MENU:

Strona główna
Aktualności
Działalność
Statut
Władze
Członkowie
Zmarli 
Archiwum
Pobierz
Forum
Książki 
Gratulujemy 
Linki

 

Władysław Biełowicz (1920-2003)

Redaktor, szef, kolega

     Zdawało mi się, że Go znam, że darzył mnie zaufaniem, a nawet może lubił. Z zainteresowaniem słuchałem Go, jak opowiadał, często podpowiadał wiele rozsądnych rad. Uderzał trzeźwością i trafnością ocen. Był zawsze sobą. Nie lubił się bawić w konwenanse. Mimo że starszy był ode mnie o lat 14, „tykaliśmy się” od niepamiętnych czasów, od pierwszych spotkań w początkach lat 60. ubiegłego wieku. W jego postępowaniu życiowym była pewna logika, płynąca nie tyle z książkowej wiedzy, co bardziej życiowego doświadczenia, zwanego mądrością życiową. Ceniłem Jego stałość poglądów i sympatii do ludzi, niezależnie od tzw. opinii publicznej. Nie ulegał koniunkturalizmowi ocen ludzi. Miał swój pogląd i tego się trzymał. Nikomu nie narzucał się ze swoimi sprawami, kłopotami czy troskami, jakich nie szczędziło Mu życie. Umiał się cieszyć życiem. Nie narzekał i nie biadolił na swój los. Był otwarty i lubił słuchać zdania innych. Niechętnie opowiadał o sobie, o swoim życiu, swoich znajomościach czy przygodach. A przecież nosił w sobie, co widzę dopiero dziś, wiele skrytych tajemnic. Szkoda, że tak późno zaglądnąłem do tego życiorysu. Przed kilku laty zabiegałem, by przekazał mi swoją biografię. Interesował mnie w nim Jego okres syberyjski. Wydawało mi się, że mamy sobie tu wiele do powiedzenia, podzielenia się naszymi doświadczeniami życiowymi.

     Władek urodził się na Syberii, w Barnaule, a kiedy Rodzice zdecydowali się wracać do kraju, miał zaledwie dwa lata. Ja z kolei, kiedy nas w 1940 wywozili na Sybir, miałem lat pięć. Losy zbieżne, ale nie dziwne, ani wyjątkowe, znamienne przecież dla kolejnych tragicznych pokoleń Polaków. I wówczas, kiedyś przy tych wspominkach, otrzymałem od Władka niezwykły dla mnie, zaskakujący i nieznany dokument. Był to odpis Jego pozwu do Sądu Okręgowego we Wrocławiu z wnioskiem o „stwierdzenie nieważności skazania przez Kolegium Specjalne (Osoboje Sowieszczanije) NKWD ZSRR na 8 lat łagru (ITŁ – Isprawitielno-Trudowoj Łagier) w Biel-Bałtag NKWD, miasta Miedwieżegorska w Karelskiej SRR, za patriotyczną postawę oraz działalność na rzecz niepodległej Polski naszej rodziny, pod formalnym zarzutem nielegalnego przekroczenia granicy oddzielającej tereny okupacji niemieckiej i radzieckiej”. Mając w ręku ten dokument, zaczynam dziś poszukiwać przygód Władka, idąc tropem Jego życiorysu. Dziś już nic więcej od Niego niestety nie usłyszę. Skończył swoje pracowite i długie życie w styczniowy dzień 2003 roku.

     Spoczywa na naszym, parafialnym cmentarzu przy ul Smętnej. Chowaliśmy Go w deszczowy, styczniowy dzień. Odprowadzało Go liczne grono przyjaciół, kolegów po piórze, bliskich, w tym syn Dariusz, synowa Basia i ukochana wnuczka Ania. Wierna i oddana towarzyszka Jego życia, Wiktoria, nie mogła wziąć udziału w tej ostatniej drodze. Leżała po nieszczęśliwym wypadku w klinice. Krótkie, ale wzruszające i prawdziwe słowa o Śp. Władku, człowieku, redaktorze, szefie, koledze wygłosił nad otwartą mogiłą redaktor Michał Żywień.

     Leży dziś Władek razem ze swoją Śp. Matką Aliną. Jej epitafium z nazwiskiem „Białowicz” brzmi może dziwnie i niezrozumiale. Jeśli jednak zna się życiorys Władka, te niuanse językowe przy nazwisku są oczywiste i czytelne. Należał Władek do tego pokolenia Polaków kresowych, którego życiorys i losy ułożyły się w tak dobrze dziś nam znany, dramatyczny ciąg zdarzeń związanych z martyrologią naszych rodaków na Wschodzie. Władkowi także życie nie szczędziło tych doświadczeń, chociaż dziwnym trafem miał wiele szczęścia. Ale zacznijmy od początku tę Jego przygodę. 

     Jak wynika z cytowanego tu pozwu, ojciec Władka, Antoni, kolejarz wileński, maszynista, uczestnik chyba strajku powszechnego w 1905 roku, który – jak wiemy z historii – ogarnął całą Rosję i ziemie Polski i Litwy, został za udział w nim deportowany do pracy na Syberię, „na tereny położone na wschód od Uralu, bez prawa powrotu”.

     Grzbiet Uralu to była granica oddzielająca obszar Europy i Azji, Rosji i Syberii. Niemal każde pokolenie Polaków zesłańców wspomina moment jej przekroczenia z obawą i nadzieją, czy dane będzie ją przekroczyć raz jeszcze, wracając do Kraju.

     Na Nizinie Zachodnio-Syberyjskiej, między Kurganem a Barnaułem, ojciec Władka stał się przymusowym uczestnikiem wielkiego przedsięwzięcia, budowy Linii Transsyberyjskiej. Matka podążyła za ojcem. Tam też urodziła się trójka dzieci w rodzinie Biełowiczów. W Kurganie najstarsza Albertyna (w 1911 roku), rok później Wiktor (1912), a w 1920 roku w Barnaule Władysław. Cała rodzina wróciła z Syberii w 1922 roku i zamieszkała w powiatowym miasteczku, Łunińcu na Polesiu, liczącym nieco powyżej dziesięciu tysięcy mieszkańców. W 1925 roku zmarł ojciec Władka. Siostra po zdaniu matury rozpoczęła pracę w szkole podstawowej w pobliskich Nowosiółkach. Tam ukończyła kurs szybowcowy, a brat Wiktor szkołę oficerską i jako podporucznik rozpoczął zawodową służbę w 83. pułku strzelców poleskich im. R. Traugutta w Kobryniu. Tam też na terenie koszar wszyscy zamieszkali w mieszkaniu służbowym.

     W marcu 1939 r. Wiktor wyruszył ze swoim pułkiem pod Wieluń nad granicę polsko-niemiecką. Z kolei Władek w czerwcu 1939 r. ukończył gimnazjum i liceum im. Marii Rodziewiczówny w Kobryniu. Z chwilą wkroczenia Armii Czerwonej na tereny wschodnie Rzeczypospolitej dla rodziny Biełowiczów zaczął się trudny okres. Pierwsza została aresztowana siostra Albertyna, która trafiła do więzienia w Brześciu. Została osądzona na 5 lat łagru i wysłana do pracy w Isprawitielno-Trudowom Łagierie w obwodzie nowosybirskim. Podstawą aresztowania i zasądzenia było znalezienie w czasie rewizji jej fotografii w lotniczym hełmie. To wystarczyło dla wyroku opiewającego na pięć lat. Z łagru udało jej się, jak i wielu innym zesłańcom, wydostać i dotrzeć do organizującej się w Tockoje Armii Polskiej dowodzonej przez gen. W. Andersa. Po wojnie zamieszkała w Wielkiej Brytanii. Brat Wiktor poległ w pierwszym dniu wojny w walce z Niemcami i został pochowany na cmentarzu w Parzymiechach nad Wartą. Pośmiertnie został odznaczony krzyżem srebrnym Virtuti Militari. Pamiętam portret tego przystojnego oficera wiszący na honorowym miejscu w gabinecie Władka.

     Władek z chwilą wybuchu wojny wraz ze swoją klasą wstąpił na ochotnika do wojska. W mundurach Przysposobienia Wojskowego, z bronią w ręku, junacy pełnili różne zadania – ochraniając elektrownię, bank, starostwo, most na rzecze Muchawiec. W przeddzień wkroczenia Sowietów do Kobrynia, 19 września 1939 roku, pododdziały junaków decyzją swego dowódcy, por. rez. Konopki, zostały rozwiązane i rozpuszczone do domów. Nowi gospodarze wprowadzili nowe porządki, w których każdy mógł być podejrzany. Wystarczyło mieć w rodzinie kogoś oficerem, policjantem czy nauczycielem, aby zostać uznanym za „Element społecznie niebezpieczny” (SOE – Socjalno-Opasnyj Elemient) i za to tylko mógł otrzymać wyrok 8 lat łagrów o zaostrzonym reżimie (ITŁ). Nic więc dziwnego, że Władek z mamą musieli opuścić mieszkanie w koszarach i zamieszkali w Kobryniu u ciotek Marii, Anny i Heleny Wołoszczawieczówien. Tam też Władek podjął pierwszą pracę fizyczną przy budowie kanału Dniepr – Bug. Z chwilą nastania mrozów roboty przerwano.

     Patriotyczne środowiska młodzieży gimnazjalnej i zawodowych wojskowych pozostające na wolności traktowały wojska rosyjskie i tworzoną przy ich pomocy lokalną administrację jak okupantów, z którymi należy walczyć. W tym celu podejmowano próby tworzenia organizacji niepodległościowych, szukano kontaktów z konspiracją na terenie okupacji niemieckiej. Wśród organizatorów tej konspiracji byli oficerowie m.in. 83. pułku strzelców poleskich mjr Olenderczyk i kpt. Jan Tyczyno, którzy uniknęli aresztowania przez Rosjan. Historycy dziś potwierdzają, że na tym terenie największą organizacją konspiracyjną założoną przez młodych ludzi była Polska Organizacja Wojskowa powstała w Grodnie. Sięgała swoimi wpływami także terenu woj. poleskiego. Wśród dokumentów rosyjskich znalazłem potwierdzenie, że w istocie na terenie powiatu kobryńskiego istniała organizacja zwana ówczesnym językiem „bandą”, której przewodził m.in. b. starosta kobryński Stanisław Kossowski. Nazwisk, jakie przywołuje Władek w swoim pozwie, nie znalazłem w dokumentacji historycznej.

     Władka, wówczas młodzieńca z fantazją, jak każdego w tym wieku, gnała chęć wojaczki, szukał kontaktów. A pretekstem była śmierć starszego brata Wiktora, która z pewnością była dla niego ogromną stratą, zważywszy że ojca stracił w wieku 5 lat, brat więc Mu go zastępował. Władek wykorzystał sytuację, że po układzie granicznym rosyjsko-niemieckim z 28 września 1939 r. można było dosyć dowolnie przekraczać granice obu okupacji, więc udał się na tereny okupacji niemieckiej. Odbył trasę przez Zamość, Lublin, Warszawę. W stolicy spotkał mjra Olenderczyka, który zapalonemu konspiratorowi kazał cierpliwie czekać na przybycie łącznika powstającego wówczas Związku Walki Zbrojnej. Odwiedzając szpitale wojskowe, w których leczyli się ranni żołnierze polscy z kampanii wrześniowej, dotarł do Wielunia. Tam już udało mu się tylko odnaleźć grób brata Wiktora. Władek odwiedzał jego mogiłę do ostatnich niemal lat swojego życia. Woził tam nie tylko syna Darka, ale i wnuczkę. Była to ważna w Jego życiu mogiła, obok grobu Śp. Matki.

     Była późna jesień 1939 roku, kiedy wracając z tego objazdu, na stacji kolejowej w Białymstoku, został aresztowany i odkonwojowany do więzienia w Brześciu nad Bugiem. Było to 18 grudnia. Jak odnotował Władek, po „wstępnych przesłuchaniach pozostawiono mnie w spokoju”, a w tak zwanym międzyczasie NKWD drobiazgowo rozpracowywało całą Jego rodzinę. W tym samym więzieniu brzeskim siedziała Jego siostra, której zdjęcie w lotniczym hełmie w znaleziono czasie aresztowania, co wystarczyło do osądzenia i wysłania do łagru ITŁ w nowosybirskim obwodzie. Los Władka był więc już w zasadzie przesądzony. W końcu 1940 roku wznowiono śledztwo. Oficer śledczy stawiał mu dwa zarzuty: pochodzenie z rodziny oficera polskiego i uprawianie szpiegostwa na rzecz gen. Sikorskiego. W początkach grudnia 1940 roku został skazany na 8 lat łagru. Wykonanie wyroku odkładano. Dopiero w maju 1941 roku usłyszał wyrok skazujący go na 8 lat. Karę miał odbyć w łagrze NKWD w Miedwieżegorsku w północnej części Karelskiej ASRR. Miał zostać odkomenderowany po skompletowaniu grupy skazanych. W oczekiwaniu na wysyłkę zastała go wojna niemiecko-rosyjska, która wybuchła 22 czerwca 1941 roku. Po wkroczeniu Niemców więźniowie wyrwali się z cel, wybierając wolność. Proboszcz najbliższej parafii wystawił Mu tymczasowe zaświadczenie tożsamości. W ten sposób zakończyła się przygoda „łagiernika” Władka.

     Jest oczywiście w tej opowieści wiele znaków zapytania, które można by rozwikłać jedynie z udziałem Władka. Aktualna wiedza historyczna o polityce radzieckiej wobec mieszkańców polskich kresów wschodnich jest już dobrze znana. Wydaje mi się, że zdarzenia, o jakich pisał Władek, znajdują uzasadnienie w faktach. Mimo to można się zastanawiać, skąd takie długie sprawdzanie postawy i zachowania się Władka jako „szpiega”. Stosunek młodzieży, wówczas prawie akademickiej, do której zaliczyć trzeba Władka, był dobrze znany okupantom. Przekonali się o tym Rosjanie wkraczając do poszczególnych miejscowości, w których, jak w przypadku Grodna, ochotnicy stawiali zbrojny opór. To o tej patriotycznej młodzieży mówi się w dokumentacji rosyjskiej jako „faszystach”. Do tego w grę wchodziła rodzina oficera, która w pierwszym rzędzie podlegała represjom. Tak wynika z instrukcji, które realizowały specjalne formacje wojskowe i policyjne, kierowane do tzw. pracy operacyjno-czekistowskiej.

     Wojska zmechanizowane i 6. Korpusu Kawalerii wkroczyły do Kobrynia 20 września 1939 roku w godzinach popołudniowych. Wynika to z meldunku sytuacyjnego ludowego komisarza spraw wewnętrznych Białorusi do Berii. Kobryń zresztą był miejscem, gdzie spotkały się wojska radzieckie i niemieckie i wymieniały informacje o położeniu oddziałów. Rubież, na jakiej zatrzymały się wojska niemieckie, biegła przez Knyszyn – Białystok – Narew – Hajnówkę –Brześć Litewski. 

     Nie jest to najlepsza okazja ku temu, żeby próbować weryfikować ten krótki, ale jakże dramatyczny epizod w Jego życiu. Wskazałem na takie możliwości, by zaświadczyć, że to, co pisał Władek, nie znając przecież jeszcze tych dokumentów, ma uzasadnienie w faktach. To, co nas – znających Go – uderzało, to fakt, że wspomnianym tu epizodem w swoim życiorysie nie dzielił się nawet z najbliższymi. Myślę, że są w nim sprawy, o których już się nie dowiemy. Władek nam ich już nie opowie. Może jednak kiedyś uda się poszperać jeszcze w Jego papierach i wówczas wiele spraw być może uda się wyjaśnić. Ten życiorys i ta sylwetka na to z pewnością zasługują. 

Bronisław Pasierb


Sylwetki - Władysław Biełowicz

    Władysław Biełowicz – rocznik 1920 – to chodzący symbol i aktywny kronikarz dolnośląskiego dziennikarstwa. Nim w maju 1980 roku przeszedł na emeryturę, zasmakował wielu satysfakcji i goryczy związanych z uprawianiem tego zawodu. Bywał zwykłym miejskim reporterem, był naczelnym wielkiego dziennika. Zakładał amatorską gazetę licealną i profesjonalny tygodnik. Zbierał wysokie laury i odznaczenia, zbierał też baty. Przeżywał i szybkie awanse, i bolesne upadki, zaszczytne nominacje i degradacje. Wszystko to jest oczywiście relatywne: źle się np. czuł w roli polityka i szybko podziękował za skądinąd zaszczytną funkcję sekretarza KW PZPR po październiku 1956; wolał dziennikarstwo. Z drugiej zaś strony bolesne ongiś zdjęcie ze stanowiska redaktora naczelnego „Gazety Robotniczej” nie jest zbyt wstydliwym faktem w życiorysie, gdy zważyć na kontekst historyczny: działo się to w 1968 roku, upamiętnionym m.in. niejedną zdumiewającą decyzją personalną w Polsce i gdzie indziej.

     Biełowicz był pierwszym szefem autora niniejszych uwag. I chociaż pierwszy naczelny to nie to samo, co pierwsza kobieta, ale do dziś uważam, że wywarł on wyjątkowy wpływ na mój stosunek do dziennikarstwa, którego uprawianie nie ma sensu, jeżeli nie towarzyszy temu choć trochę prawdziwej (więc bezinteresownej) pasji. Gdy poznałem Biełowicza, byłem żółtodziobem, a on nieomal człowiekiem-instytucją. Od 1954 roku przez wiele lat kierował „Gazetą Robotniczą”. Osiem razy – to chyba rekord Polski – był przez dolnośląskich dziennikarzy wybierany na prezesa Zarządu Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Był autentycznie lubiany i szanowany przez swoich podwładnych (no, nie wszystkich, przynajmniej jeden pisał na niego regularnie donosy), a taki szacunek do naczelnych nie był w tamtych latach zjawiskiem powszechnym. Imponowało nam m.in., że nasz szef to jest KTOŚ.

     Biełowiczowi osobiście lub dzięki powołaniu się na niego zawdzięczam wiele interesujących znajomości z ludźmi ze świata kultury i nauki. Miał i ma wielu przyjaciół w tych kręgach; niektórzy to artyści i uczeni o światowych nazwiskach. Biełowicz umiał być kimś w bardzo skromny sposób. Czasem nawet popadał w przesadę w udawaniu prostaczka. Jest to jednak bez porównania mniej drażniące niż sytuacja odwrotna: gdy prostak zgrywa się na mędrca.

     Spotkałem się na początku roku 1989 z Biełowiczem, żeby mu w imieniu „Kalendarza Wrocławskiego” postawić kilka pytań. Rozmowa zajęła nam cały wieczór. Oto – by tak rzec – jej destylat:

     – Jak pan wyszedł na ludzi?

     – Miałem dzielną matkę, dobre rodzeństwo i trochę szczęścia. Urodziłem się na Syberii, nad rzeką Ob, w mieście Barnauł, gdzie mieszkało sporo polskich zesłańców, wśród nich mój ojciec, a za nim na zesłanie, które akurat w tym wypadku było wcale lekkie – dobrowolnie poszła wierna żona. Znam to tylko z opowieści, bo repatriowaliśmy się do Polski, na Polesie, gdy miałem dwa lata. Ojca ledwo pamiętam, bo umarł, nim poszedłem do szkoły. Matka utrzymywała się z szycia. Klepaliśmy wielką biedę, ale matka uparła się, aby nas wykształcić. Pierwsza stanęła na nogi starsza siostra – została wiejską nauczycielką. Zarabiała wtedy 80 zł i wspomagała rodzinę. Gdy usamodzielnił się brat po promocji na podporucznika zawodowego, skończyła się bieda. Zresztą po ukończeniu 13 roku życia nieźle już sobie radziłem sam. Bóg dał, że wokół mnie było sporo tumanów, a mnie jakoś lekcje same wchodziły do głowy. No to brali mnie na korepetytora. Okresowo nieźle na tym wychodziłem. Raz przed samą wojną wyciągnąłem za dniówkę 11 zł. To nie była, naturalnie, codzienność. To był rekord.

     – Miał pan ukończonych dziewiętnaście lat, gdy wybuchła wojna i...

     – …naturalny wśród moich rówieśników odruch: bronić ojczyzny. Zgłosiłem się na ochotnika. „Powojowałem” nieco ponad dwa tygodnie. Gdy wkroczyli Rosjanie, zdemobilizowaliśmy się sami za przyzwoleniem dowódcy pododdziału. Potem Rosjanie przymknęli mnie i siostrę. Siostrę wywieźli, mnie się upiekło. Brat zaś – dowódca kompanii 83 pułku strzelców poleskich – zginął już w pierwszym dniu wojny. Przechowuję Krzyż Virtuti Militari, który przyznano mu pośmiertnie. Pracowałem jakiś czas w leśnictwie. Wojna wojną, a człowiek zakochał się i ożenił. Wyjechaliśmy z żoną do Warszawy w 1944 roku. Lepiej trafić nie mogliśmy, prawie prosto w powstanie. W lesie może byłbym sprytniejszy, na ulicy w Wilanowie dałem się złapać jak żółtodziób. Obawialiśmy się, że nas wszystkich Niemcy rozwalą, ale zrobili selekcję. Trafiłem do grupy, którą odtransportowano aż do Berlina, a stamtąd w sudeckie lasy, gdzie wprawiałem się po 12 godzin jako drwal, nareszcie pod koniec wojny wylądowałem pod Hanowerem. Obóz został wyzwolony przez Anglików 17 kwietnia 1945. Przebywałem wtedy w Fallingbostel, w strefie angielskiej; przez cały czas byłem bardzo czynny, uczyłem np. dzieci historii i języka polskiego, a żeby do cienkiej zupy obozowej dorobić – grałem w piłkę nożną (KS „Marynarz”) i współtworzyłem teatr obozowy (ze Stanisławem Gostkowskim i innymi). To tam w rocznicę Powstania Listopadowego wystawiliśmy „Noc listopadową" Wyspiańskiego. Przez Czerwony Krzyż uzyskałem. wiadomość o rodzinie. Dowiedziałem się, że moja żona jest w Jaworze na Dolnym Śląsku. Przyjechałem w 1946. Ubrany przez Anglików, wzbudziłem niekłamany podziw rosyjskiego patrolu: – „Smotri, andiersony prijechali!”.

     Kilku obozowych kolegów poniosło aż do Gdyni, gdzie wstąpili do straży portowej. Wpadłem tam do nich. Pilnowali zasobnych magazynów, traktując to, co w środku, poniekąd jak swoje. Trzy dni nie trzeźwiałem w gościnie. Namawiali, bym przystał do nich, ale instynkt ostrzegał: do kryminału trafisz i to jeszcze ze zniszczoną wątrobą. Posłuchałem ostrzeżenia. No i dzięki temu „wyszedłem na ludzi”, jeżeli dziennikarstwo na takie określenie zasługuje...

     – Jak się w tamtych latach zostawało dziennikarzem?

     – W moim wypadku zaczęło się od spotkania w styczniu 1947 szkolnego kolegi, Zbyszka Daniłowicza, który był sekretarzem redakcji „Naprzodu Dolnośląskiego”. Namówił, żebym spróbował i zaprowadził do redaktora Winnickiego. Ten zapytał o moje dziennikarskie doświadczenia. No to mu powiedziałem, że byłem przed wojną redaktorem naczelnym gazetki... szkolnej. Winnicki się uśmiał, ale pozwolił spróbować. Obsługiwałem tej cholernej zimy jakieś imprezy, na które nie chciało się iść wyjadaczom, pisałem wspaniałe sprawozdania, które Winnicki z zimną krwią skracał do wymiaru dwu, trzech wierszy. Otrzymałem od niego kilka doskonałych lekcji dziennikarstwa, za które do dziś jestem wdzięczny. Były to lata, kiedy trzeba było się uczyć w trybie bardzo przyśpieszonym. Po kilku tygodniach otrzymałem etat, a następnego roku zostałem kierownikiem działu miejskiego we „Wrocławskim Kurierze Ilustrowanym”. Ta gazeta szybko chwyciła i doszła do stutysięcznego nakładu, wydając m.in. nawet mutację szczecińską i częstochowską. Cała redakcja liczyła wtedy 17 osób. Ze środków transportu mieliśmy auto i rower dla reporterów. Jednym z nich był Staszek Sado. W grudniu 1948 – jak wiadomo – łączyły się partie i gazety. Legitymacja PPS zamieniła się na PZPR. Jako dziennikarz wylądowałem w nowej „Gazecie Robotniczej”. Zostałem wkrótce kierownikiem działu łączności z czytelnikami – był to bardzo rozbudowany i ważny dział; podlegali mi wtedy m.in. korespondenci robotniczy, osobliwość owych czasów, bo często ci korespondenci nie umieli pisać, ale spełniali rolę informatorów. Wreszcie w 1954 roku zostałem naczelnym w „Gazecie”.

     – Miał pan zaledwie 34 lata. Dzisiaj w tym wieku nazywają człowieka jeszcze „młodym obiecującym”...

     – Każda przesada jest niemądra. Wtedy jednak ktoś, kto przekroczył trzydziestkę, uchodził za w pełni dojrzałego. I takim na ogół rzeczywiście był. Inna rzecz, że w latach poprzedzających mój awans doszło do niezłej czystki, odsunięto wielu starszych dziennikarzy z przedwojennym stażem. Takiej krzywdy doświadczył m.in. mój pierwszy nauczyciel Winnicki, który dopiero po kilku latach odzyskał w chwale należną mu pozycję. Tak, wśród wspomnień sięgających początków lat pięćdziesiątych nie brak też wspomnień mrocznych. Warto jednak pamiętać i rzeczy inne. Bo oto nawet w czasach, gdy prasa wyjątkowo ostro była kontrolowana, ręcznie sterowana, ograniczana w swobodzie wypowiedzi, pojawiali się fantastycznie uzdolnieni dziennikarze, ludzie z ułańską fantazją, odwagą i umiejętnością rzetelnego opisu rzeczywistości pomimo rozlicznych przeszkód. Pamiętam całą taką grupę młodych, zdolnych, odważnych, a wśród nich Klemensa Krzyżagórskiego, znakomitego później reportera, eseistę, organizatora i redaktora naczelnego kilku pism.

     – Jak to było ze zdejmowaniem pana z „Gazety”?

     – 1 maja 1968 stałem na trybunie obok innych członków egzekutywy KW. Pierwszy sekretarz Piłatowski wtedy mi szepnął tajemniczo, że ma coś dla mnie, ale nic więcej nie powiedział. Dopiero nazajutrz rano zaproszony do komitetu dowiedziałem się od niego, że – wiecie – aktyw jest zdania, że potrzebne są zmiany, że właściwie to nie jest votum nieufności, ale w zasadzie jakbym nie dorastał do wagi problemów... I coś w tym rodzaju. Krótko mówiąc „aktyw” uznał, że się już nie nadaję, mógłbym wszakże wykorzystać swoje doświadczenie dla rozwinięcia skromnego lokalnego wówczas periodyku „Wiadomości” w tygodnik społeczno-polityczno-kulturalny z prawdziwego zdarzenia. No i tak się stało. Choćby nie wiem jak krytycznie ocenić ten tygodnik, jest po prostu faktem, że zmieniłem go radykalnie, odbyłem setki rozmów z ludźmi z różnych środowisk, ponad stu namówiłem do pisania, niektórzy stali się stałymi współpracownikami pisma. Szczycę się tym, że „zwerbowałem” dla publicystyki profesorów Jerzego Łanowskiego i Bogdana Zakrzewskiego, a także wziętego dziś autora Ryszarda Majewskiego...

     – Panie redaktorze, jest pan szczęśliwym człowiekiem. Przeżył pan niejedną trudną chwilę w życiu, ale w sumie wszystko kończyło się pomyślnie. Działał pan w trudnych czasach, w uwikłaniach, zajmując eksponowane stanowiska, a mimo to nie utracił pan ludzkiego szacunku. Ludzie z bardzo różnych kręgów i o różnych przekonaniach mówią o panu: „Biełowicz? Ach, znam, porządny człowiek!” To godne zazdrości. Jak do tego dojść można?

     – Pleciesz, że aż miło słuchać. Chciałbym, żeby tak było naprawdę. Gdybym jednak został wprost zapytany, co po tych wszystkich moich doświadczeniach sądzę o życiu, odpowiedziałbym bez wahania – nieraz o tym myślałem – że najważniejsze w życiu jest, by nie krzywdzić drugiego. Nie krzywdzić innego człowieka! Nie ma człowieka, któremu to się naprawdę do końca udaje. Ale kto żyje z takim nastawieniem, raczej nie powinien popełniać świadomych świństw.

     – Skoro zaczęliśmy moralizować, czy mógłby pan zdiagnozować kondycję etyczną współczesnego Polaka?

     – To temat na obszerną wypowiedź. Aforystycznie ująłbym to tak: mamy trzy polskie klęski główne – lenistwo, pijaństwo i głupotę. Mamy też pewne cnoty. Lepiej jest dziś jednak pamiętać o tym, co nas obciąga w dół.

     – Ma pan mieszkanie zawalone książkami. Do których pan najczęściej wraca?

     – Szczególne upodobanie żywię do wielkiej rosyjskiej klasyki: Gogola, Turgieniewa, Tołstoja, Sałtykowa-Szczedrina, Dostojewskiego. Polecam wszystkim, zwłaszcza w oryginale. W przekładzie to już nie to samo.

     – Życzę zdrowia i wielu fascynujących lektur. Dziękuję za rozmowę.

Tadeusz Buski [Burzyński]
Kalendarz Wrocławski 1990

______________________________
Stowarzyszenie Dziennikarzy RP - Dolny Śląsk
Podwale 62, 50-010 Wrocław
tel./tel 48-71 341 87 60
sdrp.wroc@interia.pl