Zdzisław Zieliński (1927–2009)

Odszedł z naszego dziennikarskiego grona Zdzisław Zieliński. 1 stycznia 2009 roku skończył osiemdziesiąt dwa lata, a trzynaście dni później zmarł po ciężkiej chorobie. Zdzicho był dobrym kolegą i uczynnym człowiekiem. Będzie nam Go bardzo brakować.

Red. Zdzisław Zieliński po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim rozpoczął pracę dziennikarską w „Słowie Polskim”. Z niedużą przerwą na pełnienie funkcji redaktora naczelnego „Nowej Miedzi” w Lubinie z początkiem lat siedemdziesiątych, przez całe zawodowe życie był dziennikarzem „Słowa Polskiego”. Pracował m.in. w działach miejskim i ekonomicznym, był uczniem wielkich sław dziennikarskich – Bronisława Winnickiego, Wacława Drozdowskiego, Michała Żywienia, Mieczysława Zawadowskiego.

* * *

Pogrzeb red. Zdzisława Zielińskiego odbył się 20 stycznia 2009 roku na cmentarzu parafialnym przy ul. Zabrodzkiej we Wrocławiu.

Najlepszy dziennikarz Wrocławia

„Gdy branżowy miesięcznik „Press” ogłosił plebiscyt na najlepszego dziennikarza we Wrocławiu, nie mieliśmy wątpliwości, kto będzie zwycięzcą. Bo Marcin Rybak, dziennikarz śledczy działu Wydarzenia naszej gazety, nie ma sobie równych.” I wygrał. Drugie miejsce zajął Jacek Harłukowicz z „Gazety Wyborczej Wrocław”, a trzecia była Sylwia Jurgiel z Radia Wrocław.

Ale to na naszego Marcina głosowało najwięcej dziennikarzy z wrocławskich mediów. – Wzór dziennikarstwa śledczego we Wrocławiu. Bezkompromisowy, merytoryczny, do bólu dokładny – napisali w uzasadnieniu swego werdyktu jurorzy.

Marcin to jeden z najbardziej doświadczonych dziennikarzy naszej gazety. Pierwsze kroki w zawodzie stawiał w latach osiemdziesiątych. Pisał wtedy do młodzieżowych gazetek podziemnych. W 1990 roku, gdy „Gazecie Wyborczej” odbierano znaczek „Solidarności”, napisał do redakcji list. Nie ukazał się, ale Marcin odebrał telefon od redaktora naczelnego. Został dziennikarzem. Zanim zajął się dziennikarstwem śledczym, pisał m.in. o wyższych uczelniach, gospodarce, a nawet rolnictwie. W „Polsce•Gazecie Wrocławskiej” pracuje od sierpnia ubiegłego roku. Gdy przekroczył próg naszej redakcji, wiedzieliśmy, że odtąd zawsze będziemy o krok przed konkurencją.

Potwierdziło się. Po każdym jego materiale śledczym w redakcji rozdzwaniają się telefony. Dzwonią nie tylko Czytelnicy, wstrząśnięci kolejną aferą czy patologią odkrytą przez Marcina. Dzwonią też dziennikarze z innych gazet, stacji radiowych i telewizyjnych, także tych zagranicznych. Dzwonią, prosząc Marcina o radę, podpowiedź, albo chociaż krótką wypowiedź na ich łamach czy antenie.

Od Marcina uczymy się wszyscy. Uczymy się pracowitości, sumienności, dokładności i odpowiedzialności za słowa. Uczymy się też skromności.

– Najbardziej zapadają w pamięć porażki, teksty, których nie potrafiłem napisać, materiały, których nie udało się zebrać i udokumentować, ludzie, których skrzywdziły moje słowa – odparł z właściwą sobie skromnością Marcin, proszony przez miesięcznik „Press” o wskazanie swych sukcesów.

W poniedziałek [15 IX 2008] od współpracowników z działu Wydarzeń dostał wielki tort, górę ulubionej kawy i spory zapas cukru, który kilogramami dosypuje do wszystkiego.

– Dzięki – rzucił skromnie. I wrócił do pracy.

Michał Gigołła, POLSKA•Gazeta Wrocławska 16 IX 2008

Maciej Maciejewski Dziennikarzem Roku

Po raz ósmy Kapituła Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Szweda przyznała nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Międzyregionalnego Syndykatu Dziennikarzy Polskich. Dziennikarzem Roku 2007 został red. MACIEJ MACIEJEWSKI (TVP Wrocław).Kandydatami do nagrody byli również: Jacek Antczak („Polska • Gazeta Wrocławska”), Marcin Bradke (TVP Wrocław), Beata Gigiel (Polskie Radio Wrocław) i Mieczysław Michalak („Gazeta Wyborcza” Wrocław). Maciej Maciejewski, dziennikarz programu informacyjnego „Fakty” wrocławskiej telewizji, z tym zawodem związany jest od 35 lat; zaczynał pracę we wrocławskim radiu, a od prawie 30 lat współpracuje z wrocławskim oddziałem Telewizji Polskiej.

– Daliśmy mu tę nagrodę za to, że ze zwykłego rzemiosła zrobił sztukę – podkreślali członkowie jury. – Jest u siebie jednoosobową ekipą: pracuje jako dziennikarz, operator kamery, a także jako kierowca – dodaje Wiesław Geras, sekretarz kapituły.

Uroczyste wręczenie nagrody oraz spotkanie z Maciejem Maciejewskim i kapitułą odbyło się 11 czerwca 2008 r. w Dworze Polskim we Wrocławiu. W niezwykle serdecznej, rodzinnej wprost atmosferze laureat przyjął z rąk Ryszarda Żabińskiego (Syndykat), tegorocznego przewodniczącego kapituły, nagrodę (rzeźbę Stanisława Wysockiego) oraz kwiaty i gratulacje od przedstawicieli organizacji dziennikarskich, a także kolegów i przyjaciół licznie przybyłych na uroczystość.

– Zawsze mówiłem, że dziennikarze nie powinni być nagradzani, ale z tego wyróżnienia bardzo się cieszę, bo zostało przyznane przez kolegów po fachu – wyznał wzruszony Maciej Maciejewski. Tak naprawdę na pierwsze mam Jan. Ponieważ mało kto o tym wie, więc nie muszę obchodzić imienin.

Laureat o sobie

W czasach studenckich, a było to bardzo dawno temu (studiowałem fizykę), w Pałacyku odnalazł mnie Andrzej Waligórski. Spodobała mu się moja konferansjerka i z marszu, już na drugi dzień, wystąpiłem w pierwszej stereofonicznej w Polsce radiowej audycji wraz z publicznością z cyklu „My Wrocławianie”.

Andrzej był moim wspaniałym nauczycielem dziennikarstwa, podobnie jak cała ówczesna Elita. Pozwalali mnie i Wandzie Ziembickiej (ona wtedy też zaczynała) współtworzyć Studio 202.

Bardzo ciepło wspominam prawie czteroletnią współpracę z Andrzejem, Jaśkiem Kaczmarkiem, Włodkiem Plaskotą… Niestety ich już nie ma.

Ekscesy polityczne sprawiły, że otrzymałem zakaz wstępu do radia. A ponieważ telewizja wtedy żyła z radiem jak pies z kotem, więc bez trudu rozpocząłem współpracę z telewizją.

Pamiętam, że pierwszą relację robiłem o Bogusławie Litwińcu, a drugą z zoo…

W międzyczasie stałem się specjalistą ds. rolnych, bo takiego brakowało w ośrodku. Przygotowywałem dużo relacji dla Warszawy i dla programu lokalnego. Byłem też autorem różnych kilkunastominutowych reportaży na ogólnopolskiej antenie.

29 lat temu otrzymałem etat korespondenta i propozycję wyjazdu do Legnicy. Od tamtej pory nigdy już do Wrocławia nie wróciłem.

W stanie wojennym esbecy i towarzysze z KW nie zweryfikowali mnie. Przyczyniło się do tego też kilku legnickich dziennikarzy. Zostałem bez pracy. Wraz z rodziną musiałem opuścić Legnicę.

Na szczęście zabiegał o mnie Wałbrzych. Po wielu perypetiach i pomocy ówczesnego kierownictwa ośrodka zacząłem pracę w Wałbrzychu, gdzie zostałem do dziś.

Prawdopodobnie jestem czynnym reporterem telewizyjnym z najdłuższym stażem w Polsce.

Bardzo nietypowym: jestem jednoosobową ekipą, w jednej osobie dziennikarzem, operatorem, kierowcą własnego samochodu, nawet sam siebie filmuję.

Nie potrafię zliczyć relacji, które wykonałem. Na przykład popularna była seria relacji o prezydencie Wałęsie jeżdżącym na nartach w Zieleńcu. Ponoć byłem pierwszym dziennikarzem, który zza płotu krzyczał na prezydenta. Relacje te pokazywano na różnych szkoleniach dziennikarskich jako wzór do naśladowania…

 Nie mam określonego stosunku do tego, co robię, a to, że pracuję w telewizji, zauważam sam dopiero na ulicy, kiedy jestem zaczepiany. Peszę się wtedy. Moje dzieci, Ania i Maciek, poszły w ślady ojca.

Mieszkam w górach, mam ciągle tę samą żonę i psa o imieniu Reporter.

Niemal codziennie jeżdżę do Wrocławia, żeby montować materiały.

Maciej Maciejewski

Andrzej Polak laureatem festiwalu „Polskie Ojczyzny 2006”

Andrzej Polak – korespondent TV Polonia w Budapeszcie, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, otrzymał III nagrodę na Polonijnym Festiwalu Multimedialnym „Polskie Ojczyzny 2006”, który organizuje corocznie Akademia Polonijna w Częstochowie, za film: „Derenk – niezapomniana polska wieś”.

Festiwal ma charakter otwarty dla twórców profesjonalnych i amatorów z całego świata zajmujących się problematyką Polonii i Polaków zamieszkujących poza granicami kraju. Celem festiwalu jest prezentacja środowisk polonijnych w świecie, ich związków z Macierzą, losów Polaków za granicą, ich sukcesów, dokonań, ale także codziennych problemów oraz wzmacnianie identyfikacji z miejscem pochodzenia, wzmacnianie więzi lokalnych opartych na świadomości wspólnego dziedzictwa kulturowego, jego ochronę i pielęgnowanie.


Spotkanie z Jego Ekscelencją Ryszardem Kaczorowskim, ostatnim Prezydentem RP na uchodźstwie.

Grupa Polaków 300 lat temu opuściła ojczyste okolice Spisza i Orawy i w poszukiwaniu lepszego bytu ruszyła na Węgry. W miejscu nowego osiedlenia zbudowała wieś Derenk, nazwaną tak – jak głosi ustny przekaz – od rosnącego tam pięknego derenia. Przez kilkaset lat Polacy żyli we własnej społeczności, zachowując gwarę, tradycje i świadomość odrębności, mimo węgierskich nacisków. W 1943 roku właściciel terenów, na których znajdowała się ich wieś, sprzedał je. Derenk zburzono, a Polaków wysiedlono. Od 1994 r. spotykają się jednak w wybudowanej tam kaplicy dawni mieszkańcy i ich potomkowie.


Kaplica w Derenku – 1994. (Źródło: Wikipedia).

Tereny te są dziś częścią Parku Narodowego Aggtelek. Derenk od 2003 r. znajduje się pod duchową opieką Ogólnokrajowego Samorządu Mniejszości Polskiej – największej organizacji polonijnej na Węgrzech.

Wiesław Geras kawalerem Krzyża Oficerskiego OOP

Wiesiu, kiedy Ty na to wszystko masz czas? Bo przecież oprócz teatrów i kilku innych zajęć w kulturze, od lat jesteś nadzwyczaj aktywnym działaczem Stowarzyszenia Dziennikarzy RP – zarówno w centrali, jak i w naszym regionie. W każdym razie – cieszymy się z tak ważnego wyróżnienia i ściskamy serdecznie Przyjaciele z SDRP Dolny Śląsk


Wiesław Geras w chwilę po odznaczeniu Go przez przedstawiciela Prezydenta RP podczas otwarcia 39. międzynarodowych WROSTJA 18 XI 2005 r. Fot. Maciej Szwed

Od kilku lat namawiałem Wiesława Gerasa, ojca i dyrektora Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora (www.wrostja.art.pl), których korzenie sięgają roku 1966, kiedy to w Piwnicy Świdnickiej odbył się pierwszy, wymyślony przez niego Ogólnopolski Festiwal Teatrów Jednego Aktora, żeby dał sobie spokój. Za wielkie serce i jeszcze większą społeczną pracę spotykało go tylko sporo afrontów, nawet od ludzi, których uważa się dziś za osoby kulturalne i należące do intelektualnej elity. W ostatnich dwóch, trzech latach trochę się to zmieniło. W tym roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, wcześniej, bodaj dwa lata temu, dostał z okazji Dnia Teatru nagrodę marszałkowską.

Na ubiegłorocznym festiwalu Geras publicznie ogłosił, że po 40. międzynarodowych WROSTJA żegna się z festiwalem jako dyrektor, ale chętnie będzie służył następcy (albo następczyni) pomocą, radami i kontaktami. Paradoks największy polega na tym, że ten człowiek bez żadnego etatu i biura organizacyjnego, solo, robi najpoważniejszy rangą w tym gatunku (najmniejszych, bo jednoosobowych teatrów) festiwal, na którzy zjeżdżają dyrektorzy festiwali z całej Europy. Przy okazji warto zauważyć, że to jedna z najstarszych tego rodzaju imprez teatralnych w naszym kraju, która na dodatek nie tylko nie ma zadyszki, ale jej artystyczny poziom wciąż rośnie. W tym roku Geras był artystycznym doradcą amerykańskiego festiwalu prezentującego europejskie monodramy w Chopin Theatre w Chicago.

W Europie i na świecie, nie wyłączając Australii z Oceanią, teatry jednego aktora przeżywają renesans. Przed paru laty powstała organizacja zrzeszająca wszystkich dyrektorów europejskich festiwali teatrów jednego aktora. Wiesław Geras jest w tym gronie osobą kluczową, a jako organizator festiwalu wręcz wzorcem. Więcej na ten temat można przeczytać w prasie zagranicznej niż polskiej.

Krzysztof Kucharski

*    *    *

39. WROSTJA już za nami. Co, z punktu widzenia ich szefa, udało się, a na co należy spuścić zasłonę milczenia?

     – Najważniejsze jest to, że spotkania w ogóle się odbyły. Dwudniowa część konkursowa miała bardzo wysoki poziom i, co najciekawsze, konkurs wygrał amator Julian Swift Speed, mimo że startowało dziesięciu profesjonalistów. Ogromnie zaskoczyła edycja międzynarodowa, w której wzięło udział pięciu aktorów polskich i siedmiu z zagranicy. Spektakle zagraniczne zrobiły furorę. Zaskoczeniem negatywnym był natomiast występ Michała Żebrowskiego.

     No właśnie, wielu spośród bywalców festiwalu było zawiedzionych.

     – Żebrowski uwierzył, że jest wielką gwiazdą i zrobił bardzo słaby monodram. Publiczność oczywiście przyszła, bo dużą rolę odgrywa nazwisko. Niestety, zabrakło wartości artystycznych. Zresztą różnego rodzaju nagrody dostali wszyscy oprócz Żebrowskiego, To również daje do myślenia. Poza tym naprawdę zachowywał się jak gwiazda. Nie zechciał przywitać się z gośćmi festiwalowymi, nie uczestniczył w żadnej dyskusji, nie obejrzał ani jednego spektaklu.

     Nie tylko ta gwiazda nie zabłysła.

     – Wojciech Pszoniak? Pszoniak to mistrz. Przygotował spektakl aktorsko poprawny, powszechnie uznany za dobry, ale nie do końca spełniający oczekiwania. Dlaczego tak się dzieje? Razem z nieżyjącym już Tadziem Burzyńskim, który towarzyszył mi przy festiwalu od początku, zawsze hołdowaliśmy jednej zasadzie: idealny teatr jednego aktora to teatr intymny. Przyjeżdża facet bez żadnych rekwizytów i może grać w każdych warunkach. Tak było do tej pory. W tym roku przyjechało jednak trzech polskich aktorów, którzy mają spektakle przygotowane przez teatry.

     Problem polega na jednej rzeczy: czy ja, jako aktor, chcę coś zagrać, bo sobie to wymyśliłem, w wolnej chwili przygotowałem, przychodzę i prezentuję, czy dostaję zlecenie z teatru. Spektakl Żebrowskiego kosztował tyle, ile wynosiło honorarium połowy aktorów zagranicznych. Przyjechał za nim wóz techniczny i siedmiu ludzi! A aktor z Włoch przyjechał tylko z krzesełkiem. Zagrał i dostał nagrodę. Aktor z Kamerunu nie przywiózł nic oprócz miski. Nam o taki teatr zawsze chodziło.

     Z drugiej strony, wbrew sobie, zaprosiłem trzy monodramy z repertuaru teatrów, bo chciałem pokazać, czym się teatry zajmują. Jednocześnie były to głośne nazwiska, bo muszę patrzeć również pod kątem publiczności, która na nazwiska przychodzi i nagradza je brawami. Zaskoczył, pozytywnie, Peszek, natomiast – znowu negatywnie – Andrzej Grabowski. Po takim aktorze można się spodziewać czegoś więcej. Ale na jego spektaklu był tłum, bo wszyscy go pamiętają jako Kiepskiego. Publiczność była zachwycona, niemal mu sto lat śpiewała, a fachowcy mówili: „Jędruś, k…, coś ty zrobił?".

     Z bardzo dobrym przyjęciem spotkali się aktorzy zagraniczni.

     – Bo poziom był bardzo wysoki, kilka spektakli było naprawdę wybitnych. Felix Kama, świetny Wertyński z Ukrainy, Georg Kaser, który pojawił się u nas po raz drugi.

     W przyszłym roku odbędzie się kolejna, okrągła, bo 40., edycja Spotkań. Jak Pan sobie wyobraża przyszłość festiwalu?

     – Nikt nie chce wierzyć, choć od pewnego czasu to zapowiadam, że ja chcę być szefem festiwalu właśnie do 40. edycji. Już dłużej – jako Wiesław Geras, facet, który ma 67 lat – nie mam ochoty być człowiekiem od wszystkiego. Nie mam nawet biura festiwalowego, nikogo do pomocy. Trzeba wymyślić, to wymyślę. Napisać list? Napiszę. Pójść do sponsora i na pocztę? Pójdę i wyślę. Tej roli nie chcę już pełnić. Pojawiła się idea, żeby Spotkania przypisać Teatrowi Lalek, który świetnie sprawdził się pod względem technicznym w tym roku. Koniec żartów. Mogę zostać przy festiwalu, ale nie chcę już być chłopcem na posyłki – są pewne granice. Tym bardziej że wszyscy ustawiają się bokiem. Dotacje zawsze były niskie, zainteresowania urzędników niemal nie ma, podobnie jak dyrektorów wrocławskich placówek kultury. Dlaczego szkoła teatralna nie wykorzystuje najlepszych aktorów, którzy przez tydzień siedzą w mieście, mają przedpołudnia wolne i są do dyspozycji? Żaden aktor wrocławski nawet nie przyjdzie pooglądać spektakli, brakuje animatorów. A przecież my to dla nich robimy. To pozostawia pewien niedosyt.

     W którą stronę pójdzie festiwal, żeby przyciągnąć kolejne pokolenie teatromanów?

     – Tu niewiele można zmienić. Festiwalu nie wolno puścić z Wrocławia. Trzeba nadal dokumentować kolejne edycje, nie wyrzucać na śmieci już istniejącego archiwum. Kontynuować, nie kombinować, nie wymyślać rewolucji. I jak najmniej spektakli przygotowanych przez teatry – tegoroczne doświadczenie mnie w tym utwierdziło.

Panorama Dolnośląska
Nr 48(65), 4 XII 2005

Pierwszy jubileusz EKOświata

EKOŚwiat jest jedynym na polskim rynku wydawniczym pismem o ekologii we wszystkich dziedzinach życia. Przeznaczony jest dla najbardziej popularnego odbiorcy. Pełni rolę pierwszego nauczyciela ekologii dla ludzi, którzy pragną żyć w nieskażonym środowisku, chcą wiedzieć jak bronić się przed skutkami skażeń, a równocześnie sami pragną ochronić otaczający nas świat – w domu, w pracy, na wycieczce. Podstawowym celem pisma jest wszechstronna edukacja ekologiczna.
 
W 2005 roku miesięcznik (ukazujący się wcześniej pod tytułem Raj), nadzwyczaj życzliwie przyjmowany przez czytelników, obchodzi swój mały jubileusz – tuzin lat obecności na rynku wydawniczym. Z tej okazji zespół otrzymał od naszego stowarzyszenia list gratulacyjny. Jubileusz zbiegł się równocześnie z uhonorowaniem redaktor naczelnej pisma Barbary Templin – od lat aktywnej działaczki SDRP – Złotym Krzyżem Zasługi.

Odznaczenia dla dziennikarzy

3 maja 2005 r. – z okazji Święta Konstytucji 3 Maja – odbyło się w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim, w nadzwyczaj uroczystej oprawie, wręczenie odznaczeń państwowych grupie wybitnych działaczy z Dolnego Śląska. Wśród udekorowanych przez wojewodę Stanisława Łopatowskiego znaleźli się także nasi dziennikarze, których wyróżniono za szczególne zasługi w swoim zawodzie. W uroczystości uczestniczyli m.in. marszałek Dolnego Śląska Paweł Wróblewski i metropolita wrocławski ksiądz arcybiskup Marian Gołębiewski.

Odznaczenia otrzymali w tym dniu z rąk wojewody:

Bartoszewski Józef, Krzyż Kawalerski OOP
Bykowski Edward, Złoty Krzyż Zasługi (po raz drugi)
Wojtas-Kaleta Helena, Złoty Krzyż Zasługi (po raz drugi)
Niedźwiecki Waldemar, Złoty Krzyż Zasługi
Templin Barbara, Złoty Krzyż Zasługi
Kędzierski Jan Cezary, Srebrny Krzyż Zasługi
Ziembicka-Has Wanda, Srebrny Krzyż Zasługi
Elert Elżbieta, Brązowy Krzyż Zasługi
Schröder Ewa, Brązowy Krzyż Zasługi
Stachera Zofia, Brązowy Krzyż Zasługi

Gratulacje dla odznaczonych dziennikarzy przysłali:
• Zespół redakcyjny pisma „Bez Kurtyny” we Wrocławiu
• Stowarzyszenie Tradycji Orężnych i Myśli Obronnej przy Śląskim Okręgu Wojskowym
• Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny we Wrocławiu dr Jerzy Banach

 

Bali się tylko o swe gardła

Marek Obszarny i Dariusz Litera z Polskiego Radia Wrocław powtórnie trafili do Księgi Rekordów Guinnessa. Dziennikarze przeprowadzili najdłuższy na świecie talk show. Przez 35 godzin rozmawiali ze swymi gośćmi na antenie. Zaczęli w sobotę rano 4 września 2004 r., skończyli w niedzielę o godzinie 20.00.

W studiu zbudowanym na lotnisku w Lubinie Marek Obszarny i Dariusz Litera podczas festynu jubileuszowego KGHM zmierzyli się z rekordem Guinnessa należącym od trzech lat do angielskiej stacji Three Counties, stowarzyszonej z BBC. W listopadzie 2001 r. Brytyjczyk Nick Lawrence poprowadził 33-godzinny radiowy talk show. Polacy postanowili nie schodzić z anteny przez 35 godzin.

Dariusz Litera i Marek Obszarny zaprosili ponad 200 gości, m.in. profesorów Jana Miodka i Leona Kieresa, Annę Dymną, Marylę Rodowicz, Kayah, Kubę Wojewódzkiego, Monikę Richardson, Józefa Oleksego. Poza tym cały czas rozmawiali ze słuchaczami i kibicującą im na miejscu publicznością.

– Reguły są twarde: w każdej godzinie 37 minut muszą stanowić wywiady, resztę można zagospodarować puszczając muzykę czy serwisy informacyjne – wyjaśniał Zenon Pustelnik, wydawca polskiej edycji Księgi Rekordów Guinnessa, który czuwał nad przestrzeganiem regulaminu. Litera i Obszarny mają już na swoim koncie jeden rekord Guinnessa. We wrześniu 2000 r. prowadzili program przez 93 godziny i 10 minut. Po co to robią? – Żeby Dolny Śląsk i Wrocław były widoczne na świecie – odpowiadają.

Piotr Kanikowski (SP•GW)

Zasłużony dla sportu Dolnego Ślaska

Waldemar Niedźwiecki, wieloletni, doświadczony dziennikarz sportowy prasy, radia i telewizji, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, otrzymał odznakę „Zasłużony dla Sportu Dolnego Śląska”. Okazją było 50-lecie Szkolnego Związku Sportowego i 30 rocznica Dolnośląskiej Federacji Sportu. Znalazł się – jako jedyny dziennikarz – w gronie wspaniałych sportowców, m.in. dwukrotnego mistrza olimpijskiego Józefa Zapędzkiego.

Krystian Zimerman w Krakowie

Znakomity pianista, o którego „zabijają się” najbardziej prestiżowe sale koncertowe świata, w Polsce zagrał w kwintecie. Pierwsze skrzypce w tej grupie grała Kaja Danczowska, obok niej Agata Szymczewska (skrzypce), Ryszard Groblewski (skrzypce) i Rafał Kwiatkowski (wiolonczela). W repertuarze niespełna półtoragodzinnego koncertu były tylko utwory Grażyny Bacewicz – dla uczczenia setnej rocznicy jej urodzin.

To skrzypaczka i kompozytorka szczególnie ceniona przez Krystiana Zimermana.  Niejeden meloman amator mógł usłyszeć o Bacewicz  po raz pierwszy, nie mówiąc o słuchaniu jej kompozycji. Okazjonalnie powołany do trasy koncertowej zespół Zimermana wykonał najpierw  II Kwintet fortepianowy(1965), następnie II Sonatę na fortepian(1953) i na koniec I Kwintet fortepianowy(1952).

W Krakowie artyści zagrali w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego. To zadziwiająco nowoczesna sala jak na historycznie dostojny i zabytkowy Uniwersytet. Może się tam zmieścić blisko 650 osób, na koncercie było znacznie więcej. Bilety w pierwszych rzędach kosztowały 200 złotych. Można je było kupić tylko za pośrednictwem internetu, czyli dość wygodnie.

Koncerty kwintetu Zimermana miały szczególny charakter, poza Krakowem artyści zagrali jeszcze w Łodzi, Warszawie, Poznaniu i w Katowicach (dlaczego nie we Wrocławiu!?). Krakowski koncert był zagrany niezwykle precyzyjnie… podobnie było też w innych miastach. Chodzi o to, że muzyka Bacewicz z tych koncertów wypełni najnowszą płytę Zimermana. Wyda ją Deutsche Gramofon, najlepsza na świecie firma od nagrywania muzyki tzw. „klasycznej”. Kto słucha choć trochę muzyki Debussy’ego, Satie czy choćby Szymanowskiego… to w trudnych amelodycznych utworach Grażyny Bacewicz usłyszy „nuty i nutki” z twórczości tych kompozytorów. Z pierwszego rzędu słuchał koncertu sam Krzysztof Penderecki. II sonatę Krystian Zimerman zagrał sam, bez wirtuozów skrzypiec i wiolonczeli. Genialnie. Nie ma o czym mówić, warto było być na tym koncercie i tego posłuchać.

Dochód z koncertów i honorarium Krystiana Zimermana zostaną przekazane na cele charytatywne.

Tekst i zdjęcia: Jan Cezary Kędzierski