Wędkarskie opowieści Zbigniewa Fedusa

Koło pewnej historii zamknęło się w dzisiejszej Joachimówce – dawniej Starej Potaszni. Małej wiosce przytulonej do Rezerwatu Stawy Milickie. Piszę te słowa z domu, w którym najprawdopodobniej mieszkał Zbigniew Fedus, autor fascynującej książki Wędkarskie opowieści.

Jego ojciec, Władysław, był ichtiologiem i tuż po wojnie wraz rodziną, w tym i autorem Wędkarskich opowieści, trafił do Potaszni. Ichtiolog Władysław Fedus zarządzał m.in. stawami w Joachimówce, Goliszowie, Możdżanowie i Wildze k. Warszawy. Dookoła tylko woda, cisza i piękna przyroda. I właśnie piszę te słowa z domu, w którym mieszkali kolejni dyrektorzy gospodarstwa rybackiego w Potaszni.

Kto uwielbia łowić ryby, ten wie, jak pisze autor Wędkarskich opowieści, że „sport wędkarski sprzyja rozwojowi spostrzegawczości i dociekliwości, wyrabia szybkość orientacji i podejmowania decyzji, podnosi ogólną tężyznę i sprawność fizyczną, regenerując siły do dalszej pracy, pozwala na poznanie ojczystego kraju. Wreszcie wędkarstwo jest tą dziedziną ludzkiej działalności, która kształtuje prawidłowe stosunki między ludźmi”. Te pozytywne cechy kształtowały jego charakter już na zesłaniu do Kraju Krasnojarskiego w 1940 roku. To tam uczył się, pracował w charakterze kąpielowego, zrzucał śnieg z dachów, ciął drewno na opał, łowił ryby i polował. Tam „ustrzelił” wielkiego, brązowo-czerwonego, prawie 32-kilogramowego tajmienia.

A tu, w Joachimówce, łowił wielkie karpiska na stawach, które wtedy nie były rezerwatem, a ryby trzeba było pozyskiwać do badań kontrolnych. One jednak bardzo skutecznie omijały zastawione na nie żaki oraz inne zmyślne pułapki. Autor pisze: „Pracownicy gospodarstwa rybackiego byli bezradni. Wycinali więc w pośpiechu leszczynowe kije, wiązali do wędziska różnokolorowe kordonki, sznury, haczyki, zaopatrywali się w przynęty. Prawie cała zbędna siła robocza gospodarstwa rybackiego, włączając księgowego krótkowidza, rozpełzła się po stawach”. I tak autor stał się autorem także tajnej broni na karpie – kopytka! Jeśli chcecie znać przepis na tę niezawodną przynętę, musicie koniecznie przeczytać tę książkę. A są w niej także znakomite przepisy kulinarne z ryb, mnóstwo wspomnień z wędkarskich wypraw i przede wszystkim porady, jak łowić skutecznie. Czego wszystkim Czytelnikom Wędkarskich opowieści życzy Zbigniew Fedus. I autor tej krótkiej recenzji…

Jerzy Łętowski („Sum”)

 Zbigniew Fedus, Wędkarskie opowieści, ATA-DRUK, Wrocław 2016. Zamówienia tel.: 71 343 28 50

Julian Bartosz o dziennikarzach czasów „komuny”

Demon zapomnienia, kolejna książka Juliana Bartosza, znanego wrocławskiego dziennikarza, laureata rozlicznych konkursów i nagród dziennikarskich, wśród nich im. Juliana Bruna, Bolesława Prusa i dwukrotnie Polskiego Klubu Publicystów Międzynarodowych, byłego redaktora naczelnego „Gazety Robotniczej” oraz tygodnika„Sprawy i Ludzie”, ukaże się z początkiem czerwca br. staraniem warszawskiej Agencji Wydawniczej CB. Poniżej cytujemy jej dwa fragmenty.

Jestem jednym z „ostatnich Mohikanów” wrocławskiego i dolnośląskiego dziennikarstwa czasów tzw. komuny. Demokraci oskarżają nas o to, żeśmy kłamali. Odrzucam to pomówienie i dodam słowa patriotycznej pieśni: „Nie chcemy już od was uznania”. Akurat oni, żurnaliści III i IV RP, politycznie i ideologicznie całkowicie ze sobą przemieszani i skłóceni, uzurpują sobie prawo do określenia się jako prawdomówni. W ogóle nie dopuszczają myśli, że także ich dotyczy cytowane w tej książce słynne dawniej powiedzenie poetki i dziennikarki Marianny Bocian, że „Prawda to jest to, co powinno być, a nie jest”.

Powiadają ichmościowie-demokraci, że nam, dziennikarzom dawnej tzw. komuny, mniej wolno. W swoich wspomnieniach Ostatnie zapiski zgryźliwego dogmatyka pisałem parę lat temu, że nim zaczną limitować nasze wolności, „powinni puknąć się w miedziane czoło”; dodam teraz, by po tym puknięciu wsłuchali się w głuche brzmienie w kamionkowym czerepie. Mówili też, i wciąż o tym brzęczą, że pomagaliśmy ukrywać trupa w szafie. No tak, no tak: teraz lamentują przy wystawionej na widok mumii demokracji, a dla równowagi gonią po polskiej puszczy, by zbratać się z „żołnierzami wyklętymi”!

Napisałem tę książkę jako swoiste podzwonne dla koleżanek i kolegów, którzy mieli świadomość trafności słów o prawdzie. Jest nadto ta praca prośbą do Czytelników, by sprawiedliwie osądzali ludzi dawnych – do 1990 roku – mediów.

Proszę o zrozumienie i o sprawiedliwą krytykę.

„Demon zapomnienia” na przedpłatę:

  • Agencja Wydawnicza CB Andrzej Zasieczny 02-495 Warszawa, ul. M. Drzymały 18/15
  • nr rachunku bankowego: 57 1140 2004 0000 3302 2805 0555
  • Cena książki z kosztami wysyłki – 35,00 zł

Chyba to było we wrześniu 1956 roku, kiedy wiały w Polsce już mocno odwilżowe wiatry i Klemens Maria Krzyżagórski (1930–2013), znany już dziennikarz „Gazety Robotniczej”, wlazł w Rynku wrocławskim późną wieczorową porą na niedawno sprowadzony ze Lwowa pomnik Aleksandra hr. Fredry i udawał alkoholowo Szymona Słupnika. Przed milicjantami, którzy usiłowali go stamtąd ściągnąć, bronił się dzielnie. „Gwałt mi zadają siepacze!” – krzyczał. Na komisariacie i potem przed kolegium tłumaczył, że on, „prostytutka mamusia” (tak grzecznie zastępował znane słowo), wielbi pisarza, chciał z nim tylko porozmawiać o pisaniu.

Kilka miesięcy wcześniej głośno było w piastowskim grodzie o tym, jak razem z redakcyjnym kolegą Edkiem Barbarowiczem odwołali oficjalnie zapowiadane zaćmienie Słońca. „Tu wydział astronomiczny KC, nadajcie, towarzyszu, czym prędzej, że zamieszanie na niebie to prowokacyjne wraże sztuczki” – nakazali dyrektorowi Polskiego Radia Józefowi Rabie. Ten, do niedawna kierownik działu naukowego w „Gazecie Robotniczej”, już, już miał spełnić polecenie i tylko przytomnemu spikerowi (bodaj Tadeusz Osmęda), od którego wieść wesoła poszła w miasto, udało się zapobiec niebywałej kompromitacji.

Przy okazji o Edku: był moim kolegą z dzierżoniowskiego liceum, a w GR druhem Klemensa. Edek tez był niezgorszym kawalarzem. W felietonie o sowie, która stała na postumencie w centrum Bielawy pod szczytem Sowiej Góry, tak – jak pisał – przemawiał do symbolizującego mądrość ptaka: „Jaki też dureń cię tu wywlókł?” A to burmistrz kazał go w tym miejscu postawić.

Z Edkiem wiąże się jednak pewna afera na całą Polskę. Napisał bowiem fantastyczny reportaż o tym, jak daleko, w lubańskim powiecie, dzielni kombatanci z II Armii LWP zorganizowali spółdzielnię produkcyjną i osiągają niebywałe gdzie indziej plony. Pisał też o socjalistycznej świadomości i o trwającym bojowym morale. Gdy przedstawiciele władz wysokiego szczebla wybrali się w Lubańskie, okazało się, że Barbarowicz wszystko zmyślił. Od a do zet.

Wracając do Klemensa, to miał on przypadkowo ścisły związek z rządzącą partią. Towarzysz Ormicki z KW we Wrocławiu zamówił u Krzyżagórskiego opracowanie na temat, jak powinno być racjonalnie urządzone biuro w komitecie. Zamówienie zostało wykonane w terminie. Partia nie chciała ani skorzystać z solidnego opracowania, ani za nie zapłacić. Autor wytoczył więc proces cywilny i PZPR jako pozwana musiała się wytłumaczyć przed sądem. To był bodaj jedyny taki proces na obszarze od Łaby do Pacyfiku. Klemens wyszarpał swoje pieniądze, bo zlecenie otrzymał na piśmie z pieczątkami, co zdaniem sądu przemawiało za powodem. Napisał o tym utwór Dziennik powoda, który Wydawnictwo ISKRY w ramach serii „Literatury faktu” wydało w zbiorze reportaży Klemensa pod tytułem Kłopoty z ciałem i następnie w kilku skróconych edycjach jako Nieudane kreacje. Nigdy by się te Kłopoty i Kreacje nie znalazły na rynku, gdyby Basia Jakubowska, jego pierwsza i jedyna żona, aktorka kreująca główną rolę w dziś całkowicie zapomnianym filmie Jasne łany (o walce z kułakami), występująca potem na wrocławskich i warszawskich scenach, nie ślęczała w archiwum, by zebrać pomieszczone w różnym czasie w wielu gazetach teksty. Dziennik powoda opublikowano w 1958 roku, gdy znów zaczęto odczuwać lekkie przymrozki. Klemens stworzył więc postać zwolnionego niesłusznie z Wielkiej Spółdzielni jegomościa, który prywatnie procesował się z pracodawcą o należne pieniądze. Obywatel ów chodził przez wiele dni do sądu, by wyłożyć swoje racje. Pozwana najpierw w ogóle się nie stawiała, a gdy przegrała, lekceważyła nawet nakaz wzywający ją do wypłacenia pieniędzy, w końcu jednak musiała. Aluzja Krzyżagórskiego była wyraźna. Stanowi to jeden z bardzo wielu przykładów w dawnym polskim dziennikarstwie, jak mądry, inteligentny żurnalista mógł mimo cenzury ocyganić Władzę. 

Syberia w listach zesłańców

Ludzkie losy zapisane w listach – tak najkrócej można zrecenzować książkę Zbigniewa Fedusa zatytułowaną Syberia w listach i dokumentach zesłańców (1928–1946).

Dzisiaj już niewiele osób prowadzi listową korespondencję, kiedyś była to jedyna forma kontaktu z tymi, którzy przebywali z dala od krewnych i znajomych. Każda rozłąka miała swój wydźwięk w korespondencji, czego dowodem są listy Walerii i Władysława Fedusów. W wielu szufladach i innych miejscach można odnaleźć stare listy. Niektóre osoby pieczołowicie przechowują zapisane na pożółkłych kartkach słowa swoich bliskich. Do takich osób należy Zbigniew Fedus, który uporządkował rodzinną korespondencję z czasów zsyłki na Sybir i nadał jej kształt książki. Pisze: „Spośród ogromnego materiału ikonograficznego wydzieliłem listy z zesłania i na zesłanie, w tym liczne listy wojenne: z frontu i na front oraz oficjalne dokumenty polskie i rosyjskie” (s. 4). W obawie przed zniszczeniem lub zagubieniem cennych rodzinnych pamiątek powstała recenzowana publikacja.

Rodzina Fedusów, Waleria i Władysław wraz ze swymi dziećmi Zbigniewem i Danutą, mieszkali w Bertnikach k. Monasterzysk w dawnym powiecie buczackim, skąd 10 lutego 1940 roku zostali deportowani do Tulenia – Kraj Krasnojarski. Waleria, na ile było to możliwe, prowadziła korespondencję ze swoją rodziną, głównie z siostrą Genowefą Jedlińską mieszkającą w Przemyślu przy ulicy Dworskiego 95a. W swych listach opisywała sytuację rodziny na zesłaniu, przeżycia, wydarzenia i rozterki. W jednym z listów czytamy: „Dopiero po sześciu miesiącach zezwolono nam pisać do swoich […]. Ja nie pracuję, bo na zdrowiu czuję się słabo, przeszłam tylko przy Bożej pomocy dużo chorób, teraz tylko łażę, by dzieciom dać opiekę i ugotować szczawiu, którego tu mnóstwo w lasach na tajgach. Roboty są tu tylko lasowe przy drzewie. Władko pracuje poważnie, a częściowo wyzbywamy się ostatków odzieżowych […], ale ku zimie się zbliża, a nic z domu nie zabrało się, nawet obuwia, trudno zatem będzie przetrwać” (s. 30).

Każdy list to spora dawka informacji nie tylko osobistych, ale też o zesłańczym życiu: „Ratujcie nas, bo marnie i niewinnie padliśmy ofiarą Sybiru. Odzieży syberyjskiej nie mamy, do pracy musi się iść i trudno na kg chleba zarobić. Najgorsze to wspólne życie na tym baraku, tyle ludzi pod jednym dachem. Krzyk, gwar, płacz, wszy, strupy, pluskwy jak mrowie: obraz nędzy i płaczu” (s. 62); „Lato było jeszcze jako tako z pożywieniem. Były borówki i brusznice, których tu mnóstwo, lepszy był zarobek i regularnie płacili. Obecnie praca przy 45 st. mrozu i ponad w śniegu, niewdzięczna i nie popłatna” (s. 68).

Korespondencja Walerii Fedus była przepełniona emocjami, rozterkami, troskami o najbliższych i ogromną tęsknotą. Kilka cytatów z listów dobitnie o tym świadczy: „Módlcie się za nas, bo my cierpieniem mamy słaną drogę” (s. 68); „Powiem Ci Gieniu Kochana prawdę i życie jest mi obojętne i prawie ma się ku końcowi. Może ty przeżyjesz, nie daj zginąć moim dzieciom, bądź im opiekunką i matką, jeśli dożyjesz wschodu promieni” (s. 73); „Gieniu jedyna, tak mi tęskno do Was, tęsknota zabija. Początki nie były tak przykre, jak obecnie” (s. 91). Waleria zawsze bardzo gorąco dziękowała za listy, kartki, paczki i wszelkie informacje od najbliższych. Były to jedyne łączniki z tymi, co pozostali w kraju ojczystym. Przychodzące na zesłanie paczki były ogromną pomocą w walce o przeżycie: „Nasz ratunek to te paczki, daj Wam Boże zdrowie tym, co pamiętają o nas” (s. 98).

Władysław Fedus w listach z wojennej tułaczki do żony i dzieci pisał o tym, co się u niego działo i z zatroskaniem pytał o ich los. Pisał: „Teraz nas spotkał wielki zaszczyt, gdyż dzisiaj w nocy będziemy forsować Wisłę z Pragi do Warszawy, będziemy wypędzać niemieckich gadów z naszej stolicy” (s. 125); Co słychać koło Was, jak żyjecie? Kochani moji, jak ja chciał[bym] z Wami się zobaczyć, tak tęsknię do Was naprawdę, drżę o Wasz los” (s. 125). Waleria i dzieci odpisywały na listy męża i ojca. Korespondencja trwa do 1946 roku. W lutym 1946 roku transportem numer 9 Waleria wraz z dziećmi wraca z tułaczki do Chociwla Szczecińskiego, gdzie rodzinę odnajduje Władysław zdemobilizowany z I Armii Wojska Polskiego. Po wielu latach rozłąki rodzina zamieszkuje w Potaszni k. Milicza.

Książka Zbigniewa Fedusa to niezwykła rodzinna pamiątka. Na kartach zostało utrwalone to, co stanowi historię rodzinną. Są kserokopie listów i dokumentów. Stare zdjęcia przenoszą nas w odległą już dziś przeszłość. Ten rodzinny zbiór dokumentów pozwala przez pryzmat jednostkowy poznać trudne losy zesłańców, czyli wielu ludzi, którzy doświadczyli wpływu „wielkiej polityki i historii”. Sięgając po ten zbiór listów rodziny Fedus, zmieniamy optykę patrzenia na zesłańcze i wojenne kwestie. Spoglądamy na Syberię oczyma Walerii, a na wojenną zawieruchę – Władysława. Publikacja wpisuje się w nurt wspomnieniowy, o znaczących walorach dokumentacyjnych i historycznych. Jest to kolejna cegiełka w murze wypełniania białych plam polskiej historii. Książka Zbigniewa Fedusa, używając określenia Jacoba Pressera, to egodokument, czyli tekst należący do sfery prywatnej, pozwalający poznać przeżycia, troski i refleksje piszącego, w tym przypadku członków jego rodziny.

Małgorzata Dziura

Syberia w listach i dokumentach zesłańców (1928–1946), opracowanie Zbigniew Fedus, Wydawca: Arkot Artur Kotuński, Wrocław 2015, s. 272.

 

 

 

 

 

Zobacz również: Z Sybiru na Dolny Śląsk

 

„Lekcja patriotyzmu. W poszukiwaniu Rzeczypospolitej”

Andrzej Kępiński był znanym i poczytnym dziennikarzem, zmarł w ubiegłym roku. To jego ostatnie dzieło – nie tylko zbiór pięknych i unikalnych zdjęć obrazujących majestat Rzeczypospolitej czasów jagiellońskich, ale przede wszystkim lekcja historii i patriotyzmu.

Pretekstem do powstania tego dzieła był udział autora w Międzynarodowym Motocyklowym Rajdzie Katyńskim w 2012 roku. Z motocyklistami-pielgrzymami Wiktora Węgrzyna autor odwiedził miejsca kaźni – jak Katyń, Miednoje, Bykownia, Ponary, Huta Pieniacka ale także – miejsca chwały polskiego oręża – Kłuszyn, Chocim, Kamieniec Podolski, które do dziś świadczą o potędze Rzeczypospolitej.

By pełniej opisać naszą złożoną historię – autor pojechał także na zachód Europy – do francuskiego Nancy, gdzie urzędował król Stanisław Leszczynski, wybrał się także do angielskiego Newark on Trend – gdzie spoczywają prezydenci RP na Emigracji i opisał mało znaną historię emigracji politycznej.

Andrzej Kępiński widział Rzeczpospolitą nie tylko jako ojczyznę wielu kultur i narodów ale także jako zbiorowy obowiązek i powinność pracy dla dobra wspólnego. Wierzył, że ta wielka idea ma szansę reaktywacji, bo nowoczesna Rzeczpospolita potrzebna jest jej narodom, żyjącym dzisiaj w granicach Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi.

Dlatego też książkę swoja dedykował wszystkim kibicom Rzeczypospolitej, ludziom którym leży na sercu tak pojmowana wspólnota.

Premiera książki i prezentacja miała miejsce 16 kwietnia 2016 w Częstochowie na Jasnej Górze podczas rozpoczęcia sezonu motocyklowego organizowanego przez Stowarzyszenie Międzynarodowy Motocyklowy Rajd Katyński z komandorem Wiktorem Węgrzynem.

Część nakładu zgodnie z wolą autora pojedzie z uczestnikami XVI Rajdu Katyńskiego w sierpniu 2016 na Kresy do polskich instytucji i szkół.

Andrzej Kępiński – „Lekcja patriotyzmu. W poszukiwaniu Rzeczypospolitej”. Wydawca Studio Bo! Jelenia Góra 2016. Wstęp – dr Lucyna Kulińska, Post scriptum – prof. Andrzej Nowak, zdjecia – Jolanta Stopka.

W siedzibie Stowarzyszenia (Wrocław, Podwale 62) można kupić ostatnią książkę red. Andrzeja Kępińskiego. Polecamy!

Z Sybiru na Dolny Śląsk

Zbigniew Fedus – emerytowany nauczyciel akademicki, filolog, leksykograf, autor książek wspomnieniowych, publicysta, instruktor fotografii, członek naszego Stowarzyszenia – mimo wieku nazywanego eufemistycznie „słusznym”, energią i pomysłami mógłby obdarzyć wielu znacznie młodszych kolegów.

Urodzony (o ironio!) w czepku 3 września 1930 roku w Medwedowcach k. Buczacza na dawnych Kresach Południowo-Wschodnich z matki Walerii z Doroszów i Władysława, 10 lutego 1940 roku z rodzicami i siostrą deportowany został z miejscowości Bertniki powiatu buczackiego do Kraju Krasnojarskiego. Na zesłaniu w 1943 roku skończył cztery klasy syberyjskiej „akademii”. Pracował tam w charakterze kąpielowego, zrzucał śnieg z dachów, ciął drewno na opał, łowił ryby i polował; na Ukrainie był pomocnikiem szofera i kombajnisty, traktorzystą, ale też szewcem. Z mamą i siostrą wrócił do kraju w lutym 1946 roku do Chociwla Szczecińskiego, skąd zdemobilizowany z I Armii WP ojciec zabrał rodzinę do Potaszni w powiecie milickim. Maturę zdał w Bydgoszczy, kończąc równocześnie dziesięciomiesięczny kurs dla nauczycieli języka rosyjskiego, po którym otrzymał trzyletni nakaz pracy do II Liceum Pedagogicznego we Wrocławiu. Jest absolwentem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Wrocławskiego oraz odbył pięć kilkunastotygodniowych staży na Uniwersytecie Moskiewskim im. Michaiła Łomonosowa.

Fot. Mariusz Czułczyński
Fot. Mariusz Czułczyński

Jest autorem kilkuset artykułów i tłumaczeń, opracowań i recenzji, obejmujących różnorodną tematykę: od II wojny światowej poczynając, poprzez gry wywiadów – na wędkarstwie i licznych listach do redakcji kończąc. Publikował m.in. w tygodniku „Wiadomości”, „Odrze” (zdjęcia), w „Wędkarzu Polskim”, „Wędkarskim Świecie”, w periodyku katolickim „Jak być Człowiekiem?”, w „Gazecie Robotniczej”, „Słowie Polskim”, „Gazecie Wrocławskiej”, „Gazecie Wyborczej” (wywiady, biogramy członków rodziny, liczne listy i zdjęcia), w kwartalniku „Zesłaniec”, „Biuletynie Informacji Naukowej” dla uczelni sportowych, roczniku „Wrocławskie Studia Wschodnie” – tłumaczenia (Wyd. Uniwersytetu Wrocławskiego). Jest także autorem m.in. „Podręcznego rosyjsko-polskiego słownika sportowego”(1979) i „Podręcznego polsko-rosyjskiego słownika sportowego” (1980), trzech skryptów „Język rosyjski dla studentów AWF”. W Wydawnictwie TAKT wydał „Wielki słownik sportowy rosyjsko-polski” (2005) i „Wielki słownik sportowy polsko-rosyjski” (2007). W 2008 roku w Pracowni Dydaktyki i Technicznych Środków Nauczania Instytutu Rusycystyki UŁ ukazała się „Siatkówka” – słowniczek rosyjsko-polski z kluczem polsko-rosyjskim. We wrocławskim wydawnictwie ARKOT ukazały się książki „Syberia w listach i dokumentach zesłańców” (1928–1946), „Rodzinne korzenie. Z Sybiru ma Dolny Śląsk” oraz słowniczki rosyjsko-polskie: „Piłka nożna”, „Koszykówka”, „Siatkówka”, „Lekkoatletyka”, „Boks”, „Pływanie”, „Piłka ręczna”, „Szachy”, „Wioślarstwo”. Przygotowane są do druku: „Zapasy w stylu klasycznym i wolnym”, „Narciarstwo”, „Kolarstwo”, „Jeździectwo”, „Strzelectwo” Ale też „Listy rodzinne i inne” (1946–2004) oraz „Wędkarskie opowieści”.

W 1997 roku w wydawnictwie „Biblioteka Zesłańca” ukazały się jego wspomnienia pt. „Syberia wryta w pamięć dziecka”, w których połączył realistyczną opowieść o straszliwych czasach z darem obserwacji i zapamiętywania nawet drobnych wydarzeń oraz wrażliwością ciekawego, inteligentnego dziecka. Maszynopis – spośród 188 prac nadesłanych na konkurs „Wysiedlenie – wspólne doświadczenie narodów” – został wyróżniony przez Instytut Zachodni i Ośrodek KARTA. Fragmenty „Syberii…” włączone zostały do antologii „Losy Polaków” (Wyd. „Silesia”, Wrocław 1995). Zdobył także wyróżnienie za pracę pt. „Na oceanie bezprawia” (Wyd. Comandor 2001) w konkursie zorganizowanym przez Organizacje Polonijne Prasy, Radia i Telewizji Metropolii Nowojorskiej. Obszerne urywki „Syberii…” publikowała m.in. „Gazeta Wrocławska” oraz inne dzienniki i czasopisma. Z autorem książki Polskie Radio Wrocław nagrało reportaż „Czekam na Twoje listy” (10 kwietnia 1998 i 1 września 1999 roku) autorstwa Izabeli Sobkowicz, a Studio Reportażu i Dokumentu I Programu PR wyemitowało reportaż „Znajomi z jednej kamienicy”, autorstwa Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej (12 czerwca 2000). Redaktor Irena Zawisza z Redakcji Rosyjskiej Polskiego Radia Polonia przeprowadziła z nim wywiad na temat będącego wówczas w opracowaniu „Wielkiego słownika sportowego polsko-rosyjskiego” (3 maja 2006); ta sama autorka, na podstawie książki „Syberia wryta w pamięć dziecka”, nagrała cykl wywiadów na temat pobytu na zesłaniu (24 czerwca – 30 lipca 2006). Jest też autorem… patentu nr 166552 na produkcję czarnego ziarnistego kawioru z mięsa ryb. Żona Elżbieta, magister pedagogiki, córka Grażyna, magister turystyki i rekreacji, wnuki: Agnieszka, Andrzej i Adam, prawnuki: Dominika, Jędrzej i Kacper.

 

Uhonorowany został licznymi dyplomami i medalami pamiątkowymi za publicystykę i pracę społeczną, za osiągnięcia w pracy dydaktycznej i za wydane słowniki oraz za kierowanie Studium Języków Obcych przy AWF we Wrocławiu. Przewodniczący Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu czterokrotnie przyznawał mu nagrody różnych stopni. Posiada m.in. Srebrną i Złotą Odznakę za Zasługi dla Wędkarstwa Polskiego, Brązową Honorową Odznakę Polskiego Związku Filatelistów, Srebrną Odznakę „Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej”, Honorową Odznakę Sybiraka, Krzyż Zesłańców Sybiru, Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Jest członkiem Polskiego Związku Wędkarskiego, Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział Buczacz, Związku Sybiraków, Stowarzyszenia Dziennikarzy RP. Ma status osoby represjonowanej.

„Lekcja patriotyzmu. W poszukiwaniu Rzeczypospolitej”

Książkę „Lekcja patriotyzmu. W poszukiwaniu Rzeczypospolitej” poprzedza wstęp dr Lucyny Kulińskiej a kończy postscriptum profesora Andrzeja Nowaka. I jest ona historią Rzeczypospolitej i jej narodów od czasow jagiellońskich po dzień dzisiejszy.
 
Jej nieprzemijająca wartość wynika także z bogatego materiału ilustracyjnego (ponad 200 fotografii) zgromadzonego podczas XII Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego, w którym autor wziął udział. Odwiedził wówczas z rajdowcami – pielgrzmami miejsca szczególnie ważne dla narodów Rzeczypospolitej mieszkających dziś w granicach Litwy, Białorusi, Rosji i Ukrainy. W ten sposób powstał przewodnik kulturowy i jednocześnie nowoczesna lekcja historii i patriotyzmu.
 
 
Ostatnia książka Andrzeja Kępińskiego
 
 
Ostatnia książka Andrzeja Kępińskiego będzie wydana nakładem Studio Bo! sp z oo. Oficjalna jej promocja planowana jest na wiosnę 2016 r. Wszystkich zachęcam do wykupienia subskrypcji. Zgodnie z pragnieniem Andrzeja część książek pojedzie na wschód na  Kresy do polskich bibliotek i szkół na Ukrainę, Białoruś, Litwę i jeszcze w inne miejsca, gdzie mieszkają Polacy. Książka jest dedykowana wszystkim „kibicom” Rzeczpospolitej, której Andrzej był zwolennkiem i idei której poświęcił ostatnie lata swojego twórczego życia.
 
 
Jolanta Stopka
(autorka zdjęć do Lekcji patriotyzmu)
 
Subskrypcja ostatniej książki Andrzeja Kępińskiego – informacje i nr konta bankowego w załączniku.
www.kresy-rp.pl
Jolanta Stopka (autorka zdjęć do „Lekcji patriotyzmu”)
instoka@gmail.com
tel. 694 26 17 64

Odyseja Ślązaka

Richarda Jauernika książka sercem pisana. W roku 2012 oficyna Wrocławskie Wydawnictwo Naukowe ATLA 2, która ma na koncie wiele pozycji dotyczących polskich Kresów, wydała w niewielkim nakładzie, troskliwie opracowaną edytorsko, książkę Richarda Jauernika – „Śląsk – moja ojczyzna”.

Richard Jauernik
Kresy, czyli przeważająca część ziem na wschodzie II Rzeczypospolitej, przejęte po wojnie na skutek Jałty przez Związek Sowiecki, choć fizycznie nieobecne od z górą 70 lat, zajmują w świadomości ostatnich trzech pokoleń Polaków niepoślednie miejsce. To nie tylko ustne przekazy rodzinne i ongiś przywiezione pamiątki, ale też wielka obfitość publikacji tworzonych przez historyków, literatów czy memuarystów, wydawanych (choć ostrożnie…) również w PRL, filmów, audycji radiowych i telewizyjnych z opowieściami o korzeniach kresowych ludzi znanych i uznanych, ze starymi konterfektami i szablą prapradziadka w tle. W ten sposób tworzy się, a w zasadzie już została stworzona (patrz choćby „Ogniem i mieczem”), nadzwyczajnej urody nadzwyczajna kraina, oczywiście i z nadzwyczajnymi mieszkańcami z wieszczem Adamem i komendantem Ziukiem na czele.

Wiem coś o tym, bom sam boćwinkarz w Wilnie urodzony i niemal od kołyski karmiony witaminami patriotycznymi i kaszką doprawianą mlekiem i miodem płynącymi gdzie nie spojrzeć. Niekumatym współczesnym wyjaśnię jednak cóż to za słówko – boćwinkarz. Tak w Rzeczypospolitej Obojga Narodów koroniarze („prawdziwi” Polacy) nazywali tych, którzy mieszkali w Wielkim Księstwie Litewskim. Było to określenie mało eleganckie, oznaczające – mówiąc dzisiejszym językiem – po prostu buraka. A tak naprawdę to owe utracone Kresy, aż do końca II Rzeczypospolitej, były regionem czy regionami klasy B (co można tłumaczyć jako biedne, a przynajmniej biedniejsze od reszty państwa) z wyjątkiem dużych, rzeczywiście urodziwych i w miarę zamożnych ośrodków miejskich, przede wszystkim Wilna i Lwowa.

Z tych ziem po wojnie (ostatnie transporty przekroczyły granicę w roku 1959) wysiedlono około 2,1 miliona Polaków, pozbawiając ich tym samym tego, co się pięknie i prawdziwie określa – małymi ojczyznami. Musieli je budować od początku, w miejscach, które dla 3,5 milionów uciekających na Zachód przed zbliżającą się Armią Czerwoną i wysiedlonych po wojnie z tzw. Ziem Odzyskanych Niemców stanowiły dokładnie to samo – małe ojczyzny, Heimat.

Ze Śląska ekspulsowano ich ponad 300 tysięcy. A po roku 1956, w ramach tzw. łączenia rodzin, już dobrowolnie, na własne życzenie, wyjechało kilkadziesiąt tysięcy obywateli polskich pochodzenia niemieckiego, którym przestała się podobać nowa, socjalistyczna i ludowa ojczyzna. Ta migracja praktycznie ustała wraz z końcem PRL.

W roku 2012 oficyna Wrocławskie Wydawnictwo Naukowe ATLA 2, która ma na koncie wiele pozycji dotyczących polskich Kresów, wydała w niewielkim nakładzie, troskliwie opracowaną edytorsko, książkę Richarda Jauernika – „Śląsk – moja ojczyzna”. Intencje szlachetne (przecież Niemcy mają prawo wspominać swoje niegdysiejsze Kresy, jak my – swoje!), rezultat – prawie niezauważalny. Sprzedano bowiem niewiele egzemplarzy. Szkoda, bo ta na poły autobiograficzna opowieść na tak małe zainteresowanie nie zasłużyła.

Twórca tego dziełka nie jest zawodowym literatem, trudno go również nazwać pisarzem. To amator obdarzony pasją pisania o rzeczach i sprawach, które go interesują, o których wie z własnego doświadczenia lub najbardziej wiarygodnych źródeł. Mniej go obchodzi forma, pisze jak czuje, mało dba o konstrukcję opowieści, miesza czasy narracji, wypuszcza się w impresje poetyckie i dywagacje historyczne, ilustrując to wszystko własnymi, naturalistycznymi malaturami. Posiada, sądzę, poczucie własnej wartości, jak każdy Ślązak, który ma w rzyci wszelkie konwencje, konwenanse i kanony.

Urodził się na Śląsku Opolskim w Leobschütz (dzisiejsze Głubczyce) w roku 1937, w rodzinie dość zamożnej, bo od pokoleń zajmującej się młynarstwem. Dorastał w pobliskim Gnadenfeld (które do roku 1936 nazywały się Pawlowitzke), co dosłownie znaczy – Pole łask. Ta duża i zasobna, malowniczo położona wieś, dla małego Richarda była krainą szczęśliwego dzieciństwa, dla dużego – po kilkudziesięciu latach ją opisującego – miejscem niemal mitycznym, pełnym prawdziwych łask dla swoich mieszkańców.

Opowieść o Gnadenfeld rozpoczyna od rozważań geologiczno-archeologicznych, cytując obficie niekoniecznie naukowe źródła, wykazując niezbicie, iż miejscowość ta, położona w żyznej, lessowej kotlinie, była zamieszkiwana od czasów prehistorycznych, o czym świadczą wykopaliskowe obiekty z epoki mezolitu, czyli 5 tysięcy lat p.n.e. Pierwsze zaś zapisane wzmianki pochodzą z roku 1305 i to nie od byle kogo, bo samego papieża Bonifacego VIII. „Zostaliśmy zauważeni, a to znaczy, że byliśmy tego warci!” – zdaje się mówić Jauernik, dumny potomek ówczesnych gnadenfeldczyków i dalej snuje opowieść o wyjątkowości i urodzie tego jedynego miejsca na świecie. W istocie – Gnadenfeld pod wieloma względami odróżniało się od innych śląskich wsi. Przede wszystkim było ludne – przed wojną liczyło ponad 2 tysiące mieszkańców, z których zdecydowana większość nie zajmowała się rolnictwem.

A zaczęło się to w roku 1766, kiedy w tej katolickiej, rolniczej wsi, założonej niegdyś przez cystersów, osiedliły się trzy rodziny Wspólnoty Braci Morawskich, luteran, zwanych od miejscowości, z której przybyli (Herrnhut), Herrnhutami. Kilkanaście lat później dekretem Fryderyka II otrzymali zezwolenie na budowę osiedla rzemieślniczego. Następnie, już bardzo liczni, wykupili całe Gnadenfeld od jego właściciela, hrabiego Seydlitza. Świetnie zorganizowani i przedsiębiorczy, szybko zbudowali szkołę i kościół, a wkrótce 40 innych budynków, w których prowadzono działalność w 35 (!) gałęziach rzemieślniczych.

Herrnhuci, ludzie pracowici i uczciwi, zmienili na zawsze charakter Gnadenfeld. Powstały tu instytucje na wskroś miejskie – szpital, apteka, straż ogniowa, sąd, poczta, więzienie, stacje benzynowe, transport autobusowy, przez 100 lat (1818–1918) działał Uniwersytet Teologiczny. Prócz tradycyjnego, usługowego rzemiosła, funkcjonowały tu również zakłady przemysłowe – fabryka mebli, duża wytwórnia wałów korbowych dla maszyn rolniczych, również olejarnia, mleczarnia, dwa duże młyny, odlewnia dzwonów, produkowano kafle piecowe. Był nawet warsztat złotniczy, co jednoznacznie świadczy o zamożności mieszkańców.

Gwałtowna industrializacja, która rozpoczęła się na początku XIX wieku w wielu europejskich regionach, szczególnie tych zasobnych w kopaliny, ominęła Opolszczyznę. Pan Bozia sypnął obficie „czarnym złotem” po sąsiedzku, na Górny Śląsk, co stało się tam przyczyną widocznej koniunktury, ale też i nieustających kłopotów społeczno-politycznych, ciągnących się do dzisiaj. Śląsk Opolski zachował swój rolniczy charakter, a postęp techniczny dawkowany był w rozsądnych proporcjach, tak jak w Gnadenfeld. Ta miejscowość zawdzięczała swoją pomyślność roztropności mieszkańców, a nie temu, co się udało wydrzeć spod ziemi. Gnadenfeld zachowało akurat tyle sielskości, by wzbudzić zachwyt i fascynację naturą u młodego Jauernika.

Przez kotlinę przepływała niewielka, meandrująca rzeczka zwana Erlengraben (bo otoczona olchami), był staw – wspaniałe kąpielisko dla dzieciarni – i duża rozzieleniona łąka pachnąca ziołami i polnymi kwiatami, pełna cudownych żyjątek: żab, salamander, chrząszczy, świerszczy, motyli czy ważek. Na otaczających i osłaniających od wiatru kotlinę pagórkach rosły gaiki, a nad tym wszystkim fruwało ptactwo. Było na co patrzeć, co podziwiać i co zapamiętać do końca życia.

Tyle tylko, że trwała wojna. Najpierw odległa, ale w miarę upływu czasu coraz bliższa, bardziej dokuczliwa. To już nie tylko wiece i pochody otumanionej propagandą młodzieży z Hitlerjugend, tylko odczuwalna wszechobecność nazistowskich funkcjonariuszy, sprawujących władzę absolutną. Brak mężczyzn (front), obowiązkowe, wysokie daniny na rzecz partii i tzw. wysiłku wojennego, jeńcy i robotnicy przymusowi przydzielani do pracy i upiorne powroty mężów, braci czy synów, rannych lub w trumnach. Represje wobec nieprawomyślnych, donosicielstwo i rekwizycje.

Koniec wojny zastał Jauerników w okolicach Kłodzka, dokąd uciekli przed Armią Czerwoną, która wkroczyła do Gnadenfeld na początku marca 1945 roku. A potem nastąpił powrót, już do Pawłowiczek, bo taką nazwę otrzymała wieś od nowej, polskiej władzy.

Nowa władza na początek wysiedliła około 60 mieszkańców, drugie tyle aresztowała i zabroniła używania języka niemieckiego. Nakazała niszczyć wszelkie materialne, widoczne ślady niegdysiejszej obecności niepolskiego żywiołu, co dotyczyło nawet cmentarza. Ci, którym pozwolono zostać, otrzymali osobliwy status „autochtonów”, co w istocie oznacza rdzenną ludność, lecz w języku ówczesnej propagandy – byłych obywateli III Rzeszy, lecz pochodzenia polskiego.

Do Pawłowiczek zaczęli wkrótce napływać wysiedleńcy z Kresów, których obdarzono równie osobliwym mianem „repatriantów”, czyli powracających do ojczyzny. Mieli od teraz zamieszkiwać wspólny dom, tworzyć społeczność, lecz dzieliło ich bardzo wiele: obyczaje, kultura, wykształcenie, a nade wszystko – język.Tylko dzieci nie miały z tym kłopotów. Richard polszczyzną posługiwał się już po trzech (!) miesiącach kontaktów i wspólnych zabaw z małymi Polakami.

Rodzinie Jauerników (dzięki wstawiennictwu jednego z byłych robotników przymusowych – Polaka) pozwolono uruchomić młyn.

To, co się działo w Pawłowiczkach-Gnadenfeldzie i co w szczegółach opisuje Richard Jauernik, było codziennością na wszystkich terenach tzw. Ziem Odzyskanych i są to fakty, opowieści, relacje od dawna znane i udokumentowane. Wątpliwości dotyczą jednak sprawy fundamentalnej: czy okrucieństwa nazizmu i wojny przez nazizm wywołanej, mogą usprawiedliwić takie właśnie działania zwycięzców? Czy to był odwet, czy nieuniknione skutki wojennej pożogi? I czy można było inaczej? Czy represyjna władza w postaci milicji, UB i komendantur sowieckich była koniecznością? To prawda, że wojna wywołuje straszliwe skutki i uwalnia patologie, ale przede wszystkim w wymiarze indywidualnym – rabunki, gwałty, samowolę, upadek autorytetów, zanik uczuć wyższych itd. Po prostu szumowina wypływa na wierzch. Ale zdecydowana większość Polaków akceptowała taki stan rzeczy! Niemcy na to przecież zasłużyli…

Droga życia Richarda, już przecież obywatela nowej, ludowej ojczyzny, lecz pochodzenia podwójnie niewłaściwego, bo nie tylko nie całkiem polskiego, ale i obcego klasowo (właściciele młynów to przecież kapitaliści!), bywała dość wyboista. Szkoła podstawowa przeszła bez kłopotów, te pojawiły się natychmiast po pomyślnym zdaniu egzaminu do ogólniaka. Dyrekcja liceum w Koźlu z żalem zawiadomiła ambitnego ponad miarę młodego autochtona, że z powodu braku miejsc… itd. Pomogła dopiero interwencja bardziej przyjaznego i rozumnego, miejscowego notabla. Kozielska edukacja została uwieńczona maturą, kiedy jednak absolwent wyraził oficjalnie i urzędowo chęć odwiedzenia chorego brata w RFN, dostał… powołanie do wojska.

Jauernik wspomina te dwa lata „służby” raczej z rozbawieniem. Był kimś w rodzaju nieoficjalnego pomocnika niezbyt rozgarniętych i pracowitych przełożonych, zajmując się prostymi pracami kancelaryjnymi (bo dostęp do tych istotnych był, oczywiście, wykluczony) i magazynowymi. No i pisał gorące listy miłosne do różnych żołnierskich ukochanych… Żadnych szkoleń, wojskowych ćwiczeń, poligonów i rzecz jasna – awansów.

Prowadzenie młyna stawało się jednak coraz bardziej trudne. Inspekcje, kontrole, domiary i łapówkarstwo, które przestało być wstydliwym procederem, lecz normalnym, codziennym obyczajem, słowem – opresyjny i deprecjonujący uczciwość system, skłoniło pracowitych Jauerników do podjęcia dramatycznej decyzji – emigracja. I tak w roku 1961 rodzina znalazła się w RFN. Sam zaś wyjazd przypominał ucieczkę, ponieważ do ostatniej chwili „władze” domagały się dodatkowych opłat, bo tak eufemistycznie nazywano ordynarną łapówkę.

Powody emigracji zwykło się określać jako polityczne lub ekonomiczne. Ślązacy w Niemczech znaleźli się z powodu obu. W PRL władze dopieszczały propagandowo i finansowo niezbędny dla kraju śląski kompleks przemysłowy, głównie górników, tę „sól ziemi czarnej”, resztę traktując obojętnie czy nawet z pewnym dystansem. Zaś dla mieszkańców innych części kraju stanowili pewną egzotykę, podobnie jak – zachowując odpowiednie proporcje – Kaszubi czy polscy Tatarzy. Przede wszystkim decydował o tym potoczny język śląskich „pieronów”, owa gwara, „godka” obfitująca w germanizmy, co się niestety nie najlepiej kojarzyło. Ale również odmienność obyczajowa, której nie sposób akceptować bez znajomości zawiłej historii i kultury tego regionu. A była ona niewielka…

Powojenna, uzależniona od Moskwy władza niezbyt się podobała większości obywateli i wielu Polaków byłoby skłonnych do opuszczenia kraju. „Żelazna kurtyna” skutecznie to uniemożliwiała. Z pewnymi wyjątkami… Mianowicie Żydów i Ślązaków.

Ten wątpliwy przywilej wynikał z tego, że obie grupy uważano za ideologicznie niepewne, a również z obsesji stworzenia z Polski kraju jednonarodowego. Duży wpływ miały naciski zewnętrzne – Izraela i żydowskich społeczności zachodnich oraz RFN, co się wiązało z wcale niemałymi pieniędzmi w zamian za paszporty.

Emigracja niemal zawsze wiąże się z szokiem kulturowym. W przypadku Ślązaków, z odnalezionymi na użytek praktyczny niemieckimi korzeniami, był on osłabiony pewną znajomością języka i wydatną pomocą władz, również materialną, w zawsze trudnym procesie asymilacji. Tak się również działo w przypadku Jauerników. Początkowe kłopoty, z biegiem czasu coraz większa stabilizacja, własne mieszkanie, własny dom, ożenek Richarda i jego nowy zawód referenta farmaceutycznego, osiedlenie się w 60-tysięcznym mieście Neuss, emerytura. Logiczny, typowy ciąg życia ludzi pracowitych i uczciwych. A tacy z reguły są Ślązacy.

Richard Jauernik nieustannie podkreśla swoją śląskość. Opisuje ją ze wszystkich stron – obyczaju, kultury, historii, życia codziennego, nawet kulinariów (podaje mnóstwo przepisów!). Emerytura? Nie dla Ślązaka!

Napisał trzy książki w języku niemieckim, wiele wierszy, maluje, robi witraże, nauczył się stolarstwa (sporo mebli we własnym domu to jego dzieło), jest propagatorem zdrowego trybu życia, które – jego zdaniem – polega przede wszystkim na optymizmie.

„Śląsk – moją ojczyznę” z podtytułem „Odyseja Ślązaka w trzech systemach społecznych” napisał po polsku. Polszczyzna Jauernika jest miejscami chropowata, widać niemiecką składnię, narracyjne wiersze mają nieskomplikowane metrum i rymy, a całość stanowi niezłe materii pomieszanie. Tak więc krytyk-koneser miałby się czego czepiać. Tyle tylko, że wartość tej książki zawiera się w czymś innym.

To banał – ale ona naprawdę jest pisana sercem.

Andrzej Łapieński

 Richard Jauernik, „Śląsk – moja ojczyzna”, Wrocławskie Wydawnictwo Naukowe ATLA 2 (www.atla2.com.pl), 2012. Zamówienia: atla2@atla2.com.pl Tegoż autora, w tym samym wydawnictwie: „Gnadenfeld – ein Dorf im Kreis Cosel, Oberschlesien” (2007), „Optimismus als Lebensbegleiter” (2009), „Mutters schlesisches Kochbuch von 1916 und Betrachtungen über die »Gute alte Zeit«” (2013).

Targi Książki 2015 w Lipsku

Motywem przewodnim tegorocznej ekspozycji Leipziger Buchmesse, która jak zawsze zgromadziła nie tylko ludzi pióra (m.in. Günter Grass, Patrick Rothfuss, Amos Oz) ale również prominentów ze świata polityki i kultury, było 50-lecie nawiązania niemiecko-izraelskich stosunków dyplomatycznych : „1965 bis 2015. Deutschland – Israel”.

Z tej okazji na tegoroczne Targi przybyło też 40 autorów z obu państw, a duża część 3.200 imprez targom towarzyszącym, podporządkowana była wspomnianemu tematowi głównemu. Książkowe nowości prezentowało 2.263 wystawców, których stoiska odwiedziło 186 tysięcy osób.

 

 

Wszystkie drogi w dniach od 12 do 15 marca 2015 roku prowadziły do Lipska. Również te żelazne. W pociągu, który wyruszył z Frankfurtu nad Menem we wczesnych godzinach rannych, pomalowane postacie, ubrane w fantazyjne, ni to baśniowe, ni historyczne stroje, wyraźnie określały, jaki jest cel ich podróży. Lipsk – gdzie na książkowych targach już po raz drugi spotykali się w Hali nr 1 miłośnicy komiksów. W składzie łączącym Halle z oddalonym o ok. 40 min jazdy Lipskiem trudno było znaleźć wolne miejsce. W widocznym wszędzie sloganie reklamującym tegoroczne Targi nie było ani krzty przesady: „Leipzig liest” – Lipsk czyta. Uzupełnić trzeba, że nie tylko czytał, ale również słuchał i oglądał, gdyż tzw. multimedia dawno już opanowały rynek, nadal tradycyjnie zwany czytelniczym. Najlepszym tego przykładem był szturm młodych przebierańców na wspomnianą już Halę nr 1.

 

Targi książki w Lipsku swą tradycją sięgają XVII wieku i zawsze były w ścisłej światowej czołówce. W NRD wiosenna ekspozycja stała się od 1952 miejscem spotkań twórców ze Wschodu i Zachodu. I dziś, wielkością i rozmachem lipskie targi ustępują w Niemczech tylko targom książki we Frankfurcie nad Menem. Te we Frankfurcie znam z corocznych ekspozycji od trzydziestu lat, te w Lipsku odwiedziłem po raz pierwszy.

 

Nie będę ukrywał, że oprócz chęci poznania targowych obiektów i porównania ich z infrastrukturą frankfurcką, głównie interesował mnie odmienny od frankfurckiej cel ekspozycji, jak również, co oczywiste, prezentacja polskiej książki.

 

 

Pokaźnych rozmiarów plan przestrzenny Targów, jaki wraz z kartą akredytacyjną trafiał w ręce każdego dziennikarza, ułatwiał poruszanie się po rozległych terenach targowych. Wejść do hal było łatwo, gorzej z ich opuszczeniem. Czy to z powodu dużego napływu zwiedzających (wielu zmęczonych zwiedzaniem odpoczywało… na posadzce), czy też ze względów bezpieczeństwa, aby opuścić połączone ze sobą hale, należało przemaszerować na drugi ich koniec, o zawróceniu do punktu, skąd się rozpoczęło zwiedzanie, nie było mowy! Z powodu ścisku, nie należało to do rzeczy łatwych i zajmowało sporo czasu.

 

Ale to utrudnienie natury technicznej nie przeszkodziło, rzecz jasna, w bezbłędnym dotarciu do Hali nr 4 i stoiska E500, gdzie około 200 książek prezentował „Das Polnische Buchinstitut Krakau”, czyli, jak można było już po polsku odczytać, krakowski Instutut Książki. Przedstawiciel tego stoiska, Paweł Gorszczyński rodem z Katowic, a zamieszkały w Lipsku, nie musiał mnie nawet przekonywać, że polska książka cieszy się dużym zainteresowaniem. Oblegany przez zwiedzających, miał zaledwie chwilę czasu, by wręczyć mi stosowne katalogi: „The polish book market”, „Neue Bücher aus Polen 59.”, „Leipzig liest polnische Literatur – Texte aus und über Polen” oraz od lat niezmienny zestaw pamiątek – ołówek i notes. Dodał jeszcze informacje, że pozostałe dane mogę zdobyć od Ewy Wojciechowskiej, znanej mi od lat z Targów we Frankfurcie, reprezentującej Instytut Książki, a po cukierki, jeśli chciałbym takowe possać, powinienem udać się do pobliskiego stoiska rumuńskiego, bo polskie takowych nie posiada.

 

 

Wybrałem inną opcję i zatrzymałem się na dłużej przy Forum OstSudOst (E505), by uczestniczyć w spotkaniu z drem Piotrem Pazińskim, pisarzem i eseistą, laureatem kilku prestiżowych nagród, autorem powieści „Pensjonat” przetłumaczonej na język niemiecki przez Benjamina Voelkela. W programie Targów takich spotkań z polskimi pisarzami i polską literaturą naliczyłem dziewięć, nie tylko na terenie Targów, ale również w Polskim Instytucie w Lipsku. Jak mi później wyjaśniła Ewa Wojciechowska, to właśnie odróżnia ekspozycję lipską od frankfurckiej. Lipsk nastawiony jest na bezpośrednie kontakty pisarzy z czytelnikami, wszystkie dni są dniami otwartymi, podczas gdy Targi we Frankfurcie przeznaczone są w pierwszej kolejności dla fachowców, czyli wydawców, tłumaczy, mediów.

 

Ale i w Lipsku można się było zorientować, co zwiedzających najbardziej interesuje na polskim stoisku: literatura faktu, czyli reportaże i… książki dla dzieci, głównie ze względu na wysoki kunszt ilustracji. Jeśli ta tendencja przetrwa, a wszystkie znaki na to wskazują, w trakcie targów frankfurckich może dojść, dzięki nowym umowom, do dalszej promocji polskiej książki.

Przekonamy się jesienią. Do zobaczenia we Frankfurcie!

 

Wojciech W. Zaborowski