„Galicja”, jakiej nie znacie

Dyrektor Zbigniew Kawalec, zapraszając na tegoroczne spotkanie pracowników byłego Wrocławskiego Wydawnictwa Prasowego, ozdobił tekst zaprosin cytatem z wiersza „Jak się czuję”. I dobrze uczynił, bo mimo iż od rozpoczęcia likwidacji Wydawnictwa minęło 20 lat, to wszystkie „dwudziestolatki” i wszyscy „dwudziestolatkowie” przybyli 26 stycznia do restauracji „Galicja” czuli się nie tylko „dobrze, […] jak na swoje lata”, ale wręcz rewelacyjnie.

Tajemnica tego tkwi niewątpliwie w wiecznej młodości pracowników mediów, ale również i w rodzinnej atmosferze, która przez dziesięciolecia łączyła nas w codziennej pracy. Widok Koleżanek i Kolegów przywoływał wspomnienia, a że dotyczyły one lat naszej pełnej zawodowej aktywności, więc też i spotkanie było dla niejednego sentymentalne, jak powrót Tadeusza do rodzinnego Soplicowa.

I jeszcze ta „Galicja”! Dla piszącego te słowa Galicja kojarzyła się nierozerwalnie z rozśpiewaną radosną chatą z „Wesela” S. Wyspiańskiego, gdzie balowała młodopolska bohema z Krakowa. Promujący swe książki o Wrocławiu i jego dziejach – m.in. „Wrocław, jakiego nie znacie” – kol. Wojciech Chądzyński, wpisując pracowicie dedykacje i autografy, mógłby chyba napisać kolejną… „Galicja, jakiej nie znacie”. Wszak i „Wesele” powstało z obserwacji tego, co działo się w bronowickiej chacie. Dodam dla ścisłości, że Wyspiańskiego łączyło z kolegą Wojtkiem jeszcze jedno: obaj w trakcie przyjęcia nie pili alkoholu! (czego nie da się powiedzieć o autorze tego tekstu, ale przypominam, że nie tylko alkohol, również wzruszenie powala z nóg).

Jak tu się nie wzruszać, gdy na widok znajomych twarzy usłużna pamięć przywołuje zatarte nieco przez upływ czasu obrazy? Naszej Głównej Księgowej kol. Reginie Podrez przypomniałem, jak to na początku lat siedemdziesiątych w pierwszych latach mej pracy w „Słowie Polskim” przy rozliczaniu służbowych wyjazdów, tzw. delegacji, poprosiła mnie do swego gabinetu i zwróciła życzliwie uwagę, bym bardziej dokładnie wypełniał druki, gdyż doczytała się w jednym z nich, że jednocześnie jechałem pociągiem i… siedziałem na przedstawieniu w teatrze. Ponieważ materializm dialektyczny wykluczał możliwość jednoczesnego pojawiania się w dwóch miejscach, mogło zachodzić podejrzenie, że jedna z tych informacji nie jest prawdziwa.

Z uśmiechem witam kol. Henryka Jonka, mego pierwszego szefa w „Wieczorze Wrocławia”. Z troską w głosie informował mnie, początkującego adepta sztuki dziennikarskiej, że zawód dziennikarza wymaga dużej odporności psychicznej i nie zapewnia długowieczności. Obaj chyba nie przypuszczaliśmy wówczas, że i żywot naszego Wydawnictwa nie trwa wiecznie. Oto sympatyczny, uśmiechnięty kol. Tadzio Warczak. Kopalnia wiadomości. Ze szczególnym zainteresowaniem słuchałem opowieści o jego związkach z estradą. Nie mogłem się też oprzeć uczuciu zazdrości – co po latach ze skruchą wyznaję – na widok noszonych przez niego eleganckich, bezbłędnie skrojonych garniturów (podobno ma ich w szafie kilkadziesiąt). Jak tu nie rzucić się w ramiona mej szefowej z działu kultury „Słowa” kol. Zofii Frąckiewicz, propagującej kulturę nie tylko słowem pisanym, ale też i własną postawą, potrafiącej powiedzieć twarde „nie”, gdy usiłowano nieraz wpływać na zmianę jej stanowiska.

Mijam stolik, przy którym siedzą: jak zawsze skupiony były włodarz TV kol. Stanisław Pelczar i kol. Witold Podedworny, dziennikarz i edytor. Ten ostatni bliski mi nie tylko z racji wspólnych warszawskich korzeni, ale też i współpracy z wydawanym w Niemczech polskim magazynem „Samo Życie”. Jeszcze witam w przelocie kol. Andrzeja Szumskiego („Słowo Sportowe”) i oto dochodzę do kresu. Kresu „Galicji” i jednocześnie kresu mej peregrynacji. Wpadam w objęcia pary kabaretowo-dziennikarskiej. To elita i „Elita”. Kol. Lesław Miller, wydawca i redaktor naczelny Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Prasa – Radio –Telewizja” we Wrocławiu, stoi spleciony w uścisku ze Stanisławem Szelcem. Jak kiedyś w Galicji, w Krakowie, w lokalu u Michalika przy ul Floriańskiej, dziennikarz galicyjskiego „Czasu” bratał się z artystami kabaretu „Zielony Balonik”. Widać Galicja przeniosła się do Wrocławia.


Stanisław Szelc i autor relacji

Zapamiętajmy ten adres: ul. Piłsudskiego 66. Wierzę, że niedługo niezmordowany dyrektor Zbigniew Kawalec zaprosi nas na kolejne spotkanie. Na razie zaś dziękujemy i czekamy!

Wojciech W. Zaborowski

 

Wigilijny opłatek dziennikarzy – seniorów 2010

Dawniej pielgrzymowaliśmy, dziś stać nas było na hotel! I to nie z powodu nagłego przypływu gotówki w emeryckiej kieszeni, ale dlatego, że dawny „Dom Pielgrzyma” , w którym odbyło się tegoroczne spotkanie dolnośląskich dziennikarzy-seniorów SD RP Dolny Śląsk, zmienił nazwę na „Hotel”.

Choć i element pielgrzymki pozostał, jako że dojście na Ostrów Tumski wymagało nie tyle hartu ducha, ile pokonania narastającego z każdym rokiem u seniorów oporu ciała. Również i tegoroczna zima nie dała nam taryfy ulgowej. Z tym większą przeto radością zasiedliśmy 22 grudnia o godz. 16.00 przy świątecznie zastawionych stołach, w gronie Koleżanek i Kolegów oraz bliskich nam przyjaciół.
Jak zawsze, do opłatkowego spotkania mogło dojść dzięki darczyńcom-sponsorom, którzy wsparli materialnie duchową potrzebę seniorów, złożenia sobie tradycyjnych, bożonarodzeniowych życzeń. Należeli do nich: Apolonia Świokło ( „Gazeta Wrocławska”), Jerzy Kuchciak ( Młyny Dolnośląskie), Andrzej Szumski (Wydawnictwo „Słowo Polskie”), Janusz Cymanek ( Michael Huber Polska), Władysław Piszczałka (Przedsiębiorstwo Budowlano – Projektowe „MAT”), Wiesław Bentkowski (Wrocławskie Centrum Prasowe) Bogusław Klik ( AMREST Wrocław), Jan Akielaszek (Wydawnictwo „ W Kolorach Tęczy”), Boguslaw Bieńkowski ( Euroregio Glacensis), red. Jerzy Ratajczyk. Finansowo wspomógł też organizatorów spotkania marszałek Marszałek Województwa Dolnośląskiego Rafał Jurkowlaniec. Specjalne podziękowanie za stworzenie wigilijnego nastroju należy się Reginie i Janowi Raftowiczom, fundatorom dorodnych i smacznych karpi, bez których nie byłoby tradycyjnej wieczerzy.
Z radością powitaliśmy J. Em. ks. Henryka Kard. Gulbinowicza, też „seniora” – do niedawna wrocławskiego arcybiskupa metropolitę. Z radością stwierdzamy że choć nie jest już władcą archidiecezji, nadal aktywnie uczestniczy nie tylko w jej życiu religijnym, ale i w codziennym życiu tych, którzy dla dobra całej społeczności dolnośląskiej pracowali, dziennikarzy – seniorów. W naszej uroczystości brał udział również i drugi purpurat, wrocławski sufragan ,J. Eksc. ks. Edward Janiak, który również skierował do nas słowa serdecznych życzeń na nadchodzące dni Świąt i Nowego Roku. 
Nie mogło zabraknąć przedstawiciela władz regionu. Był nim wicemarszałek samorządowych władz Dolnego Śląska – tradycyjnie życzliwy dziennikarskiej braci – Marek Łapiński.
O tym, że byli również przedstawiciele naszego Stowarzyszenia: w tym prezes SD RP Dolny Śląsk Jan Cezary Kędzierski, red. Lena Kaletowa, już nie prezes ( były), ale zawsze aktywny Waldemar Niedźwiecki oraz niestrudzony duch organizacyjny wszelkich imprez Stowarzyszenia Zofia Stachera – wspominam tylko z kronikarskiej powinności, tak oczywiste było, że będą!
Ze smutkiem wspominaliśmy tych, którzy w tym roku nie mogli być z nami. Z różnych powodów. Odszedł na zawsze red. Sławomir Szokarski. Choroba uniemożliwiła przybycie red. Zdzisławowi Swędziołowi. Nie przybył coroczny uczestnik spotkań, były naczelny „Słowa Polskiego „ red. Romuald Gomerski. Zabrakło nawet red. Lesława Millera! Dawne „Słowo” dzielnie za to reprezentowali. in. moja niezapomniana szefowa (Działu Kultury) red. Zofia Frąckiewicz, red. Wiesław Dzięciołowski, były sekretarz redakcji red. Cezary Żyromski.
Przez kilka godzin mile się gawędziło. Z red. Czesławem Kryczkiem i red. Stanisławem Gorzkowiczem wspominaliśmy lata siedemdziesiąte ub. wieku. Dawno minione, a przecież ciągle żywe, bo do żywych należą wspominający. O Karkonoszach i pięknie Dolnego Śląska rozmawiałem z mym nowym znajomym Andrzejem Plochem, wydawcą czasopisma „Karkonosze”, na tematy zaś tzw. ogólne z literatem i dziennikarzem w jednej osobie, Kazimierzem Burnatem. No proszę, spotkanie seniorów, a jeszcze można zawrzeć nowe, interesujące znajomości!
Z tym budującym stwierdzeniem opuszczałem gościnne dla nas miejsce. Za rok spotkamy się znowu. Jeśli Bóg pozwoli (to dla wierzących), jeśli zdrowie dopisze (to dla chorych), jeśli zamieć śnieżna nas nie zmiecie…, jeśli…, jeśli… A na razie – szczęśliwego nadchodzącego roku 2011.
Wojciech W. Zaborowski
 

„Jerzy Kapłański – malarz natury”

Taki jest tytuł reportażu o wybitnym artyście-malarzu z podwrocławskiej wsi Brzezina, który można było obejrzeć w TVP Kultura w czwartek 23 września o g. 10.50.

Jerzy Kapłański jest absolwentem Wydziału Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Podczas jednego z ostatnich wernisaży opowiadał, jak to jego znajomy, profesor artystycznej uczelni, powiedział mu: słuchaj Jurek, właściwie to ja mógłbym coś o Tobie napisać w jednym z ważnych czasopism poświęconych sztuce, ale nie mogę, bo ty ciągle malujesz tak samo. Owszem twoje obrazy są rozpoznawalne w galeriach, na pewno mają swoje miejsce we współczesnej historii sztuki naszego regionu, ale nie ma w nich wiesz? …tego śladu swoistej rewolucyjności, która powoduje, że sztuka współczesna nieustannie się zmienia i pulsuje coraz to nowymi objawieniami twórczej techniki, odkrywczej formy, czy też może jednego i drugiego razem. Namaluj kilka „innych” obrazów, postaraj się zaszokować jakimś rodzajem techniki malarskiej, tajemniczej ekspresji, tak jak to robią „geniusze” nowej sztuki, a napiszę o twojej twórczości kilka stron tekstu w opiniotwórczym miesięczniku i…nikt się do mnie nie przyczepi, że lansuję klasyka – to taki trochę konfabulowany cytat z pamięci.
Nie znam się na sztuce, zwłaszcza na sztuce współczesnej. A kto się rzeczywiście na niej zna ? Co to znaczy znać się na sztuce ? Czy Theo znał się na sztuce swojego brata gdy kupował wszystkie jego obrazy ? Czy ten sławetny handlarz, który z wielką łaską kupował obrazy Vermeera znał się na sztuce ? Czy wystarczy być absolwentem jakiejś akademii sztuki żeby być znawcą sztuki ? Nie znam nikogo kto by lepiej i dosadniej pisał o sztuce malarstwa niż… Witkacy. Z reguły nie zostawiał suchej nitki na różnych znawcach i krytykach sztuki, którzy ferowali wyroki z nonszalanckim przekonaniem, że wiedzą lepiej od artysty i od innych kiedy dzieło…jest dziełem sztuki a kiedy nie jest.

Mam trochę książek o sztuce, niektóre przeczytałem. Mam coś Sterlinga, Starcky’ego, Nereta i sporo innych. Czy jest sens mnożyć nazwiska i tytuły? Albumy, opracowania, teksty krytyczne, trochę historii sztuki itd. Wszystko to cząstkowo zaledwie pomaga zrozumieć o co chodzi w sztuce plastycznej, w malarstwie czy w rzeźbie. Najlepsze opracowania jedynie podpowiadają na co warto zwrócić uwagę i z jakiego powodu. To wszystko. Miałem okazję być w najbardziej prestiżowych galeriach świata – w Paryżu, w Londynie, czy w Nowym Jorku. Spędziłem w nich dziesiątki godzin, przyglądając się setkom obrazów z różnych epok. Poznałem największe dzieła z bliska – o ile to było możliwe. Na przykład w Londynie obok obrazów w The National Gallery czy w Tate Britain i Tate Modern czy w wielkich Victoria and Albert Museum i British Museum są jeszcze do podziwiania „efekty” pracy twórczej w dziesiątkach innych mniejszych galerii. Znakomita jest rzadziej odwiedzana, choć „na Strandzie” wystawa w Courtauld Institute of Art Somerset House. Siedziałem godzinami, dosłownie, przed panoramicznymi nenufarami Moneta w The Museum of Modern Art.(MoMA) w Nowym Jorku, nie mogłem się nadziwić jak wielka jest siła ekspresji w kubistycznym obrazie Picassa "Panny z Awinionu". A jeszcze kolekcje zupełnie nadzwyczajne w The Metropolitan Museum Of Art, czy równie słynnym Guggenheim Museum. W swoim notatniku z podróży wpisałem dziesiątki nazw obrazów i rzeźb, które „studiowałem” z daleka i zupełnie z bliska. Teraz można je chyba wszystkie zobaczyć bez problemu w Internecie.

W każdym razie, wieloletnie amatorskie studiowanie malarstwa “tete a tete” uświadomiło mi tylko jedno, że w dalszym ciągu nie mam pojęcia co właściwie decyduje o tym, że obraz staje się dziełem sztuki, robi wrażenie na wszystkich, zyskuje na cenie i staje się jeszcze większym, nieraz bezcennym dziełem sztuki. Oczywiście historycy sztuki mają swoje teorie, wybrali dzieła – „kroki milowe w sztuce”, podzielili, zaszufladkowali, wtłoczyli w cezury czasowe i kropka.

Jeśli artysta-malarz współczesny, tak jak Jerzy Kapłański, jest urzeczony sztuką Rembrandta, Ingresa, Velasqueza, Van Gogha, Cezanne’a czy z „naszych” Malczewskiego, Kossaka i Matejki – i sam maluje trochę jak każdy z tych wielkich twórców – nie budzi zaufania współczesnych krytyków sztuki. Bo jest klasykiem, „realistą”, a kto dzisiaj „robi takie obrazy” ?  Jerzy Kapłański całe życie maluje z natury, utrzymuje się z tej pracy, jego obrazy wiszą na poczytnych miejscach w licznych galeriach krajowych i zagranicznych, ale też można je odnaleźć w wielu kościołach i instytucjach publicznych. Obrazy Jerzego Kapłańskiego niosą szczególny rodzaj prawdy o rzeczywistości. Tylko pozornie są realistyczne. Na pierwszy rzut oka, z daleka, autoportret artysty jest realistyczny. Dopiero z bliska widać jak jest technicznie odważny. Nie ma cyzelowania gładkiego, alabastrowego lica, portret w żadnym razie nie przypomina fotografii. Z bliska widać „duże ślady” pędzla i solidne porcje farby układane w kolorową mozaikę światłocieni. Tak wykorzystywali kolory ekspresjoniści. Portrety Kapłańskiego najbardziej przypominają portrety Halsa – skoro już podpierać się w opisie tej twórczości – jakimiś porównaniami. Martwe natury artysta komponuje z owoców, „zabytkowych” naczyń, przyborów kuchennych, warzyw, czasem różnych wypieków, chałek i chlebów. Układa te komponenty na jakimś lnianym „obrusie”. Zatrzymuje wybrane przedmioty w czasie, na płótnie obrazu, zanim ulegną naturalnej destrukcji, zanim zostaną wykorzystane w kuchni, powrócą na swoje miejsca na półkach pracowni czy po prostu znikną w koszu na śmieci. Realistyczna, kolorowa kompozycja zwykle umieszczona w ciemnym tle przesycona jest grą światła i fragmentami niezwykle dokładnie odzwierciedlonych niektórych detali, tak jak u starych mistrzów.

Kwiaty. Duży „problem” dla Jerzego Kapłańskiego. Dlaczego? Bo szybko więdną, a kwiatom opadają płatki. Kwiaty trzeba malować szybko. Kompozycja zmienia się niemal z godziny na godzinę, na drugi dzień to już nie jest to. Trzeba stawiać nowy bukiet albo uchwycić całą tę sytuację „zmarnienia”, naturalnego zburzenia kompozycji. Wszystkie obrazy Kapłańskiego są raczej duże, 120cm na 90cm i 130cm na 100 cm, to ulubione formaty artysty. Wypełnienie tak dużej płaszczyzny gęstwą różnobrawnych kwiatów, w różnej fazie kwitnienia i więdnięcia, wymusza stosowanie szybkiej techniki malowania. Znać to szczególnie wtedy gdy podejdzie się całkiem blisko do obrazu. Wszystko przesycone jest szczególnym napięciem chwili, delikatne rośliny są „rozedrgane” kolorystyczną dynamiką faktury. Nigdy nie jest tak, że Jerzy Kapłański maluje kwiaty z pamięci, zawsze musi je „mieć na wyciagnięcie ręki”. Podobnie jest z pejzażami, albo maluje je w plenerze albo w ogóle. Nie można też takiego tematu jak, „niezmierzona dal czy nieodgadniona przestrzeń”, zamykać w formie niewielkiego obrazka. Pejzaże maluje Kapłański ze szczególnym rozmachem. Lubi wychodzić ze sztalugą w plener na parę godzin o każdej porze roku. Problem jest z zimą. I nawet nie chodzi o mróz. Dzień jest zbyt krótki i szybko wszystko znika w ciemnościach. A malarstwo – to głównie światło. To światło buduje obraz a reszta zależy od tego jak je widzisz i jak potrafisz to pokazać wykorzystując choćby kilka podstawowych kolorów – mówi Jerzy Kapłański.

Jan Cezary Kędzierski

Rejs „Goplaną” po Odrze

Tradycyjne już spotkanie „na wodzie” byłych pracowników środowiska prasowego oraz członków Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk odbędzie się 9 września 2010 br. Popłyniemy statkiem „GOPLANA”. Ruszamy z przystani obok Hali Targowej punktualnie o godz. 18.30 (prosimy o przyjście na przystań o godz. 18.00). Rejs kończy się o godz. 21.30.

Na statku będą serwowane dania z grilla, piwo, woda mineralna. Będzie didżej i dobra muzyka. Składka wynosi 20 zł (płatne przy trapie).

Zgłoszenie uczestnictwa: w biurze SD RP Dolny Śląsk Wrocław, Podwale 62, tel. 71 341 87 60, e-mail: sdrp.wroc@interia.pl lub telefon 71 325 18 69, e-mail: zbigniew1939@wp.pl

Do zobaczenia

W imieniu organizatorów

Zbigniew Kawalec, Cezary Kędzierski

Wrocławski Atut

Polecamy lekturę tekstu Wojciecha W. Zaborowskiego „Atut” Wrocławia, który ukazał się w wydawanym w Dortmundzie „Samym życiu (nr. 9 [326] 8-21 maja 2010).

Dziennikarze u arcybiskupa

Od przeszło dziesięciu lat, z inicjatywy wrocławskiej redakcji „Gościa Niedzielnego”, metropolita wrocławski spotyka się corocznie ze środowiskiem dziennikarskim prasy, radia i telewizji. Tak było i w roku bieżącym – 3 stycznia 2010, w kaplicy Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego, JE biskup Edward Janiak wspólnie z innymi księżmi celebrowali mszę świętą.

Potem w refektarzu odbyło się spotkanie opłatkowe z Metropolitą Wrocławskim arcybiskupem JE Marianem Gołębiewskim, który wygłosił słowo do dziennikarzy. Mieliśmy okazję połamać się opłatkiem z arcybiskupem i innymi dostojnikami Kurii oraz wzajemnie złożyć sobie życzenia noworoczne.

Lesław Miller

Wigilia seniorów 2009

Doroczne spotkanie wigilijne dziennikarskich seniorów odbyło się 17 grudnia 2009 roku w kawiarni hotelu im. Jana Pawła II. Żurnaliści łamali się opłatkiem i mieli okazję do wspomnień. W wigilii uczestniczyli znamienici goście.

Przewodniczący Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP, red. Jan Cezary Kędzierski, powitał naszego wielkiego przyjaciela – Jego Eminencję Henryka kardynała Gulbinowicza, marszałka Województwa Dolnośląskiego – Marka Łapińskiego, przedstawicielkę Syndykatu Dziennikarzy Polskich – red. Lenę Kaletową i przewodniczącego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – red. Tomasza Orlicza. W spotkaniu uczestniczył m.in. red. Waldemar Niedźwiecki, który przez trzy poprzednie kadencje pełnił funkcję przewodniczącego Zarządu Oddziału Dolnośląskiego SD RP.
 


Kardynał pobłogosławił dziennikarzy i życzył, abyśmy za rok spotkali się w tym samym składzie.

Zdjęcia: Ryszard Godlewski

****

16 grudnia 2009 r. na zaproszenie Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich gościliśmy na spotkaniu opłatkowym zorganizowanym w Klubie Muzyki i Literatury. Naszym Koleżankom i Kolegom w imieniu SD RP Dolny Śląsk złożyliśmy życzenia świąteczne. (bs)

 

– Ach, jak przyjemnie… szumi Odra!

Doroczne spotkanie byłych pracowników środowiska prasowego i członków Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk odbędzie się 5 czerwca br. Tym razem spotkamy się „na wodzie" – zaprasza Zbyszek Kawalec. Popłyniemy statkiem „Rusałka" podziwiając nasze miasto z Odry.

Statek rusza z przystani Zwierzynieckiej (przy ZOO) punktualnie o godz. 18.30 (prosimy o przyjście na przystań o godz. 18.00). Rejs kończy się o 21.30. Na statku będą serwowane dania z grilla z napojami, również piwo. Składka wynosi 20 zł od osoby.

Zgłoszenie w biurze Stowarzyszenia Dziennikarzy RP Dolny Śląsk, Wrocław, Podwale 62, tel. 071 341 87 60; e-mail: sdrp.wroc.@interia.pl

Zaproszenia można też odebrać na portierni przy Podwalu 62 (w oficynie).

W imieniu organizatorów: Zbigniew Kawalec
Wrocław, 11 maja 2009 r.

 

Doroczne spotkanie w Galicji

Dyrektor Zbigniew Kawalec zaprasza na doroczne, tradycyjne spotkanie, które odbędzie się 16 stycznia (piatek) 2009 r. o godzinie 16.00 w restauracji Galicja w Hotelu Polonia przy ul. J. Piłsudskiego 60, I p. Jak zawsze w organizacji spotkania pomaga Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Dolny Śląsk; po raz drugi udziela pomocy finansowej Huber Polska. Jak nam powiedział Dyrektor Zbigniew Kawalec: „Oczekujemy tradycyjnie pogody ducha i dobrego nastroju”.

Organizatorzy proszą o przygotowanie banknotu o nominale 20 zł (wyższe nominały będą bardzo pożądane, bo pozwolą przygotować spotkanie w 2010 roku) oraz powiadomienie o tym spotkaniu koleżanki i kolegów: „Staraliśmy się dotrzeć z informacją o naszym spotkaniu do wszystkich zainteresowanych, ale nie mamy pewności, czy nam się udało”.

Refleksje seniora przy wigilijnym stole Anno Domini 2008

Te drogę znamy na pamięć, jak każdy chyba wrocławianin. Idąc od Hali Targowej wystarczy ostry skręt w prawo w stronę Odry, przejście przez mostek i już znajdujemy się w innym świecie. Ostrów Tumski. Jest środa, dziesiąty dzień grudnia. Za nami został hałas i gwar wrocławskich ulic, przed nami majaczą na tle ciemniejącego nieba strzeliste wieże wrocławskiej katedry. To w jej cieniu w „Domu Pielgrzyma” kolejny już raz spotyka się towarzystwo spod jasnej – bo wigilijno-betlejemskiej – gwiazdy. Idę z mym byłym redakcyjnym szefem, dawnym naczelnym „Słowa Polskiego”, Romkiem Gomerskim, z którym od lat łączą mnie więzy przyjaźni, również w okresie, gdy dzieliły nas setki kilometrów w niezapomnianym ósmym dziesięcioleciu ubiegłego wieku.

Jesteśmy na emeryturze, nasze pióra, jak i innych seniorów dziennikarstwa, nie są już orężem, nie atakują w obronie innych, ale też i nie chronią nas przed niegodziwościami tego świata. We wspomnieniach jednak ciągle odwołujemy się do czasów, gdy były aktywne. To, co napisaliśmy, jest przecież cząstką nas, choć decyzja o tym, czy i co pisać, nie zawsze do nas należała. Wigilia, czas refleksji i przedświątecznego pojednania, w sposób szczególny sprzyja powrotom do czasów zawodowej młodości i wieku dojrzałego. Zastanawiamy się: czy można było pisać i działać inaczej, lepiej…? Jaki był i jest sens pisania zaangażowanego? Co się stało z etosem dziennikarskiego zawodu? I  – obserwując dzisiejszy rynek prasowy – trochę żartobliwa uwaga praktyczna- czy nie byłoby z większą korzyścią dla wszystkich, gdybyśmy mieli mniej prasy bulwarowej, za to więcej bulwarów?

Spotykamy po drodze Barbarę i Mścisława Machnickich. Wspólnie pokonujemy ostatnie dzielące nas od Domu metry. Jeszcze parę ostrożnych kroków, by broń Boże ani noga, ani wspierająca ją laska nie poślizgnęły się na niezbyt równej nawierzchni i już wita nas nasza dziennikarska rodzina. Niestety, nie w komplecie. Niektórzy nie przyszli, może z powodów zdrowotnych? Niektórzy odeszli na zawsze i nie przyjdą już nigdy, choć pewni jesteśmy, że tego wieczoru niewidzialni towarzyszą nam duchowo. Bo jak np. mogłoby nie być Michała Żywienia, czy Stasia Łapety, stałych bywalców wigilijnych spotkań? To im oraz pozostałym zmarłym w b. r.: Ewie Kotarskiej – Cieciorko, Romanowi Pawlakowi, Kazimierzowi Tokarzowi, Edmundowi Słodzińskiemu poświęcamy przed wieczerzą chwilę milczącej zadumy.

Nowy prezes SDRP Dolny Śląsk, Jan Cezary Kędzierski tradycyjnie powitał gości, ze szczególnym uwzględnieniem ks. biskupa Edwarda Janiaka – delegata ks. kardynała Henryka Gulbinowicza, oraz sponsorów. Gdyby nie ci ostatni – i oczywiście nie wszechmocna i wszechobecna Zosia Stachera – bylibyśmy skazani prawdopodobnie jedynie na strawę duchową. A tak… języki same się rozwiązały, nawet wyjątkowo tego roku małomównemu byłemu prezesowi SDRP Waldkowi Niedźwieckiemu i wprost nie sposób skatalogować wszystkich tematów, które poruszano w trakcie tradycyjnego składania sobie życzeń przy dzieleniu się opłatkiem. Z kolegą Stanisławem Spyrą wspominaliśmy boje toczone w prasie związkowej, ze Zdzichem Swędziołem – raczej chwile relaksu nad brzegami „Bałtyku”, z Czesiem Kryczkiem wymienialiśmy śląskie „Wiadomości” , z niezapomnianą zaś szefową Zofią Frąckiewicz, władczynią działu kultury „Słowa Polskiego” – oczywiście o kulturze: tej wysokiej, tej gminnej, i tej… której wcale nie widać, co odczuwa się na każdym kroku. Z zainteresowaniem wysłuchałem Juliana Bartosza, który wyjaśniał mi, jak to dzięki niemu powstają nowe Niemcy ( „Neues Deutschland”), zaś Lesław Miller pokazał mi przy pomocy pani Kasi przy bufecie, jak wygląda najczystsza forma płynnej energii.

Wspomnienia, wspomnienia. Było, minęło. Teraz siedząc nad Menem, a myślami wracając nad Odrę przypominam sobie opowieść ks. biskupa Edwarda Janiaka o świętym ojcu Pio, który potrafił jednocześnie przebywać w paru odległych od siebie miejscach. Warto być świętym! Niestety, mnie pozostaje jedynie czekać, aż za rok „wrocławskie gwiazdy znad Ratusza” znów zaproszą dziennikarską brać na tradycyjne wigilijne spotkanie. A na razie Koleżnki i Koledzy– raz jeszcze – Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!

Wojciech W. Zaborowski

Serdeczne podziękowania dla sponsorów i darczyńców, dzięki którym możliwe było zorganizowanie tradycyjnego spotkania bożonarodzeniowego dziennikarzy w 2008 roku:

  • Markowi Łapińskiemu, marszałkowi województwa dolnośląskiego
  • Apolonii Świokło, PolskaPresse
  • Jerzemu Kuchciakowi, Młyny Dolnośląskie
  • Januszowi Cymankowi, Michael Huber Polska
  • Andrzejowi Szumskiemu, "Słowo Sportowe"
  • Związkowi Dzierżawców i Właścicieli Rolnych
  • Janowi Żukowskiemu, Wójtowi Gminy Żórawina
  • Bogusławowi Klikowi, Amrest
  • Janowi Akielaszkowi, Oficyna w Kolorach Tęczy
  • Zakładowi Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego, Ścinawa
  • Jadwidze Świtalskiej, Spółdzielnia Słowo Polskie
  • Jerzemu Ratajczakowi, Auto Fart Media

Poniższy tekst ukazał się w 51/2008 numerze „Gościa Niedzielnego”:

Dom Jana Pawła II. O pielgrzymce do klasztoru w San Giovanni Rotondo w południowych Włoszech, gdzie do końca swoich dni przebywał Ojciec Pio, mówił bp Edward Janiak dziennikarzom podczas spotkania opłatkowego w Domu Jana Pawła II we Wrocławiu. Biskup wspomniał o szczególnym dotknięciu wiary, jakiego doznaje się w klasztornych murach, na wzgórzu Monte Gargano i o tym jak Jan Paweł II kanonizując o. Pio, wysławiał go za modlitwę i miłosierdzie.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej na Dolnym Śląsku od wielu lat organizuje wigilijne spotkania starszych dziennikarzy, pozostających na emeryturze, często schorowanych i samotnych. Jako organizacja społeczna zawsze korzysta z życzliwej pomocy sponsorów. W tym roku bardzo pomógł między innymi Dolnośląski Urząd Marszałkowski, a marszałek Marek Łapiński, który również uczestniczył w dziennikarskiej wigilii, podkreślił wielką rolę i zaangażowanie dziennikarzy w opisywaniu najważniejszych wydarzeń społecznych i gospodarczych w regionie. Jan Cezary Kędzierski”