Archiwum kategorii: Spotkania

Wigilia seniorów 2014: Jeszcze wiele, wiele lat…

… jeszcze wiele, wiele długich lat! Te życzenia dominują przy wszystkich chyba przedwigilijnych, bożonarodzeniowych spotkaniach opłatkowych, niezależnie od zawodowych preferencji organizujących je środowisk. Wielu lat w zdrowiu i intelektualnej kondycji, wielu okazji do dalszych spotkań w gronie przyjaciół, kolegów, czy tylko bliskich znajomych.

I – gdy mowa o spotkaniach środowiskowych dziennikarzy – dodać też trzeba życzenia natury ogólniejszej, związane ściśle z pełnionym zawodem, który wręcz wymusza myślenie w kategoriach ogólnospołecznych. Przeto, wielu lat w dobrze gospodarczo prosperującym kraju, którego postawieni na świeczniku, a więc poddani nie tylko oglądowi, ale i ocenie przedstawiciele, potrafią zadbać o zaspokojenie potrzeb i pragnień swych obywateli. A że Polska nie jest samotną wyspą, oby i sytuacja międznarodowa pozwalala na optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Ten życzeniowy program, to konieczne do normalnego życia minimum, zarazem jednak, porównując go z tzw. realem, program maximum. Dlatego są to tylko życzenia, choćby i „pobożne”, ale składane z nadzieją, że być może nadchodzący Nowy Rok przyniesie ich spełnienie.

Wręczenie Nagrody Dziennikarz na Med(i)al

To dla mnie radość i zaszczyt, że i w tym roku dane mi jest pisać o dorocznym spotkaniu nas, aktywnych – nie mylić z niegdysiejszym aktywem – czyli żywych i żywotnych seniorów. W tradycyjnym miejscu (hotel Mercure przy placu Dominikańskim), o tradycyjnej porze (godz. 16.00) i oczywiście w grudniu (12 XII), nestorzy pióra, mikrofonu i żywego obrazu spotkali się, by przy opłatku złożyć sobie życzenia z okazji nadchodzących świąt oraz Nowego Roku, jak również przy wieczerzy powspominać, jak to drzewiej bywało.

Z prawdziwą radością witaliśmy w swym gronie, już po raz dziewiętnasty, byłego metropolitę archidiecezji wrocławskiej, Jego Eminencję księdza Henryka Kardynała Gulbinowicza, który przyszedł z hojnym darem – poinformował nas o zaniesionych w trakcie specjalnej mszy w naszej intencji modlitwach do swego „Szefa”, by w swej łaskawości pozwolił nam w tym samym składzie spotkać się również w roku przyszłym. Wszyscy mamy nadzieję, że prośba sędziwego, cenionego za otwartość i poczucie humoru, lubianego przez środowisko dziennikarskie Hierarchy, zostanie wysłuchana, tym bardziej, że Dostojny Gość już zadeklarował swój dwudzisty już udział w opłatku 2015 roku.

Nie wszyscy mogli z nami świętować. Chwilą ciszy uczciliśmy odejście z naszego grona do nieśmiertelności Marii Bułacik, Stanisława Kędzierskiego, Tadeusza Dudzia, Ryszarda Pollaka ( choć formalnie nie należał do naszego Stowarzyszenia) i Czesia Kryczka.

Miłym elementem spotkania stało się wręczenie nagrody „Dziennikarza na Med(i)al” red. Marii Woś, znanej i cenionej dziennikarce radiowej. Nagroda (szklana bryła z napisem „Prawda, Przyzwoitość i Pasja”, przyznana została jednogłośnie przez kapitułę w składzie: Tomasz Orlicz, Marian Maciejewski – SDP, Waldemar Niedźwiecki, Bogusław Serafin – SD RP Dolny Śląsk. Jak z uznaniem zauważono, oba stowarzyszenia dziennikarskie zgodnie podjęły działania w interesie całego dziennikarskiego środowiska. Budzi to nadzieję, że być może w dającej się przewidzieć przyszłości dojdzie – szybciej niż w wypadku Korei – jeśli nawet nie do natychmiastowego zjednoczenia, to przynajmniej „stowarzyszenia Stowarzyszeń”.

 

Dzielimy się opłatkiem, czyli spotkanie w obiektywie Ryszarda Godleskiego.

 

Tradycyjnie, jak co roku prowadzący opłatkowe spotkanie Kol. red. Waldemar Niedźwiecki, nie omieszkał podziękować sponsorom, zarówno za ich przybycie, jak i za materialne wsparcie imprezy. Oto oni: Ryszard Sofiński (prezes „Kuźni Polskiej SA), Władysław Piszczałka („MAT”), Janusz Cymanek (prezes „Michael Huber”), Halina Łoś („ATOM”), Andrzej Dadełło (prezes DSA), Marek Paśko (Marton Ltd), Adam Łącki (prezes KRD), Bogusław Klik (Amrest).

W tegorocznym spotkaniu uczestniczył też jako gość, powitany brawami, poseł Przemysław Czarnecki.

Jak zawsze „opłatek” stał się okazją do ożywienia kontaktów towarzyskich, które w ciągu roku z różnych powodów uległy zrozumiałemu osłabieniu. Jak się bowiem nie cieszyć z ponownego spotkania z Wiesławem Gerasem, (dyrektor artystyczny Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru), Jasia Akielaszka (wydawnictwo „W kolorach tęczy”), Lesława Millera ( wydawca i red. naczelny m.in. „Odrodzonego Słowa Polskiego”), czy Tadeusza Hołubowicza ( red. naczelny czasopisma literackego „EuroArt”). I tylu innych, których wymienienie tylko z nazwiska przekraczałoby ramy skromnej notatki!

Atmosfera była tak ciepła, iż w pełni zrozumiały był brak śniegu i niskich temperatur. Malkontenci bąknęli wprawdzie, że do prawdziwej wigilii brakowało jeszcze prawie dwóch tygodni, i raczej to było powodem niezbyt zimowej aury – my jednak wiemy swoje – rodzinna atmosfera topi każde lody! I oby owego ciepła nie zabrakło nam po Bożym Narodzeniu, przez wszystkie kolejne dni nowego, 2015 roku! A na razie „salve festa dies!”

Tekst i zdjęcia: Wojciech W. Zaborowski

Galicyjska wiosna prasowa

„Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu” wzdychał niegdyś, z niechęcią i pod przymusem „przerabiany” dziś w szkole – jak się zapewne niedługo dowiemy – białorusko-litewski poeta Adam Mickiewicz. Na szczęście zarówno niżej podpisany, jak i wszyscy uczestnicy powitania wiosny oraz bynajmniej nie symbolicznego topienia marzanny w napojach z zabójczą zawartością chemicznej grupy C2H5OH, którzy na wezwanie króla (choć zdetronizowanego) byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego, Zbigniewa Kawalca, oraz miłościwie patronującego lokalowi „Galicja” cesarza Franciszka Józefa I, spotkali się 21 marca 2014 we wspomnianym lokalu – przeżyli już kolejną taką wiosnę w swym życiu. Nic też nie wskazuje, by miała to być wiosna ostatnia.

Nie wszyscy stawili się na doroczne wspominki. Grono „sierot po WWP” zmalało w ciągu roku dzielącego nas od poprzedniego spotkania o sześcioro Koleżanek i Kolegów. Odeszli od nas: Wacław Dominik, Włodzimierz Kisil, Zofia Frąckiewicz-Kukla, Danuta Miszczyszyn, Danuta Oleszkiewicz i ostatnio, 28 lutego, Władysław Starkiewicz, zastępca dyrektora WWP. Każdej z tych osób można by poświęcić osobne, prywatne wspomnienie i tak też chyba uczyniliśmy w ciągu paru minut ciszy, którymi uczciliśmy pamięć Koleżanek i Kolegów odwołanych z Błękitnej Planety w tajemne i zakryte przed ludzkimi oczyma pozaziemskie bytowanie.

Budząca się do życia przyroda, słoneczne promienie wdzierające się przez szyby do stylowej, secesyjnej w wystroju restauracji „Galicja”, przypominającej czasy Galicji i Lodomerii Franciszka Józefa I, radość ze spotkania często od lat niewidzianych Kolegów, wszystko to stworzyło niezapomnianą atmosferę, daleką od smętnych eschatologicznych rozmyślań na temat przemijania. Wszak wiosna! Przyroda, a wraz z nią człowiek, jej mała, choć podobno rozumna cząstka, budzi się do życia. Do określenia atmosfery panującej wśród galicyjskiego towarzystwa najbardziej odpowiednie wydaje się odwołanie do wspomnianego już wyżej mistrza Adama, który jednej z ksiąg swego eposu użyczył tytułu „Kochajmy się!”.

Przy stolikach rozradowane twarze, znajome od lat. Co ja piszę – od dziesięcioleci! Oto dawno niewidziany, unikający rozgłosu i medialnego szumu, zawsze skromny, choć swoje myślący, z ironicznym błyskiem w oku Eugeniusz Stelmach, który w „Słowie Polskim” od wyrobnika słowa zaczynając, dochrapał się po latach funkcji zastępcy redaktora naczelnego. A obok Marek Nikodemski, również „słowianin”, choć jak wieść gminna niesie, przy nadarzającej się okazji zmienił przed laty kierunek swych medialnych zainteresowań na bardziej ekonomicznie praktyczny. Przy innym stoliku, jak zawsze uśmiechnięty i wytworny – Witek Podedworny, dzięki własnemu wydawnictwu cieszący się wprost niebywałym zainteresowaniem ludzi pióra (choć nie zawsze talentu). Trzeba mu oddać sprawiedliwość, że na ile może, nie patrząc na ekonomiczną stronę przedsięwzięcia, publikuje wspomnienia kolegów o ich dawnej prasowej orce na dolnośląskim ugorze. Jak tu nie zatrzymać się na dłużej przy Kasi Grędziakównie? To przecież córka naszego dawnego kierownika Działu Miejskiego „Słowa Polskiego” – Gerarda Grędziaka! Niech będzie, powiem prawdę, nie tylko z tego powodu budzi entuzjazm bardzo męskiej płci. O Czarku Żyromskim, dawnym sekretarzu redakcji „Słowa Polskiego”, nie muszę chyba wspominać. Jest zawsze. Czynny zawodowo, aktywny do dziś, co widać choćby po tym tekście, jeśli bez pomyłek ukaże się na naszej stronie. Jest prasowy „człowiek z żelaza”, wskrzesiciel „Odrodzonego Słowa Polskiego” wulkan energii i wszędobylski reporter – Lesław Miller. Mimo kierowania własnym wydawnictwem i siedzenia na kilku naczelno-redakcyjnych stołkach, nie potrafi zaszyć się w ciszy gabinetu i nieustannie jest w drodze w poszukiwaniu chwytliwych „newsów”. Ale niby dlaczego ma się zmieniać? – takim był zawsze, a znamy się… od dziecka, prawie pół wieku!

Jest i nowa, młoda – choć niekoniecznie wiekiem – gwardia. To ci, którzy co prawda nic wspólnego z dawnym WWP nie mają, ale bądź to obecnie udzielają się w mediach, bądź też zainteresowanie dziejami prasy i wspólni znajomi z dawnego środowiska sprawili, że czują się dobrze wśród nas, żywej, prasowej legendy lat powojennych.

I niech tak zostanie. Młodzież przyszłością świata, jak głosił niegdyś na ulicach Wrocławia jeden z licznych sloganów. A my, starsi? „Jeszcze tylko kilka wiosen…” – śpiewali starsi panowie dwaj. Dwaj? Ej, jest nas jeszcze trochę więcej. A więc, do przyszłej wiosny!

Wojciech W. Zaborowski

Zdjęcia:

Waldemar Marzec

i Wojciech W. Zaborowski

Przybieżeli na opłatek seniorzy…

„…młodzi duchem a i ciałem – nie chorzy” podśpiewywałem sobie w duchu na melodię znanej kolędy, gdy wchodziłem 19 grudnia 2013 roku przed godziną 16.00 do sali restauracyjnej Hotelu Mercure Wrocław Centrum przy placu Dominikańskim.
Powód mego pogodnego nastroju był oczywisty. Po rocznej przerwie znów otoczyły mnie znajome postacie Koleżanek i Kolegów, a życzliwe twarze, o rok zaledwie starsze, napawały radością i cichą nadzieją, że również tegoroczne bożonarodzeniowe i noworoczne życzenia „zdrowia i pomyślności” mają szansę się spełnić.
 

Swoją drogą, młodnieją seniorzy! Tak przynajmniej wynika, gdy obliczy się średnią wieku obecnych na corocznym, tradycyjnym opłatkowym spotkaniu organizowanym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk. Dopiero po chwili naszła mnie niewesoła refleksja, że owa zaniżona średnia wynika z obecności bynajmniej nie seniorów, a licznej grupy seniorom towarzyszącej, jak członkowie Zarządu SD RP, sponsorzy i inni zaproszeni goście.
 

Pogodny optymizm wrócił mi jednak natychmiast, gdy zobaczyłem naszego prominentnego Gościa, stałego uczestnika opłatkowych spotkań dziennikarzy seniorów, Jego Eminencję Księdza Kardynała Henryka Gulbinowicza, którego metryka (90 lat!) zupełnie nie pasuje do – niech mi wolno będzie użyć tego słowa – wręcz młodzieńczego stylu bycia purpurata. Powitany m.in. przez przewodniczącego i wiceprzewodniczącą Zarządu SD RP Dolny Śląsk, Waldemara Niedźwieckiego i Ewę Schröder (Redaktor Naczelna „Wiadomości Dolnośląskich”). Dostojny Gość przed podzieleniem się z nami opłatkiem złożył świąteczne i noworoczne życzenia wszystkim obecnym, wyróżniając przy tym nasze Koleżanki, na obliczach których zauważył zatrzymanie się działania praw natury, czyli brak śladów upływu czasu. W stosunku do męskiej części zgromadzonych Jego Eminencja, niestety, nie dostrzegł tak cudownych zjawisk, stwierdzając za to rzeczowo, że trochę nam się posiwiało. Cóż, zaprzeczyć trudno!
 

Przewodniczący Waldemar Niedźwiecki w swym krótkim wystąpieniu powitał wszystkich, w tym m.in. obecnego na tegorocznym opłatku Romana Potockiego, starostę powiatu wrocławskiego, żony naszych zmarłych Kolegów – Małgorzatę Maciaś, Gizelę Umańską, Katarzynę Rosińską, Sławomirę Lipińską – po czym mogliśmy się, po tradycyjnym odśpiewaniu kolędy, delektować wigilijnymi potrawami, których skład znany jest od wieków, nie ma więc potrzeby ich wymieniania. Wymienić za to należy osoby, którym zawdzięczamy możliwość ich konsumowania, a które swą sakiewką wsparły dobre chęci, ale i chudą kasę Stowarzyszenia. To: Bogusław Klik (AMREST), Maciej Kaczmarski (KRD), Michał Gembal (ARCUS), Barbara Szumska (AGOLMA) i Andrzej Szumski („Słowo Sportowe”), Janusz Cymanek (Michael Huber Polska), Władysław Piszczałka (MAT), Halina Łoś (ATOM), Ryszard Sofiński (Kuźnia Polska), Marek Paśko (PPHU MARTOM).
 

Nastąpiły przyjemne chwile krążenia od stolika do stolika i wspomnień. Niezmordowana Zosia Stachera, która samą swą obecnością przypomina na co dzień o istnieniu Stowarzyszenia, a na widok której uciekają jedynie ci, co nie zdążyli w terminie zapłacić składek członkowskich, stwarzała jak zawsze dobrą aurę, mając dla każdego z uczestników dobre słowo. Przybyły na spotkanie red. Julian Bartosz ze zdziwieniem stwierdził, że większości z obecnych w ogóle nie zna. Prawda, ja również z dawnymi kolegami doliczyłem się wśród stu obecnych zaledwie dwudziestki z dawnych lat. Tempora mutantur… Na pociechę dodam, że i redaktora Bartosza nie każdy od razu rozpoznał, a to z powodu rewelacyjnej figury, zgubionym gdzieś kilogramom i… braku nieodłącznej niegdyś fajeczki. Są więc i wynikające z przepływu czasu pozytywy! Gdzieś mi się zagubił zastępca redaktora naczelnego „Wiadomości Dolnośląskich” red. Dariusz Bereziuk. Siedział obok mnie, wręczył mi nawet swój prasowy organ, po czym zniknął. No tak, odszedł do bardziej prominentnego stolika. Rozumiem go, niestety, nie jest jeszcze emerytem i w interesie czytelników oraz gazety musi zabiegać o względy możnych tego świata. Ciągle za to mam przed oczami ruchliwego i pełnego energii redaktora Lesława Millera, dawnego kolegi ze „Słowa Polskiego”, obecnie szefa wydawnictwa prasowego, wydawcę kilku gazet gminnych oraz „Odrodzonego Słowa Polskiego”. Osiemnaście lat skończył już dość dawno, a żywotności mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Obok niego, też wciąż aktywny, red. Cezary Żyromski, wieloletni sekretarz redakcji dawnego „Słowa Polskiego”, który wytrwał na tym stanowisku aż do końca samodzielnego bytu tego dziennika. Kilka zdań wymieniłem z red. Stasiem Spyrą, z którym łączyła mnie niegdyś praca w tym samym organie związkowym, dzienniku „Głos Pracy”. On odpowiadał za Dolny Śląsk, ja pracowałem w „centrali”, w Warszawie. Było co wspominać! Dowcipami dzieliliśmy się z red. Januszem Szmyrką, nie tylko dlatego, że darzymy się wynikającą z powiązań prawie rodzinnych sympatią, ale też i dlatego, by zrobić dobre wrażenie na siedzącej obok nas koleżance z dawnej „Gazety Robotniczej”, red. Lidii Wietrzyńskiej. Chyba nam się udało? Niezmiennie sympatyczny red. Waldemar Marzec, wydawca „Rzeczpospolitej Trzebnickiej”, jak zawsze brylował towarzysko. Gawędziarz z niego przedni!
 

Nie sposób wymienić wszystkich. Jak tu jednak pominąć dyrektora byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego Zbigniewa Kawalca. Mimo zdrowotnych dolegliwości, o które nietrudno w naszym wieku i zawodzie, z niebywałą energią organizuje kolejne imprezy dla dawnych podwładnych – kolegów, nie opuszczając naszych spotkań opłatkowych. Z radością też witałem dobrego znajomego jeszcze z czasów współpracy z Operą Wrocławską, o wielorakich talentach, red. Tadeusza Hołubowicza, który choć z mniejszym od nas stażem dziennikarskim, zasłużył się już na czytelniczym rynku, wydając interesujące czasopismo literackie, kwartalnik „EUROArt”.
 

Lokal powoli pustoszeje. Gasną światła. Nic to – należy wierzyć, że w blaskach bożonarodzeniowego drzewka, ponownie w tym samym składzie, zobaczymy je za rok!
 

Wojciech W. Zaborowski

Wzruszające spotkanie przy „lampce wspomnień“

Organizowane przez SDRP Dolny Śląsk spotkanie poświęcone pamięci Koleżanek i Kolegów, których Opatrzność wypisała z naszego Stowarzyszenia i przeniosła na wiekuistą służbę Słowu (o niebo wyżej), staje się tradycją.

 

Po udanym i życzliwie przyjętym pierwszym ubiegłorocznym spotkaniu, za które słowa uznania zebrali organizatorzy, wśród nich szczególnie zaangażowany kol. red. Bartek Czekański, 4 listopada zebraliśmy się po raz drugi w naszym tradycyjnym, pełnym wspomnień, dawnym redakcyjnym bufecie, a od lat stylowym lokalu „Wall Street”. Przy lampce – tej świecącej światłem rozświetlającym mroki niepamięci i przywołującej wspomnienia – i tej wypełnionej czerwonym winem, które wspomnienia ożywia i na nowo przywołuje dawne emocje, wróciliśmy myślą serdeczną do Koleżanek i Kolegów, którzy znajdują się już w innej formie bytu, po niewidzialnej dla nas stronie niematerialnego życia.
 

 

Wszyscy byliśmy jeszcze pod wrażeniem dopiero co minionych dni, które i w tradycji chrześcijańskiej i państwa światopoglądowo neutralnego – dawnej pogańskiej nie wspominając – poświęcone były pamięci o zmarłych. W rodzinach wspominało się bliskich krewnych, w czasie oficjalnych obchodów państwowych , ludzi dla narodu i państwa w sposób szczególny przez swą działalność zasłużonych. Nasza prawie 40 osobowa gromadka zebrana w miejscu, gdzie przed laty i przez lata pracowali wspominani przez nas Koleżanki i Koledzy, w czasie tego wyjątkowego w swym charakterze spotkania myślała i mówiła o osobach, które jednocześnie były naszymi „bliskimi” – tworzyliśmy przecież jedną wielką rodzinę prasową – równocześnie jednak były współtwórcami i kronikarzami otaczającej nas rzeczywistości: wrocławskiej, dolnośląskiej, nieraz ogólnopolskiej.
 

 

Gdy kol. red. Waldek Niedźwiecki wymieniał nazwiska tych, którzy nie mogli się z nami spotkać (od ub. roku odeszli od nas : kol., kol. Jadwiga Pol – Łachwa, Danuta Miszczyszyn, Zofia Frąckiewicz – Kukla, Włodzimierz Kisil, Wacław Dominik), każdy z nas przywoływał chwile, gdy jeszcze byliśmy razem. Bardzo to indywidualne wspomnienia, nie ma więc co się dziwić, że wielokrotnie na twarzach pogrążonych w zadumie pojawiał się uśmiech – znak pamięci i wdzięczności posyłany w zaświaty naszym Kolegom, którym zawdzięczaliśmy również i pogodne chwile, umilające wypełnianie naszej dziennikarskiej powinności.
 

 

Nie my byliśmy bohaterami tego wieczoru. Jeszcze nie my. Nie na miejscu więc byłoby wspominać obecnych na tym wieczorze. Mówiąc lapidarnie, przybyli żyjący. Byt kształtuje świadomość – pouczano nas jeszcze tak niedawno. Pamięć o zmarłych przypomina, że warto mieć również świadomość bytu. Także jego materialnej kruchości.
 

Wojciech W. Zaborowski

Tablica dla Teatru Kalambur

W przyszłym roku przypada 57 rocznica powstania w roku 1957 studenckiego Teatru Kalambur, przekształconego następnie w Ośrodek Teatru Otwartego Kalambur. Jak pisał kilka lat temu Krzysztof Kucharski, był Kalambur „przez całe lata jednym z szyldów Wrocławia. /…/ To spory kawałek historii tego wspaniałego miasta spotkań”. Ale, jak zapytywał jednocześnie: „Kto to dziś pamięta?”.

Dla Kalamburowców teatr ten znaczył jeszcze więcej. Jak pięknie ujęła to Elżbieta Lisowska-Kopeć w publikacji z okazji 40-lecia Kalamburu: „To namiętności i emocje kilku pokoleń młodych ludzi, dla których miejsce na Kuźniczej było zabawą, pracą, domem czy swoistym uniwersytetem”.

A co z Kalamburu w nas – to już nie zaginie, nawet gdy pomrzemy. Bo przez nas – autorów i aktorów, artystów i widzów, kronikarzy i krytyków – przeniknęło w społeczny i kulturowy krwiobieg. A może i głębiej – w same, za przeproszeniem, geny?”Tadeusz Burzyński

Mając to wszystko, a także mijający czas na uwadze, zrodził się pomysł upamiętnienia, przypomnienia tego ważnego – nie tylko dla Wrocławia – zjawiska w formie tablicy pamiątkowej oraz obiektu przestrzennego, umieszczonych przy ulicy Kuźniczej 29A, gdzie przez lata teatr miał swoją siedzibę. Uroczystość planujemy na czerwiec 2014 roku, w czasie Dni Wrocławia.

Dla doprowadzenia tego pomysłu do szczęśliwego finału powstał Społeczny Komitet Organizacyjny Tablica Pamiątkowej Teatru Kalambur, który chciałby się zwrócić do Państwa z prośbą o wsparcie tej szlachetnej idei, poprzez umieszczenie osobistego podpisu na liście.
 

Społeczny Komitet Organizacyjny Tablicy Pamiątkowej Teatru Kalambur
Halina Litwiniec, Krystyna Kawczak, Mira Nikodemska

 

Kreatorzy w „Creatorze”: mijają lata, pamięć pozostaje!

Wierzyć się nie chce, że to już 23 lata minęły od momentu, gdy rozpoczął się demontaż naszego Wydawnictwa. Chwała więc tym, którzy dbają, by pamięć o latach przepracowanych pod szyldem RSW, jednocześnie latach naszej młodości, była żywa przynajmniej tak długo, jak długo my będziemy myślą i wspomnieniami do owych lat wracać.


Dyrektor Zbigniew Kawalec

Tegorocznych „kreatorów – stworzycieli”, którzy wyczarowali klimat dawnych lat i stworzyli 12 kwietnia koleżeński wieczór wspomnień właśnie we wrocławskim klubie „Creator” przy ul. Szybowcowej 23, było kilku. Głównym pomysłodawcą – organizatorem od lat jest niezmiennie kol. Zbigniew Kawalec, dyrektor rozwiązanego (nie „rozwiązłego”!) Wydawnictwa, który potrafi sprawić, by „słowo stało się ciałem”, czyli, by idea doczekała się realizacji. Dzielnie w tym partneruje dolnośląskie SD RP, którego podpis prezesa Waldemara Niedźwieckiego figurował na zaproszeniu. Niestety, osobiście nie mógł przybyć na naszą imprezę, ku żalowi nie tylko piszącego te słowa. Natomiast z prawdziwą przyjemnością odnotowałem obecność witającego nas w imieniu SD RP Dolny Śląsk sekretarza zarządu red. Bogusława Serafina. Na trzecim miejscu wymienić wypada wieloletniego sponsora, firmę Michael Huber Polska, która dba, by impreza miała zdrowe podstawy ekonomiczne, czyli, by spauperyzowani często byli pracownicy RSW nie musieli ponosić kosztów większych, niż 20 zł. na catering. I tak już jest od lat.

Miejsca czwarte i piąte należą do twórców – stworzycieli zmiennych. W b.r. byli nimi redaktor Ryszard Pollak, i kol. Witold Podedworny.


Red. Witold Podedworny, w głębi „kręglarze”

Pierwszy jest autorem tomiku przemyśleń, aforyzmów, osobistych uwag i refleksji o człowieku, oraz świecie, który nas otacza. Te mające swoją wagę i zmuszające czytelnika do własnych przemyśleń literacko – filozoficzne miniaturki zatytułował kol. Ryszard Pollak przekornie „Okruchy myśli przy porannej kawie”. Można się było nimi delektować na miejscu, gdyż książeczka (wraz z dedykacją) była do nabycia po promocyjnej cenie 15 zł. Dodając do tego pełne osobistego, emocjonalnego zaangażowania wprowadzenie kol. Stanisława Pelczara, który również jest autorem posłowia w „Okruchach myśli”, otrzymaliśmy wspaniałe danie do intelektualnej konsumpcji nie tylko „przy porannej kawie”.

Drugi, a właściwie piąty, „współ – stworzyciel” , to dobrze znany nie tylko dziennikarskiej braci, drukarskim towarzyszom i wydawcom Wrocławia, Polski – a dzięki międzynarodowym targom książki – i Europy, wyżej wspomniany kol. Witold Podedworny. Jego Oficyna Wydawnicza ATUT – Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe od lat dostarcza na rynek księgarski pozycje zarówno literackie, jak i pamiętnikarskie, które przybliżają młodym czytelnikom dzieje dolnośląskiego regionu i ludzi z nim związanych, nam zaś, trochę starszym, odświeżają pamięć o latach minionych. To jego Oficynie zawdzięczamy w b.r. możliwość delektowania się tekstami kol. Ryszarda Pollaka.

Tegoroczne spotkanie, na które przybyło ok. 40 osób, dzięki „imprezie towarzyszącej”- kręglom, pozwoliło też zadbać o zdrowy kręgosłup (anatomiczny, nie moralny). W sumie: niezapomniany wieczór wspomnień. Do zobaczenia za rok. Veni Creator!

Wojciech W. Zaborowski

 

Wigilijne spotkanie seniorów – Wrocław 2012

Przed laty śpiewaliśmy o „wrocławskich gwiazdach znad Ratusza”. Minęły lata, ba, epoki, gwiazdy nie tylko „znad”, ale i „z” Ratusza zgasły lub też w świetle nowej rzeczywistości przyblakły. O tej jednej – betlejemskiej – pamiętamy, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. Pamięć o związanym z jej światłem wydarzeniu sprzed wieków i powstałej tradycji spowodowała i w 2012 roku, że my, dziennikarze – seniorzy SDRP Dolny Śląsk – skierowaliśmy swe kroki 18 grudnia na niebiańsko przybrany plac Dominikański 1 (dawniej „krwawego Felka” Dzierżyńskiego) do restauracyjnej sali hotelu „Mercure Wrocław Centrum” (dawniej „Panorama”).

Dla wielu z nas ta wędrówka była pielgrzymką po śladach aktywnej medialnie młodości. Szczególnie gdy najpierw odwiedziło się dawne redakcyjne siedziby przy Podwalu (czytaj: były bufet redakcyjny, obecnie lokal „Wall Street”), potem zaś przy ul. Piotra Skargi mijało się smętny wykop, pozostałość po drukarni prasowej. Tyle pozostało po nas, tzn. przepraszam, po dawnej prasie. Vanitas vanitatum!
 
Ale dość smętnych refleksji, bo oto i gościnne progi „Mercure”, a za progiem oczekujący gości, uśmiechnięty, jakby w nowej kadencji odmłodniały, prezes SDRP Dolny Śląsk Waldemar Niedźwiecki. Tuż obok niego Bogusław Serafin, działacz powszechnie znany, w sposób szczególny, dzięki stworzeniu nowej internetowej strony Stowarzyszenia.

Wigilia Seniorów 2012: ALBUM

Krótka chwila wzajemnych powitań, radosnych stwierdzeń, że w porównaniu z rokiem ubiegłym jesteśmy prawie w niezmienionym składzie; odeszła od nas kol. Jadwiga Pol-Łachwa, z wrocławskiej rozgłośni radiowej. Jej pamięć uczciliśmy minutą milczenia.

Ciepłe słowa w swym wystąpieniu powitalnym skierował znany z dyplomatycznych talentów prezes w stronę naszych drogich sponsorów, bez których finansowego udziału moglibyśmy spotkać się jedynie „przed”, a nie „w” hotelu. Oto oni: marszalek Rafał Jurkowlaniec, Maciej Kaczmarski (KRD), Władysław Piszczałka (MAT), Henryk Charucki (DCR), Barbara Szumska (Agolma), Andrzej Szumski (Wydawnictwo Słowo Polskie), Bogusław Klik (AMREST), Janusz Cymanek (Michael Huber Polska), Bogusław Bieńkowski, Jan Akielaszek, Jerzy Ratajczyk, Jan Szczerkowski, Michał Gembal. Jak miło, że wśród „dzieci transformacji gospodarczo-finansowej” znaleźli się i nasi koledzy po piórze!

 

Wypada wyrazić uznanie za pomysł wręczenia dyplomów i listów gratulacyjnych Koleżankom i Kolegom, w opinii Zarządu wyróżniających się swą działalnością przy realizacji statutowych celów Stowarzyszenia. Miło, że wśród licznej grupy obdarowanych znalazł się piszący te słowa, jak również kol. dr Henryk Kollar, redaktor naczelny wychodzącego w Dortmundzie dwutygodnika „Samo Życie”. Magazyn ten szczególnie dużo miejsca poświęca Dolnemu Śląskowi i jego metropolii, co jest ewenementem wśród polskojęzycznych pism w Niemczech.

Oddzielny akapit należy się dostojnemu gościowi, jednocześnie przyjacielowi ludzi mediów, zawsze serdecznemu i życzliwemu nam ks. kardynałowi Henrykowi Romanowi Gulbinowiczowi. Mimo zaawansowanego wieku, były metropolita wrocławski nie odmówił sobie przyjemności spotkania z nami i podzielenia się nie tylko opłatkiem, ale również refleksjami na temat specyfiki dziennikarskiej pracy i naszego wkładu w rozwój dolnośląskiego regionu. Życząc Dostojnemu Gościowi „ad multos annos” w zdrowiu, wielu patrząc na kondycję fizyczną i niespotykaną energię Księcia Kościoła zaczynało się zastanawiać, czy czasem nie są świadkami cudu!

 

Emeryci-seniorzy, którzy otrzymali listy gratulacyjne:
Brożyniak Bruno, Bułacik Maria, Bykowski Edward, Dobrzyński Zbyszek, Fedus Zbigniew, Frąckiewicz Zofia, Gregorowicz Witold, Jonek Henryk, Kędzierski Stanisław, Kisil Włodzimierz, Klimek Dobrosław, Kotowicz Danuta, Kryczek Czesław, Kubasik Czesław, Machnicki Mścisław, Miller Lesław, Miszczyszyn Danuta, Piotrowska Wiesława, Przybyłowicz Janusz, Sokołowski Jan, Spyra Stanisław, Szopa Strumpf Danuta, Warczak Tadeusz, Zaborowski Wojciech, Żyromski Zbigniew

Tradycyjne „kochajmy się!”, po złożeniu świątecznych życzeń, czyli kursowanie pomiędzy stolikami w poszukiwaniu kolegów, wspominanie dawnych czasów i degustacja wigilijnych potraw wypełniły nieoficjalną część opłatkowego spotkania. Wymiana zdań z dawno niewidzianą kol. Wiesią Piotrowską („Słowo Polskie”), dyrektorem byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego Zbyszkiem Kawalcem, kol. kol. Czarkiem Żyromskim, Darkiem Bereziukiem, Leszkiem Millerem, Bartkiem Czekańskim, Zosią Stacherą, Brunonem Brożyniakiem, Tadkiem Hołubowiczem pozostanie na długo w mojej pamięci. Wierzę, że do przyszłego roku, gdy znowu (wszyscy!) spotkamy się przy wigilijnej wieczerzy. Czego sobie i Wam życzy

Wojciech W. Zaborowski

 

Wspomnienia przy świecach

We wtorek 30 października 2012 r. wspominamy przy świecach Koleżanki i Kolegów, którzy odeszli. Zapraszamy na poczęstunek, grzane wino, nostalgiczną muzykę. Spotkanie odbędzie się w restauracji „Wall Street” przy Podwalu 62 we Wrocławiu o godz. 17,oo. Zapisy tel. 71/ 341-87-60 lub e-mail: sdrp.wroc@interia.pl

Niech żyje cesarz… Zbigniew Pierwszy!

Galicjańskie spotkanie Anno Domini 2012. Jak co roku od lat, w przypominającej młodopolskie czasy wrocławskiej restauracji „Galicja" przy ul. Piłsudskiego 66, spotkać się miały prasowe „sieroty" po RSW.

Pora roku i panująca tego dnia aura – 20 stycznia br. – zniechęcić mogły do wyjścia na ulicę nawet baśniową sierotkę z zapałkami, nie tylko realnych i podstarzałych już nieco sztukmistrzów słowa. Przewidując chyba podobne perturbacje, organizatorzy spotkania, Zbigniew Kawalec (dla nas „sierot" niczym ojciec – dyrektor) i Jan Cezary Kędzierski (przewodniczący SDRP DŚ), wymyślili sposób, jak zdecydowanie zachęcić niezdecydowanych. W podpisanym przez nich zaproszeniu stało bowiem jak byk, że każdy, kto przybędzie, ma tytuł do nabycia… 80 milionów!

O sancta simplicitas! Jak okrutne rozczarowanie czekało tych, którzy już zapomnieli o wciąż aktualnej dziennikarskiej zasadzie, że inaczej się pisze, inaczej się czyta. Owych milionów trzeba bowiem było dopiero szukać, czyli śledząc wywody Katarzyny Kaczorowskiej, autorki prezentowanej na spotkaniu książki „80 milionów" (to był właśnie ten „tytuł" do nabycia) odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego milionów… nie ma! I jedynie życzliwości sponsora, firmy Michael Huber Polska, jak również przyniesionym na spotkanie zaskórniakom, zawdzięczać należy, że nie doszło do poważniejszych nieporozumień, pozasłownych, rzecz jasna.

Zysk ze spotkania był jednak niewątpliwy. Bo czyż nie były cenne: wymiana myśli, poglądów, pogrążenie się w ożywczej dyskusji z dawno niewidzianymi Koleżankami i Kolegami od multimediów? Tej intelektualnej wartości nie oszacuje żaden walutowy przelicznik. Patrząc w tajemniczo lśniące oczy Joasi Lamparskiej, raz jeszcze przeżywało się podróże do nieznanych i kryjących tajemnice zakamarków Dolnego Śląska. Dla odmiany, realistycznie i trzeźwo na świat patrzący Wojtek Chądzyński samą obecnością w „Galicji" (skąd nad Odrą Galicja?) potwierdzał trafność tytułu swej książki, że faktycznie istnieje „Wrocław, jakiego nie znacie". Jakże nie podejść z szacunkiem i wielką sympatię do Zofii Frąckiewicz, która przez bez mała dekadę szlifowała moje teksty – choć na bruku wrocławskim powstawały, dla czytelników miały błyszczeć blaskiem szlachetnych kamieni.

Zawsze interesowały mnie sztuki piękne (nie mylić z pięknymi sztukami!). I oto wpadam na Ewę Han, która twierdzi, że „życie to sztuka". Takie motto widnieje na jej wizytówce zachęcającej do odwiedzin galerii – pracowni Academia Nova. I jak tu nie kochać sztuki?

W przelocie zamieniłem kilka zdań z Kaziem Łuczakiem. Jak zazdrościliśmy w redakcji „Słowa Polskiego" przed laty, że Kazio mógł testować samochód znakomitej marki – „Polonez"! A oto i Leszek Miller. „Natura dobra w nim i szczera" – jakby napisał poeta. Gdy się poznaliśmy, dochodziliśmy trzydziestki. Bardzo szybko doszliśmy do pięćdziesiątki. I chyba czas stoi w miejscu, bo tak już jest do dziś.

A gdy chodzenie od stolika do stolika zbyt dało się mej cielesnej powłoce we znaki, usiadłem przy Heniu Kwiatkowskim (dawniej z TV Wrocław, potem z Wielkiej Brytanii, obecnie zaś z Tarnogaju) i Tadziu Hołubowiczu (redaktor naczelny czasopisma literackiego „EUROArt") i powspominaliśmy nasze młode lata.

Niechętnie opuszczaliśmy „Galicję", żegnając spojrzeniem statuę Franciszka Józefa I. I chyba władcy „Galicji" i Galicji zrozumieli naszą nostalgię, bo w tym momencie dyrektor Zbigniew Kawalec oznajmił, że wkrótce zorganizuje wycieczkę do Lwowa, dawnej stolicy Galicji. Niech żyje cesarz… Zbigniew I!

Wojciech W. Zaborowski

Impresje kulturalne z pogranicza, czyli… …autokar stary, romantyczne ognisko i czeskie browary

„Wrocławskie Centrum Prasowe zaprasza na zagraniczną odsłonę…" – tak zaczynało się wystosowane m.in. do mnie pisemko zapowiadające niezwykłe atrakcje, które miały stać się udziałem każdego, kto po wpłaceniu śmiesznie niskiej kwoty 45 zł da się uwieźć ( to od „jazdy", nie od „uwiedzenia") w piątkowe południe 10 czerwca A.D. 20011 na pogranicze polsko-czeskie, konkretnie do Nachodu i Kudowy Zdroju, by wziąć udział w „Festiwalu Sztuki bez Granic" (po czesku „Art Festival bez Hranic).

Czasy, gdy pogranicza były w ogniu, dawno minęły, lista osób biorących udział w „odsłonie" błyszczała, jak szlachetny kruszec, znakomitymi nazwiskami Koleżanek i Kolegów… stało się, jadę!
Nie, jeszcze nie jadę, stoję przed autokarem i z pewnym powątpiewaniem oglądam pojazd najwyraźniej dotknięty już tzw. zębem czasu (te wyblakłe i odpadające od karoserii litery z firmowego logo!). Jak on sobie poradzi w górzystej Kotlinie Kłodzkiej? Nie moja sprawa, kierowca – jak się okazało, jednocześnie właściciel przewozowej firmy – jest pogodny; ma rację, najważniejsze bezpieczeństwo jazdy i gdy pod górkę staruszek ( piszę o autokarze, nie kierowcy) mógł wydusić z siebie prędkość zaledwie ok. 30 km. na godzinę, wiadomo było, że o wypadku mowy nie ma. Co przezorniejsi (m.in. Kol. Kol. Ania i Kazimierz Łuczakowie , ale również i (o)żywicielka naszych ciał i dusz, Dorota Zawadka, szefowa z „Wall Street") pojechali jednak oddzielnie własnymi wehikułami i zobaczyliśmy ich dopiero po stronie czeskiej.
Nie dochodzę nawet, skąd Kazik wiedział, jakim to wspaniałym pojazdem mamy dokonać sztuki przekroczenia granic. Jak sięgnę pamięcią, na samochodach znał się od zawsze!
 
W autokarze pierwsze kontakty prywatne (to ze znajomymi z prasy) i oficjalne – to z nieznajomymi z „Samodzielnego Stowarzyszenia Ludzi Kreatywnych 10 % Art.", współorganizatora dwudniowej wyprawy. Słoneczko i brak klimatyzacji spowodowały, że część uczestników padła w objęcia Morfeusza. Kol. Boguś Serafin, który z anielskim spokojem przyjął nagłą nominację na kierownika prasowej części wycieczkowiczów, pochylony nad mapą usiłował dojść, jak do zamku w Nachodzie dojechać…
Pójdę na skróty. Dojechaliśmy. Jesteśmy w zamku. Nie będę opisywał, jak wygląda i co zawiera  duży zespół architektoniczny, początkami sięgający czasów  Średniowiecza, zwany dla uproszczenia „ Państwowym Zamkiem w Nachodzie". Kto był, ten wie, kto nie był, niech wsiądzie w Kudowie w mały czeski autokar jadący do Nachodu i zapłaciwszy dwa złote nie ulegnie pokusie, by wysiąść przy pierwszym supermarkecie, tuż za linią demarkacyjną oddzielającą dwa bratnie słowiańskie narody. Niech dojedzie do końca trasy, przystanku przy dworcu kolejowym w Nachodzie, stąd do Zamku przysłowiowy rzut beretem. Przypomnę, że  dla nas przygotowany był program wyjątkowy. Udało nam się  uczestniczyć w  otwarciu („odsłonie") wystawy współczesnego malarstwa z kolekcji prof. Zbigniewa Makarewicza ( komisarz Marzena Drożdż), podziwiać rzadką kolekcję instrumentów smyczkowych z prywatnej kolekcji Ryszarda Majdy, oraz wysłuchać w Sali Hiszpańskiej koncertu w wykonaniu polskich muzyków: „Duetu MAGBET" i Patryka Lewickiego.
Oprócz wrażeń estetycznych w pamięci pozostał jeszcze obraz natychmiastowego zamykania przez czeską przewodniczkę  zwiedzanych przez nas  sal zamkowych na klucz i wypuszczanie całej grupy dopiero po zakończeniu mini prelekcji na temat zawartości komnat.  Nie zdążyłem się wywiedzieć, czy wcześniej nie przeprowadzano błyskawicznej inwentaryzacji, by sprawdzić, czy czegoś ni wynosimy. Rozumiem te środki ostrożności – niektóre arrasy mogły kojarzyć się z tymi, których brakuje na Wawelu… Zapewniam jednak, że ani mojej byłej szefowej,  Kol. Zofii Frąckiewicz, ani mnie, którzy reprezentowaliśmy dawny Dział Kultury „ Słowa Polskiego", nawet na myśl nie przychodziły podobne działania rewindykacyjne.  Delektowaliśmy się kulturą,  naturą i zanurzali w odmładzających wspomnieniach…
Podziwowi dla otaczającej natury oraz lepszemu wzajemnemu poznaniu sprzyjał wieczorny grill przy Ośrodku Wczasowym Nest – Lubicz. Ognisko, oddalone było od ław konsumpcyjnych, co powodowało, że sąsiadów bardziej rozpoznawało się po głosie, niż po fizjonomii. Ciemności  panujące przy grillu poskutkowały również fatalnym dla mnie przeoczeniem smażącej się kaszanki! Zjadłem co prawda udko kurczaka, kiełbasę, bigos, ale to nie to samo, co ulubiona kiszka! Na szczęście utulili mnie i czeskim „Prazdrojem" napoili  (bo przecież nie samym grillem człowiek żyje) zacni kompani, z którymi dzieliłem nocną kwaterę  –  sam prezes Wrocławskiego Centrum Prasowego Wiesław Bentkowski oraz Rysio, współpracownik Wiesława. Niech mi wybaczy, że nazwisko uleciało w mrok niepamięci, który zapadł po wypiciu następnych próbek  chmielowego napoju z browaru w Nachodzie.
Po sobotnim śniadaniu usiłowano namówić nas na dyskusję na temat "Władza a Kultura". Mocno podejrzany temat, a i sformułowanie niezbyt zachęcające, szczególnie dla tych, którzy pamiętają czasy jedynie słusznej ideologii. Nie wziąłem w niej udziału, podobnie jak i duża część wycieczkowiczów, która wolała zwiedzać Góry Stołowe. Bo o czym tu mówić? Wiadomo – jaka władza, taka kultura. Dobitnie, tym razem pozytywnie, potwierdziło się to ostatnio, gdy Wrocław ogłoszony został Europejską Stolicą Kultury 2016.
Koncert w Parku Zdrojowym zakończył dwudniowy wypad na kulturalne pogranicze. Zamiast podsumowania, zacytuję słowa starej piosenki, które dedykuję Wrocławskiemu Centrum Prasowemu i SD RP: „Bardzo przyjemnie było, nad wyraz było miło, więc jeszcze raz, więc jeszcze raz!". Jeśli ktoś sądzi inaczej, zakładam „votum separatum"!
Wojciech W. Zaborowski