej sztafecie, któremu nie udało się uspokoić nerwów drżenia. Czesław
Mirosław Szczepaniak Kochać łapczywie
Miało być różowo i biało, sny miały być spełnione i dokończone radości. A tu nagle – przerwane w pół słowa i strzępy wiersza, a jeśli już coś – do końca, to tylko te – małe, podstępne i złośliwe, rozpanoszone we krwi, która powoli traciła kolor… Po krzyku – jaka cisza. Nim nastał ten dzień niedorzeczny i bezgłośny, tylko z piosenką Edith Piaf, spadło ze ściany trzydzieści osiem kalendarzy i tyle samo razy ziemia wykonała swój obrót wokół słońca. Pośrodku tego czasu siedemnastoletni chłopiec rozmyśla nad swoją samotnością. „Choć jestem towarzyski, nie ma przy mnie nikogo…” Jest chory, ma „rwące bóle serca, żołądka, głowy”, poci się, denerwuje, płacze. Jest inny niż koledzy. Dlaczego? Chce być jak oni. Nie pokazał się dotychczas z dziewczyną i niektórzy komentują to jednoznacznie. „Ci półinteligenci mają czarne myśli…”, a przecież się mylą. Tęskni za kimś, kto go wysłucha i zrozumie, kto będzie go potrzebował. „Narzucam się ludziom, garnę się do nich, nikt mnie nie chce…” Będzie poetą. Pisze wiersze. Jeden z nich recytuje koleżanka na akademii i wszyscy dziwią się: taki postrzelony, a wiersz – smutny. Będzie aktorem. „Prowadziłem konferansjerkę Błękitnych Cieni, ależ dałem koncert!...” Będzie dziennikarzem; jak tatko, to jasne! Pierwsze praktyki dziennikarskie w cyklu „My nastolatki” na antenie Polskiego Radia. Do cioci Wosiowej: „Myślisz, że będziesz tu zawsze? Poczekaj tylko, aż skończę studia, wtedy zobaczysz!” Chwalą go, ma sukcesy, wspaniały okres. Do chodzi do wniosku, który przyjmuje za zasadę, że „dziennikarz powinien wysuwać pod rozwagę opinii publicznej wszelkie niedociągnięcia w życiu społecznym…” Gardzi tymi, „co nie mają nic do powiedzenia i pokazania, a pchają się na plan pierwszy”. On sam ma do powiedzenia wiele. „Chciałbym, żeby Wrocław miał Hyde Park, stałbym całe niedziele na mównicy i wygłaszał swoje sądy…” Zbyt wiele wrażliwości w jednej osobie. Byle powód i już chmury. Za chwilę coś dobrego – i niebo się rozjaśnia. Debiut poetycki w „Agorze” – chmury. Wybrał zły wiersz. „Dobrze mi tak, bo już myślałem, że jestem rewelacją. Dobrze, że ktoś utarł mi nosa…” Dwója z biologii, przeniesienie do innej szkoły. Matura. Z wyróżnieniem zdany egzamin na uniwersytet. Profesor Bereza pokazuje wszystkim jego pracę, proszę, to jest talent! „Raz chyba zrobiłem dobrą rzecz, wybrałem polonistykę jako kierunek studiów…” Ze szpitala po ciężkiej chorobie wraca ojciec. „Dopiero teraz widzę, jaka w człowieku jest przemożna wola życia… Jak można kochać życie…” Miłość. „Dzień sfrustrowanego Jana-juniora”: tęsknota, niepewność, chandra, cierpienie. „Kocham Ewę, psiakrew!” „Ewo, bądź moja, tul się do mnie całym ciałem, a ja będę tobą… Bądź nawet babką klozetową, bądź wszystkim innym, ja chcę mieć miejsce koło ciebie!” Po latach, kiedy w 1979 roku spotkają się na Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie, przeżyje to jak ciężką chorobę. W nocnym tramwaju przez pomyłkę sprzedają mu bilet bagażowy. „Więc dla MPK jestem j u ż tylko bagażem…” Czyżby był to omen mającej nadejść… Boi się jej! Boi się śmierci i wciąż o niej myśli. Boi się wojny. Boi się dziewczyn. Boi się siebie – takiego, jakim jest, a jeszcze bardziej, jakim będzie… Lęki. Wieczorne, nocne. I poranne – te najgorsze, oblewające ciało potem, podcinające kolana, wysuszające język… Powracać będą stale. „Szlag by to trafił!” Nie może czytać tego, co napisze, drze, zaczyna od nowa i dochodzi do wniosku, że to nie tak, jak chciał… Czy może być gorsza męka? „Już sam siebie przerażam, dokąd uciec przed sobą?... Dostanę cholernej choroby na tle swego kompleksu niedoskonałości!” Te rozterki także nie opuszczą go nigdy. „Wszystko bzdura, wielkie sprawy – bzdura”, wobec wstrząsającego faktu: „W dniu 10 września 1968 roku o godzinie 5 rano umarł tatulek…” Rozpacz. „Już nie mogę otworzyć drzwi i krzyknąć z góry: tatko, jak się pisze, tatko, co to znaczy?...” „Siedziałem w Warszawie z Aliną K. Mówię: patrz, została mi po Nim pamiątka, zegarek. Zostało ci o wiele więcej, powiedziała Alina…” Na trzecim roku studiów zaczyna pracę w redakcji, „nie tylko po to, by pomóc finansowo mamie…” Wszak „jestem Jego przedłużeniem, swoistą kontynuacją”. Spostrzeżenia Jana-juniora, redaktora: „Jakże co innego być człowiekiem – towarzyszem i człowiekiem – dziennikarzem… Jakże mnie łatwo zwabić błyskiem, zaimponować czymś, co w ostatecznym rachunku jest bezwarte…” Nie akceptuje „układów” i „schematów”. „Ja to wszystko pieprzę!” Okres buntu. Rozróba w „Sztandarze”. Konflikty w „Słowie”. Wrogowie. „Klapanie jęzorami”. Porażki. „Nie potrafię żyć, dzieckiem jestem, dzieckiem!” Rok 1972. Nowe miejsce, nowe miasto, nowi ludzie. Nadzieja, że będzie lepiej. Nie jest lepiej. Jest wśród obcych, zajętych sobą, nieżyczliwych, wrogich. „No i popatrz, kto cię tu niszczy Janie-juniorze? Ludzie, którym się nie powiodło. Którzy nie dają rady. Którzy tak jak ty nie rozumieją świata, ale nie rozumieją go w zupełnie inny sposób…” Rogaty, prowokujący sposobem bycia, wydający głośno bezkompromisowe sądy. Wesoły, rozmowny, łatwy w kontaktach. Koledzy: – Marnuje zdolności na gadanie, wygada wszystko, potem nie ma co pisać. Rozciągnięty sweter, dżinsy, amulet na tasiemce. Broda – dopiero była, już jej nie ma. To samo z włosami. Nieme protest-songi przeciwko wadom tego świata? Postanawia pisać „listy do samego siebie…”. „Hulaj autokreacjo na użytek li tylko samego autora! Za pięć, dziesięć lat… tylko… czy tyle jeszcze przeżyję?...” „Ta cholerna choroba niedoskonałości” przeszła w stan chroniczny. „Siedzisz, durny, w tej Zielonej Górze i co? Dochodzisz do wniosku, że jesteś niesprawny intelektualnie. Że się rozmieniasz!” „O suszarni pasz w Lutolu”, „Nie samą leśną ciszą żyją ludzie w Dankowie”, „Remonty, remonty”, „Handel w letni dzień…” Odwróć twarz, Kalliope, poeta się wstydzi! „Marzeniem każdego dziennikarza jest społeczny odzew na jego publikacje. Nie ukrywam swoich marzeń…” Jest odzew. Czytają go przede wszystkim „Młodzi na deptaku”, bo – dostrzegł dowody ich dojrzałości, bo traktuje ich poważnie… „Życie normalne”, „Życie godziwe”, „Życie zwyczajne”, „Życie z satysfakcją”, „Rozmyślania o wychowaniu”, „Państwo i obywatel”, „Sukces po lubusku”. „Do Zofii Ślesińskiej, nauczycielki”. „Szanowna pani profesor, już trochę ponad dziesięć lat, jak nasza klasa nie świętuje razem z panią Dnia Nauczyciela… Poniosło nas po świecie… I tak zacieramy się sobie w pamięci, wtapiamy w ten śpieszący się tłum… To przecież pani mówiła… że w życiu nie ma przegranej całkowitej… że z każdej klęski można się podnieść…” Przyjaźni zawiera więcej, niż można, na tydzień, miesiąc. Przyjaciela wciąż szuka. Pragnie ciepła domowego, szklanki herbaty w towarzystwie. Samotność, smutna pani, mieszka z nim teraz przy ulicy Dąbrówki, kładzie się z nim na materacach, układa książki… „Odejdź wreszcie, opuść mnie!”. Klap, klap drewniakami, trzy piętra w dół: – Pani Tosiu, te gołąbki palce lizać, chcę zostać pani zięciem! – Nie daj Boże! – odpowiada pani Tosia. Potem, siedząc u Helenek w archiwum: – Jolka, to co było między nami było dobre, bierzemy ślub! Nie ma ślubu. Jest Nigeria, namiastka rodziny, czarne futerko, zielone oczy. Nocą echo niesie: – Nigeria, ty wywłoko, gdzie cię poniosło, nie puszczaj się, wróć! Stukają nocą drewniaki, sąsiedzi narzekają. Już nie będą narzekać. Teraz wracając, dzwoni kolejno do wszystkich drzwi: – Patrzcie, zdjąłem trepy i maszeruję w skarpetkach, żeby was nie budzić! „Byłem na grobie Jurka M. Patrzyłem na jego zdjęcie… uśmiech, jakby chciał powiedzieć: no to co, Jasiu, jak tam szaleńcze, dziabniemy? Oj, nie dziabniemy, Jureczku… Nawet nie pożegnam się z tobą, z myślą, że chociaż nie wiadomo, kiedy się spotkamy, to – spotkamy się…” Dlaczego nie poszedł do szkoły aktorskiej, jak Ewa i Joanna? Nie musiałby teraz być tylko Janem-juniorem, skacowanym po nieprzespanych iluś tam godzinach, zbierającym o świcie rozsypane mało znaczące słowa, ale Hamletem, Kordianem, Orfeuszem! Za późno. Więc teraz – „Teatr i wokół teatru”, chociaż to – recenzje, informacje, rozmowy. Parę osób, jakieś wino, trochę nastroju, a on już deklamuje. Repertuar ten sam, niezmieniany: wiersz Urszuli Kozioł o spadającym liściu… Kto powiedział, że nie jest aktorem? Zeschłe, martwe liście, bez soku, bez krwi… „Te jesienne dni… jakby sposobią nas do umierania… Przypominają, że to wszystko skończy się bezpowrotnie, definitywnie. I że wtedy już zupełnie inni ludzie będą nadawać miary i wagi naszych dni, wzlotów, upadków… i radości z coraz to nowych odzyskań śmietnika…” Pastylki garściami. Prochy. „Alkohol przyjaciółka twoja”. „Jestem po bardzo ciężkich dniach. Dniach panicznych i okrutnych. Nowa inwazja totalnego lęku. I nieustannej myśli, j a k to będzie? Co się ze mną w t e d y stanie?...” „Ale jeszcze przecież żyję i to dość aktywnie…” Starannie przygotowuje się do pracy. Talent, serce, laboratorium. W laboratorium setki fiszek, wypisów z cudzych tekstów, powiedzeń, prawd, opinii ludzi sławnych, fragmentów dzieł. Mocna herbata, extra-mocne – i już pisze, ręcznie, kreśląc i zaczynając od nowa, wiele razy, czasem do rana. Potem przepisuje na maszynie w dwóch egzemplarzach, aby sprawdzić, czy była ingerencja w tekst… – Uwaga, bo za chwilę wstąpi we mnie matka-furia! W człowieku szuka wartości. „Lepszy jeden pasjonat, niźli armia przeciętnych”. „Na nic wiedza zawodowa, gdy nie staje wiedzy społecznej”. „Nie mogą i nie chcą żyć przeciętnie”. „Pokochałem co trudne”. Jego bohater ma zawsze parę cech autora, przy czym cechy te nie zawsze zyskują mu sympatię otoczenia. „Osobnik radosny, pogodny, rozweselony, uważany jest za człowieka niefrasobliwego, bezmyślnego, bezrefleksyjnego…” Czym jest dziennikarstwo? To nie zawód, to nałóg, którego się nie lubi, ale bez którego żyć nie sposób. „Nie mam nic, tylko to. Nie mam już nawet kota…” „Ta cholerna choroba niedoskonałości”. Gdyby nie ona, pisałby może do „Polityki”, może jeszcze gdzieś. Szkoda się zabierać, bo zaraz padnie na kolana w skromności i pokorze, przed utworem wyidealizowanym, którego nie napisał i nie napisze, nigdy… Powiedziała mu pani doktor G., że warunkiem zdrowia psychicznego jest przystosowanie się do życia i okoliczności. Nie, on się z tym nie zgadza. Człowiek „przystosowany” nie może czuć się dobrze, nie może czuć się wolnym. „Istotą człowieczeństwa jest bowiem aktywny stosunek do rzeczywistości”. „Trzeba zmienić ten świat, nie jest to świat doskonały…” „Matka moja”, „Łaskiś pełna” – wiersze w Almanachu poetyckim pod mecenatem ZSMP „Zachłannie porywa nas czas…” Arytmia. Leukocitosis. Zapalenie mięśnia sercowego. „Śmierć w oczy zagląda natarczywie. Co przed nią? Oby tylko nie „wielkie fizyczne cierpienie!” „Smutek, smutek…” „Lęk…” „Panika!!!” I wtedy nagle – S i e r p i e ń, wypadki w Gdańsku. Zaskoczenie, oślepienie, niemożność. Cały rok milczenia.
„Alkohol
przyjaciółka twoja pełna Strajk w Lubogórze, bojkot prasy w Gorzowie, rozmowy rządu z Solidarnością, negocjacje, wiece. Już się ocknął. Już wrócił. Robi relację z burzliwego spotkania studentów zielonogórskich, popierających strajk w Radomiu. „Jak pan, panie rektorze, widzi teraz miejsce WSP w systemie rozpoznawania rzeczywistości?” I rektor Szczegóła odpowiada: województwo sparaliżowane strajkami, a w ubiegłym tygodniu odbyły się obrony dwóch prac doktorskich… „Psy szczekają, karawana dalej…” „Ta h i s t o r i a z historią jest w gruncie rzeczy pozytywna…” „Tak s ą d z ę…” „Nikt, niestety, na tym ziemskim padole nie posiadł prawa, mocy, do prawdy absolutnej, powiedzmy prawdy totalnie sprawiedliwej…” „Tak s ą d z ę…” „Zakotłowało się bardzo w naszych umysłach… Smutno, że szaleństwo to jest szaleństwem zbiorowym na tak wielką skalę…” Pisze dużo, pośpiesznie, „zachłannie”. „Wiem, że za to kiedyś odpowiem…” „Nerwowo rozglądam się dookoła, obserwuję zachowanie ludzi…” Na biurku wiersz Śliwonika:
„Każdy dzień jest nową ostatnią szansą To jest „kanon, który sobie co dzień powtarzam, aby nie sczeznąć w bezrefleksyjności. Aby nadać jakiś wymiar tej strasznej krzątaninie, która czasem jest po prostu gonitwą psa za własnym ogonem…” Musi się śpieszyć. „Coraz mniej już złudzeń, że zdołam coś przemienić…” Może jednak – teraz? „Bo t a m już zupełnie nie będę miał szansy…” Dzień za dniem, noc za nocą. Jakże go przeraża ten „upływ czasu, nawet kilku minut”. Nerwy. Ucisk w gardle i w żołądku. „Niebiel”, „nieczerń”, nocne widziadła – nie widziadła, dzienne dramaty. „A Tadzio P. uważa, że wszystko to po mnie spływa… Tymczasem zostaniesz Janie-juniorze z obrazem t e j k r w i… Nie wie Tadzio, jak to się we mnie osadza, jak jest bolesne…” „Powiedzieć mi – nie denerwuj się, to tak, jakby nakazać mi rezygnację z połowy życia. Wielu jest takich, którzy żyją w nerwach, bo chcą żyć intensywnie, po prostu intensywnie…” „Nie ma łączności telefonicznej, więc dopiero po przyjeździe do Wrocławia dowiedziałem się, że Krzyś miał ciężką grypę… wyglądała na zapalenie opon mózgowych… Znów groza w rodzinie…” Grudzień. „Czarno widzę wszystko, bo jakie tu może być wyjście?...” „Zachwiały się systemy wartości. Nie wiem, gdzie jest ta granica, której przekroczyć nie wolno…” (…) „Nawet te moje pijaństwa nie mają już uroku powolnego samozatracania…” Tęskni za domem, ciepłem, przyjaźnią, miłością. Ma potrzebę szerokich kontaktów z ludźmi; przez telefon – z całą Polską, potem rachunki kilkutysięczne… Drugie piętro, własne biurko, własny dział. Ale najlepiej w technicznym z Mirką, Kaśką albo w archiwum u Helenek i Krysi… – Kibic, masz tu czekoladkę… Tęskni za s w o i m m i a s t e m, jak trzy siostry u Czechowa. Podwale, Ossolineum, Klub Dziennikarza, most Grunwaldzki, Odra, tramwaje. „Tam byłem dobry…” – Czytałeś Krzyśka w „Przeglądzie”, jest świetny! Czytał i odpowie, że Krzyś zawsze był zdolniejszy. Ale pomyśli, że to jakiś złośliwy żart losu. Bo przecież to on, Jan-junior, miał być tym p r z e d ł u ż e n i e m, przecież „zamysł był inny…” „Żyję w tej sobie tylko właściwej ułudzie, że jeszcze wiele rzeczy zrobię, że coś zacznę od nowa, że uporządkuję…” „Gówno. Nie zrobię już nic”. „Boję się, boję!” „Jestem coraz smutniejszy. Ten mój smutek jest coraz bardziej dojrzały. Już się nie miotam, już wiem, że oddalam się nieuchronnie od moich marzeń sprzed lat, gdy zachłystywałem się sobą i innymi…” „Nie mogę teraz pozwalać sobie na jałową działalność, bo przecież czasu nie ma, nie ma!” Co zdążył dokonać? Co takiego zrobił? Po prostu stała się koszmarna omyłka. „Wiem, że gdzieś daleko naciskany prze ruch jakiś, jakichś ludzi, zrobiłbym więcej, pisał mądrzej, zaś moja popularność nie byłaby tak, rzec można, wódczana…” Okropne bóle stawowe. Nieustanny ból w szczękach. Ból gruczołów chłonnych. „Może to już? Może to białaczka na całego? Bo… ja się z tym cały czas liczę, te białe ciałka, to znak śmierci, która akurat t a k ma się ze mną rozprawić…” „Boże, jakże ja k o c h a ł e m ł a p c z y w i e świat, ludzi, wódkę, Pałacyk, Jazz nad Odrą i co tam jeszcze! Kocham nadal, ale jakoś tak umierająco…” Zapis ostatni: „Spotkałem Joasię D. Mam dla kogo żyć. Dawno tak nie było. Mam szansę znów zrobić krok do przodu. Zmienić wymiar egzystencji…” „Boże, przecież nie jest to moje życie najgorsze…” Pocieszała go: to z przeziębienia. Poiła herbatą z malinami. Zapewniała, że wszystko będzie, jak sobie ułożyli. Wisiał nowy garnitur. Potem miało być już życie różowe, sny kolorowe, bez lęków, bez rozstań. Joanna radości dokończonych „łaskiś pełna…” Tak. „Zamysł był inny”. A tu nagle – przerwane w pół słowo, znieruchomiałe ręce, bez pióra, niesprawdzona do końca szpalta. Tyle bólu jeszcze i tyle miłości zostało, teraz już niczyich. Brama w ornamenty i dalej ani kroku. Nie słychać nawet orkiestry… „La vie en rose…” I już tylko sen bez snów, ciężki jak ziemia… Odległe wczoraj spotkało się z dalekim jutrem i połączyło w tragiczne dziś. W dzień ostatni i ostateczny, rozegrany pod czernią nieba, na czerwieni dywanu, w dotyku czułych rąk, które znały same i poznać mu pozwoliły „wymiar szczęścia”. Halina
Ańska * Jan J.[unior] Dębek – ur. 14 października 1946 r. w Bochni. Bywalec i działacz wrocławskiego klubu studenckiego Pałacyk, m.in. kilkakrotnie kierownik Biura Prasy festiwalu Jazz nad Odrą. W latach 1967–1972 dziennikarz wrocławskiej Gazety Robotniczej, do roku 1984 Gazety Lubuskiej w Zielonej Górze. Ceniony publicysta, który zajmował się sprawami kultury i pisaniem recenzji teatralnych, kierownik działu młodzieżowego GL, działacz społeczny woj. zielonogórskiego, odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, odznaką Zasłużony Działacz Kultury oraz innymi odznaczeniami, laureat wielu konkursów dziennikarskich. 22 lipca 1984 r. przyznano Mu pośmiertnie nagrodę RSW „Za całokształt działalności dziennikarskiej i publicystycznej w Gazecie Lubuskiej”. W latach siedemdziesiątych był członkiem zielonogórskiego ośrodka Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Jego wiersze znalazły się w almanachu Zachłannie porywa nas czas. W 1987 r. Czesław Sobkowiak doprowadził do wydania Jego utworów poetyckich Zapewne mnie zrozumiesz. W 1985 r. ustanowiono nagrodę publicystyczną imienia J.J. Dębka, którą honorowano dziennikarzy – autorów najciekawszych recenzji teatralnych. Zmarł nagle 13 kwietnia 1984 r. w Zielonej Górze, pochowany został 17 kwietnia na wrocławskim cmentarzu Osobowickim.
|
______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław, tel./tel 48-71 341 87 60
Konto: nieaktualne o/Wrocław nieaktualne
sdrp.wroc@interia.pl