Wzruszające spotkanie przy „lampce wspomnień“

Organizowane przez SDRP Dolny Śląsk spotkanie poświęcone pamięci Koleżanek i Kolegów, których Opatrzność wypisała z naszego Stowarzyszenia i przeniosła na wiekuistą służbę Słowu (o niebo wyżej), staje się tradycją.

 

Po udanym i życzliwie przyjętym pierwszym ubiegłorocznym spotkaniu, za które słowa uznania zebrali organizatorzy, wśród nich szczególnie zaangażowany kol. red. Bartek Czekański, 4 listopada zebraliśmy się po raz drugi w naszym tradycyjnym, pełnym wspomnień, dawnym redakcyjnym bufecie, a od lat stylowym lokalu „Wall Street”. Przy lampce – tej świecącej światłem rozświetlającym mroki niepamięci i przywołującej wspomnienia – i tej wypełnionej czerwonym winem, które wspomnienia ożywia i na nowo przywołuje dawne emocje, wróciliśmy myślą serdeczną do Koleżanek i Kolegów, którzy znajdują się już w innej formie bytu, po niewidzialnej dla nas stronie niematerialnego życia.
 

 

Wszyscy byliśmy jeszcze pod wrażeniem dopiero co minionych dni, które i w tradycji chrześcijańskiej i państwa światopoglądowo neutralnego – dawnej pogańskiej nie wspominając – poświęcone były pamięci o zmarłych. W rodzinach wspominało się bliskich krewnych, w czasie oficjalnych obchodów państwowych , ludzi dla narodu i państwa w sposób szczególny przez swą działalność zasłużonych. Nasza prawie 40 osobowa gromadka zebrana w miejscu, gdzie przed laty i przez lata pracowali wspominani przez nas Koleżanki i Koledzy, w czasie tego wyjątkowego w swym charakterze spotkania myślała i mówiła o osobach, które jednocześnie były naszymi „bliskimi” – tworzyliśmy przecież jedną wielką rodzinę prasową – równocześnie jednak były współtwórcami i kronikarzami otaczającej nas rzeczywistości: wrocławskiej, dolnośląskiej, nieraz ogólnopolskiej.
 

 

Gdy kol. red. Waldek Niedźwiecki wymieniał nazwiska tych, którzy nie mogli się z nami spotkać (od ub. roku odeszli od nas : kol., kol. Jadwiga Pol – Łachwa, Danuta Miszczyszyn, Zofia Frąckiewicz – Kukla, Włodzimierz Kisil, Wacław Dominik), każdy z nas przywoływał chwile, gdy jeszcze byliśmy razem. Bardzo to indywidualne wspomnienia, nie ma więc co się dziwić, że wielokrotnie na twarzach pogrążonych w zadumie pojawiał się uśmiech – znak pamięci i wdzięczności posyłany w zaświaty naszym Kolegom, którym zawdzięczaliśmy również i pogodne chwile, umilające wypełnianie naszej dziennikarskiej powinności.
 

 

Nie my byliśmy bohaterami tego wieczoru. Jeszcze nie my. Nie na miejscu więc byłoby wspominać obecnych na tym wieczorze. Mówiąc lapidarnie, przybyli żyjący. Byt kształtuje świadomość – pouczano nas jeszcze tak niedawno. Pamięć o zmarłych przypomina, że warto mieć również świadomość bytu. Także jego materialnej kruchości.
 

Wojciech W. Zaborowski

Tablica dla Teatru Kalambur

W przyszłym roku przypada 57 rocznica powstania w roku 1957 studenckiego Teatru Kalambur, przekształconego następnie w Ośrodek Teatru Otwartego Kalambur. Jak pisał kilka lat temu Krzysztof Kucharski, był Kalambur „przez całe lata jednym z szyldów Wrocławia. /…/ To spory kawałek historii tego wspaniałego miasta spotkań”. Ale, jak zapytywał jednocześnie: „Kto to dziś pamięta?”.

Dla Kalamburowców teatr ten znaczył jeszcze więcej. Jak pięknie ujęła to Elżbieta Lisowska-Kopeć w publikacji z okazji 40-lecia Kalamburu: „To namiętności i emocje kilku pokoleń młodych ludzi, dla których miejsce na Kuźniczej było zabawą, pracą, domem czy swoistym uniwersytetem”.

A co z Kalamburu w nas – to już nie zaginie, nawet gdy pomrzemy. Bo przez nas – autorów i aktorów, artystów i widzów, kronikarzy i krytyków – przeniknęło w społeczny i kulturowy krwiobieg. A może i głębiej – w same, za przeproszeniem, geny?”Tadeusz Burzyński

Mając to wszystko, a także mijający czas na uwadze, zrodził się pomysł upamiętnienia, przypomnienia tego ważnego – nie tylko dla Wrocławia – zjawiska w formie tablicy pamiątkowej oraz obiektu przestrzennego, umieszczonych przy ulicy Kuźniczej 29A, gdzie przez lata teatr miał swoją siedzibę. Uroczystość planujemy na czerwiec 2014 roku, w czasie Dni Wrocławia.

Dla doprowadzenia tego pomysłu do szczęśliwego finału powstał Społeczny Komitet Organizacyjny Tablica Pamiątkowej Teatru Kalambur, który chciałby się zwrócić do Państwa z prośbą o wsparcie tej szlachetnej idei, poprzez umieszczenie osobistego podpisu na liście.
 

Społeczny Komitet Organizacyjny Tablicy Pamiątkowej Teatru Kalambur
Halina Litwiniec, Krystyna Kawczak, Mira Nikodemska

 

Kreatorzy w „Creatorze”: mijają lata, pamięć pozostaje!

Wierzyć się nie chce, że to już 23 lata minęły od momentu, gdy rozpoczął się demontaż naszego Wydawnictwa. Chwała więc tym, którzy dbają, by pamięć o latach przepracowanych pod szyldem RSW, jednocześnie latach naszej młodości, była żywa przynajmniej tak długo, jak długo my będziemy myślą i wspomnieniami do owych lat wracać.


Dyrektor Zbigniew Kawalec

Tegorocznych „kreatorów – stworzycieli”, którzy wyczarowali klimat dawnych lat i stworzyli 12 kwietnia koleżeński wieczór wspomnień właśnie we wrocławskim klubie „Creator” przy ul. Szybowcowej 23, było kilku. Głównym pomysłodawcą – organizatorem od lat jest niezmiennie kol. Zbigniew Kawalec, dyrektor rozwiązanego (nie „rozwiązłego”!) Wydawnictwa, który potrafi sprawić, by „słowo stało się ciałem”, czyli, by idea doczekała się realizacji. Dzielnie w tym partneruje dolnośląskie SD RP, którego podpis prezesa Waldemara Niedźwieckiego figurował na zaproszeniu. Niestety, osobiście nie mógł przybyć na naszą imprezę, ku żalowi nie tylko piszącego te słowa. Natomiast z prawdziwą przyjemnością odnotowałem obecność witającego nas w imieniu SD RP Dolny Śląsk sekretarza zarządu red. Bogusława Serafina. Na trzecim miejscu wymienić wypada wieloletniego sponsora, firmę Michael Huber Polska, która dba, by impreza miała zdrowe podstawy ekonomiczne, czyli, by spauperyzowani często byli pracownicy RSW nie musieli ponosić kosztów większych, niż 20 zł. na catering. I tak już jest od lat.

Miejsca czwarte i piąte należą do twórców – stworzycieli zmiennych. W b.r. byli nimi redaktor Ryszard Pollak, i kol. Witold Podedworny.


Red. Witold Podedworny, w głębi „kręglarze”

Pierwszy jest autorem tomiku przemyśleń, aforyzmów, osobistych uwag i refleksji o człowieku, oraz świecie, który nas otacza. Te mające swoją wagę i zmuszające czytelnika do własnych przemyśleń literacko – filozoficzne miniaturki zatytułował kol. Ryszard Pollak przekornie „Okruchy myśli przy porannej kawie”. Można się było nimi delektować na miejscu, gdyż książeczka (wraz z dedykacją) była do nabycia po promocyjnej cenie 15 zł. Dodając do tego pełne osobistego, emocjonalnego zaangażowania wprowadzenie kol. Stanisława Pelczara, który również jest autorem posłowia w „Okruchach myśli”, otrzymaliśmy wspaniałe danie do intelektualnej konsumpcji nie tylko „przy porannej kawie”.

Drugi, a właściwie piąty, „współ – stworzyciel” , to dobrze znany nie tylko dziennikarskiej braci, drukarskim towarzyszom i wydawcom Wrocławia, Polski – a dzięki międzynarodowym targom książki – i Europy, wyżej wspomniany kol. Witold Podedworny. Jego Oficyna Wydawnicza ATUT – Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe od lat dostarcza na rynek księgarski pozycje zarówno literackie, jak i pamiętnikarskie, które przybliżają młodym czytelnikom dzieje dolnośląskiego regionu i ludzi z nim związanych, nam zaś, trochę starszym, odświeżają pamięć o latach minionych. To jego Oficynie zawdzięczamy w b.r. możliwość delektowania się tekstami kol. Ryszarda Pollaka.

Tegoroczne spotkanie, na które przybyło ok. 40 osób, dzięki „imprezie towarzyszącej”- kręglom, pozwoliło też zadbać o zdrowy kręgosłup (anatomiczny, nie moralny). W sumie: niezapomniany wieczór wspomnień. Do zobaczenia za rok. Veni Creator!

Wojciech W. Zaborowski

 

Wigilijne spotkanie seniorów – Wrocław 2012

Przed laty śpiewaliśmy o „wrocławskich gwiazdach znad Ratusza”. Minęły lata, ba, epoki, gwiazdy nie tylko „znad”, ale i „z” Ratusza zgasły lub też w świetle nowej rzeczywistości przyblakły. O tej jednej – betlejemskiej – pamiętamy, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. Pamięć o związanym z jej światłem wydarzeniu sprzed wieków i powstałej tradycji spowodowała i w 2012 roku, że my, dziennikarze – seniorzy SDRP Dolny Śląsk – skierowaliśmy swe kroki 18 grudnia na niebiańsko przybrany plac Dominikański 1 (dawniej „krwawego Felka” Dzierżyńskiego) do restauracyjnej sali hotelu „Mercure Wrocław Centrum” (dawniej „Panorama”).

Dla wielu z nas ta wędrówka była pielgrzymką po śladach aktywnej medialnie młodości. Szczególnie gdy najpierw odwiedziło się dawne redakcyjne siedziby przy Podwalu (czytaj: były bufet redakcyjny, obecnie lokal „Wall Street”), potem zaś przy ul. Piotra Skargi mijało się smętny wykop, pozostałość po drukarni prasowej. Tyle pozostało po nas, tzn. przepraszam, po dawnej prasie. Vanitas vanitatum!
 
Ale dość smętnych refleksji, bo oto i gościnne progi „Mercure”, a za progiem oczekujący gości, uśmiechnięty, jakby w nowej kadencji odmłodniały, prezes SDRP Dolny Śląsk Waldemar Niedźwiecki. Tuż obok niego Bogusław Serafin, działacz powszechnie znany, w sposób szczególny, dzięki stworzeniu nowej internetowej strony Stowarzyszenia.

Wigilia Seniorów 2012: ALBUM

Krótka chwila wzajemnych powitań, radosnych stwierdzeń, że w porównaniu z rokiem ubiegłym jesteśmy prawie w niezmienionym składzie; odeszła od nas kol. Jadwiga Pol-Łachwa, z wrocławskiej rozgłośni radiowej. Jej pamięć uczciliśmy minutą milczenia.

Ciepłe słowa w swym wystąpieniu powitalnym skierował znany z dyplomatycznych talentów prezes w stronę naszych drogich sponsorów, bez których finansowego udziału moglibyśmy spotkać się jedynie „przed”, a nie „w” hotelu. Oto oni: marszalek Rafał Jurkowlaniec, Maciej Kaczmarski (KRD), Władysław Piszczałka (MAT), Henryk Charucki (DCR), Barbara Szumska (Agolma), Andrzej Szumski (Wydawnictwo Słowo Polskie), Bogusław Klik (AMREST), Janusz Cymanek (Michael Huber Polska), Bogusław Bieńkowski, Jan Akielaszek, Jerzy Ratajczyk, Jan Szczerkowski, Michał Gembal. Jak miło, że wśród „dzieci transformacji gospodarczo-finansowej” znaleźli się i nasi koledzy po piórze!

 

Wypada wyrazić uznanie za pomysł wręczenia dyplomów i listów gratulacyjnych Koleżankom i Kolegom, w opinii Zarządu wyróżniających się swą działalnością przy realizacji statutowych celów Stowarzyszenia. Miło, że wśród licznej grupy obdarowanych znalazł się piszący te słowa, jak również kol. dr Henryk Kollar, redaktor naczelny wychodzącego w Dortmundzie dwutygodnika „Samo Życie”. Magazyn ten szczególnie dużo miejsca poświęca Dolnemu Śląskowi i jego metropolii, co jest ewenementem wśród polskojęzycznych pism w Niemczech.

Oddzielny akapit należy się dostojnemu gościowi, jednocześnie przyjacielowi ludzi mediów, zawsze serdecznemu i życzliwemu nam ks. kardynałowi Henrykowi Romanowi Gulbinowiczowi. Mimo zaawansowanego wieku, były metropolita wrocławski nie odmówił sobie przyjemności spotkania z nami i podzielenia się nie tylko opłatkiem, ale również refleksjami na temat specyfiki dziennikarskiej pracy i naszego wkładu w rozwój dolnośląskiego regionu. Życząc Dostojnemu Gościowi „ad multos annos” w zdrowiu, wielu patrząc na kondycję fizyczną i niespotykaną energię Księcia Kościoła zaczynało się zastanawiać, czy czasem nie są świadkami cudu!

 

Emeryci-seniorzy, którzy otrzymali listy gratulacyjne:
Brożyniak Bruno, Bułacik Maria, Bykowski Edward, Dobrzyński Zbyszek, Fedus Zbigniew, Frąckiewicz Zofia, Gregorowicz Witold, Jonek Henryk, Kędzierski Stanisław, Kisil Włodzimierz, Klimek Dobrosław, Kotowicz Danuta, Kryczek Czesław, Kubasik Czesław, Machnicki Mścisław, Miller Lesław, Miszczyszyn Danuta, Piotrowska Wiesława, Przybyłowicz Janusz, Sokołowski Jan, Spyra Stanisław, Szopa Strumpf Danuta, Warczak Tadeusz, Zaborowski Wojciech, Żyromski Zbigniew

Tradycyjne „kochajmy się!”, po złożeniu świątecznych życzeń, czyli kursowanie pomiędzy stolikami w poszukiwaniu kolegów, wspominanie dawnych czasów i degustacja wigilijnych potraw wypełniły nieoficjalną część opłatkowego spotkania. Wymiana zdań z dawno niewidzianą kol. Wiesią Piotrowską („Słowo Polskie”), dyrektorem byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego Zbyszkiem Kawalcem, kol. kol. Czarkiem Żyromskim, Darkiem Bereziukiem, Leszkiem Millerem, Bartkiem Czekańskim, Zosią Stacherą, Brunonem Brożyniakiem, Tadkiem Hołubowiczem pozostanie na długo w mojej pamięci. Wierzę, że do przyszłego roku, gdy znowu (wszyscy!) spotkamy się przy wigilijnej wieczerzy. Czego sobie i Wam życzy

Wojciech W. Zaborowski

 

Wspomnienia przy świecach

We wtorek 30 października 2012 r. wspominamy przy świecach Koleżanki i Kolegów, którzy odeszli. Zapraszamy na poczęstunek, grzane wino, nostalgiczną muzykę. Spotkanie odbędzie się w restauracji „Wall Street” przy Podwalu 62 we Wrocławiu o godz. 17,oo. Zapisy tel. 71/ 341-87-60 lub e-mail: sdrp.wroc@interia.pl

Niech żyje cesarz… Zbigniew Pierwszy!

Galicjańskie spotkanie Anno Domini 2012. Jak co roku od lat, w przypominającej młodopolskie czasy wrocławskiej restauracji „Galicja" przy ul. Piłsudskiego 66, spotkać się miały prasowe „sieroty" po RSW.

Pora roku i panująca tego dnia aura – 20 stycznia br. – zniechęcić mogły do wyjścia na ulicę nawet baśniową sierotkę z zapałkami, nie tylko realnych i podstarzałych już nieco sztukmistrzów słowa. Przewidując chyba podobne perturbacje, organizatorzy spotkania, Zbigniew Kawalec (dla nas „sierot" niczym ojciec – dyrektor) i Jan Cezary Kędzierski (przewodniczący SDRP DŚ), wymyślili sposób, jak zdecydowanie zachęcić niezdecydowanych. W podpisanym przez nich zaproszeniu stało bowiem jak byk, że każdy, kto przybędzie, ma tytuł do nabycia… 80 milionów!

O sancta simplicitas! Jak okrutne rozczarowanie czekało tych, którzy już zapomnieli o wciąż aktualnej dziennikarskiej zasadzie, że inaczej się pisze, inaczej się czyta. Owych milionów trzeba bowiem było dopiero szukać, czyli śledząc wywody Katarzyny Kaczorowskiej, autorki prezentowanej na spotkaniu książki „80 milionów" (to był właśnie ten „tytuł" do nabycia) odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego milionów… nie ma! I jedynie życzliwości sponsora, firmy Michael Huber Polska, jak również przyniesionym na spotkanie zaskórniakom, zawdzięczać należy, że nie doszło do poważniejszych nieporozumień, pozasłownych, rzecz jasna.

Zysk ze spotkania był jednak niewątpliwy. Bo czyż nie były cenne: wymiana myśli, poglądów, pogrążenie się w ożywczej dyskusji z dawno niewidzianymi Koleżankami i Kolegami od multimediów? Tej intelektualnej wartości nie oszacuje żaden walutowy przelicznik. Patrząc w tajemniczo lśniące oczy Joasi Lamparskiej, raz jeszcze przeżywało się podróże do nieznanych i kryjących tajemnice zakamarków Dolnego Śląska. Dla odmiany, realistycznie i trzeźwo na świat patrzący Wojtek Chądzyński samą obecnością w „Galicji" (skąd nad Odrą Galicja?) potwierdzał trafność tytułu swej książki, że faktycznie istnieje „Wrocław, jakiego nie znacie". Jakże nie podejść z szacunkiem i wielką sympatię do Zofii Frąckiewicz, która przez bez mała dekadę szlifowała moje teksty – choć na bruku wrocławskim powstawały, dla czytelników miały błyszczeć blaskiem szlachetnych kamieni.

Zawsze interesowały mnie sztuki piękne (nie mylić z pięknymi sztukami!). I oto wpadam na Ewę Han, która twierdzi, że „życie to sztuka". Takie motto widnieje na jej wizytówce zachęcającej do odwiedzin galerii – pracowni Academia Nova. I jak tu nie kochać sztuki?

W przelocie zamieniłem kilka zdań z Kaziem Łuczakiem. Jak zazdrościliśmy w redakcji „Słowa Polskiego" przed laty, że Kazio mógł testować samochód znakomitej marki – „Polonez"! A oto i Leszek Miller. „Natura dobra w nim i szczera" – jakby napisał poeta. Gdy się poznaliśmy, dochodziliśmy trzydziestki. Bardzo szybko doszliśmy do pięćdziesiątki. I chyba czas stoi w miejscu, bo tak już jest do dziś.

A gdy chodzenie od stolika do stolika zbyt dało się mej cielesnej powłoce we znaki, usiadłem przy Heniu Kwiatkowskim (dawniej z TV Wrocław, potem z Wielkiej Brytanii, obecnie zaś z Tarnogaju) i Tadziu Hołubowiczu (redaktor naczelny czasopisma literackiego „EUROArt") i powspominaliśmy nasze młode lata.

Niechętnie opuszczaliśmy „Galicję", żegnając spojrzeniem statuę Franciszka Józefa I. I chyba władcy „Galicji" i Galicji zrozumieli naszą nostalgię, bo w tym momencie dyrektor Zbigniew Kawalec oznajmił, że wkrótce zorganizuje wycieczkę do Lwowa, dawnej stolicy Galicji. Niech żyje cesarz… Zbigniew I!

Wojciech W. Zaborowski

Impresje kulturalne z pogranicza, czyli… …autokar stary, romantyczne ognisko i czeskie browary

„Wrocławskie Centrum Prasowe zaprasza na zagraniczną odsłonę…" – tak zaczynało się wystosowane m.in. do mnie pisemko zapowiadające niezwykłe atrakcje, które miały stać się udziałem każdego, kto po wpłaceniu śmiesznie niskiej kwoty 45 zł da się uwieźć ( to od „jazdy", nie od „uwiedzenia") w piątkowe południe 10 czerwca A.D. 20011 na pogranicze polsko-czeskie, konkretnie do Nachodu i Kudowy Zdroju, by wziąć udział w „Festiwalu Sztuki bez Granic" (po czesku „Art Festival bez Hranic).

Czasy, gdy pogranicza były w ogniu, dawno minęły, lista osób biorących udział w „odsłonie" błyszczała, jak szlachetny kruszec, znakomitymi nazwiskami Koleżanek i Kolegów… stało się, jadę!
Nie, jeszcze nie jadę, stoję przed autokarem i z pewnym powątpiewaniem oglądam pojazd najwyraźniej dotknięty już tzw. zębem czasu (te wyblakłe i odpadające od karoserii litery z firmowego logo!). Jak on sobie poradzi w górzystej Kotlinie Kłodzkiej? Nie moja sprawa, kierowca – jak się okazało, jednocześnie właściciel przewozowej firmy – jest pogodny; ma rację, najważniejsze bezpieczeństwo jazdy i gdy pod górkę staruszek ( piszę o autokarze, nie kierowcy) mógł wydusić z siebie prędkość zaledwie ok. 30 km. na godzinę, wiadomo było, że o wypadku mowy nie ma. Co przezorniejsi (m.in. Kol. Kol. Ania i Kazimierz Łuczakowie , ale również i (o)żywicielka naszych ciał i dusz, Dorota Zawadka, szefowa z „Wall Street") pojechali jednak oddzielnie własnymi wehikułami i zobaczyliśmy ich dopiero po stronie czeskiej.
Nie dochodzę nawet, skąd Kazik wiedział, jakim to wspaniałym pojazdem mamy dokonać sztuki przekroczenia granic. Jak sięgnę pamięcią, na samochodach znał się od zawsze!
 
W autokarze pierwsze kontakty prywatne (to ze znajomymi z prasy) i oficjalne – to z nieznajomymi z „Samodzielnego Stowarzyszenia Ludzi Kreatywnych 10 % Art.", współorganizatora dwudniowej wyprawy. Słoneczko i brak klimatyzacji spowodowały, że część uczestników padła w objęcia Morfeusza. Kol. Boguś Serafin, który z anielskim spokojem przyjął nagłą nominację na kierownika prasowej części wycieczkowiczów, pochylony nad mapą usiłował dojść, jak do zamku w Nachodzie dojechać…
Pójdę na skróty. Dojechaliśmy. Jesteśmy w zamku. Nie będę opisywał, jak wygląda i co zawiera  duży zespół architektoniczny, początkami sięgający czasów  Średniowiecza, zwany dla uproszczenia „ Państwowym Zamkiem w Nachodzie". Kto był, ten wie, kto nie był, niech wsiądzie w Kudowie w mały czeski autokar jadący do Nachodu i zapłaciwszy dwa złote nie ulegnie pokusie, by wysiąść przy pierwszym supermarkecie, tuż za linią demarkacyjną oddzielającą dwa bratnie słowiańskie narody. Niech dojedzie do końca trasy, przystanku przy dworcu kolejowym w Nachodzie, stąd do Zamku przysłowiowy rzut beretem. Przypomnę, że  dla nas przygotowany był program wyjątkowy. Udało nam się  uczestniczyć w  otwarciu („odsłonie") wystawy współczesnego malarstwa z kolekcji prof. Zbigniewa Makarewicza ( komisarz Marzena Drożdż), podziwiać rzadką kolekcję instrumentów smyczkowych z prywatnej kolekcji Ryszarda Majdy, oraz wysłuchać w Sali Hiszpańskiej koncertu w wykonaniu polskich muzyków: „Duetu MAGBET" i Patryka Lewickiego.
Oprócz wrażeń estetycznych w pamięci pozostał jeszcze obraz natychmiastowego zamykania przez czeską przewodniczkę  zwiedzanych przez nas  sal zamkowych na klucz i wypuszczanie całej grupy dopiero po zakończeniu mini prelekcji na temat zawartości komnat.  Nie zdążyłem się wywiedzieć, czy wcześniej nie przeprowadzano błyskawicznej inwentaryzacji, by sprawdzić, czy czegoś ni wynosimy. Rozumiem te środki ostrożności – niektóre arrasy mogły kojarzyć się z tymi, których brakuje na Wawelu… Zapewniam jednak, że ani mojej byłej szefowej,  Kol. Zofii Frąckiewicz, ani mnie, którzy reprezentowaliśmy dawny Dział Kultury „ Słowa Polskiego", nawet na myśl nie przychodziły podobne działania rewindykacyjne.  Delektowaliśmy się kulturą,  naturą i zanurzali w odmładzających wspomnieniach…
Podziwowi dla otaczającej natury oraz lepszemu wzajemnemu poznaniu sprzyjał wieczorny grill przy Ośrodku Wczasowym Nest – Lubicz. Ognisko, oddalone było od ław konsumpcyjnych, co powodowało, że sąsiadów bardziej rozpoznawało się po głosie, niż po fizjonomii. Ciemności  panujące przy grillu poskutkowały również fatalnym dla mnie przeoczeniem smażącej się kaszanki! Zjadłem co prawda udko kurczaka, kiełbasę, bigos, ale to nie to samo, co ulubiona kiszka! Na szczęście utulili mnie i czeskim „Prazdrojem" napoili  (bo przecież nie samym grillem człowiek żyje) zacni kompani, z którymi dzieliłem nocną kwaterę  –  sam prezes Wrocławskiego Centrum Prasowego Wiesław Bentkowski oraz Rysio, współpracownik Wiesława. Niech mi wybaczy, że nazwisko uleciało w mrok niepamięci, który zapadł po wypiciu następnych próbek  chmielowego napoju z browaru w Nachodzie.
Po sobotnim śniadaniu usiłowano namówić nas na dyskusję na temat "Władza a Kultura". Mocno podejrzany temat, a i sformułowanie niezbyt zachęcające, szczególnie dla tych, którzy pamiętają czasy jedynie słusznej ideologii. Nie wziąłem w niej udziału, podobnie jak i duża część wycieczkowiczów, która wolała zwiedzać Góry Stołowe. Bo o czym tu mówić? Wiadomo – jaka władza, taka kultura. Dobitnie, tym razem pozytywnie, potwierdziło się to ostatnio, gdy Wrocław ogłoszony został Europejską Stolicą Kultury 2016.
Koncert w Parku Zdrojowym zakończył dwudniowy wypad na kulturalne pogranicze. Zamiast podsumowania, zacytuję słowa starej piosenki, które dedykuję Wrocławskiemu Centrum Prasowemu i SD RP: „Bardzo przyjemnie było, nad wyraz było miło, więc jeszcze raz, więc jeszcze raz!". Jeśli ktoś sądzi inaczej, zakładam „votum separatum"!
Wojciech W. Zaborowski
 

„Galicja”, jakiej nie znacie

Dyrektor Zbigniew Kawalec, zapraszając na tegoroczne spotkanie pracowników byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego, ozdobił tekst zaprosin cytatem z wiersza „Jak się czuję”. I dobrze uczynił, bo mimo iż od rozpoczęcia likwidacji Wydawnictwa minęło 20 lat, to wszystkie „dwudziestolatki” i wszyscy „dwudziestolatkowie” przybyli 26 stycznia do restauracji „Galicja” czuli się nie tylko „dobrze, […] jak na swoje lata”, ale wręcz rewelacyjnie.

Tajemnica tego tkwi niewątpliwie w wiecznej młodości pracowników mediów, ale również i w rodzinnej atmosferze, która przez dziesięciolecia łączyła nas w codziennej pracy. Widok Koleżanek i Kolegów przywoływał wspomnienia, a że dotyczyły one lat naszej pełnej zawodowej aktywności, więc też i spotkanie było dla niejednego sentymentalne, jak powrót Tadeusza do rodzinnego Soplicowa.

I jeszcze ta „Galicja”! Dla piszącego te słowa Galicja kojarzyła się nierozerwalnie z rozśpiewaną radosną chatą z „Wesela” S. Wyspiańskiego, gdzie balowała młodopolska bohema z Krakowa. Promujący swe książki o Wrocławiu i jego dziejach – m.in. „Wrocław, jakiego nie znacie” – kol. Wojciech Chądzyński, wpisując pracowicie dedykacje i autografy, mógłby chyba napisać kolejną… „Galicja, jakiej nie znacie”. Wszak i „Wesele” powstało z obserwacji tego, co działo się w bronowickiej chacie. Dodam dla ścisłości, że Wyspiańskiego łączyło z kolegą Wojtkiem jeszcze jedno: obaj w trakcie przyjęcia nie pili alkoholu! (czego nie da się powiedzieć o autorze tego tekstu, ale przypominam, że nie tylko alkohol, również wzruszenie powala z nóg).

Jak tu się nie wzruszać, gdy na widok znajomych twarzy usłużna pamięć przywołuje zatarte nieco przez upływ czasu obrazy? Naszej Głównej Księgowej kol. Reginie Podrez przypomniałem, jak to na początku lat siedemdziesiątych w pierwszych latach mej pracy w „Słowie Polskim” przy rozliczaniu służbowych wyjazdów, tzw. delegacji, poprosiła mnie do swego gabinetu i zwróciła życzliwie uwagę, bym bardziej dokładnie wypełniał druki, gdyż doczytała się w jednym z nich, że jednocześnie jechałem pociągiem i… siedziałem na przedstawieniu w teatrze. Ponieważ materializm dialektyczny wykluczał możliwość jednoczesnego pojawiania się w dwóch miejscach, mogło zachodzić podejrzenie, że jedna z tych informacji nie jest prawdziwa.

Z uśmiechem witam kol. Henryka Jonka, mego pierwszego szefa w „Wieczorze Wrocławia”. Z troską w głosie informował mnie, początkującego adepta sztuki dziennikarskiej, że zawód dziennikarza wymaga dużej odporności psychicznej i nie zapewnia długowieczności. Obaj chyba nie przypuszczaliśmy wówczas, że i żywot naszego Wydawnictwa nie trwa wiecznie. Oto sympatyczny, uśmiechnięty kol. Tadzio Warczak. Kopalnia wiadomości. Ze szczególnym zainteresowaniem słuchałem opowieści o jego związkach z estradą. Nie mogłem się też oprzeć uczuciu zazdrości – co po latach ze skruchą wyznaję – na widok noszonych przez niego eleganckich, bezbłędnie skrojonych garniturów (podobno ma ich w szafie kilkadziesiąt). Jak tu nie rzucić się w ramiona mej szefowej z działu kultury „Słowa” kol. Zofii Frąckiewicz, propagującej kulturę nie tylko słowem pisanym, ale też i własną postawą, potrafiącej powiedzieć twarde „nie”, gdy usiłowano nieraz wpływać na zmianę jej stanowiska.

Mijam stolik, przy którym siedzą: jak zawsze skupiony były włodarz TV kol. Stanisław Pelczar i kol. Witold Podedworny, dziennikarz i edytor. Ten ostatni bliski mi nie tylko z racji wspólnych warszawskich korzeni, ale też i współpracy z wydawanym w Niemczech polskim magazynem „Samo Życie”. Jeszcze witam w przelocie kol. Andrzeja Szumskiego („Słowo Sportowe”) i oto dochodzę do kresu. Kresu „Galicji” i jednocześnie kresu mej peregrynacji. Wpadam w objęcia pary kabaretowo-dziennikarskiej. To elita i „Elita”. Kol. Lesław Miller, wydawca i redaktor naczelny Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Prasa – Radio –Telewizja” we Wrocławiu, stoi spleciony w uścisku ze Stanisławem Szelcem. Jak kiedyś w Galicji, w Krakowie, w lokalu u Michalika przy ul Floriańskiej, dziennikarz galicyjskiego „Czasu” bratał się z artystami kabaretu „Zielony Balonik”. Widać Galicja przeniosła się do Wrocławia.


Stanisław Szelc i autor relacji

Zapamiętajmy ten adres: ul. Piłsudskiego 66. Wierzę, że niedługo niezmordowany dyrektor Zbigniew Kawalec zaprosi nas na kolejne spotkanie. Na razie zaś dziękujemy i czekamy!

Wojciech W. Zaborowski

 

Wigilijny opłatek dziennikarzy – seniorów 2010

Dawniej pielgrzymowaliśmy, dziś stać nas było na hotel! I to nie z powodu nagłego przypływu gotówki w emeryckiej kieszeni, ale dlatego, że dawny „Dom Pielgrzyma” , w którym odbyło się tegoroczne spotkanie dolnośląskich dziennikarzy-seniorów SD RP Dolny Śląsk, zmienił nazwę na „Hotel”.

Choć i element pielgrzymki pozostał, jako że dojście na Ostrów Tumski wymagało nie tyle hartu ducha, ile pokonania narastającego z każdym rokiem u seniorów oporu ciała. Również i tegoroczna zima nie dała nam taryfy ulgowej. Z tym większą przeto radością zasiedliśmy 22 grudnia o godz. 16.00 przy świątecznie zastawionych stołach, w gronie Koleżanek i Kolegów oraz bliskich nam przyjaciół.
Jak zawsze, do opłatkowego spotkania mogło dojść dzięki darczyńcom-sponsorom, którzy wsparli materialnie duchową potrzebę seniorów, złożenia sobie tradycyjnych, bożonarodzeniowych życzeń. Należeli do nich: Apolonia Świokło ( „Gazeta Wrocławska”), Jerzy Kuchciak ( Młyny Dolnośląskie), Andrzej Szumski (Wydawnictwo „Słowo Polskie”), Janusz Cymanek ( Michael Huber Polska), Władysław Piszczałka (Przedsiębiorstwo Budowlano – Projektowe „MAT”), Wiesław Bentkowski (Wrocławskie Centrum Prasowe) Bogusław Klik ( AMREST Wrocław), Jan Akielaszek (Wydawnictwo „ W Kolorach Tęczy”), Boguslaw Bieńkowski ( Euroregio Glacensis), red. Jerzy Ratajczyk. Finansowo wspomógł też organizatorów spotkania marszałek Marszałek Województwa Dolnośląskiego Rafał Jurkowlaniec. Specjalne podziękowanie za stworzenie wigilijnego nastroju należy się Reginie i Janowi Raftowiczom, fundatorom dorodnych i smacznych karpi, bez których nie byłoby tradycyjnej wieczerzy.
Z radością powitaliśmy J. Em. ks. Henryka Kard. Gulbinowicza, też „seniora” – do niedawna wrocławskiego arcybiskupa metropolitę. Z radością stwierdzamy że choć nie jest już władcą archidiecezji, nadal aktywnie uczestniczy nie tylko w jej życiu religijnym, ale i w codziennym życiu tych, którzy dla dobra całej społeczności dolnośląskiej pracowali, dziennikarzy – seniorów. W naszej uroczystości brał udział również i drugi purpurat, wrocławski sufragan ,J. Eksc. ks. Edward Janiak, który również skierował do nas słowa serdecznych życzeń na nadchodzące dni Świąt i Nowego Roku. 
Nie mogło zabraknąć przedstawiciela władz regionu. Był nim wicemarszałek samorządowych władz Dolnego Śląska – tradycyjnie życzliwy dziennikarskiej braci – Marek Łapiński.
O tym, że byli również przedstawiciele naszego Stowarzyszenia: w tym prezes SD RP Dolny Śląsk Jan Cezary Kędzierski, red. Lena Kaletowa, już nie prezes ( były), ale zawsze aktywny Waldemar Niedźwiecki oraz niestrudzony duch organizacyjny wszelkich imprez Stowarzyszenia Zofia Stachera – wspominam tylko z kronikarskiej powinności, tak oczywiste było, że będą!
Ze smutkiem wspominaliśmy tych, którzy w tym roku nie mogli być z nami. Z różnych powodów. Odszedł na zawsze red. Sławomir Szokarski. Choroba uniemożliwiła przybycie red. Zdzisławowi Swędziołowi. Nie przybył coroczny uczestnik spotkań, były naczelny „Słowa Polskiego „ red. Romuald Gomerski. Zabrakło nawet red. Lesława Millera! Dawne „Słowo” dzielnie za to reprezentowali. in. moja niezapomniana szefowa (Działu Kultury) red. Zofia Frąckiewicz, red. Wiesław Dzięciołowski, były sekretarz redakcji red. Cezary Żyromski.
Przez kilka godzin mile się gawędziło. Z red. Czesławem Kryczkiem i red. Stanisławem Gorzkowiczem wspominaliśmy lata siedemdziesiąte ub. wieku. Dawno minione, a przecież ciągle żywe, bo do żywych należą wspominający. O Karkonoszach i pięknie Dolnego Śląska rozmawiałem z mym nowym znajomym Andrzejem Plochem, wydawcą czasopisma „Karkonosze”, na tematy zaś tzw. ogólne z literatem i dziennikarzem w jednej osobie, Kazimierzem Burnatem. No proszę, spotkanie seniorów, a jeszcze można zawrzeć nowe, interesujące znajomości!
Z tym budującym stwierdzeniem opuszczałem gościnne dla nas miejsce. Za rok spotkamy się znowu. Jeśli Bóg pozwoli (to dla wierzących), jeśli zdrowie dopisze (to dla chorych), jeśli zamieć śnieżna nas nie zmiecie…, jeśli…, jeśli… A na razie – szczęśliwego nadchodzącego roku 2011.
Wojciech W. Zaborowski
 

„Jerzy Kapłański – malarz natury”

Taki jest tytuł reportażu o wybitnym artyście-malarzu z podwrocławskiej wsi Brzezina, który można było obejrzeć w TVP Kultura w czwartek 23 września o g. 10.50.

Jerzy Kapłański jest absolwentem Wydziału Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Podczas jednego z ostatnich wernisaży opowiadał, jak to jego znajomy, profesor artystycznej uczelni, powiedział mu: słuchaj Jurek, właściwie to ja mógłbym coś o Tobie napisać w jednym z ważnych czasopism poświęconych sztuce, ale nie mogę, bo ty ciągle malujesz tak samo. Owszem twoje obrazy są rozpoznawalne w galeriach, na pewno mają swoje miejsce we współczesnej historii sztuki naszego regionu, ale nie ma w nich wiesz? …tego śladu swoistej rewolucyjności, która powoduje, że sztuka współczesna nieustannie się zmienia i pulsuje coraz to nowymi objawieniami twórczej techniki, odkrywczej formy, czy też może jednego i drugiego razem. Namaluj kilka „innych” obrazów, postaraj się zaszokować jakimś rodzajem techniki malarskiej, tajemniczej ekspresji, tak jak to robią „geniusze” nowej sztuki, a napiszę o twojej twórczości kilka stron tekstu w opiniotwórczym miesięczniku i…nikt się do mnie nie przyczepi, że lansuję klasyka – to taki trochę konfabulowany cytat z pamięci.
Nie znam się na sztuce, zwłaszcza na sztuce współczesnej. A kto się rzeczywiście na niej zna ? Co to znaczy znać się na sztuce ? Czy Theo znał się na sztuce swojego brata gdy kupował wszystkie jego obrazy ? Czy ten sławetny handlarz, który z wielką łaską kupował obrazy Vermeera znał się na sztuce ? Czy wystarczy być absolwentem jakiejś akademii sztuki żeby być znawcą sztuki ? Nie znam nikogo kto by lepiej i dosadniej pisał o sztuce malarstwa niż… Witkacy. Z reguły nie zostawiał suchej nitki na różnych znawcach i krytykach sztuki, którzy ferowali wyroki z nonszalanckim przekonaniem, że wiedzą lepiej od artysty i od innych kiedy dzieło…jest dziełem sztuki a kiedy nie jest.

Mam trochę książek o sztuce, niektóre przeczytałem. Mam coś Sterlinga, Starcky’ego, Nereta i sporo innych. Czy jest sens mnożyć nazwiska i tytuły? Albumy, opracowania, teksty krytyczne, trochę historii sztuki itd. Wszystko to cząstkowo zaledwie pomaga zrozumieć o co chodzi w sztuce plastycznej, w malarstwie czy w rzeźbie. Najlepsze opracowania jedynie podpowiadają na co warto zwrócić uwagę i z jakiego powodu. To wszystko. Miałem okazję być w najbardziej prestiżowych galeriach świata – w Paryżu, w Londynie, czy w Nowym Jorku. Spędziłem w nich dziesiątki godzin, przyglądając się setkom obrazów z różnych epok. Poznałem największe dzieła z bliska – o ile to było możliwe. Na przykład w Londynie obok obrazów w The National Gallery czy w Tate Britain i Tate Modern czy w wielkich Victoria and Albert Museum i British Museum są jeszcze do podziwiania „efekty” pracy twórczej w dziesiątkach innych mniejszych galerii. Znakomita jest rzadziej odwiedzana, choć „na Strandzie” wystawa w Courtauld Institute of Art Somerset House. Siedziałem godzinami, dosłownie, przed panoramicznymi nenufarami Moneta w The Museum of Modern Art.(MoMA) w Nowym Jorku, nie mogłem się nadziwić jak wielka jest siła ekspresji w kubistycznym obrazie Picassa "Panny z Awinionu". A jeszcze kolekcje zupełnie nadzwyczajne w The Metropolitan Museum Of Art, czy równie słynnym Guggenheim Museum. W swoim notatniku z podróży wpisałem dziesiątki nazw obrazów i rzeźb, które „studiowałem” z daleka i zupełnie z bliska. Teraz można je chyba wszystkie zobaczyć bez problemu w Internecie.

W każdym razie, wieloletnie amatorskie studiowanie malarstwa “tete a tete” uświadomiło mi tylko jedno, że w dalszym ciągu nie mam pojęcia co właściwie decyduje o tym, że obraz staje się dziełem sztuki, robi wrażenie na wszystkich, zyskuje na cenie i staje się jeszcze większym, nieraz bezcennym dziełem sztuki. Oczywiście historycy sztuki mają swoje teorie, wybrali dzieła – „kroki milowe w sztuce”, podzielili, zaszufladkowali, wtłoczyli w cezury czasowe i kropka.

Jeśli artysta-malarz współczesny, tak jak Jerzy Kapłański, jest urzeczony sztuką Rembrandta, Ingresa, Velasqueza, Van Gogha, Cezanne’a czy z „naszych” Malczewskiego, Kossaka i Matejki – i sam maluje trochę jak każdy z tych wielkich twórców – nie budzi zaufania współczesnych krytyków sztuki. Bo jest klasykiem, „realistą”, a kto dzisiaj „robi takie obrazy” ?  Jerzy Kapłański całe życie maluje z natury, utrzymuje się z tej pracy, jego obrazy wiszą na poczytnych miejscach w licznych galeriach krajowych i zagranicznych, ale też można je odnaleźć w wielu kościołach i instytucjach publicznych. Obrazy Jerzego Kapłańskiego niosą szczególny rodzaj prawdy o rzeczywistości. Tylko pozornie są realistyczne. Na pierwszy rzut oka, z daleka, autoportret artysty jest realistyczny. Dopiero z bliska widać jak jest technicznie odważny. Nie ma cyzelowania gładkiego, alabastrowego lica, portret w żadnym razie nie przypomina fotografii. Z bliska widać „duże ślady” pędzla i solidne porcje farby układane w kolorową mozaikę światłocieni. Tak wykorzystywali kolory ekspresjoniści. Portrety Kapłańskiego najbardziej przypominają portrety Halsa – skoro już podpierać się w opisie tej twórczości – jakimiś porównaniami. Martwe natury artysta komponuje z owoców, „zabytkowych” naczyń, przyborów kuchennych, warzyw, czasem różnych wypieków, chałek i chlebów. Układa te komponenty na jakimś lnianym „obrusie”. Zatrzymuje wybrane przedmioty w czasie, na płótnie obrazu, zanim ulegną naturalnej destrukcji, zanim zostaną wykorzystane w kuchni, powrócą na swoje miejsca na półkach pracowni czy po prostu znikną w koszu na śmieci. Realistyczna, kolorowa kompozycja zwykle umieszczona w ciemnym tle przesycona jest grą światła i fragmentami niezwykle dokładnie odzwierciedlonych niektórych detali, tak jak u starych mistrzów.

Kwiaty. Duży „problem” dla Jerzego Kapłańskiego. Dlaczego? Bo szybko więdną, a kwiatom opadają płatki. Kwiaty trzeba malować szybko. Kompozycja zmienia się niemal z godziny na godzinę, na drugi dzień to już nie jest to. Trzeba stawiać nowy bukiet albo uchwycić całą tę sytuację „zmarnienia”, naturalnego zburzenia kompozycji. Wszystkie obrazy Kapłańskiego są raczej duże, 120cm na 90cm i 130cm na 100 cm, to ulubione formaty artysty. Wypełnienie tak dużej płaszczyzny gęstwą różnobrawnych kwiatów, w różnej fazie kwitnienia i więdnięcia, wymusza stosowanie szybkiej techniki malowania. Znać to szczególnie wtedy gdy podejdzie się całkiem blisko do obrazu. Wszystko przesycone jest szczególnym napięciem chwili, delikatne rośliny są „rozedrgane” kolorystyczną dynamiką faktury. Nigdy nie jest tak, że Jerzy Kapłański maluje kwiaty z pamięci, zawsze musi je „mieć na wyciagnięcie ręki”. Podobnie jest z pejzażami, albo maluje je w plenerze albo w ogóle. Nie można też takiego tematu jak, „niezmierzona dal czy nieodgadniona przestrzeń”, zamykać w formie niewielkiego obrazka. Pejzaże maluje Kapłański ze szczególnym rozmachem. Lubi wychodzić ze sztalugą w plener na parę godzin o każdej porze roku. Problem jest z zimą. I nawet nie chodzi o mróz. Dzień jest zbyt krótki i szybko wszystko znika w ciemnościach. A malarstwo – to głównie światło. To światło buduje obraz a reszta zależy od tego jak je widzisz i jak potrafisz to pokazać wykorzystując choćby kilka podstawowych kolorów – mówi Jerzy Kapłański.

Jan Cezary Kędzierski